Magia Z Bukowego Lasu — Wyprawa W Nieznane

„Magia z Bukowego Lasu. Wyprawa w nieznane...”
Minęło sporo czasu, odkąd wróciliśmy z naszej pierwszej, a zarazem ostatniej podróży. Rowennę zdenerwowało, że nie udało nam się zebrać wszystkich roślin z listy. Stwierdziła, że najwidoczniej zbyt wcześnie wysłała nas w świat. Chociaż do tamtego momentu jej słowa, były dla nas niczym rozkazy samego króla, wkrótce po tych wydarzeniach straciły na znaczeniu.
Coś w nas się zmieniło, sprawiając, że dezaprobata czarodziejki, nie uderzyła w nas tak mocno. Nie czuliśmy skruchy czy zażenowania z powodu niewykonanego zadania. Jednocześnie wiedzieliśmy, że jesteśmy gotowi, by zmierzyć się samodzielnie ze swoją przyszłością. Myśl ta kiełkowała w nas dość długo, by wreszcie pewnego feralnego poranka, przerodzić się w czyn.
– Nie, to nie może czekać! Przecież wiesz.
– Ciszej. – Usłyszeliśmy syk Rowenny.
Od rana w naszej chacie panował rozgardiasz. Poranny trening z tworzenia iluzji został przerwany, gdy w bukowym lesie zjawiła się rudowłosa czarownica. Miała na imię Grisel. Razem z wiatrem i opadającymi liśćmi przyniosła naszej opiekunce złe wieści. Siedziały zamknięte w pokoiku na pięterku i dyskutowały o czymś zaciekle. Czasem słychać było podniesione głosy, które potem zamieniały się w szepty. Mimo codziennych zajęć, które Rowenna kazała nam dokończyć, mieliśmy z tym spore trudności. Byliśmy rozproszeni, a całą swoją uwagę skupialiśmy na podsłuchiwaniu rozmowy czarownic.
Każde z nas wiedziało, że Rowenna nie byłaby zadowolona, ale przeczucie, że w pokoju na górze dzieje się coś ważnego, skutecznie przeganiało wstyd i wyrzuty sumienia. Meredith, jak na księżniczkę przystało, była mistrzynią w podsłuchiwaniu, co chwila wyłapywała nowe słowa.
– Mówiły coś o jakiejś wieży i podziemiach Aalear – szepnęła, mijając nas przy starej szopie.
Razem z Arthyemem układaliśmy drewno na zimę.
– Co to takiego? – zapytałam zaciekawiona.
Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami w odpowiedzi i popędziła dalej, niosąc ze sobą pusty wiklinowy kosz. Arthyem ściągnął swoją koszulę i rzucił na pobliskie drzewo. Na jego umięśnionych ramionach perliły się kropelki potu. Bardzo się zmienił. Na jego twarzy zaczął pojawiać się zarost, stał się tęższy i bardziej muskularny. Jego rysy wyostrzyły się, a oczy nabrały blasku. Przyłapałam się na zbytnim przyglądaniu mu się, dlatego skupiłam się na układaniu drewien, w czasie, gdy on rąbał kolejne.
Po chwili do odgłosów siekierki uderzającej o drewno dołączył tupot stóp. Oboje spojrzeliśmy na Meredith, która prawie biegła, tym razem z koszem pełnym obierków i ścinek.
– Kowen wzywa Rowennę. Szykuje się wyjazd.
Mówiąc to, minęła nas i podążyła do zagrody, w której znajdowała się jedna świnia i mały osiołek. Patrzyliśmy na siebie, nie mogąc uwierzyć temu, co właśnie usłyszeliśmy. Czekaliśmy, aż dziewczyna wyrzuci resztki do koryta. Arthyem ściskał coraz mocniej rączkę siekierki, ale przestał rąbać drwa, a ja obracałam w dłoni jeden z pniaków, aż ukłułam się w palec wystającą drzazgą. Zignorowałam nieprzyjemne uczucie. W naszą stronę z powrotem zmierzała Meredith. Tym razem zatrzymała się przy nas.
– Wszystkie czarownice spotykają się na jakiejś naradzie. Rowenna też musi się stawić. Grisel powiedziała, że nie może się sprzeciwić, bo inaczej czekają ją konsekwencje. Podobno sytuacja jest wyjątkowa. Później zaczęły szeptać, więc nie dosłyszałam reszty.
Drewienko wypadło mi z dłoni. Podniosłam je szybko i odłożyłam na kupkę.
– Myślicie, że zostawi nas samych, czy zabierze ze sobą? – zapytał Arthyem.
– O ile w ogóle wyjedzie – dodałam pesymistycznie.
– Wyjedzie. Nie ma wyjścia. O tym właśnie dyskutowały.
Oczy Meredith świeciły jak dwie gwiazdy. Musiała być pewna swoich słów.
– W takim razie to chyba poważna sprawa. Rowenna nigdy nie wyjeżdża. Tylko raz zimą, pojechała do wioski obok, ale wróciła przed zmierzchem.
Przypomniałam sobie tę mroźną noc, gdy kobieta zamknęła nas w izbie z kominkiem, zostawiając korzenne ciastka i suchary i przykazując, by pod żadnym pozorem, nie wychodzić spod koca, bo w cieniach na dworze czają się demony. Niespełna siedmioletni, trzęśliśmy się nie z zimna, a ze strachu, nasłuchując odgłosów na zewnątrz. Teraz nie uwierzyłabym Rowennie w jej opowieści.
Gdy tak nad tym rozmyślałam, ze środka wyszły kobiety, najpierw rudowłosa Grisel, a potem Rowenna, która nie miała zadowolonej miny. Cieszyło mnie, że prawie skończyliśmy z układaniem drwa przy szopie. Czarownice skierowały się w naszą stronę. Rowenna wyraźnie spięta spojrzała na nas, marszcząc czoło.
– Będę musiała wyjechać – oznajmiła.
– Jak to, wyjechać? – zapytała Meredith, udając przerażenie – Na długo?
Powstrzymałam się, by nie zachichotać.
– Niestety. Czeka mnie długa podróż i… obowiązek, który muszę wypełnić. – To mówiąc, spojrzała z ukosa na swoją znajomą.
Cokolwiek zmusiło Rowennę do wyjazdu, musiało być niezwykle ważne.
– Poradzą sobie – rzuciła Grisel – czas nas nagli moja droga, pakuj się i w drogę.
– Powinnam dać im jakieś wskazówki.
– Robisz to od kilkunastu ładnych lat. Chyba przyswoili sobie wszystkie zasady, prawda?
W jej głosie pobrzmiewała złowroga nuta, a pytanie kryło w sobie coś więcej, niż tylko zwykłą ciekawość. Rowenna znieruchomiała, a jej twarz stężała. W pierwszej chwili pomyślałam, że się boi, ale później wydało mi się to niemożliwe.
– Oczywiście – odparła twardo.
– To już nie pacholęta, tylko piękny młodzieniec i dwie urocze panny – powiedziała Grisel spoglądając na nas jakbyśmy byli łakomym kąskiem.
Szczególną uwagę zwróciła na Arthyema, co spowodowało delikatne ukłucie gdzieś w środku mnie. Zagryzłam usta i czekałam cierpliwie, aż obie kobiety opuszczą bukowy las. Niestety, wtedy kobieta przesunęła swój wzrok na mnie. Wiedziałam, czemu się przygląda. Zainteresowały ją moje oczy – jedno brązowe, drugie niebieskie.
– Piętno bogów – powiedziała, uśmiechając się paskudnie.
Po moim ciele przeszły ciarki, jednak nie odwróciłam wzroku. Nie chciałam okazać się słaba. Wolałam nie pokazywać kobiecie, że wstydzę się swojej odmienności. Zresztą od powrotu z wioski, coraz bardziej oswajałam się z tą cechą. A szczególną zasługę miał w tym Arthyem. Uśmiechnęłam się w duchu, czując jego obecność w moim umyśle.
– Piękne – usłyszałam.
Czarownica zrobiła kwaśną minę i cofnęła się o krok. Zmierzyła całą naszą trójkę srogim spojrzeniem i dosiadła swego karego konia.
– Jeszcze się spotkamy moi drodzy.
