Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

Pierwsze Wrażenia I Zaskoczenia

 Katarzyna Georgiou

 

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

 

- Pierwsze Wrażenia I Zaskoczenia...

 

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pierwsze-wrazenia-i-zaskoczenia

 

Moje 21-sze urodziny spędziłam już w Toronto. Minęło pół roku odkąd wyjechałam z kraju, a tyle się wydarzyło... Pamiętam, z jakim naiwnym dziewczęcym entuzjazmem wylądowałam w Kanadzie, z wyobrażeniem kraju żywicą pachnącym, oczekując krajobrazów jak ze stronic Ani z Zielonego Wzgórza. Nie wzięłam poprawki w tym entuzjazmie, na prowincję Ontario i torontoński smog, w niczym nie różniący się od londyńskiego. Znając Toronto tylko z pocztówek i opowiadań, zostałam totalnie zaskoczona niskopienną zabudową willową. Drapacze chmur i biurowce, CN Tower i Skydome, to centrum, wokół którego płożyły się „sypialnie" biznesowego miasta. Sypialnie, których domy, o lekkiej konstrukcji, niczym nie różniły się od sadyb sąsiadów. Każdy z przystrzyżonymi trawnikami, podwójnym garażem, dwoma autami marki chrysler lub dodge zaparkowanymi na podjeździe. Co bogatszy dom miał ewentualnie mały basenik w ogródku, co było najlepiej widoczne z lotu ptaka, przy lądowaniu. Zaskoczyły mnie odległości jakie trzeba było pokonać w obrębie samego miasta – dopiero tam zrozumiałam, dlaczego Ameryka ma tak rozbudowany przemysł samochodowy. Posiadanie samochodu to nie był luksus, tylko absolutna konieczność , bo przecież czas to pieniądz, a słynna TTC (komunikacja miejska) pożerała godziny z dnia na przejazdy. Kolejnym zaskoczeniem były dla mnie pralki i suszarki automatyczne, znajdujące się w „urządzonej" piwnicy najczęściej... Mokre pranie przerzucało się do suszarki, skąd po godzinie wychodziło suchutkie, mięciutkie i nie wymagało prasowania tylko poskładania. A ponieważ rodzina znajomych, która mi wystawiła zaproszenie, ulokowała mnie w sypialni takowego „basementu", dość dokładnie zakodowałam sobie zapach anty-statycznych papierków wraz ze zmiękczaczem do tkanin, który obowiązkowo wrzucano do suszarki podczas suszenia ciuchów. Ten zapach to dla mnie zapach Kanady - daleko mu do żywicy z opowiadań Coopera.

 

Następna seria zaskoczeń wiązała się ze sklepami – długo nie mogłam się przyzwyczaić do widoku półek uginających się pod ciężarem dóbr – był rok 1989 i do tego, iż banany i mandarynki, które jako dzieci dostawaliśmy tylko przed świętami, tam leżą na wyciągnięcie ręki w piramidalnie ułożonych stosach. Pamiętam do dziś, jak obżerałam się co najmniej siedmioma bananami dziennie, najtańszym owocem. Skutki dla jelit były z tego powodu opłakane, oczywiście. Gdy zabrano mnie do polskich sklepów na ulicę Roncesvalles, to oniemiałam widząc takie bogactwo szynek, kabanosów, kiełbas i mięsiw. Tylko tam miałam namiastkę polskich smaków. Reszta wędlin z sieciówek handlowych była nie do konsumpcji. Teraz, nikt już nie przeżywa szoku na widok pełnych półek. Człowiek szybko potrafi przyzwyczaić się do luksusu.

 

Podpalałam trochę w tamtym czasie. Cena 6 dolarów za paczkę papierosów wyleczyła mnie z tego tak skutecznie, iż do tej pory nie palę - mogę za to podziękować rządowi kanadyjskiemu. W mojej pierwszej pracy jako niania do dzieci i gosposia zarabiałam 4.50 na godzinę.

 

Dorabiałam w pierwszych trzech miesiącach gotując polskie potrawy starszym panom. Wszystko było dobrze, dopóki jeden z nich nie zażyczył sobie pyz z mięsem... Wtedy poznałam smak lub niesmak związany z pierwszym wyrzuceniem z pracy. No i oczywiście zastanawiałam się, jak to jest, że ja, jako wykształcony nauczyciel wychowania muzycznego po SN co prawda, ale jednak, zostałam wywalona z pracy przez rozgotowane ziemniaki?

 

Przyszło mi wyemigrować do kraju anglojęzycznego bez znajomości jednego słowa – uczyłam się niemieckiego przez dziesięć lat, zdając maturę w tym języku również. O ironio losu, i na co mi to było? Całe szczęście, iż moje muzyczne ucho załapało melodykę angielskiego dość szybko, samouczek gramatyki dla studentów również był pomocny, ale zaskoczyła mnie metoda zapodana przez lektora podczas sobotniej wizyty w polskiej szkole dla emigrantów, do której dotarcie było karkołomną wręcz przygodą opartą na kłamstwie do pracodawców. Pracowałam jako niania z zamieszkaniem, mając wolne tylko wieczory i niedziele, co skutecznie blokowało pójście do sobotniej szkoły językowej dla Polaków. Udało się jednak pewnej soboty i cóż się dowiedziałam? Ano to, iż mam czytać książki, i to nie ambitną literaturę, tylko romanse wydawnictwa Harlequin! Na pytanie, dlaczego właśnie te, usłyszałam od nauczyciela – są życiowe, dziecko, zasób słownictwa potocznego i oczywiście sens zdania można załapać znając 3-4 słowa w nim użyte. Dostałam polecenie wybrania z każdej kartki pięciu słów powtarzających się wielokrotnie, i wg zasad gramatyki z mojej polskiej książki, budować z nimi proste zdania. Po przeczytaniu w ten sposób setek tych romansideł, swobodnie i bez pomocy tłumacza, porozumiewałam się z konsulem, podbijającym moje papiery emigranckie jakieś dwa lata później! Tylko akcentu nie mogli rozróżnić w trakcie rozmowy, pytając się z której części Rosji jestem...

 

Z totalnych zaskoczeń krajem syropu klonowego w tych pierwszych dniach było i to, iż na jednym bilecie TTC za 1$, mogłam objechać miasto dookoła z przesiadkami w kilkunastu miejscach po uprzednim pobraniu transferu od kierowcy danej linii... do następnego autobusu czy tramwaju wsiadałam z długim jak zakładka do książki świstkiem czasowym. Ciekawostka - jak wracałam do kraju bilet kosztował już 3.50$. Ale mnie to nie obchodziło za bardzo, byłam zmotoryzowana, a za litr benzyny płaciłam niecałego dolara.

 

CDN.

© Katarzyna Georgiou

O Ludziach W Mojej Podróży

Katarzyna Georgiou

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

- O Ludziach W Mojej Podróży...

Kraj klonowego liścia jest pełen zaskakujących kontrastów... ale na pewno dolary nie leżą tam na ulicy, by je podnieść bez nadwyrężenia własnego grzbietu.

