FtW
Szybko zerwał się z fotela i wybiegł po schodkach na dookolny balkon, obiegający lampę latarni. Deszcz zacinał z boku zawzięcie i jednostajnie, jedynie podczas powiewu jakby wzmagał swoją intensywność, a fale morskie z monotonną obojętnością rozbijały się o nabrzeże.
– Dobrze, że pada, zmyje to paskudztwo z mojej twarzy – pomyślał – nie będzie śladu po tej upokarzającej cieczy. Przecież jestem mężczyzną, co najwyżej co jakiś czas powinienem uronić jakiś kamień, może diament, albo jakiś inny szlachetny – nie, to byłoby zbyt krzykliwe, błyszczące i pretensjonalne, kojarzyłoby się z jakąś emocjonalną biżuterią. Moja łza powinna być z granitu, a może bazaltu, ciężka i twarda. A ja co? Ryczę jak jakaś baba.
I znowu targnął nim spazm, a słona woda z oczu połączyła się z kroplami deszczu, tworząc wartki strumień.
– Jak, że ja jestem samotny – zawył.
Wiatr mu zawtórował, lecz nie wiadomo, co konkretnie. No bo, kto zna język wiatru? Światło latarni cyklicznie co jakiś czas oświetlał tę jego alienację. Mały skulony gałgan, zawieszony pośród morza, ziemi i powietrza, tkwiący gdzieś między brakiem nieba, brakiem światła i brakiem nadziei.
– Jedzenie – pomyślał – ono mi zawsze pomagało w takich sytuacjach.
I zaczął jakby pęcznieć, rozkurczać się, wzrastać, nabierał powietrza, powoli jego sylwetka zaczęła przypominać człowieka. Krokiem jeszcze nie dziarskim, ale zdecydowanym wrócił do wnętrza latarni. Zziębnięty i przemoczony dygotał, a jego zęby wykonywały energiczne tremolo. Z szafy zaczął jedną ręką wyciągać suche ubrania, a drugą energicznie wycierał głowę ręcznikiem.
– Suche gacie, niezastąpiony środek na poprawę nastroju – mamrotał do siebie.
Gdy skończył się przebierać, sięgnął po telefon i wystukał numer.
– Proszę obiad, ale taki jak u mamy – końcówka zabrzmiała jakby nieco płaczliwie.
Głos w słuchawce ciepły, ale jakoś tak nie ludzko ciepły odpowiedział:
– Mamy jak u mamy! Kluseczki zamiast klusek, w towarzystwie kotlecika i do tego kapustka, no i zamiast coli polecamy kompocik – ciepłota głosu nie spadała, lecz w niedostrzegalny sposób zaczęła przechodzić w uwodzicielskość.
– Biorę, biorę! – zakrzyknął desperacko, jakby ten posiłek miał go uratować przed plutonem egzekucyjnym. Zasiadł wygodnie w fotelu, zmieniając swój byt w oczekiwanie. Nalał do szklaneczki troszkę płynu „zapomnienie”, po którym tak naprawdę niczego nie można zapomnieć i westchnął głęboko. Po około dwudziestu minutach przyleciał dron i swoim syntetyczny głosem zaczął się wydzierać do domofonu:
– Jak u mamy, jak u mamy, raz!
Latarnik rzucił się do drzwi, szarpnął klamkę i stanął oko w sensory posłańca – jego entuzjazm nieco stopniał. Nie mógł spojrzeć w niczyje oczy, nie wyczuł ciepła, a zapach też był nieobecny. Pakunek z jedzeniem był też nieco rozczarowujący, jakoś nie było na nim znać rodzicielskiej opiekuńczości.
– Jestem taki samotny – wyszeptał ni to do siebie, ni to w kierunku drona.
Ten tylko zakręcił raźniej śmigłami jakby w sposób drwiący i wycedził z ironią:
– Jak u mamy raz! Klient się ucieszyć i być zadowolony.
Po tych słowach rozpłynął się w mroku, a wiatr zaskowytał, rozbijając się o skały, nadając scenie odpowiedniej dramaturgii. Wszak dobrze, gdy pewne sytuacje mają dodatkowe elementy i akcenty, wszak samotność jest bardziej wyrazista, gdy wyje wiatr, a nie gdy ją muska wiosenny zefirek. Z rezygnacją powlókł się z powrotem do latarni, usiadł przy stole, rozpakował paczkę i zaatakował widelcem kluseczkę. A ta była jakaś taka nie mamina, jakby pochodziła znikąd, z wielkiej, bezosobowej fabryki nicości. Kotleta w ogóle nie ruszył.
– Może to złudzenie w panierce – pomyślał i z rezygnacją odstawił talerz.
Jego palce bezwiednie podążyły ku klawiaturze, przecież ma setki znajomych, oni na pewno go zrozumieją. Zaczął mechanicznie wklepywać swoje rozterki i wątpliwości, obdarzając szczodrze łącza internetowe. Gdy palce zmęczyły się już nieco, a cała reszta jestestwa oczekiwała jakiejś ulgi i pocieszenia. Z drugiej strony nie nastąpiła żadna reakcja, jedynie złowroga, cybernetyczna cisza.
– A może ja tak koresponduję z jakimś algorytmem, a tak naprawdę po drugiej stronie nie ma nikogo żywego. Te wszystkie statki, co je czasem widuję, to tylko zwykłe hologramy, a ja jestem ostatnią żywą istotą.
I wielki, wręcz przeogromny żal ścisnął mu dupę, przez co nie było dopływu krwi do serca, co zaowocowało jego pęknięciem. I tak dokonał żywota ostatni człowiek na Ziemi, a może był to facet, mieszkający w bloku dwa piętra nad Tobą.