Artyhem pomógł Rowennie wspiąć się na konia, którego przyprowadziła ze sobą Grisel. Opiekunka spojrzała na nas z wysoka. Wyrazu jej twarzy nie sposób było odczytać. Miałam wrażenie, że robi coś wbrew sobie i jest rozdarta. Czyżby bała się, że złamiemy reguły, które wpajała nam całe życie? Czy mogła wiedzieć, że pragniemy wolności, a jej wyjazd jest jej początkiem? Na te pytania trudno było odpowiedzieć od razu.
– Uważajcie na siebie i pamiętajcie, by nie rzucać się w oczy.
Skinęliśmy posłusznie głowami. Wiedziałam, że słowa kieruje do mnie. Moje dwukolorowe tęczówki, sprawiały, że nie ukryłabym się przed ludzkim wzrokiem nawet w mysiej dziurze. Oznaczało to, że do końca będę siedzieć w chacie na skraju bukowego lasu. Ale ja nie zamierzałam, czekać w zamknięciu, aż świat postanowi mnie przygarnąć i zaakceptować. Nie spodziewałam się, że ludzie przestaną się mnie bać, albo wytykać mnie palcami. Musiałam pogodzić się z tym wszystkim i z podniesioną głową znosić te przeciwności. W tym momencie wiedziałam, że nie zostanę w chacie. Czułam, że los daje mi szansę, by opuścić las i chatę, a kolejna okazja może się już nie powtórzyć.
Gdy tylko kobiety odjechały, pozostawiając za sobą jedynie drobinki pyłu i wirujące liście, ja uśmiechnęłam się do własnych myśli i rzuciłam drewienko, które trzymałam w dłoni, na stertę.
– Oho, znam to spojrzenie – powiedział Arthyem, przyglądając mi się z łobuzerskim uśmieszkiem.
– No proszę. – Meredith aż klasnęła w dłonie. – Czy to oznacza, że nie tylko ja marzę o opuszczeniu tego ponurego miejsca?
Wszyscy spojrzeliśmy na siebie, uśmiechając się od ucha do ucha, a później wybuchliśmy gromkim śmiechem, mając nadzieję, że opiekunka nas nie usłyszy. Pobiegliśmy do domu i stanęliśmy przed wielką mapą Królestwa. Była bardzo stara, wykonana z bawolej skóry. Ktoś pięknie nakreślił wszystkie większe miasta, nazwy krain, rzek, gór i jezior.
Królestwo było podzielone na cztery mniejsze. Każde z nich miało swojego władcę. Naszym rządził wcześniej ojciec Meredith – król Aegon. Podobno po jego śmierci, władzę przejął najstarszy syn – Allarys. Teraz on był nowym władcą Arganteli. Kolejne krainy to Teseveria, Vontt i Elaveria.
– Gdzie się wybierzemy? – zapytał Arthyem.
– Gdzieś, gdzie jest ciepło – odparła księżniczka.
Przypomniałam sobie słowa Meredith i zaczęłam dokładniej przyglądać się wszystkim punktom po kolei.
– Dlaczego nie zaznaczono Aalear? – zapytałam.
Pozostali podeszli do mapy. Zaczęliśmy szukać na niej liter, układających się w podsłuchane słowo.
– Może źle usłyszałaś – rzucił pod nosem chłopak.
– Słuch mam doskonały – zaprotestowała dziewczyna.
Jeszcze raz wnikliwie prześledziliśmy mapę cal po calu. Była dość szczegółowa, jej twórca prawdopodobnie świetnie odwzorował nasze Królestwo, a jednak nigdzie nie było nazwy, która padła w trakcie rozmowy dwóch czarownic.
– Może ta mapa jest stara – zasugerował Arthyem.
Spojrzałyśmy po sobie, dochodząc do wniosku, że to może być powodem braku Aalear. W końcu nie znaliśmy tak dokładnie geografii. Co prawda Rowenna czasem korzystała z mapy, tłumacząc nam, co się gdzie znajduje, jednak takich lekcji było niewiele. Te braki w wiedzy, sprawiły, że zwątpiłam w sens w naszej podróży i zrezygnowana opadałam na fotel.
– Co jest? – zapytał Arthyem.
Spojrzałam na swoje splecione dłonie, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Nie znamy nic poza tym Bukowym Lasem. Nawet nie wiemy, dlaczego na mapie nie ma Aalear. Nie mamy pojęcia, czy coś takiego istnieje…
– Istnieje – przerwała mi Meredith, kiwając głową.
Księżniczka przysiadła obok mnie. W jej oczach widziałam błysk.
– Irvette, nawet jeśli przekręciłam nazwę, Rowenna w końcu wyjechała, zostawiając nas samych. Nie chcesz tego wykorzystać?
– A jeśli wróci i nakryje, że nas nie ma?
– Trudno. Należy nam się to po ostatniej podróży. Potraktowała nas wtedy niesprawiedliwie.
W pokoju na chwilę zapanowała cisza. Analizowałam jej słowa i za każdym razem dochodziłam do tego samego wniosku. Nasze słonecznikowe zadanie, jak czasem mawialiśmy, było niezwykle podejrzane. Później przestaliśmy dyskutować na ten temat. Uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Nie oznaczało to jednak, że któreś z nas zapomniało. Arthyem chrząknął, przerywając ciszę.
– Spójrzmy prawdzie w oczy. Rowenna dała nam bardzo dużo, uratowała nas, wychowała i zapewniła szkolenie, ale czy nie wydaje wam się, że jesteśmy jak te psy na smyczy?
Usiadł obok na drewnianej ławie, bacznie się nam przyglądając. Słowa, które padły, od jakiegoś czasu krążyły też w mojej głowie.
– Myślisz, że nami manipuluje? – zapytałam wprost.
Poczułam, jak Meredith kręci się niespokojnie na oparciu.
– Czyż to nie jest proste? Słuchamy jej poleceń, wykonujemy je bez mrugnięcia okiem. Siedzimy w tej chacie jak jacyś więźniowie. Mogła zabrać nas ze sobą.
– Zawsze powtarza, że to niebezpieczne – starałam się usprawiedliwić opiekunkę.
– Ale wysłała nas po słoneczniki na największe doroczne święto w królestwie. Wiedziała, że tam wylądujemy. I głowę daję sobie uciąć, że wiedziała też o obecności ojca Meredith – zaoponował chłopak.
Dziewczyna skinęła głową, bacznie przyglądając się mojej reakcji. Byłam rozdarta między wiernością Rowennie a chęcią buntu, która tliła się gdzieś głęboko w środku.
– Załóżmy, że tak jest. Po co Rowenna miałaby nami manipulować? Poza tą jedną sytuacją nic podobnego nie miało miejsca.
– Może to był test.
– Albo szykuje dla nas coś większego. Przecież szkoli nas od dziecka – dodała Meredith.
– Irvette – Arthyem podszedł do mnie i przyklęknął, kładąc swoje dłonie na mych kolanach. – Wiem, że twoja natura nie pozwala ci się przeciwstawić Rowennie. Jesteś jej wdzięczna i nie chcesz jej zranić, ale zauważ, że nie możesz do końca życia, postępować według jej poleceń. Co to będzie za życie? Kiedy w końcu opuścimy ten las? Spójrz na tę mapę. Nie chciałabyś odwiedzić tych miejsc?
Zerknęłam na planszę wiszącą na ścianie. Perspektywa podróżowania wydawała się kusząca. Nasza trójka i całe Królestwo do odkrycia.
– Nie uciekamy, po prostu wyjeżdżamy tak samo, jako ona. Mamy do tego prawo.
Kątem oka widziałam jak Meredith kiwa energicznie głową przyznając rację Arthyemowi. Cały czas spoglądałam w oczy chłopaka. Nie wiem, czy zaczął szeptać, czy wygrała buntownicza część mnie, ale w tym momencie jego słowa naprawdę mnie poruszyły.
– Szepczesz? – zapytałam.
Uśmiechnął się delikatnie, aż w jego policzkach pojawiły się dołeczki.
– Nie muszę.
Pacnęłam go dłonią w czoło, zanim zdążył odskoczyć.
– Dobrze. Niech będzie, czas wyruszyć w kolejną podróż, ale pamiętajcie, że będę się wyróżniać. – Mówiąc to, wskazałam na swoje dwukolorowe tęczówki.
– Ostatnim razem szeptanie nie podziałało najlepiej, więc teraz, będziemy po prostu unikać wzroku ludzi – zarządziła Meredith.
Spojrzała wymownie na Arthyema, który tylko wzruszył ramionami.