 

„Jest widok ogromniejszy od widoku morza – niebo;
Jest widok ogromniejszy od widoku nieba – wnętrze ludzkiej duszy.
Daremnie staramy się jak najostrożniej ociosywać tajemniczy blok, z którego zrobione jest nasze życie, zawsze w nim się ukazuje czarna żyłka przeznaczenia." (Nędznicy Wiktora Hugo)

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-ludziach-w-mojej-podrozy

 

Ludzie wszędzie są tacy sami... na emigracji jednak wychodzą nasze przywary w przejaskrawionym świetle. Być może wyostrza się nasza percepcja. Być może, osamotnienie pozwala na wniknięcie w głąb siebie, umożliwiając przyspieszony kurs dorastania...

 

Kanada jest krajem adoptowanym przez emigrantów od momentu postawienia stopy białego człowieka na tym dziewiczym terytorium - przestrzeni prerii, jezior i gór. W ten tygiel wpadłam i ja – miało być na pół roku. Tymczasem, moja przygoda z Kanadą trwała przez 16 lat i była nieocenioną lekcją życia. Moje dorosłe życie w kraju tygla kulturowo-narodowościowego ukształtowało tę osobę, którą tutaj poznajecie. Przetrwanie i szkoła życia to mało powiedziane...

 

Nie jest łatwo pisać o sobie, o nie, kiedy życie takim barwnym jest i przynosi tyle niespodziewajek z każdym zakrętem i rozdrożem - do wyboru ... trafnego lub nie. Ale słowo się rzekło, więc tym razem o spotkanych ludziach.

 

Ludzie w Kanadzie są... kolorowi. O napotkanych wędrowcach na mojej drodze życiowej mogłabym razem z Armstrongiem zaśpiewać słowami z fragmentu piosenki „What a Wonderful World" – „the colours of the rainbow, so pretty in the sky, are also on the faces of people walking by..." To mnie uderzyło najbardziej. Te odmiany brązu, żółci, czerwieni, różnorakie kształty oczu, nosów i ust. Po jakimś czasie widok stracił na swojej egzotyce i powoli zamieniał się dla mnie w normalność, uczącą tolerancji i akceptacji. Pomimo bieli mojej skóry, nie byłam nikim specjalnie wyróżniającym się w tym morzu emigrantów ze wszystkich zakątków świata. To była pierwsza z wielu lekcji przerobionych w kraju klonowego liścia. Odczułam tchnienie niepewności pionierów francuskich, kolonizujących te tereny...

 

Musiałam się szybko wyprowadzić od ludzi, którzy mnie zaprosili i gościli przez pierwszy miesiąc, tym bardziej, iż gotowanie i sprzątanie starszym panom, jakie moi znajomi załatwili, nie było stałym źródłem utrzymania, a i z powodu rozgotowanych pyz, niepewne jutra. Alternatywą na usamodzielnienie się było podjęcie pracy niani z zamieszkaniem. Przy czym możliwości były ograniczone do polskich, już ustawionych rodzin, ze względu na świetną nieznajomość języka angielskiego. Trafiłam jak można było najlepiej – do rodziny uchodźców politycznych z czasów komuny, z dwójką wspaniałych dzieci i domostwem, w którym serce znajdowało się w salonie ze ścianami pokrytymi półkami książek i starym pianinem, przy którym to spędziłam niejedną chwilę tęsknoty za domem i zaczytywałam się poezją polskich pisarzy. Jola i Krzysztof umożliwili mi później pozostanie w Kanadzie na stałe, zostając moimi sponsorami. Do tej pory zaliczam ich do moich najwspanialszych przyjaciół. Pech jednak chciał, iż Jola straciła pracę pięć miesięcy później, i niestety nie mogli mnie dłużej zatrudniać. Rozpoczęła się moja wędrówka zbierania doświadczeń interpersonalnych. Trafiłam do domu polsko-żydowskiego, gdzie opiekowałam się 5-letnim malcem, wychowywanym bezstresowo. Od opiekunki, która opuszczała dom przed objęciem przeze mnie tej posady, dowiedziałam się, w trakcie wprowadzania mnie w obowiązki guwernantki, iż chłopiec potrafi być nieobliczalny. Ona nie wytrzymała, gdy wylał jej butelkę keczupu na głowę przy niereagujących rodzicach podczas kolacji. W tajemnicy, ściszonym głosem powiedziała mi, że żadna niania nie wytrzymała dłużej niż trzy tygodnie, życząc mi powodzenia. Pracowałam aż 5 miesięcy, mając wolne tylko niedziele i wieczory, które wykorzystywałam na intensywną i samodzielną naukę języka. Chłopak nie był taki niemożliwy do prowadzenia, czego nie można było powiedzieć o rodzicach... Dogadywaliśmy się nieźle, dopóki nie zobaczyłam jak mój podopieczny w furii rzuca nożami, nie patrząc w kogo lub co może trafić, a jego własny tatuś się uchyla i próbuje coś mu tłumaczyć. Rodzicom dałam tydzień na znalezienie innej niani, gdyż moja granica wytrzymałości została nadwyrężona – miałam ochotę przetrzepać mu porządnie tyłek... czego jestem zagorzałą przeciwniczką. Musiałam odejść, by nie stracić kontroli nad własnymi reakcjami.

 

Spakowałam się w jedną walizkę i zaczęłam koczować u znajomego na materacu w starym domu, w biednej dzielnicy włosko-portorykańskiej, gdzie pierwszy raz w życiu zobaczyłam karaluchy! Pokoik mniejszy od mojej obecnej łazienki, z armaturą pamiętającą międzywojnie i linoleum z dziurami wyżartymi zębami czasu. Najgorsze jednak było dopiero przede mną – nie wiedziałam, iż zapalenie światła w czasie nocnej wizyty w łazience może przyprawić o palpitację serca i odruchowe wymioty... Chrzęst rozdeptywanych robali pod pantoflem i ich masowa ucieczka, gdy porażone światłem, były przerażające w swej obrzydliwości. Podobno można się do tych lokatorów niepłacących czynszu przyzwyczaić z czasem – tak mi bynajmniej powiedziała stara Włoszka wynajmująca pokój obok. Brrrrrrrrrr...

 

Niewiele lepiej było w następnym „apartamencie" wynajmowanym wspólnie z innymi Polakami w podobnej sytuacji. Zaciskałam zęby i starałam się przetrwać czekając na papiery emigracyjne, tzw."Landed Immigrant Status". Dopóki ich nie uzyskałam, mogłam tylko oddychać kanadyjskim powietrzem, liczyć na sponsorów by mnie utrzymali, czego nie mogłam zrobić bo honor mi nie pozwalał, lub pracować na czarno, co też skwapliwie czyniłam, bo trzeba było jeść i płacić za wynajem pokoju w domu ze wspólną kuchnią, łazienką i użytkowaniem salonu z TV, gdzie namiętnie oglądaliśmy Star Trek - The Next Generation - jedyny serial, w którym aktorzy mówili na tyle wyraźnie, że na ich dialogach świetnie uczyłam się wymowy angielskiego.

