Przejdź do głównej treści

LEOPOLD TYRMAND, CZYLI ZŁY BEZ CUDZYSŁOWU - ADAM MIKS


Leopold Tyrmand – pisarz, publicysta, kronikarz. Urodzony 16 maja 1920 roku w Warszawie, zmarł 19 marca 1985 roku w Fort Myers. Jego dzienniki przyprawiają o ból głowy, podobnie jak „Filip”, niezbyt dobrze znana powieść.

Książki powinny same mówić o sobie i za siebie.
Leopold Tyrmand

Urodził się we właściwym miejscu, lecz w niestosownym czasie. Właściwie to kiedykolwiek by się nie urodził, nie byłby to właściwy moment. Polska, a w szczególności Warszawa, to taka kraina, nad którą od czasu do czasu łączą się interesy wszystkich mocarstw, tylko nie samej Polski. Nie mógł więc w niej spokojnie spać i żyć taki człowiek, jak Leopold Tyrmand.

Wszystko rozchodziło się o jego pochodzenie. Wychował się w zasymilowanej, ale jednak w żydowskiej rodzinie. Janusz Korczak również został wychowany w duchu polskiej kultury, ale czy mu to pomogło w 1942 roku? Śmierć na terenie obozu w Treblince już przecież czekała za progiem Domu Sierot przy Siennej 16 w Warszawie.

Ojciec zginął na Majdanku, matka przeżyła, lecz wyemigrowała do Izraela. Jej rodzina doznała okrutnego losu zagłady. I o czym tu debatować, czym się chwalić. W „Dzienniku 1954” próbował oszukać siebie i innych, zastanawiając się nad rzekomą skandynawską etymologią nazwiska Tyrmand. Podawał się za kurlandzkiego barona. Ciekawe czy sienkiewiczowski Zagłoba kupiłby ową historyjkę. Chociaż ten lubił bardziej uchodzić za sprzedającego.

Ale zupełnie inny niż sentymenty rodzinne był powód jego ucieczki statkiem niemieckim do Szwecji. W 1944 roku Tyrmand zaciągnął się jako marynarz na niemiecki statek. Próbował się w ten sposób przedostać się do neutralnego państwa skandynawskiego. Uciekł w norweskim porcie Stavanger, lecz został schwytany i osadzony w obozie koncentracyjnym Grini, niedaleko Oslo. Tam doczekał końca wojny.
Po powrocie do Warszawy w 1946 roku zamieszkał w budynku polskiej YMCA. W 1978 zespół muzyczny Village People spopularyzował tę międzynarodową organizację, śpiewając:

Young man, there’s no need to feel down, I said
Young man, pick yourself off the ground, I said
Young man,’cause you’re in a new town
There’s no need to be unhappy

[Młody człowieku, nie przejmuj się, mówię
Młody człowieku, pozbieraj się, mówię
Młody człowieku, jesteś w nowym mieście
Lecz nie musisz smucić się]

Tyrmand zupełnie inaczej widział działalność YMCA: „Zaraz po wojnie, w ’45, ’46, ’47 i ’48 roku budynek ten przeistoczył się z siedliska instytucji sportowo-chrześcijańskiej w centrum towarzysko-rozrywkowe. (...) pół budynku uległo wypaleniu, ale połowa została, wysoka na cztery piętra i można było mieszkać”. Jaki kraj, taka YMCA. Ale im dalej w las, tym ciekawiej: „Nadal nie było tu alkoholu, ale tłum zapełniających ją w latach 1946-49 przypominał raczej bywalców modnych dancingów niż młodych, usportowionych chrześcijan. Zwłaszcza gdy Amerykanie (...) wspomogli wydatnie swych polskich braci i przysłali do Warszawy to wszystko, na co sobie krezusowa YMCA amerykańska mogła pozwolić” Wypada powtórzyć: jaki kraj, taki oddział YMCA.

Kraj zburzony, kraj nędzy i smutku powojennego. Pełny bólu i gliny, z której raczej nie zbuduje się pięknego i młodego państwa. Kraj wczesnego komunizmu, niechlujstwa i gnicia.

Pozostał wiatr, zatkany zlew i nieokreślone pomieszczenia z porysowanymi kafelkami. Czyżby ktoś zamierzał w gmachu przy Konopnickiej wystawić antyutopijną sztukę o dzielnym narodzie warszawskim, który jednak nie zyskał aprobaty u władz pojałtańskiej Moskwy? Nie, to z YMCA zrobiono kołchoz. Może nie taki w 100 procentach sowiecki, lecz także nie do przyjęcia przez Leopolda Tyrmanda. Dzięki felietonom zamieszczanym w „Przekroju”, niekonwencjonalnemu stylowi życia, bezkompromisowym poglądom na świat stawał się coraz bardziej popularny. Przez tę popularność został wydalony z „Przekroju”. Pretekst szybko się znalazł: Tyrmand w ostatnim swym artykule skrytykował stronniczość radzieckich sędziów bokserskich. Podczas meczu Polska – ZSRR przez „niedopatrzenia” polscy bokserzy doznali sromotnej klęski. Tyrmand to wyłapał i – co gorsza – opisał. Jak było naprawdę, trudno teraz dociec. Dość, że znalazł się na bruku.

Przygarnął go „Tygodnik Powszechny” dzięki pomocy Stefana Kisielewskiego. Jednak w 1953 roku, po odmowie druku oficjalnego nekrologu Stalina, „Tygodnik Powszechny” broniący dotąd swojej względnej niezależności został przejęty przez ówczesne władze. Czyli de facto przestał istnieć. Tyrmand opisał w „Dzienniku” dzieje upadku tego „jedynego wolnego pisma, które przez 8 lat istniało legalnie na obszarze imperium sowieckiego”, a chociaż „nie znaczy to, że «Tygodnik» mógł publikować, co chciał”, to przynajmniej „mógł nie publikować, czego nie chciał”.