– Chciałem pomóc. A naszyjnik, który nosi Irvette, czasem działa.
– Jest tak samo bezużyteczny, jak twoje zaklęcie.
Gdy oni zaczęli się sprzeczać, ja zerknęłam na bronzyt, który wisiał na mojej szyi. Chwyciłam rzemyk razem z kamieniem, ściskając go mocno w dłoni.
– Dosyć gadania! Pakujemy najważniejsze rzeczy i w drogę. Zbiórka na dole przy mapie. Wtedy wybierzemy miejsce podróży.
***
Po kilku chwilach czekałam już z maleńkim tobołkiem. Spakowałam kilka świeżych ubrań, szczotkę do włosów, świecę z wosku pszczelego i trzy dorodne jabłka.
Tak przygotowana czekałam na pozostałych. Zaraz po mnie zjawił się Arthyem. Usiadł obok, pokazując mi zawartość swojej torby. Miał w nim ubrania, nożyk myśliwski, sznurek, kilka rzemyków i płaty suszonego mięsa, które podkradł ze spiżarni.
Zanim dołączyła do nas Meredith, zdążyliśmy przejrzeć mapę jeszcze raz, wzdłuż i wszerz. Najbardziej korciło nas wybranie Vonttu. O tej porze roku było tam nieco cieplej. Kraina ta miała dostęp do morza i graniczyła z kilkoma wyspami, które podobno było rajem piratów. Arthyem opowiadał o legendach, które słyszał w wiosce, starając się umilić nam czas.
– Jak zaraz nie przyjdzie, możemy uciec bez niej – szepnął mi do ucha, odgarniając niesforny kosmyk z czoła.
Poczułam, jak delikatny rumieniec oblewa moją twarz. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, z opresji wybawiła mnie Meredith.
– Pff... naprawdę? Beze mnie nie przetrwalibyście ani dnia.
Widziałam jak Arthyem wywraca oczami, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie.
– Słuch jednak masz dobry – zauważyłam.
– Mówiłam.
Rzuciła na stół swoją torbę. Wydawała się dużo cięższa niż nasze. Gdy ją otworzyła, zobaczyliśmy stosik ubrań, ale żadnego prowiantu czy przydatnych rzeczy.
– Chyba żartujesz – wysyczał chłopak.
– Nie ty będziesz to nosił – sapnęła. – Wybraliście miejsce?
– Vontt – odparliśmy zgodnie.
– Ach morze – zapiszczała radośnie. – Niech będzie. Może tam zasięgniemy języka na temat Aalear.
– O ile istnieje…
– Istnieje, istnieje. Niedowiarki – prychnęła pod nosem.
Po chwili cała nasza trójka stała, trzymając się za ręce. Zaczęliśmy szeptać. Czułam, jak dookoła unosi się magia. Od ostatniej podróży wiele się zmieniło w moim postrzeganiu czarów. Oddziaływała na moje zmysły. Zaczęłam wyczuwać ją każdym kawałkiem swojego ciała, czułam jej dziwny zapach, przypominający woń palonych ziół, dostrzegałam pod powiekami maleńkie iskierki tańczące wokół i ciepło, które rozlewało się po moim ciele.
To wszystko po chwili zastąpił zupełnie inny zapach i widok. Znaleźliśmy się na ogromnej przestrzeni. Z lewej strony mieliśmy zielone łąki, z prawej natomiast kawałek ziemi, która błyszczała się w słońcu. Delikatnie podmywała je spieniona woda, która raz za razem zalewała żółtą ziemię. Czułam sól osiadającą na policzkach, a po chwili wyłapałam jej zapach w powietrzu, pomieszany z czymś jeszcze. Zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie tak pachnie morze?
W oddali dostrzegliśmy kilka mniejszych łódek pod żaglami i dwa duże okręty, wpływające do portu. Spojrzeliśmy po sobie, a później z uśmiechami na twarzy pobiegliśmy w stronę wioski. Wyglądała inaczej niż ta, która znajdowała się tuż za Bukowym Lasem. Po pierwsze była o wiele większa, chociaż z daleka nie było tego widać. Dopiero gdy przekroczyliśmy główną bramę, zobaczyliśmy plątaninę uliczek. Małe gliniane chaty, pomalowane wapnem na biało, stały jedna obok drugiej, tworząc niewielki labirynt. Nie byliśmy pewni, w którą stronę skręcić, ale Meredith pociągnęła nas w kierunku, z którego dochodził największy hałas.
– Tam, gdzie dużo ludzi, tam jarmark albo targ – wyjaśniła.
Faktycznie, już po chwili znaleźliśmy się na ogromnym placu. Dookoła sprzedawcy porozstawiali swoje stragany, a na środku tłoczył się tłum ludzi. Jedni wracali już z zakupionymi produktami, inni dopiero rozpoczynali poszukiwania. W niektórych miejscach stały grupki, żywo o czymś dyskutując. Czasem jakaś przekupka przeganiała dzieci, próbujące ukraść jej owoce. Robił się wtedy straszny harmider.
Na mnie działało to odstraszająco, jednak Meredith uśmiechnęła się promiennie i ruszyła w kierunku straganów z materiałami i ozdobami. Ja w tym czasie przypomniałam sobie o swoich oczach i zwiesiłam głowę na dół. Unikanie ludzkich spojrzeń nie było łatwe, szczególnie na jarmarku.
– Mogę zostać twoim przewodnikiem?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
– Tak, dziękuję Arthyem.
Wyciągnął swoja dłoń w moim kierunku, a ja chwyciłam go pod ramię.
– Łatwiej byłoby przewiązać mi oczy wstążką i udawać niewidomą, skoro i tak musisz mnie wszędzie prowadzić.
– Ejże, to nic wielkiego. Poza tym nie lubię takich miejsc, więc chętnie ci potowarzyszę.
Ucieszyły mnie jego słowa. Rozpędziły wyrzuty sumienia, które towarzyszyły mi do tej pory. Szliśmy nieśpiesznie, od czasu do czasu obijając się o innych, jednak nikt nie zwracał na to uwagi. Ludzie tutaj musieli być przyzwyczajeni do tłoku. Przechodząc obok jednej z uliczek, poczułam zapach intensywny zapach ryb. Zatrzymałam się na moment, kierując głowę w tamtą stronę.
– To chyba targ rybny – wyjaśnił Arthyem. – Moglibyśmy kupić jakiś prowiant i znaleźć nocleg.
– Słusznie.
Jeśli mamy zostać w mieście na dłużej, powinniśmy zaopatrzyć się w jakieś jedzenie i miejsce na noc. To, co zabraliśmy ze sobą, wystarczyłoby zaledwie na jeden dzień, a może i zaledwie jeden posiłek, biorąc pod uwagę fakt, że Meredith nie spakowała żadnego jedzenia.
– Tam kobieta sprzedaje chleb i jakieś dziwne przysmaki – zauważył Arthyem, wyciągając do góry szyję. – Spróbujemy?
– Tak! – Pokiwałam ochoczo głową.
Po chwili staliśmy już przy straganie tęgiej kobiety. Starałam się nie patrzeć jej w oczy i ciągle odwracałam wzrok. Widziałam zaledwie jej biały fartuch i brązową spódnicę, ubrudzoną mąką. Arthyem kupił jeden bochenek chleba i dziwne okrągłe placki. Chłopak wręczył mi jeden i powoli przeszliśmy w stronę, gdzie znajdowało się mniej ludzi.
Powąchałam pieczywo, a zapach pieczonej skórki dotarł do moich nozdrzy. Oderwałam kawałek i włożyłam go do ust. Z wierzchu był chrupki, a w środku bardzo miękki, jakby niedopieczony. Mimo to smakował wybornie.
– Spójrz, tam jest stragan z jabłkami.
– Mhm – mruknęłam, przeżuwając kolejny kawałek.
– O, wybacz. Zapomniałem. – odparł zmieszany. – W takim razie przyniosę ci jedno. Wyglądają bardzo smakowicie. Mają lśniącą, czerwoną skórkę.