 

Oczekiwanie na papiery trwało prawie 3 lata, ze względu na ilość oczekujących Polaków w tym programie imigracyjnym. W tym czasie sprzątałam domy, gdyż z niańczeniem dzieci nie chciałam mieć nic wspólnego po ostatnim doświadczeniu. Praca raz była, raz nie. Jedną się traciło, inna zyskiwało. Pomoc współlokatorów „naszego" domu była wzruszająca. Pamiętam jak byłam pomiędzy pracami, a z odłożonych pieniędzy starczyło na opłatę za pokój... i pamiętam, jak starczyło mi jeszcze tylko na worek mąki, butelkę przecieru pomidorowego, drożdże i cebulę, z których robiłam pizzę. Przez miesiąc jadłam tylko to, zanim kolega zaproponował mi talerz zupy... Do tej pory mam fobię pustej lodówki. Zdarzały się jednak i chwile, w których wracała wiara w życzliwość ludzką. Raz przed moją drugą Gwiazdką spędzoną w Kanadzie, poszłam do sklepu z woreczkiem miedziaków, z banknotami bowiem znowu było krucho. Ogonek kolejkowy miał zamiar mnie zlinczować, gdy kasjerka zaczęła liczyć jedno -centówki. Od tego losu uratował mnie starszy mężczyzna robiący zakupy przede mną. Zapłacił za moje masło i chleb, życząc mi „Merry Christmas". Popłakałam się i nie mogłam sobie poradzić z wycieraniem łez. Nie miałam chusteczek, a w rękaw jakoś tak głupio mi było...

 

Wszystko się odmieniło, gdy dostałam upragnione papiery Landed Immigrant. I pierwszą pracę „na biało" za aż 6.50$ na godzinę, przy sprzątaniu luksusowego budynku z apartamentami dla „bogaczy" w moim pojęciu. A jeszcze lepsza zmiana nastąpiła, kiedy firma mnie zatrudniająca straciła kontrakt na sprzątanie tegoż budynku i musiała zwolnić wszystkich swoich pracowników – poszłam na moje pierwsze w życiu bezrobocie, na którym skierowano mnie do szkoły! Skończyłam 3 kursy w szkole średniej, które wraz z przetłumaczonymi dokumentami z polskiego liceum, dały mi dyplom ukończenia kanadyjskiej szkoły średniej, otwierając drzwi do „College World". Ale o studiach i mojej drodze nauczyciela opowiem w następnej części wspomnień...

 

CDN.

© Katarzyna Georgiou

Realizacja Zawodowych Marzeń

Katarzyna Georgiou

 

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

- Realizacja Zawodowych Marzeń...

"Czym jest nauka? Podróżą, a nie celem. Czym jest odkrycie? Zakwestionowaniem odpowiedzi, a nie odpowiadaniem na pytania. Czym jest cel? Otwarty umysł, a nie zamknięty rezultat." (A.A. Glatthorn)

 

Kiedy przybyłam do kraju klonowego liścia, jako młody, wykształcony nauczyciel muzyki po Studium Nauczycielskim, którego dyplom niegdyś oznaczał świetnego fachowca w swojej dziedzinie i był bardziej poważany przez pracodawcę, aniżeli dyplom magisterski bez zawodowego doświadczenia, to nie wiedziałam, iż by i tam być pedagogiem, będę musiała pokonać drogę wymagającą sił Tytana i porzucenia wielu wyuczonych teorii i wykształconych poglądów na edukację.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-realizacja-zawodowych-marzen-1

 

Wiele musiałam zmienić w sobie i wiele się nauczyć, by w pełni zrozumieć słowa wiersza z tradycji chińskiej, napisanego ponad dwa tysiące lat temu.

 

Go to the people Idź do ludzi

 

Learn from them Ucz się od nich

 

Love them Kochaj ich

 

Start with what they know Zacznij od tego co wiedzą

 

Build on what they have Buduj na fundamentach, które już posiadają

 

But of the best leaders Ale o najlepszych liderach

 

When their task is accomplished Gdy ich zadanie jest wykonane

 

Their work is done a praca skończona

 

The people will remark: Ludzie wspomną:

 

"We have done it ourselves." "Zrobiliśmy to sami."

 

Jak już pisałam, przez pierwsze trzy lata pobytu w Kanadzie, czekając na papiery Landed Immigrant, mogłam tylko utrzymać siebie z pracy na czarnym rynku i wykorzystać czas na samodzielne nauczenia się języka obcego, którego znajomość, jak się okazało, otworzyła dla mnie ogrom możliwości... Tak więc gdy straciłam moją oficjalną pracę sprzątaczki biurowca i zostałam wysłana do szkoły w ramach „przekwalifikowania", to moim wyborem była Yorkdale Secondary School – liceum, w którym skończyłam trzy kursy z 12 klasy (przetłumaczenie mojego świadectwa maturalnego wspomogło osiągnięcie wszystkich wymaganych kredytów do uzyskania dyplomu kanadyjskiej szkoły średniej) i kurs komputerowy – co było dla mnie czarną magią, jako że komputeryzacja w Polsce była wówczas w powijakach. Te trzy kredyty to był kurs na asystenta nauczyciela wychowania przedszkolnego... Wyobraźcie sobie mnie, z moim wykształceniem... Panie profesorki szybko zorientowały się, że mogłabym stać na ich miejscu i oczywiście wykorzystały mnie do prowadzenia lekcji i wielu zajęć umuzykalniających dla całej grupy kobiet z różnych zakątków świata, przekwalifikowujących się z powodu utraty pracy. Cenne to było doświadczenie, a po przełamaniu mojego ciężkiego wschodnioeuropejskiego akcentu, nawet wielce zabawne. Ale też i zyskałam pozytywne rekomendacje do Seneca College i mojej pierwszej pracy jako asystentki, którą podjęłam po szkole, w pierwszym miejscu praktyki zawodowej – Three Valley Daycare.

 

Ahhh, Seneca College! Dwa lata wytężonej pracy, walki o miejsce w społeczności studenckiej, szlifowanie języka, który i tak miałam opanowany na tyle, by przy egzaminie wstępnym na uczelnię, uplasować się na najwyższym poziomie angielskiego. To sprawiło, iż miałam mniej kursów do zaliczenia, a umiejętne porady profesorów, zaowocowały zaliczeniem przez uczelnię części kredytów z polskiego Studium Nauczycielskiego. Jak ja się wówczas cieszyłam – a koledzy studenci zazdrościli – odpadły mi trzy psychologie i zajęcia z filozofii, oraz część godzin z praktyk zawodowych. Czas ten skwapliwie wykorzystałam na popołudniową pracę w przedszkolu, które zatrzymało mnie na pół etatu po mojej pierwszej praktyce. Docenili polską pracowitość , osobiste walory i umiejętności wyniesione z polskiej szkoły! Mieli tylko problem z wymową mojego imienia, a na Kate się nie zgodziłam . Katazina, Katarzena, Katerina... Stanęło wreszcie na Kasia, Kaszia lub Kasija.

 

W pierwszym miesiącu, rada studencka organizowała różne imprezy dla nowo przyjętych żółtodziobów, między innymi walki Sumo w kostiumach – oczywista rzecz, wzięłam udział. Pokonałam w walce koleżankę z tego samego roku, przypłacając to prawie uduszeniem się ze śmiechu, zanim mnie wydobyto z ważącego ponad 100 kg ubioru zawodnika Sumo, po moim upadku na matę. Po tej przygodzie, łażąc w koszulce z Seneca College logo i kubasem do kawy tejże instytucji, przysięgłam sobie utrzymywać wagę ciała poniżej sześćdziesięciu pięciu kilogramów... doświadczenie tuszy i trudności w poruszaniu się, mając takie gabaryty, wyryło się w mojej pamięci niczym pieczęć Salomona.

