FtW
Na wywczas bym pojechał, nie na żaden urlop, wakacje, tylko wywczas taki solidny, nieokreślony czasowo, gdzieś do wód, lasów i wzniesień. Tam, gdzie ludzie przyjaźni i mili, gdzie można by uciąć pogawędkę choćby o pogodzie, a słowa by nie były obciążone balastem problemów, w jakiej kondycji znajduje się świat, człowiek i dokąd to wszystko zmierza. Kolaską bym pojechał, nie żadnym samochodem. Bo jakże nim można zanurzyć się w krajobraz i też po nim brodzić, najwyżej rozciąć go niczym skalpelem i nawet nie zdążyłbym w lusterku wstecznym zobaczyć czy jakieś flaki z niego się wylewają, bo jakiś inny zacząłby mrugać mi światłami, że z niego lepszy chirurg i z otaczającej rzeczywistości potrafi uczynić istną jatkę. A kolaska taka, w konie zaprzężone, gdzie stary furman z wąsem, mamrotałby do siebie historie najróżniejsze, co rusz przeklinając drogowe wyboje. Bo takowe być muszą, podróż zbyt komfortowa staje się nijaką, lecz to by była cała pikanteria owej wyprawy. W mozole podróży dotarłbym w końcu do pagórków jakichś, nie żadnych gór, bo te to wyzwanie, łagodnych wyniesień porośniętych lasem z rozległymi polanami, na których owce pasłyby się leniwie. Wziąłbym koc i kosz piknikowy, nie żaden napój i baton energetyczny, niespiesznie poszedłbym w kierunku drzewa, by w jego cieniu rozpocząć biesiadę. Tam mógłbym zalec, wsłuchując się w pieśń łąki, delikatnie badając strukturę liści i próbując wyczuć tętno pompowanych soków. Tak marzy mi się wywczas, a nie żadne resetowanie organizmu, bo to drugie wciska mnie w rolę maszyny, lub jakiejś dziwnej żaby z eksperymentów dr. Galvaniego, gdzie wskutek bodźców podryguję żałośnie, a jakiś tajemniczy demiurg myśli, że dzięki temu naprawdę żyję. Lecz jakże mi wybrać się w drogę, skoro ona nie istnieje – do świata, którego nie ma i nigdy nie było?