Poczułam, jak jego ramię wyślizguje się z mojej dłoni. Zostałam sama, dlatego wcisnęłam się między jeden ze straganów a uliczkę. Stanęłam twarzą do jednej z chatek, starając się nie spoglądać w stronę straganów. Pokusa była jednak zbyt wielka, poza tym wyobraziłam sobie, że muszę wyglądać zabawnie, stojąc tak nieporadnie na uboczu. Dlatego odwróciłam się i zaczęłam wzrokiem poszukiwać Arthyema. Dostrzegłam go przy jednym z kramów. W koszach było mnóstwo czerwonych, lśniących jabłek. Oprócz tego były tam gruszki, śliwki i dziwne owoce, których nie kojarzyłam – wyglądały jak małe, czerwone kuleczki. Na samą myśl o soczystym, dorodnym jabłku uśmiechnęłam się mimowolnie. Zaraz jednak spoważniałam.
Przebiegłam wzrokiem po zebranych na placu ludziach. Na szczęście nikt nie zwracał na mnie uwagi. Wszyscy zajęci byli własnymi sprawami. Widziałam, jak chłopak płaci handlarce i przeciska się z powrotem przez tłum. Obserwowałam go, a po chwili sama poczułam się, jakby ktoś obserwował mnie. Co dziwniejsze, wiedziałam, że to nikt z tłumu. Nie rozglądałam się po krzątających się dookoła mnie ludziach. Od razu spojrzałam w uliczkę po przeciwnej stronie placu.
Mimo odległości dostrzegłam go. Wysoki mężczyzna w czarnej kamizelce i płaszczu spoglądał w moją stronę. Widziałam szaro-niebieskie oczy wpatrujące się we mnie. Chciałam odwrócić wzrok, ale nie umiałam. Jakiś przechodzień przysłonił mi widok. Gdy znów spojrzałam w uliczkę, nikogo już tam nie było.
– Spójrz, jakie ładne.
Podskoczyłam wystraszona. Zupełnie zapomniałam o Arthyemie, on natomiast spoglądał na mnie zdziwiony moją reakcją. Zanim zdążył o cokolwiek zapytać, wzięłam jabłko z jego dłoni i ugryzłam je. Westchnęłam cicho.
– Naprawdę dobre.
Lekko kwaskowy smak rozlał się po moim języku. Arthyem ugryzł spory kawałek. Po wyrazie jego twarzy widziałam, że nie rozmyślał już o moim wcześniejszym zachowaniu i skupił się na pochłanianiu jabłka.
– Chyba powinniśmy znaleźć Meredith – zasugerowałam.
– Albo nocleg. To będzie łatwiejsze.
Zachichotałam cicho i odgryzłam kolejny kawałek. Staliśmy tak przez chwilę, zajadając się owocami. Ostrożnie zaczęłam rozglądać się za Meredith, ale nigdzie nie umiałam jej znaleźć.
– Powinniśmy skierować się w tamtą stronę – wskazałam dłonią kierunek.
– Dlaczego?
– Bo tam są stragany z sukniami.
Arthyem wywrócił oczami, ale posłuchał mojej rady. Złapał mnie za rękę i poprowadził nas we wskazanym kierunku. Po drodze wpadłam na jakiegoś mężczyznę, który zaklął cicho pod nosem. Ktoś inny uderzył mnie barkiem w ramię. Tłum tutaj był gęściejszy.
– Arthyem, to nie ma sensu. Idź po nią, a ja zaczekam tutaj.
Zatrzymał się. Dostrzegłam jego wahanie, gdy uniosłam głowę do góry. Rozglądał się na boki lekko zdenerwowany.
– Chyba ją widzę – powiedział z lekkim wahaniem. – Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.
– Spokojnie. Dam sobie radę – odparłam. Starałam się nie myśleć o mężczyźnie z zaułka.
Arthyem odszedł niechętnie, odwrócił się jeszcze na chwilę i rzucił przelotne spojrzenie w moją stronę. Nie wyglądał na zadowolonego. Nie wiedziałam, czy to z obawy o mnie, czy przez to, że musi uganiać się za Meredith. Gdy kupował owoce, nie wydawał się taki spięty. Cofnęłam się o kilka kroków. Nie chciałam, by ktoś mnie potrącił albo mi się przyglądał, dlatego skryłam się w jednym z zaułków. Tutaj ruch był mniejszy. Stałam tak przez chwilę, spoglądając na odchodzącego chłopaka.
Niespodziewanie poczułam szarpnięcie do tyłu, Arthyem stał zaledwie kilkanaście kroków przede mną, ale zanim zdążyłam krzyknąć, ktoś zatkał mi usta skrawkiem materiału, który pachniał i smakował obrzydliwie. Poczułam w ustach posmak zgnilizny. Podobna rzecz wylądowała na moich oczach, widziałam jedynie światło padające przez szorstki materiał.
Serce zaczęło mi bić mocniej, odruchowo machnęłam rękami, by odgonić napastnika. Kimkolwiek był, złapał mnie jeszcze mocniej, zakleszczając w swoim stalowym uścisku. Później uniósł mnie do góry tak, że mogłam jedynie zamachać nogami w powietrzu. Starałam się go kopnąć, ale bezskutecznie. Jedyną szansą na ratunek było szeptanie.
Gdy zaczęłam, a właściwie próbowałam, nic się nie wydarzyło. Chciałam sprawić, by materiał, ten okropny materiał zniknął z mojej twarzy, ale cały czas czułam jego zapach, próbowałam przewrócić mężczyznę, jednak on twardo trzymał się na nogach, nawet wpływanie na jego umysł nie przynosiło rezultatu, bo jego uścisk pozostawał taki sam. Dlaczego magia nie przynosiła rezultatu? Wpadłam w panikę.
Czułam, jak się przemieszczamy i z każdym krokiem ogarniał mnie coraz większy strach. Oddech przyspieszył, miałam problem, by go unormować, przeszkadzały mi zakneblowane usta. Światło zaczęło powoli niknąć, zniknęły zarysy budynków i uliczek, po jakimś czasie nie widziałam już zupełnie nic.
Spanikowana zaczęłam szarpać się jeszcze mocniej. Dlaczego nikt tego nie zauważył? Przecież te ulice nie były puste. Gdzie są wszyscy? I gdzie jestem ja? Coraz więcej pytań sprawiało, że robiło mi się niedobrze. Ten stan potęgował posmak rozlewający się po moim języku. Próbowałam wbić łokieć pod żebro swojego porywacza, ale on jedynie potrząsnął mną jak szmacianą lalką i odezwał się po raz pierwszy.
– Przestań się szarpać, bo ci łapy odetnę!
Jego głos był szorstki i zimny jak stal, do tego pachniał czosnkiem, co przyprawiło mnie o jeszcze większe mdłości. Przestałam się wyrywać, bo i tak nie przynosiło to efektu.
– Przestań Berg – odezwał się nieco cichszy i spokojniejszy, należący do mężczyzny. – Wiesz, że Flin nie lubi, jak tak ich traktujesz. On woli z nimi najpierw podyskutować.
Mój oprawca mruknął coś niezrozumiale w odpowiedzi, ale się uspokoił. Przez całą drogę, która wydawała mi się ciągnąć w nieskończoność, niósł mnie bez słowa. Jego towarzysz również się nie odzywał, a ja widząc, że moja próba wyrwania się, jest bezskuteczna, przestałam wykonywać jakiekolwiek ruchy. Zamiast tego postanowiłam się uspokoić i wyciszyć. O ile można było dokonać tego w takich warunkach.
Po jakimś czasie do mojego nosa dotarł zapach soli i delikatny szum. Domyśliłam się, że znaleźliśmy się na brzegu morza. Zaskrzypiały drzwi, a później mężczyzna postawił mnie na ziemi, ale nie puścił. Po chwili inna para dłoni złapała mnie za nadgarstki i owinęła je ciasno czymś chropowatym. Gruba lina otarła się o moją skórę, gdy postanowiłam nią szarpnąć. Poczułam napięcie na jej drugim końcu i zrozumiałam, że musi być do czegoś przywiązana.
Wtedy w pomieszczeniu znalazł się ktoś jeszcze. Wyczułam to instynktownie. Usłyszałam, jak jeden z mężczyzn nabiera powietrza w płuca, a później usłyszałam jego miękki głos.
– Nie było łatwo, bo na jarmarku dużo ludzi, ale capnęliśmy ją od razu, tak jak prosiłeś – wydusił na jednym wydechu.
Usłyszałam, jak drugi z nich odcharknął i splunął.
– Parszywa zaraza – dodał oschle.
Chociaż nie mogłam tego stwierdzić, miałam wrażenie, że wzrok wszystkich skupiony jest na mnie i na pewno nie są to przyjazne spojrzenia.