 

Mała ciekawostka z kursu College English – pani profesor poradziła mi, by pisząc eseje, przestać tłumaczyć zdania z polskiego na angielski, a raczej zacząć myśleć po angielsku. Wówczas moje myśli będą miały zamierzony sens, a konstrukcja będzie płynna językowo. No tak, pomyślałam, łatwo jej mówić, ale okazało się, że wie o czym mówi, będąc Włoszką, która przeszła wiele lat temu podobną ścieżkę adaptacyjną do mojej. Dostałam wskazówkę układania w myślach moich wypracowań pod prysznicem. Eureka! Od tej pory, nie miałam już kłopotów z formułowanie myśli w języku angielskim. Pozostała tylko praca nad usuwaniem mojego ujmującego akcentu, wyśmiewanego przez klasowych wesołków („Adorable accent, is it Russian?"), których wyniki w nauce były mizerne pomimo perfekcyjnej wymowy.

 

Miałam 26 lat gdy kończyłam Early Childchood Education Diploma Course, z trzykrotną rekomendacją dziekana za osiągnięcia w nauce i... następnego zgryza – znalezienie pracy w zawodzie nauczyciela wychowania przedszkolnego. Ale i tu pomocne były rekomendacje wykładowców w otrzymaniu ofert „interview". Widniejące nazwiska znaczących osób w środowisku zawodowym powodują skuteczne zatrzymanie rozesłanego CV na biurku, a nie wrzucenie go do niszczarki. Potem radź sobie sam człowieku z krzyżowym ogniem pytań i nie tylko. Opowiem wam o dwóch doświadczeniach przyjęcia do pracy, gdyż to one właśnie rzutowały później na każdy proces interview przez jaki przyszło mi przechodzić, udowadniając moje kwalifikacje zawodowe i przekonując do asertywnej acz elastycznej w działaniu osobowości.

 

Otóż, jako pierwsi, zaprosili mnie rozmowę kwalifikacyjną przedstawiciele Toronto Board of Education, a więc państwówka. Po krótkiej rozmowie, poproszono, bym następnego dnia stawiła się w jednym z centrów przeznaczonych dla potrzeb dziecka i rodziny, i poprowadziła zajęcia. Powiedziano mi, że ktoś wpadnie i oceni moje zajęcia. Dojechałam na drugi koniec miasta, z gitarą przewieszona przez ramię i głową utkaną propozycjami dla nieznanych mi dzieci i ...przekroczyłam progi szkoły. Nauczycielka oprowadziła mnie po sali, omówiła program dnia i pozostawiła do przygotowania CAŁYCH zajęć – 3 godzinnego bloku. Zakasałam rękawy i przygotowałam zajęcia z gliny, collage, rysowanie na trzech formatach papieru, zorganizowałam czytanie książek, czas posiłku drugośniadaniowego oraz kółko muzyczne z piosenkami i rytmiką. Ludzi w tym czasie przewinęło się mnóstwo. Rodzice z dziećmi wchodzili i wychodzili zostając na całość lub poszczególne zajęcia, a do mnie nikt nie podszedł, nie zagadał. Wróciłam do domu, nie wiedząc co o tym myśleć... Wieczorem zadzwonił telefon. „Jest pani zatrudniona. Proszę przyjść do biura podpisać dokumenty i omówić warunki płacowe." Tak otrzymałam pozycję „substitute teacher" czyli zastępstwa na telefon w różnych punktach przedszkolnych Torontońskiego Wydziału Oświaty. Stawka godzinowa 28,50$ ! Złapałam Pana Boga za nogi, pomyślałam. Ale niestety, zastępstwa zdarzały się 4 razy w miesiącu. Mój balonik połechtanej dumy z sykiem wypuszczał powietrze z każdym dniem, w którym nie zadzwonił rano dzwonek aparatu firmy Bell.

 

W czasie wakacji, zaprosiła mnie na rozmowę o pracę „nasza własna" szkoła laboratoryjna w Seneca College, zwana pieszczotliwie „The Lab School". Oferowali roczny kontrakt z praktyką stażową pod czujnym okiem wykwalifikowanej kadry, współpracującej z profesorami akademickimi i kształcącej studentów ECE na praktykach zawodowych. Bałam się tej rozmowy jak ognia, gdyż w czasie studiów unikałam Lab School jak miejsca zadżumionego, wyciągając mylne, jak się okazało, wnioski z opinii praktykantów z mojego roku, którzy przeszli przez ich maglownicę lub jak kto woli, wyżymarkę. Wiedziałam, iż wymagania są wysokie, ale i gra warta świeczki – mając staż z laboratoryjnej, innowacyjnej placówki i możność bycia wzorem dla młodego studenckiego narybku, będzie to atut w ubieganiu się o następną pracę, a kto wie, może i o pozycję w samej Lab School. Poza tym, staż na pełnym rocznym etacie, pozwoliłby mi na zrobienie stopnia mianowanego nauczyciela, gdyz po roku takiej pracy, można było z rekomendacja dyrektora podejść do egzaminu zawodowego Związku Nauczycielstwa Ontaryjskiego (AECEO). Moje porto folio aż pękało w szwach od przykładów praktyk, rekomendacyjnych listów, dyplomu wraz z indeksem, bo tu uzyskane oceny w czasie studiów miały ogromne znaczenie. Byłam jednym z 60 kandydatów na dwie dostępne pozycje stażowe. Wiecie jaki to stres ta wiedza, że 58 osób odejdzie z kwitkiem? No i przyszła kolej na mnie. Wezwano mnie do gabinetu dyrektorskiego i zaniemówiłam z wrażenia! Tam siedziało siedem osób, każda innego odcienia skóry, w wieku pomiędzy 30 a 65 lat. A więc po kolei: dyrektorka (Włoszka), dwóch nauczycieli (Kanadyjka i Belgijka)z grup wiekowych, w których dostępne były pozycje nauczycielskie (potencjalni partnerzy – jako że dwóch nauczycieli przypadało na 16 osobową grupę dzieci wg norm i regulacji ichniego ministerstwa oświaty), dwóch profesorów wydziału ECE (Nigeryjka i Żydówka, która uczyła mnie dwóch kursów zawodowych w czasie studiów), przedstawiciel związków zawodowych i etyki pracowniczej (pamięć mnie zawodzi jakiej narodowości, przypominam sobie tylko jego okulary) oraz dziekan wydziału ECE (szpakowaty, chudy jegomość, Kanadyjczyk). Ledwo wykrztusiłam słowa powitania. Dobrze, iż wszyscy uśmiechali się w miarę życzliwie, bo nie wiem czy bym inaczej dyla nie dała... Po 45 minutach krzyżowego ognia pytań, rodem z rozpraw amerykańskiego systemu sprawiedliwości, zapytano mnie jaką grupę wiekową preferuję –Toddlers (pampersiaki) czy JK (4/5 latki ). Odparłam, iż starsze dzieci, gdyż moje predyspozycje oratoryjno-muzyczne zdają się lepiej przydatne w starszej grupie wiekowej. Na co żachnęła się nauczycielka dwulatków, iż one też by moją gitarę i grę na pianinie niezmiernie polubiły. Ot... Na decyzję przyszło czekać dwa tygodnie. Była pozytywna. Ale to nie był koniec. Czekała mnie jeszcze rozmowa z Prezydentem Seneca College. Dopiero po jego akceptacji, zatwierdzili moją kandydaturę. Skakałam z radości – pierwsza stała praca, w tak wymagającym miejscu, podwyższenie kwalifikacji zawodowych poprzez praktykę w szkole, która hołdowała praktyce Reggio Emilia i dawała mi szansę na pracę w środowisku akademickim. Wow!