W tym czasie pisał do szuflady. Po cichu i w skrytości mieszkania powstawał „Dziennik 1954”. „Ten dziennik jest bronią automatyczną, pistoletem maszynowym, który, wyciągnięty za 100 lat będzie strzelał z równą skutecznością jak dziś, tak jest naoliwiony zmaganiem”. Trochę to dziwny dziennik, bardzo krótki, wręcz lakoniczny. Obejmuje tylko 3 miesiące życia Tyrmanda. Przerwał pisanie „Dziennika” na rzecz nowej powieści zatytułowanej „Zły”. Do „Dziennika” nigdy nie wrócił.

Nową powieść dedykował Warszawie, często pojawiają się w niej inwokacje skierowane ku rzeczom martwym, na przykład bramom domów. Jak zapewne pamiętamy „dom może się obyć bez okien, schodów, ale bez bramy ani rusz!” Słowa te wypowiedział Popiołek, dozorca – jeden z bohaterów „Domu”, niegdyś bardzo cenionego serialu. Gdyby przeczytał „Złego” z pewnością powiedziałby, że nie ma powojennej Warszawy bez Tyrmanda i „Złego”.

Powieść dzieje się w roku 1956. Specyfika tego momentu historycznego polegała na tym, że w miejsce nie tak dawnych heroicznych czynów powstańczych nastał czas heroizmu trudnej codzienności, w której trzeba było zorganizować w jakiś sposób normalne życie. Ale, jak można normalnie żyć, gdy w pociągach i autobusach grasują chuligani, niemal każdą dzielnicą trzęsą nieformalne organizacje przestępcze, a pójście na wódkę do wolskiej knajpy grozi utratą którejś z przydatnych do życia części ciała? Doskonale rozumie to nie tylko tytułowy Zły, ale także wiedzą o tym tajemniczy dżentelmen w meloniku przemierzający warszawskie ulice staroświeckim kabrioletem, przystojny i rozchwytywany przez kobiety lekarz, dwaj dociekliwi redaktorzy „Expressu”, uprawiający brawurowe pościgi szofer MPK, cukiernik przypominający sylwetką Mount Everest, a także starzec o szlachetnym sercu i pięknej powstańczej przeszłości, na co dzień sprzedający gazety i papierosy w ulicznym kiosku.

Z tymi bohaterami czytelnik może zwiedzać tajemnicze zaułki wśród nie całkiem odbudowanych warszawskich kamienic, odurzyć się oparami marnego tytoniu i mocnej wódki w spelunkach Woli i Śródmieścia, a nawet odwiedzić pana Mefistofelesa Dziurę, który niestety nie miał w sobie żadnej z cech diabelskiego imiennika, gdyż był po prostu fryzjerem zakochanym w kelnerce o egzotycznej urodzie.

Esencję powieści Tyrmanda stanowi jednak obraz przestępczego półświatka, w którym pierwsze skrzypce gra nierzucający się w oczy prezes spółdzielni „Woreczek”. Na każde jego skinienie gotowi są do działania zarówno bezwzględni kryminaliści pokroju Wieśka Mechcińskiego „Morycy”, jak i bokser o gołębim sercu, wielbiciel „Przygód Koziołka Matołka”, Robert Kruszyna, a ponadto niezliczone rzesze warszawskiego lumpenproletariatu chętne się podjąć każdego rozboju w zamian za bilet (choćby podrobiony) na mecz Polska – Węgry. A wszystko to otoczone jest atmosferą grozy wzbudzanej przez tajemniczego herszta – Kudłatego. I choć oficjalnie na straży ładu i porządku stoi niezwykle inteligentny służbista MO (i filatelista w jednym) – sierżant Michał Dziarski, tylko Zły ma tę moc zjednywania społecznego. To przecież z inicjatywy wyżej wymienionych postaci, nie milicji, powstaje myśl, jak powstrzymać falę przestępczości, bo dotąd brano pod uwagę to, że należy to zrobić, nie podając narzędzi, którymi by się miano posługiwać.

Powieść kończy się w zasadzie happy endem – przestępcy trafiają do więziennej celi, a zakochani mają szansę żyć długo i szczęśliwie. Czy jednak dzieło Tyrmanda okazuje się ostatecznie kiczowatą wersją amerykańskich westernów, a Zły podróbką Supermana? Dla tych, którzy kochają dobre zakończenia, niestety nie; na miejsce zbira Merynosa znajdzie się inny charyzmatyczny i bezwzględny organizator lokalnej przestępczości, choćby bezzębny Szaja. A po nim kolejny i kolejny. Tyrmand nie pozostawia nam złudzeń – ustami Złego przekonuje, że niektórzy ludzie są zbyt źli, żeby się zmienić, ponieważ sami wybrali zło i odrzucili wszystkie szanse powrotu do uczciwego życia. A z nimi można wygrać tylko jedną metodą – okazać się od nich silniejszym lub bardziej sprytnym. Tę gorzką prawdę równoważy na szczęście płynące z powieści przesłanie, że ludzi łączy nie tylko łatwy zysk i wspólne ciemne interesy. Równie silna jest międzyludzka solidarność, bez której „Zły” nie mógłby się zakończyć słowami doktora Halskiego: „Jesteśmy w Warszawie”.

Korzystałem z publikacji „Opowieść i milczenie. O prozie Leopolda Tyrmanda”. Fakty oplotłem jednak swoim własnym wyobrażeniem, mitem i dywagacjami o Leopoldzie Tyrmandzie.

Warszawa, 17.10.2024 rok.