– Świetnie.
Głęboki głos, który wwiercał się w umysł. Ton, który wskazywał na to, że to człowiek, który dowodzi tą dziwną zgrają. Czułam, jak zbliża się do mnie. Odgłos jego kroków był inny niż pozostałej dwójki. Stąpał cicho i delikatnie. Jak zwierzę w trakcie polowania. Jego miarowy oddech uderzył we mnie z lewej strony, poczułam ciepło na policzku i strach w sercu. Stał tak przez chwilę i przyglądał mi się. W pomieszczeniu panowała kompletna cisza, zakłócana jedynie szumem dochodzącym z daleka. Starałam się na tym skupić swoje myśli. Po chwili ktoś wyrwał z moich usta kawałek szmaty w nich zalegający. Odetchnęłam głęboko i oblizałam spierzchłe wargi.
– Jesteś sama?
Skinęłam głową. Był to jedyny gest, na jaki było mnie stać.
– Ciekawe. Co więc sprowadziło samotną dziewczynę do tak dużego miasta?
Pytanie zaskoczyło mnie, ale było trafne. Oblizałam wargi, zanim zdobyłam się na jakieś kłamstwo. Zastanawiałam się, co powiedziałaby Meredith.
– Zabrałam się z handlarzami z naszej wioski. Chciałam zobaczyć morze.
Usłyszałam cichy chichot z jednej i głośne parsknięcie z drugiej strony. Cieszyłam się, że nie widzę wyrazu ich twarzy i nawet nie próbowałam go sobie wyobrażać. Dzięki temu wyrazowi pogardy wiedziałam, że stoją po moich obu stronach.
– Morze – rzucił mój rozmówca. – Jednak teraz nie widzisz nic.
Znów usłyszałam śmiech, tym razem bardziej złowrogi. Nogi mi zadrżały.
– Wiesz, co tu robisz?
Tym razem pokręciłam głową. Nie znałam ich zamiarów, chociaż mogłam się domyślać, że nie pałają miłością do szepczących, podobnie jak cała reszta królestwa. Nie spodziewałam się jednak tak otwartego ataku niechęci.
– Wiemy, kim jesteś.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparłam.
W chwilę potem poczułam uderzenie w ramię i upadałam na twardą podłogę. Uderzyłam dłonią o jakiś twardy przedmiot, moje palce zdrętwiały. Na szybko sprawdziłam, czy mogę nimi poruszać. Z ulgą odkryłam, że powinny być całe. Ból powoli mijał, jednak do moich oczu zaczynały się cisnąć łzy. Opuściłam głowę, nie chcąc, by porywacze widzieli, jak spod materiału wypływają duże krople.
– Ile razy ci mówiłem? – usłyszałam nad sobą szefa.
Jego głos był ostry jak sztylet.
– Przydaj się na coś i przynieś miksturę.
Wymacałam dłonią przedmiot, o który zahaczyłam w trakcie upadku. Była to skrzynia. Wyczułam pod palcami zimne, stalowe okucia i zatrzask z kłódką. Przysunęłam się bliżej, mając nadzieję, że w jakiś sposób ochroni mnie to przed kolejnym niespodziewanym ciosem. Drgnęłam, gdy usłyszałam skrzypnięcie drzwi i zbliżające się kroki. W pomieszczeniu zapanowało poruszenie. Nie wiedząc, co się dzieje, spięłam wszystkie mięśnie, szykując się na atak. Bezskutecznie, bo już po chwili ktoś złapał mocno moją głowę. Nie mogłam nią ruszyć. Szarpnęłam liną, która pętała moje dłonie, ale wywołało to jedynie ból w nadgarstkach.
A później ktoś rozpylił coś wokół moich oczu. Poczułam intensywny, ziołowy zapach. Coś jak połączenie ostropestu, rumianku i szałwii. Oprócz tego było tam coś, czego nie umiałam rozpoznać. Skóra wokół zaczęła mnie szczypać, chciałam zetrzeć krople dziwnego płynu z mojej twarzy albo chociaż się podrapać, ale ktoś złapał moje dłonie, a później odwiązał opaskę.
Najpierw poraziło mnie światło, którego i tak było niewiele, w – jak zdążyłam zauważyć – ciasnym pomieszczeniu. Później zrozumiałam, że coś, co zostało rozpylone na mojej skórze, zaburzyło moją ostrość widzenia. Obraz był zamazany i niewyraźny. Zaczęłam rozglądać się na boki. Widziałam kontury mężczyzny, który schował się w cieniu, za maleńkim stolikiem. Po drugiej stronie małego pokoiku stał oparty o ścianę człowiek sięgający głową prawie sufitu. Poza zarysem ich sylwetek nie widziałam nic. Później spojrzałam przed siebie. Trzeci z nich klęczał na wprost mnie, ciągle trzymając moje dłonie.
– Wybacz moim ludziom – odezwał się – są nadgorliwi, kiedy łapią szepczących.
Starałam się skupić swój wzrok w jednym punkcie. Dostrzec rysy jego twarzy czy choćby jakiś mały element. Mężczyzna musiał się tego domyślić.
– Nie wysilaj się tak, zaraz znów zaczniesz widzieć. Zaburzenie wzroku jest tylko chwilowe, ale może swędzieć przez jakiś czas.
Zamrugałam kilka razy. Miał rację. Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu wszystko wróciło do normy. Przyjrzałam się dokładnie jego twarzy i rozpoznałam w nim człowieka, który mnie obserwował. Patrząc na niego z tak bliska, zauważyłam, że jest młodszy, niż mi się wydawało. Mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat. Miał opaloną skórę, włosy zmierzwione wiatrem, lekko rozjaśnione u góry, zapewne przez słońce. Musiał długo przebywać na zewnątrz. Może pracując na statku lub w polu. Nie wyglądał mi jednak na zwykłego chłopa. Do pasa przewieszonego przez ramię, miał przytroczone kilka noży. Natomiast od prawego kącika ust aż do policzka ciągnęła się cienka blizna, która wyglądała jak przedłużenie jego uśmiechu. Nadawało mu to jeszcze bardziej groźnego wyglądu.
– Jesteś piratem – domyśliłam się.
– Prawie – powiedział, przeciągając powoli to słowo.
– Co mi zrobiłeś?
Uśmiechnął się cierpko, a blizna na jego twarzy uniosła się razem z kącikiem jego ust.
– Właściwie to nic. To tylko magiczny eliksir, który powstrzymuje takich jak ty przed szeptaniem. Nazywamy go ziołowym jadem.
– Niemożliwe – wyrwało mi się.
Zaśmiał się cicho, a mężczyźni stojący z boku zawtórowali mu. Ciarki przeszły mi po plecach. Nigdy nie słyszałam o czymś takim jak ziołowy jad. Rowenna nie wspomniała, że coś takiego istnieje, a przecież jak nikt inny znała się na ziołach i magicznych miksturach. Do tego uczyła nas wszystkiego na temat szepczących.
– Jakaś taka marna ta szepcząca – rzucił wielkolud opierający się o ścianę.
– Niedoświadczona – dodał chudzielec.
Obaj roześmiali się głośno.
– Może skończmy z nią wcześniej i nauczmy ją kilku sztuczek – dodał po chwili wyższy z nich, śmiejąc się jeszcze głośniej.
– Cisza – powiedział cicho Flin.
Jego głos brzmiał spokojnie i ledwo przebił się przez salwę śmiechu mężczyzn, jednak obaj ucichli od razu. Żaden nawet nie dyskutował. Było to coś, co sprawiało, że bałam się jeszcze mocniej. Nie dwóch opryszków stojących pod ścianą, ale samego Flina. W jego oczach ni to szarych, ni niebieskich, czaiło się coś złowrogiego. Przełknęłam głośno ślinę.
– Jest taka jak wszyscy i skończy tak samo, jak oni – powiedział, w końcu puszczając moje dłonie.
Nareszcie mogłam potrzeć podrażnioną skórę. Gdy tylko dotknęłam jej opuszkami palców, poczułam ból. Nie wiedziałam, co gorsze, ale ostatecznie powstrzymałam się od drapania. Swędzenie było mniej uciążliwe.
– Widzisz moja droga – zwrócił się do mnie – od jakiegoś czasu polujemy na szepczących. Zdajesz sobie sprawę, że nie są oni tutaj lubiani…
– Nigdzie nie są – wtrąciłam.