 

I wiecie co, nigdy nie żałowałam, iż zaakceptowałam tę pracę. Z małymi przerwami, pracowałam tam na kontraktach długi czas, z dwuletnią przerwą na pracę w przedszkolu University of Toronto, po której wróciłam na stare śmieci, tym razem już jako pełnoprawny etatowy członek szkoły laboratoryjnej – zwolniło się miejsce na stałą pozycję, i wykradziono mnie uniwersyteckiej placówce argumentami nie do odrzucenia – świetnej pensji, benefitami zdrowotnymi i wreszcie dożywotnio chronionej pozycji przez prężne związki zawodowe zjednoczonych Collegiów. Kardynalnych błędów zawodowych nie przewidywałam, bo tylko one mogły wpłynąć już od tej pory na utratę pracy.

 

Moja przygoda zawodowa z Seneca College miała dalsze chlubne karty. Przez ostatnie trzy lata przed powrotem do Polski, zatrudniona zostałam dodatkowo jako wykładowca kursów wieczorowych – artystycznego i muzycznego w praktyce wychowania przedszkolnego. Tytułowano mnie „Professor" i miałam swój wkład w kształtowanie postaw etyki i profesjonalizmu nauczycielskiego u moich studentów. Jedni mnie przeklinali, a drudzy wychwalali. Fama szła, że „wycinam w pień pół roku" albo „jak na nią traficie, to nauczycie się niezmiernie wiele". Anonimowe ankiety ocen moich wysiłków pedagogicznych były jednak zawsze powyżej średniej departamentu ECE, więc co semestr przedłużano mój wieczorowy kontrakt... No ale jak któryś z oblanych zaliczył ze mną ten sam kurs po raz wtóry, to już wiedział, że nie może się obijać ani wciskać miernoty w swoich pracach i testach.

 

Tak więc moja historia zawodowa – od niani, poprzez sprzątaczkę i kuchtę, do nauczyciela, wykładowcy i prelegenta seminariów z zakresu Project Approach (projekty z dziećmi), które teraz wam przedstawiam w artykułach z udziałem mojego syna, jest przykładem tego, iż marzenia się spełniają, gdy się po nie sięga. Szkoda czasu na biadolenia, utyskiwania na zły los i warunki ekonomiczne. Działanie, praca nad sobą, dokształcanie, tak w teorii jak w praktyce, a przede wszystkim chęć zmian i otwarcie na NOWE, jest drogą do samorealizacji i zapewnienia sobie szczęścia i spokoju. Zmiany są dobre... zawsze, tylko nastawienie do tych zmian musi być pozytywne.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-realizacja-zawodowych-marzen-2

 

„A mind stretched to a new idea never returns to it's original dimensions" (Oliver Wendell Holmes)

 

"Umysł poszerzony o nową ideę nigdy nie powraca do swoich poprzednich rozmiarów"

 

CDN.
© Katarzyna Georgiou

 

O Pięknie Kanadyjskiej Przyrody

Katarzyna Georgiou

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

 

- O Pięknie Kanadyjskiej Przyrody...

Nawoływanie kanadyjskiej Loon na zawsze pozostanie głosem cudownej i magicznej miłości, echem naszych marzycielskich dusz...

 

Obiecałam napisać o moich kanadyjskich przygodach z przyrodą i jej rdzennymi mieszkańcami, ale po chwili zadumania, postanowiłam rozdzielić te dwa wątki, choć i tak będą się przeplatać... Nie da się pominąć Anishnabe People, gdy mówi się o miejscach mocy skrytych na indiańskich rezerwatach i o zapierającym dech w piersiach pięknie przyrody, z którą dane mi było obcować w czasie poznawania tylko kilku zakątków tego rozległego kraju.

 

Tak długo byłam w kraju klonowego liścia, a jednak w sumie na tak niewiele podróży mogłam sobie pozwolić... Ot, proza życia. Jednak te miejsca, które udało mi się zobaczyć – Alguonqin Park i malowniczą wyspę Manitoulin na Georgian Bay to dwa niezapomniane i magiczne miejsca, gdzie człowiek uczy się pokory wobec sił przyrody, dowiaduje się na co go stać, zaczyna tak naprawdę rozumieć pojęcia strachu i odwagi oraz polegania na pracy zespołu lub tylko na własnych siłach.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-1

 

Moje marzenie wyprawy na canoe spełniło się w lipcu 2000 roku, kiedy to z przyjaciółmi wybrałam się do krainy jezior w parku Agounquin... Ileż to niezapomnianych wieczorów spędziliśmy na planowaniu ekwipunku, prowiantu, trasy i wyboru miejsca startowego, że nie liczę już wypitych piw, eh! Naszym najważniejszym punktem było zabranie dużej ilości Trial Mix – mieszaniny suszonych owoców i orzechów zapobiegającej, hihihi, zaparciom!

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-2

 

Poniżej na mapie można prześledzić sobie trasę naszej dwutygodniowej włóczęgi, która rozpoczęła się w punkcie Canoe Centre Portage Store. Pozwolenia, opłaty parkowe i licencje wędkarskie również tam załatwiliśmy. W czasie prelekcji o różnych niebezpieczeństwach i przyrodniczych ciekawostkach czekających na wszelkiej maści Tomków Sawyerów i Huckelberry Finnów, zapoznaliśmy się ze zwyczajami parkowych zwierząt – przemiłych czarnych niedźwiedzi, które są świetnymi pływakami, łosi, które również mogą nas zaskoczyć nagłym pojawieniem się i jadowitymi żmijami, których najlepiej unikać. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi z tymi czarnymi muchami, ale wkrótce przekonałam się do czego posłużyły moskitiery na kapeluszach, które również mieliśmy na wyposażeniu. Tam też na parkingu pozostał nasz stary Ford, z którego przesiedliśmy się na dwie indiańskie łodzie – canoes. Całkiem obszerne te wodne pojazdy, jako że nie tylko pomieściły po dwóch wioślarzy, ale także plecaki, śpiwory, namioty, bukłaki z pitną wodą, worki z prowiantem, liny, gazową kuchenkę turystyczną, wędki i osprzęt wędkarski oraz wszelakie aparaty, lornetki, latarki, tarpany i apteczkę.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-3

 

Na początku było trochę chybotliwie, pomimo mojej umiejętności użytkowania kajaku, trudno było złapać rytm pirogi – znacznie większej i cięższej łodzi. Na szczęście, nie musieliśmy się nigdzie spieszyć, obóz mogliśmy rozbić na każdym brzegu jeziornej trasy, zanim dopłynęliśmy do docelowego kampingu na jednej z wysepek jeziora Niedźwiedziego – Bear Lake, który mieliśmy zarezerwowany na dłuższy pobyt.

 

Poprzez jeziora Canoe Lake, rzeczułkę Potter Creek łączącą się z Rainbow Lake, Hanes Lake i co najmniej cztery portaże, gdzie trzeba było przenosić łodzie i ekwipunek na własnych plecach (po kilka razy w tę i we w tę!), dotarliśmy do Bear Lake. Poniżej moje impresje z tego dnia...

 

Z ciekawością obserwowałam poranek, który rozpoczął się jako dżdżysty, spowity mgłami i rozkoszowałam się przestrzenią, jaka pokonywaliśmy... woda, woda, woda i woda otoczona lasami, co i rusz jakaś wysepka, a to skałka wynurzająca się z tafli i ta przeogromna CISZA... tak cicha, że słyszałam jak komary lądują na wodzie i krople deszczu rozpluskują się na pomarszczonej powierzchni wody. Woda tak nieskazitelnie czysta, że na płyciznach tak do dwóch metrów można było liczyć kamyki na dnie, podziwiać pływające ryby i inne żyjątka. W pewnym momencie, przetarłam oczy ze zdumienia, bo zobaczyłam pięć głów, jak bojki unoszące się na powierzchni. Rodzina wydr... dwa dorosłe osobniki i trójka młodych.

 

Deszcz ustał, i opary zaczęły się unosić, a słonce przezierać spoza chmur. Usłyszałam pieśń, zawodzenie smutne i przenikające w głąb duszy...

 

Posłuchajcie... http://en.wikipedia.org/wiki/File:Loons.ogg

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-4

 

... Common Loones, jedne z najwspanialszych kanadyjskich ptaków wodnych – nurki, które mogą pod wodą wytrzymać prawie dwie minuty i wypłynąć w miejscu bardzo odległym od tego, w którym zniknęły. Te ptaki są symbolem prowincji Ontario, i mają swój obraz wytłoczony na rewersie kanadyjskiego dolara, potocznie zwanego „loonie". Przypomniała mi się cudna Indiańska legenda związana z tym ptakiem, oczywiście ukorzeniona w magicznej i wielkiej miłości archetypu kobiety-matki i babci, której mądrość wzbogaca nasze życie.

 

„Grandmother Lom w próbie ratowania dwójki swoich wnucząt, które wypłynęły na jezioro i zagubiły się we mgle, jaka nagle nadciągnęła, w przypływie nieskończonej miłości i troski, stojąc na brzegu jeziora i nawołując „Gdzie jesteeeeeeeeeeeeeeście?", zamieniła się w ptaka o czarno-siwym umaszczeniu, podobnym popiołowi, z tysiącem gwiazd na plecach i skrzydłach, i z naszyjnikiem świateł Aurora Borealis, i odnalazłszy dzieci, poprowadziła je swym zawodzeniem do brzegu. Dzieci, gdy dopłynęły bezpiecznie, na brzegu znalazły tylko jej fartuch, którym zawsze była przepasana... a na wodzie zobaczyły pięknego, delikatnie kołyszącego się ptaka, który swym śpiewnym głosem przemawiał do nich językiem miłości, dając im do zrozumienia, że zawsze będą częścią jej marzycielskiej duszy (dream-soul)".

 

Nawoływanie Loon , tak charakterystyczne dla wielkich jezior Północy, do dziś dnia jest fascynującym przeżyciem duchowym... nostalgiczna muzyka ich głosów dosięga najgłębszych pokładów naszego jestestwa.

 

Tego wieczoru, gdy rozbiliśmy namioty na brzegu Potter Creek, nie mieliśmy siły nawet na jedzenie. Suchy prowiant i lulu, snem kamiennym. Pomimo najszczerszych chęci, nie udało nam się dotrzeć do Bear Lake tego samego dnia. Gdy późnym popołudniem następnego dnia dobiliśmy do zarezerwowanego obozowiska, byłam pełna zdumienia, jak czysto pozostawiono to miejsce, dla nas, następnych użytkowników. Nawet drewno na pierwsze ognisko leżało w stosiku kamiennego kręgu.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-5

 

Po dalszej eksploracji tej maleńkiej wysepki, na której przeciwległym krańcu było jeszcze jedno miejsce namiotowe, dotarłam do „sraczyka". Jakież było moje zdziwienie, kiedy dziura w ziemi obudowana była drewnem i zamknięta na klapę ze skoblem! Przypomniało mi się dlaczego – MISIE! I nie bez kozery te zabezpieczenia były, no ale o tym za chwilę. Po rozbiciu namiotów i tarpanów nad nimi, oraz rozładowaniu ekwipunku, gdy panowie zajęli się umieszczaniem sakw z jedzeniem na najbliższej sośnie, wciąganych na linie, ja rozpakowałam swój Trail Mix i zanim zdołałam wrzucić garstkę do ust, przybiegły do mnie „chipmunks"- ziemne wiewiórki, jak z disnejowskiej kreskówki. Miałam dwa takie maluchy na udzie i ramieniu – jadły mi z ręki bąble małe! Ot, cywilizacja białego człowieka zepsuła i rozzuchwaliła nawet w tej dziczy te zwierzaczki. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy w związku z tym i czarne niedźwiedzie czynią podchody na koszyki piknikowe jak słynny Yellowstone Miś Yogi... Gdy wiewióry już się najadły i czmychnęły sobie, następna niespodzianka prawie zwaliła mnie z nóg. Oko w oko stanęłam z szopem w złodziejskiej przepasce. Nie zdążyłam się nawet dobrze przestraszyć, gdy coś podobnego do szczura wodnego przeleciało przez obozowisko, goniąc za zamaskowanym, sporych rozmiarów szop-praczem... i chlupnęło z powrotem do jeziora. Po ochłonięciu, doszłam do wniosku, że mogła to być wydra...

 

                           z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-6                                           z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-7

 

Codziennie wypływaliśmy na jezioro, z kompasem... do różnych zakątków tej części parku. Łowienie pstrągów na progach wodnych było niesamowite, podglądanie bobrów niezwykle trudne...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-8

 

Jeszcze bardziej ciekawym przeżyciem była kąpiel w jeziorze z ławicami drobnicy rybiej i kaczkami gdy ujrzałam, daleko bo daleko, ale poroże płynącego łosia...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-9

 

Najgorszym koszmarem okazywały się popołudniowe wysypy czarnych muszek, które kąsały niemiłosiernie każdą odkrytą część ciała. Komary przy nich to mały pikuś. Moskitiery wbudowane w nasze kapelusze chroniły tylko twarz. Alternatywą były koszule z długimi rękawami i pełne spodnie, a przy lipcowych upałach i wilgotności przy tej masie wody wokół, to nie wiadomo było co gorsze... agonia z gorąca, czy jednak rozdrapywanie pokąsanego ciała na rzecz ochłody. No i jeszcze te buciory za kostki! Nie było wyjścia, nie wiadomo, w którym momencie można było wdepnąć w coś, co syczało! Ale za to wieczory, odgłosy Natury, pieśni Loons i te zachody słońca – wynagradzały wszystkie niewygody.