Oczekiwałam gwałtownej reakcji, ale on z takim samym cierpkim uśmiechem jak wcześniej, powoli podniósł się z klęczek. Wziął jedno z krzeseł stojących przy stole i usiadł na nim na wprost mnie.
– Prawda, ale to chyba nic dziwnego. W każdym razie, żeby to robić, musimy być odpowiednio przygotowani. Stąd takie środki ostrożności. Nie chcemy przecież, by któreś z was zamieniło nas w ślimaki albo zawładnęło naszym umysłem.
– I to działa? – wskazałam na swoją skórę wokół oczu.
– Jak dotąd żaden z nas nie czołga się po podłodze – parsknął.
– Nie zamieniam ludzi w ślimaki – powiedziałam, siląc się na twardy ton.
– Możesz spróbować. Śmiało.
Nie chciałam tego, ale postanowiłam ponownie spróbować wyszeptać jakieś zaklęcie. Cokolwiek. Wiedziałam już, że nie umiem wpłynąć na myśli żadnego z nich. Próbowałam przenieść siebie w inne miejsce, ale jedynie zakręciło mi się w głowie. Doszłam do wniosku, że lepiej będzie spróbować z czymś prostym. Najłatwiejsze było przesuwanie przedmiotów. Postanowiłam otworzyć drzwi i może w jakiś sposób odwrócić ich uwagę, ale nawet ta sztuczka mi się nie udała.
– Wysiłek masz wymalowany na twarzy – szepnął, nachylając się nade mną.
W kącikach oczu zebrały się słone łzy, które w połączeniu z podrażnioną skórą wywołały jeszcze większe swędzenie. Zdusiłam w sobie rozpacz. Gdyby tylko Meredith i Arthyem tu byli. Zaraz jednak doszło do mnie, że może to lepiej dla nich. Ja zginę tutaj, a im może uda się bezpiecznie wrócić do domu. Spuściłam głowę, zawiedziona własną porażką.
– To nie twoja wina. Tylko działanie opaski i mikstury.
– To niemożliwe – powtórzyłam po raz kolejny, tym razem sama do siebie.
– Ty naprawdę mało wiesz. Skąd pochodzisz i co tu robisz? Nie myśl, że uwierzyłem w bajkę o podróży z handlarzami z wioski.
– Pochodzę z Argantelii. Mieszkam w małej chatce w środku Bukowego Lasu razem z moją opiekunką i nauczycielką. Uciekłam, bo chciałam zobaczyć kawałek świata.
Mężczyźni z tyłu zachichotali, ale ich szef oparł się wygodnie na krześle i wpatrywał się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Trwało to dłuższą chwilę, zanim znów się odezwał.
– Twoja nauczycielka nie ostrzegła cię przed Vonttem?
Pokręciłam głową.
– Nie powiedziała, że są sposoby na takich jak ty? – kontynuował.
– Nie wiedziałam, że można nas obezwładnić. Nawet nie wiem jak to możliwe. Próbowałam szeptać, odkąd tu trafiłam.
– Powiedziałaś Bukowy Las?
Skinęłam głową. Widziałam, jak się nad czymś zastanawia. Bałam się, że powiedziałam mu za dużo, ale póki rozmawialiśmy, zyskiwałam na czasie. Ziołowy jad mógł przestać działać, a ja miałam szansę, by wymyślić sposób na ucieczkę. Zaczęłam więc rzucać ukradkowe spojrzenia w stronę drzwi i obserwować wnętrze chaty.
– Więc nie wiesz, że nie o szept tu chodzi? – zapytał.
Widziałam w jego spojrzeniu zdziwienie. Sama również byłam zaskoczona tymi słowami. Na chwilę zapomniałam o ucieczce.
– Przecież to na tym opiera się nasza magia.
– Sęk w tym, że nie.
Znieruchomiałam. Korzystałam z tego rodzaju magii od tak dawna, że nie mogłam się mylić. Flin kłamał albo miał złe informacje. Nie widziałam innego rozwiązania.
– Słabą masz tę nauczycielkę – zauważył po chwili.
Jego słowa mnie zabolały. Jeśli mówił prawdę o szeptaniu, to stawiało to Rowennę w złym świetle. Gdyby na dodatek okazało się, że wiedziała o polowaniach na szepczących i o sposobach na ich unieruchomienie, moja wiara w nią rozpierzchłaby się całkowicie. Na tę myśl ogarnął mnie smutek, ale żeby ocenić zachowanie Rowenny musiałam dowiedzieć się więcej.
– Wyjaśnisz mi to? – zapytałam.
– Bukowy Las – dodał szeptem, spoglądając na mnie.
Uśmiechnął się łobuzersko. W jego oczach zobaczyłam błysk.
– Zbyt długo trwała nasza pogawędka. Wzywają mnie inne obowiązki, ale nie martw się, jeszcze wrócę – powiedział, podnosząc się z krzesła.
Po tych słowach opuścił ciasne pomieszczenie. Zaraz za nim wyszli pozostali. Większy z nich splunął na ziemię, rzucając mi pogardliwe spojrzenie. Odgłosy kroków oddaliły się, a ja zostałam zupełnie sama, w towarzystwie czarnych myśli.
Nie mogłam się jednak poddawać. Postanowiłam zrobić coś z więzami, którymi spętano moje dłonie. W pokoiku było ciemno, niewielki snop światła wpadał przez szparę w drzwiach. Zaczęłam rozglądać się po pokoju. Do stołu i krzesła, które stały, pod jedną ze ścian, nawet bym nie doszła. Sznur był zbyt krótki. Musiałam najpierw sprawdzić, do czego go przymocowano, miałam szansę odwiązać go i uciec. Wstałam i podeszłam do ściany. Wtedy spostrzegłam grube, żelazne kółko. Zaczęłam macać supeł, który się na nim znajdował. Ucieszyłam się, gdy zrozumiałam, że jestem w stanie go rozwiązać.
W pewnej chwili do głowy przyszło mi, że to zbyt łatwe, ale przecież nie mogłam pozwolić tej myśli, odwieść mnie od mojego planu. Węzeł był dojść mocno zbity. Wbijając paznokcie w twardy materiał, starałam się go poluzować. Otarłam sobie naskórek, ale już po chwili pętelka została prawie rozplątana. Wtedy ze smutkiem odkryłam, że nie będę mogła jej przecisnąć, ponieważ kawałek przywiązany do obręczy w ścianie nie był końcówką sznura, jak wydawało mi się na początku.
Ktoś przeciągnął go w całości, a później jednym i drugim końcem związał mi nadgarstki. Supeł zawiązano zapewne dla zmylenia mnie lub po prostu dla zabawy. Pisnęłam cicho, dając upust mojej frustracji. Zastanawiałam się, kto wpadł na tak prześmiewczy pomysł. Podświadomie wiedziałam, że mógł to być szef bandy. Osiłek zawiązałby tylko jeden koniec, tutaj, ktoś przemyślał sprawę.
Opadłam wściekle na podłogę, aż zabolały mnie pośladki. Co mogłam jeszcze zrobić? Przecież nie powinnam się poddawać. Zaczęłam więc analizować kolejne opcje. Przyjrzałam się podłodze kawałek po kawałku. Oprócz kurzu nie było tam nic, co mogłoby się przydać. Podniosłam się i podeszłam do szafki niechlujnie zbitej z kilku desek. Wyglądała, jakby zaraz miała runąć.
Sznura starczyło na tyle, bym mogła dokładnie przyjrzeć się temu, co znajduje się na półkach. Wiklinowy kosz pokryty kurzem i pajęczyną. Kilka pustych i pełnych butelek, stare spleśniałe liny, jakieś rupiecie, których nie umiałam rozpoznać, a które pokrywał pomarańczowy nalot. Zapewne części ożaglowania. Wzięłam do ręki pierwszy przedmiot z brzegu. Okazał się on obudową kompasu, w środku jednak nie było igły, a szkiełko było potłuczone. Próbowałam wciągnąć resztki ze środka, by móc przeciąć nimi linę.
Nie było to łatwe, jednak po kilku próbach w końcu się udało. Oczywiście jak największa niezdara, skaleczyłam się przy tym w palec. Mały element ujęłam w kciuk i palec wskazujący. Przysunęłam go bliżej linki, wyginając palce. Niestety sposób ten okazał się nieskuteczny. Ostrze jedynie ślizgało się po linie. Moje palce były za krótkie, by móc docisnąć je do włókien i skutecznie je przeciąć. Odrzuciłam kawałek w kąt.