 

Trzeciej lub czwartej nocy, w obozowisku pobalowaliśmy... było nie było, stan naszych umysłów nie był w stanie trzeźwości... i nie posprzątaliśmy po sobie resztek jedzenia, torebek po zupkach w proszku i orzechach. Jak do tej pory żaden gruby zwierz nie nachodził nas i nie nastawał na naszą prywatność. Całe szczęście, że namioty zasznurowaliśmy... Około 2-giej w nocy obudzona zostałam człapaniem czegoś ciężkiego i pomrukującym sapaniem tuż za ścianą namiotu... Nigdy w życiu nie byłam w takim strachu, prawie przestałam oddychać... szeleszczenie folii, brzdęki przewracanych naczyń aluminiowych i to SAPANIE! Jeeeeeez! Wszystko ustało po mniej więcej pół godzinie... nie usnęłam z powrotem. Rano, na rekonesansie, znalazłam wałek odchodów o średnicy 5-7 cm jakieś dwadzieścia metrów od obozowiska, a rozwleczone resztki jedzenia i garnki straszyły w promieniu mniej więcej takim samym jak to kupsko! Od tego dnia, wszystko, łącznie z naczyniami, wciągaliśmy na drzewo...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-10

 

W drodze powrotnej, obserwowałam niebieskie żurawie – Blue Herons, podziwiając te przepiękne ptaki w locie i podczas lądowania na wodzie – dech zapierający w piersiach widok! Szczególnie jak się patrzy na rozpiętość skrzydeł w locie nad własną głową. Klucze kanadyjskich gęsi też były niezwykłym widokiem, szczególnie właśnie ich stadne wodowanie.

 

                                                         z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-11z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-o-pieknie-kanadyjskiej-przyrody-12

 

Gdy dotarliśmy z powrotem do punktu startowego, byliśmy nie do poznania. Portki z nas opadały, bo kilogramów ubyło, normalnie wyglądającego kawałka skóry to na nas nie było, jakoś te muszki i komary odporne były na wszelkiego rodzaju repelenty, już nie mówię o tym, że nasze włosy nie widziały suszarki i szczotki przez prawie 10 dni, a lusterka nie mieliśmy... na szczęście! Pierwszy gorący prysznic wzięłam w stanicy, gdzie zdaliśmy nasze łodzie i poczułam... kompletne rozczarowanie tym, że urlop się skończył i wielką niechęć do Forda, który jakby nigdy nic, czekał spokojnie na swoich pasażerów... by z powrotem podrzucić ich do cywilizacyjnego smogu i chronicznego braku czasu na zatrzymanie się w pędzie codzienności...

 

Wykorzystane zdjęcia pochodzą z publicznych albumów kanadyjskiej strony Algonquin Park. Nie posiadałam w tatmtym okresie aparatu cyfrowego i wszystkie zdjęcia w albumach są nieprzerobione na potrzeby komputerowe ;) Wybaczcie...

 

CDN... Manitoulin Island and Anishnabe People w nastepnym odcinku :)
© Katarzyna Georgiou

Wyspa Manitoulin - Inukshuk

Katarzyna Georgiou

Z pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach...

Wyspa Manitoulin - Inukshuk

"Believe, do, think, and so dream a dream with me" - Uwierz, działaj, myśl - a więc śnij i snuj marzenia wraz ze mną...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-1

 

The traditional meaning of the Inukshuk is "Someone was here" or "You are on the right path."

 

Tradycyjnie, słowo Inukshuk oznacza "ktoś tu był" lub „jesteś na właściwej ścieżce". W potocznym rozumieniu, oznacza DROGĘ DO DOMU.

 

Taką była moja droga, gdy nie wiedząc dlaczego, pragnienie pojechania na wyspę Manitoulin było tak silne, jak jeszcze żadne do tej pory. Zmęczona byłam zmaganiem z brzydotą i demonami mojego życia. Mieszkałam wówczas w miasteczku uniwersyteckim na York University i miałam już dość wiecznego przewijania się studentów i imprezek przez mój dom. Miałam dość życia w lęku i oparach marihuany, jak również dziwacznego zachowania mojego męża... doktoranta i wykładowcy. Jeden ze znajomych Indian, o barwnym imieniu Nimkee, opowiadał mi o „swoim" miejscu na Ziemi. Opowieści były tak fascynujące i mistyczne, i tak rwące za serce, że postanowiłam tam wyruszyć po spokój duszy. Zaproponowałam ten wyjazd mojej drugiej połówce, w ramach terapii małżeńskiej, ale nie mogłam doczekać się odpowiedzi twierdzącej ni przeczącej. Pewnego ranka, zew „Ducha Manitou" był tak dojmujący, iż po prostu się spakowałam, wsiadłam w auto i zaskakując samą siebie, pozostawiłam wszystko za sobą... Byłam pomiędzy kontraktami, po dwóch rozmowach kwalifikacyjnych i czekałam na propozycje pracy, więc problem dostania urlopu jakby nie istniał. Całą resztę po prostu i pierwszy raz w życiu zostawiłam samej sobie... niech się troszczy sama o siebie, bo ja jechałam by odnaleźć swoje marzenia, by odetchnąć wolnością przestrzeni niekrępującej moich poczynań, słów i myśli. „Zwariowałam" to była pierwsza myśl, jaka przemknęła mi przez głowę, gdy mój stary chrysler mknął po autostradzie łączącej Toronto z Tobermorry, gdzie czekał prom Chi Cheemaun - ostatni etap podróży na Wyspę. Nie posiadałam telefonu komórkowego, miałam starą mapę z wyznaczoną najprostszą trasą przez Nimkee, wyposażona w numer stacjonarnego telefonu do jego mamy, która była nauczycielką w rezerwacie Weekemikong. A przede mną ponad 400 km nieznanej drogi, przeprawa promem i niewiadome zakwaterowanie, a jednak uśmiech nie schodził mi z twarzy...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-2

 

Miałam przeczucie, że czekają mnie wspaniałe przygody, wiele zrozumiem i nauczę od spotkanych tam ludzi. Pierwszy raz zawierzyłam swojej intuicji i od tamtego czasu, polegam na niej bez wahania. To była pierwsza lekcja na ścieżce osobistego i duchowego rozwoju, świadomie rozpoczętej wędrówce w głąb siebie. Inukshuk towarzyszył mi w tej podróży – im bliżej celu, tym więcej kamiennych postaci pokazywało mi drogę do DOMU.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-3

 

Dotarłam do Tobermory i tam spędziłam parę godzin, czekając na miejsce na promie w kolejce samochodów. Nie mogłam ogarnąć tych czterech pasów z autami, które miały „wjechać" na prom. Zastanawiałam jak się to tam pomieści – dowiedziałam się podczas załadunku na pomosty, które gdy wypełnione, zostały podciągane do góry z zaparkowanymi wehikułami. Trzy poziomy po 3 pasy, środkowy zarezerwowany dla ciężarówek!