Wiedziałam, że muszę znaleźć coś większego. Może coś, co mogłabym zaczepić lub zahaczyć, tak by móc potrzeć swobodnie o to liną. Chwyciłam za pustą butelkę, jednak zanim ją rozbiłam, zastanowiłam się, czy naprawdę warto i czy dźwięk nie zaalarmuje moich porywaczy. Odłożyłam ją z powrotem. Zamiast tego sięgnęłam po kolejny zardzewiały przedmiot. Jego brzegi były nierówne i lekko ostre. Włożyłam go między jedną z desek, z której zrobiono półkę i zaczęłam pocierać więzy. Wtedy mebel się poruszył. Na początku nie zwracałam na to uwagi, ale im mocniej tarłam, tym mocniej ruszała się szafka, wydając przy tym cichy stukot.
Na chwilę przestałam, spojrzałam na supeł i zobaczyłam, że pojedyncze włókna zaczęły się drzeć. Ucieszona, postanowiłam kontynuować swoją pracę. Musiałam jednak robić to delikatniej, by nie zaalarmować nikogo na zewnątrz. Pocierałam sznur wolniej, a stopę oparłam o szafkę, która nie wydawała już żadnych dźwięków. Po dłuższej chwili dłonie zaczęły mnie boleć, od ruszania nimi to w dół, to w górę. Materiał zaczął pękać, została mi jeszcze jakaś połowa, by uwolnić się całkowicie.
Niespodziewanie usłyszałam jakiś hałas na zewnątrz. Spanikowana wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Usiadłam szybko na podłodze, odsuwając się od szafy. Dłonie przycisnęłam do brzucha tak, by nie było widać, że próbowałam zerwać pęta. Zapomniałam jedynie o ostrym przedmiocie, który zostawiłam na półce. Nie miałam szans, by tam wrócić i go ukryć. Do pomieszczenia wszedł właśnie Flin. Pozostało mi, mieć nadzieję, że nie zauważy niczego podejrzanego.
Spojrzał na mnie z góry, zakładając ręce na piersi. Wpatrywał się tak przez chwilę, przez co miałam wrażenie, że odkrył moją tajemnicę. Serce zaczęło mi bić szybciej, a dłonie zadrżały.
– Co mam z tobą zrobić? – zapytał nagle.
Przysunął sobie krzesło i usiadł na wprost mnie. Siedzieliśmy w ciszy. Ja bałam się powiedzieć cokolwiek. Zbyłam jego pytanie, przeczuwając, że nie było skierowane do mnie. Wydawał się zamyślony, ale kiedy w końcu spojrzał na mnie, ujrzałam jego surowy wyraz twarzy.
– Jesteś wyjątkowym okazem.
Gdy to powiedział, zrobiło mi się słabo.
– A jednak… nie pasujesz do schematu.
Drgnęłam, okazując zainteresowanie jego słowami. Dostrzegł to, bo uśmiechnął się do mnie kpiąco.
– Za pewne medykamenty pozyskiwane z szepczących dostaję spore sumy. Są tacy, którzy chcą was żywych i płacą więcej. Ty byłabyś idealna, gdyby nie to, że jesteś taka nieświadoma. Przypuszczam, że niewiele wiesz na temat swojej mocy i pochodzenia. Niestety, to sprawia, że nikt cię nie zechce.
Spuściłam głowę. Nie chciałam okazywać słabości, ale słysząc to wszystko, robiło mi się niesamowicie przykro. Zaczynałam żałować, że wymknęliśmy się z domu. Byłam bezbronna, nieświadoma zbyt wielu rzeczy.
– Co ze mną zrobisz?
– Problem w tym, że nie wiem. Jedyna sensowna opcja, to sprzedać twoje oczy.
– Sprzedać… – słowa utknęły mi w gardle.
– Mówiłem, różni dziwacy chodzą po tym świecie. Za waszą krew też nieźle płacą. Możemy jej trochę upuścić.
Poczułam, jak ciarki przechodzą po moich plecach, dłonie zaczęły mi się pocić, w gardle urosła mi ogromna gula. Wpatrywałam się w niego otępiałym wzrokiem. Odkryłam jednak, że strach, który mnie ogarnął, powoli zamienia się w obrzydzenie, skierowane do tego człowieka.
– Dlaczego mówisz takie rzeczy? I dlaczego robisz to szepczącym? Co my ci zrobiliśmy?
– Zrobiło ci się przykro? – zapytał kpiąco.
Strach zniknął już zupełnie. Przypomniałam sobie o Meredith i Arthyemie i o tym, co bym zrobiła, gdyby ktoś wyrządził im krzywdę. W tej chwili uświadomiłam sobie, jak wiele dla mnie znaczą. A on, uważał nas za towar, który można sprzedać. Tym razem nie zważałam na słowa. Gniew we mnie wzrósł jeszcze bardziej.
– Ty perfidny egoisto. Jesteś potworem. Nikt nie ma prawda traktować w ten sposób ludzi.
– Dla mnie nimi nie jesteście.
– Spójrz czasem w lustro, a też nie dostrzeżesz tam ani krzty człowieczeństwa – odparłam.
Zanim zdążyłam przeanalizować to, co powiedziałam, czy choćby mrugnąć okiem, Flin stał już przy mnie. Poczułam, jak ściska moje nadgarstki i unosi mnie do góry. Złapał mnie za szyję, przyciskając mocno do omszałych desek. Z trudem łapałam powietrze. Spoglądając w jego ni to szare, ni to niebieskie oczy, widziałam gniew i ogromną nienawiść skierowaną w moją stronę. Po chwili blizna na jego policzku zadrgała, a uścisk na mojej szyi zelżał. Wciąż jednak przytrzymywał mnie mocno. Czułam ból w nadgarstkach i drzazgi wbijające się w moje plecy.
– Nawet nie wiesz… – zaczął, ale nie dokończył.
W tym samym momencie, na zewnątrz dało się słyszeć przeraźliwy krzyk, a później drzwi otworzyły się z impetem. Jakaś niewidzialna siła odrzuciła nas na bok. Flin musiał uderzyć głową o kant szafki, bo z jego czoła pociekła stróżka krwi. Zanim zdołał się podnieść, ja stałam na nogach, szukając czegoś, czym mogłabym się obronić lub go ogłuszyć. Wtedy usłyszałam znajomy głos.
– Irvette.
– Arthyem – krzyknęłam, a po moich policzkach spłynęły łzy szczęścia.
Nie przypuszczałam, że jeszcze go zobaczę. Wbiegł do pomieszczenia i szepcząc zaklęcie, uwolnił mnie z więzów. Złapał moje dłonie, oglądając zranione nadgarstki. Minę miał nietęgą. Wiedziałam, że jest wściekły.
– Musimy uciekać – powiedział.
– Nie mogę – wydusiłam.
Spojrzał na mnie pytająco. Wtedy dostrzegł coś na mojej twarzy i potarł kciukiem okolicę moich oczu. Wyglądał na przestraszonego. Zaczęłam zastanawiać się, czy jest aż tak źle.
W tym czasie Flin podniósł się z ziemi. Ocierając krew z czoła, sięgnął po flakonik schowany w kieszonce kamizelki. Chciałam ostrzec Arthyema, ale na szczęście okazał się szybszy. Jednym zaklęciem powalił napastnika na ziemię.
– Odebrali mi moc – szepnęłam.
Widziałam w jego spojrzeniu współczucie. Chciał coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle. Z zewnątrz dochodziły kolejne wrzaski, aż w końcu do pomieszczenia wkroczyła Meredith. Ucieszyłam się na jej widok. Ona jednak wydała się przestraszona, gdy spojrzała na mnie. Mój lęk wzrastał coraz bardziej, ale nie miałam odwagi zapytać, czy chodzi o moje oczy.
– Co tak stoicie, jak te posągi? Czas się zbierać – rzuciła twardo.
Doskoczyła do nas i chwyciła nasze dłonie. Rzuciła mi jeszcze przelotne spojrzenie, a później zaczęła szeptać razem z Arthyem. Ogarnął mnie dziwny smutek, na myśl, że nie mogę do nich dołączyć. Zamknęłam oczy, próbując nie myśleć o tym, co się wydarzyło.
Już po chwili poczułam przejmujący chłód i wilgoć w butach. Gdy spojrzałam w dół, dostrzegłam, że stoję po kostki w wodzie. Wiatr rozwiewał moje włosy i szarpał sukienkę. Rozejrzałam się dookoła. Znaleźliśmy się w jaskini nad brzegiem morza. Znajdowało się tu tylko jedno wyjście, prowadzące przez spienione fale. U góry, na wysokości kilkunastu metrów, była niewielka szczelina, przez którą wpadały ostatnie promienie słońca.
– Świetnie – skwitowała ironicznie Meredith.
– Co to za miejsce? – zapytałam.
– Nie wiem – odparł Arthyem, wyraźnie zszokowany.
– Mieliśmy wrócić do lasu – powiedziała oskarżycielskim tonem Meredith.
Chłopak uniósł ręce do góry w obronnym geście i odpowiedział jej tym samym tonem.
– To niby ja dla żartu zmieniłem zaklęcie?
Z ust księżniczki wyrwało się jedynie ciche westchnienie. Coś było nie tak. Zaklęcia nie podziałały i zamiast wrócić do domu, trafiliśmy do jaskini. Oboje spoglądali na siebie podejrzliwie, aż w końcu ich wzrok padł na mnie.
– Co oni ci zrobili? – westchnęła cicho Meredith.
Wzruszyłam tylko ramionami i opuściłam głowę.
– Jest aż tak źle? – zapytałam.
Poczułam dotyk na swoim ramieniu, a później czyjeś palce ujęły mój podbródek, unosząc go do góry.
– Powinno się zagoić – powiedział Arthyem.
– Jakieś magiczne mikstury, wyciąg z rumianku, albo okłady z babki lancetowatej. Gwarantuje ci, że po paru dniach twoja skóra zagoi się całkowicie.
– A co z moją mocą? – zapytałam. – Spryskali czymś moje oczy i chwilę później straciłam swoje umiejętności. Nie wiem, co to było, ani jak działa. Nie mam pojęcia, czy to tylko chwilowe, czy… – nie dokończyłam, bo te słowa nie umiały przejść przez moje gardło.
Spojrzeli po sobie z widocznym zakłopotaniem. Podobnie jak ja, nie wiedzieli, co mi dolega ani jak odwrócić czar. Nie byłam nawet pewna czy Rowenna jest w stanie zniwelować działanie tej dziwnej substancji. Po rozmowie z Flinem nie byłam już pewna niczego, a zaufanie do opiekunki spadło. Czułam się oszukana. Wolałam jednak nie mówić pozostałym o tym, czego dowiedziałam się od swojego porywacza. Były to zaledwie strzępki informacji, a ja czułam żal i rozgoryczenie, przez co mój osąd był zaburzony. Musiałam wszystko sobie przemyśleć. Z tych rozmyślań wyrwał mnie Arthyem.
– Musimy wydostać się stąd, zanim przyjdzie przypływ.
Ruszył w kierunku wyjścia z jaskini, zanurzając się w wodzie po kolana. Zatrzymał się jednak po kilku krokach i obejrzał się w naszą stronę. Stałyśmy w miejscu, spoglądając na zimną wodę, w której się znalazł.
– Co jest? – zapytał zdezorientowany.
– Chyba żartujesz. Mam brodzić w lodowatej wodzie po kolana?
– Masz zamiar przenieść się w inne miejsce i ponownie trafić na bandę pomyleńców? Nie możemy ryzykować kolejnych zaklęć, by wrócić do domu, bo znów możemy trafić w inne miejsce. Tylko następnym razem to może być sam środek jarmarku albo czyjaś chata. Jak wtedy zareagują na nas ludzie?
Meredith nie odpowiedziała. Pierwszy raz wydawała się przybita. Spuściła wzrok, kierując go na czubki swoich butów.
– Wbrew pozorom mamy szczęście, że wylądowaliśmy na zupełnym odludziu. Eraz musimy wydostać się stąd bez używania zaklęć. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi.
– Wędrówka bez magii? – zapytała Meredith, nieco się ożywiając.
– Masz lepszy pomysł? – odburknął.
Spojrzała na mnie, a później pokręciła głową wyraźnie niezadowolona.
– Stajemy się zwykłymi ludźmi – szepnęła.
– Dopóki nie dowiemy się, dlaczego zaklęcia nie działają, lepiej z nich nie korzystać. Może uda nam się odkryć, w jaki sposób odebrali Irvett magię.
– Może chociaż małe zaklęcia, na przykład ogrzanie wody – zaproponowała.
Zanim Arthyem zdążył zaprotestować, Meredith zaczęła szeptać. Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Zaklęcie zamiast na morskie fale podziałało na piasek w jaskini. Obok mnie buchnął ogień. Odskoczyłam, ale jeden z płomieni delikatnie przypalił brzeg mojego rękawa. Przyklepałam tlący się materiał, ze smutkiem odkrywając kilka czarnych dziurek.
– Widzisz, co zrobiłaś?! – wykrzyknął Arthyem.
Meredith stała oniemiała, spoglądając na tlące się ognisko. On natomiast podbiegł do ognia i zaczął zasypywać go piaskiem. Po kilku minutach całkowicie ugasił płomienie. Podeszłam do księżniczki i poklepałam ją delikatnie po ramieniu. Gdy odwróciła głowę w moją stronę, widziałam jej strach i niedowierzanie.
– Jak? – wydusiła w końcu.
– To było oczywiste, że skoro nie możemy wyszeptać zaklęcia, które przenosi z miejsca w miejsce, nie możemy szeptać też innych – skwitował.
Meredith otrząsnęła się i odpowiedziała mu tym samym tonem.
– Nie zaszkodziło spróbować. Teraz przynajmniej jesteśmy pewni, że straciliśmy moce.
– Szkoda tylko, że dym unoszący się do góry – powiedział, wskazując dłonią na otwór w skale – może zauważyć każdy.
– Od kiedy tak się rządzisz? – Dziewczyna tupnęła nogą.
– Ktoś musi.
– A ja wcale nie muszę cię słuchać.
Po chwili zaczęli się przekrzykiwać, mocno przy tym gestykulując. Kręciło mi się w głowie od ich wrzasków. Nie byłam w stanie dłużej tego wytrzymać.
– Przestańcie!
Oboje zamarli w bezruchu, spoglądając na mnie szeroko otwartymi oczyma. Uspokoiłam się nieco, z podniesioną głową i pewnym siebie spojrzeniem, podeszłam do nich.
– Kłótnie to najgorsze, co możemy teraz zrobić. Przepraszam was, ale mam wrażenie, że to wszystko przeze mnie. Moja moc zniknęła, a wasza jest… nie działa, tak jak powinna. Jedyną osobą, która maczała w tym palce był Flin i jego ludzie.
– Kto?
– Mężczyzna, który mnie porwał. Przywódca szajki. Polują na szepczących i robią im straszne rzeczy. – Na samo jego wspomnienie i tego, co mi powiedział, zrobiło mi się słabo. – Niestety, jest jednocześnie jedyną osobą, która może nam pomóc.
Arthyem uniósł brwi do góry, a Meredith przekrzywiła lekko głowę, przyglądając mi się dokładnie. Wyglądali, jakby patrzyli na wariatkę.
– Wiem, jak to brzmi, ale to on użył jakiejś magicznej mikstury, pewnie ma odtrutkę, a nawet jeśli nie, to ma bardzo dużą wiedzę na temat szepczących.
– Powiedział coś? – ożywiła się księżniczka.
– Nie. Nie zdążył – odparłam.
Arthyem potarł skronie i przez chwilę w ogóle się nie odzywał. Meredith zaczęła krążyć wokół zasypanego ogniska, a ja przypatrywałam im się w skupieniu, czekając, aż podejmą decyzję.
– Dobra, złapmy drania. – Księżniczka złapała mnie za rękę i uśmiechnęła się zadziornie.
Arthyem dołączył do nas i pokiwał głową na znak, że się zgadza. Odetchnęłam z ulgą. Udało się ustalić plan działania. Była to jednak prostsza część, odzyskanie naszych mocy i wyduszenie informacji z Flina wydawało się dużo trudniejszym zadaniem. Ja wierzyłam jednak, że magia znów może do nas powrócić. Musieliśmy spróbować.
Katarzyna Kaczmarczyk.