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-4

 

Gdy wyszłam na pokład widokowy, to moim oczom ukazał się taki ogrom wody jak nasz Bałtyk – po jednej stronie Lake Huron, a po drugiej Georgian Bay. Mewy w locie łapały chrupki rzucane przez pasażerów. Niektóre bardziej śmiałe, porywały kawałki wprost z palców. Po prawie dwóch godzinach rejsu, przede mną roztoczył się przepiękny widok portowego South Baymouth, z niezliczonymi masztami żaglówek, z kamienną linią brzegową, urwiskami skalnymi i wiekowymi cedrami. Było późne popołudnie, prawie wieczór, powietrze pachniało iglakami, rybami i czymś jeszcze nieuchwytnym – wolnością chyba i wielką niewiadomą...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-5

 

Objechałam wyspę w poszukiwaniu gospodarstwa agroturystycznego, by poprosić o nocleg, ale parę miejsc mi nie odpowiadało, więc wreszcie, koło 11 w nocy, w Mindemoya ulokowałam swoje zmęczone kości w przydrożnym motelu, by po przespaniu się, już za dnia znaleźć swoją przystań... Tam też poczytałam w broszurach o wyspie i przestudiowałam szczegółowo mapę.

 

Manitoulin Island to cudna wyspa w prowincji Ontario, położona w północnej części jeziora Huron, największa na świecie wyspa położona na jeziorze. Nazwa wyspy oznacza "władzę duchów Manitou". Od niepamiętnych czasów, plemiona Chippewa, Ottawa i Pottawatomi wierzą że Wielki Duch KitcheManitou żył na wyspiarskich wzgórzach.

 

Wyobraźcie sobie108 wewnętrznych słodkowodnych jezior, z wysepkami. Na kilku z owych wysepek znajdują się również niewielkie stawy. Największym z jezior wyspy Manitoulin jest jezioro Manitou o powierzchni około 104 km², największe na świecie jezioro na wyspie położonej na jeziorze. Malownicze rzeki Kagawong, Manitou i Mindemoya płyną niekiedy rwącymi kaskadami. Największa miejscowość, Little Current, liczy sobie półtora tysiąca mieszkańców. Z lądem stałym łączy wyspę most drogowy i sezonowe połączenie promowe. Tam oglądałam paradę wymyslnie przystrojonych łodzi i najpiękniejszy pokaz sztucznych ogni na tle rozgwieżdżonego nocnego nieba. Obecnie wyspę zamieszkuje 12,6 tys. stałych mieszkańców, z czego ok. 25% to Indianie z sześciu niewielkich rezerwatów: M'Chigeeng (dawniej West Bay First Nation), Providence Bay, South Baymouth, Tehkummah, Barrie Island oraz największego, zajmującego całą wschodnią część wyspy, Manitoulin Island Reserve No. 26 (od zmian prawnych w 1975 zwanego też Wikemikong Unceded Indian Reserve.) Od blisko stu lat cała wyspa jest terenem atrakcyjnym turystycznie, oferując licznym w sezonie letnim gościom (głównie z Kanady i USA) m.in. wędkarstwo, sporty wodne, szlaki piesze i rowerowe.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-6

Sheguindah Bay - nad brzeg jeziora miałam 15 minut spacerem...

 

Następnego dnia, znalazłam wymarzoną przystań w Sheguindah, u białych osadników, w gospodarstwie o dźwięcznie brzmiącej nazwie „Island Oaks". Rozłożysty, parterowy dom, otoczony paroma hektarami łąk, lasków, stawów z żółwiami, z okazałymi dębami przy wjeździe, na których dyndały huśtawki zrobione z opon, zapraszał mnie i przyzywał by zostać. Gospodarz, rosły Norweg, Stan, z długimi białymi włosami, wyjechał na wózku inwalidzkim, by mnie przywitać... Prowadził z tyłu domu swój mały sklep z antykami. Chwilę później, jego żona, Barbara, wyglądająca trochę jak żona trapera, wyniosła dzbanek soku i na werandzie rozpoczęliśmy wzajemne poznawanie się. Barb była Mennonitką i miała pracownię patchworków. Tak przecudnie wykonanych kap na łóżka nigdy wcześniej nie było mi dane podziwiać. Ulokowano mnie w pokoju wiktoriańskim, z widokiem na ścieżkę malinową i podwórko z inwentarzem ptactwa – pawi, perliczek, indorów, gołębi i kurek różnorakich. Przed oknami na wietrze kołysały się karmniki z nektarem dla kolibrów, które co i rusz przylatywały i spijały miksturę, nawet na ułamek sekundy nie przestając machać skrzydełkami... Gospodarze okazali się niesamowitymi bajarzami, a historiami i sąsiedzkimi ploteczkami zabawiali mnie przez cały czas dwutygodniowego pobytu. Pomimo, iż byli wyspiarzami od dobrych kilkunastu lat, to w dalszym ciągu byli traktowani jak outsiderzy. O Indianach mówili ciepło, szczególnie o traktowaniu przez nich ludzi starszych z należnym im szacunkiem, nie to co biali samorządowcy i urzędnicy... choć o paru czerwonoskórych sąsiadach, którzy żyli wokół ich farmy, nie mieli zbyt pochlebnego zdania, ze względu na alkoholizm, z którym generalnie Indianom przyszło się borykać jak z plagą. Na ich posesji, spotkałam mojego pierwszego jeżozwierza!

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-7

 

Przez pierwsze dwa dni, poznawałam tę małą, dość nudną, jak się okazało miejscowość, ale zachwycił mnie widok z niedaleko ulokowanego punktu widokowego Ten Mile Point wraz z typową stacją wyrobów lokalnych – tzw. Trading Post.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-8

 

Tam od właścicieli, dostałam mój pierwszy warkocz ze Sweet Grass (odpowiednik naszej trawy żubrówki), który to daje się na znak przyjaźni nowo zaznajomionym ludziom. U nich też zaczerpnęłam wszystkich potrzebnych informacji o Indianach, zwących siebie Anishnabe People, rezerwatach, celebracjach Pow-Wow i zwyczajach, które dane mi było później poznać w Tribal House, w West Bay. Mieli oni piękną galerię sztuki indiańskiej, z kolekcją obrazów lokalnych artystów.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-9

 

Gdy spojrzałam w dół z punktu widokowego, to widok jaki roztaczał się przede mną był zapierający dech w piersiach – zieloności i niebieskości wody, jak okiem sięgnąć wszechobecnej, poutykanej zalesionymi wysepkami i skałami...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-10

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-wyspa-manitoulin-inukshuk-11

Obraz z mojej kolekcji "Seven Grandfathers" zakupiony w galerii w West Bay.

 

Niektóre zdjęcia w artykule, zapożyczone zostały z publicznych zasobów informacji turystycznych o wyspie Manitoulin.

 

CDN. Następny artykuł będzie nosił tytuł "Piękno indiańskich rezerwatów."
© Katarzyna Georgiou

Indiańską Ścieżką

Katarzyna Georgiou

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach...

 

Indiańską Ścieżką...

 

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-10Koło Medyczne zawiera w sobie nauki Siedmiu Starszych - Mądrość, Odwagę, Szacunek, Pokorę, Szczerość, Miłość i Prawdę. Gdy zrozumiemy nauki pierwszych sześciu, poznamy Prawdę...

 

 

 A Native Prayer

 

Wielki Kreatorze,

 

Przychodzę do ciebie w pokorze

 

oferując tą święta fajkę.

 

Ze łzami w oczach i odwieczną pieśnią w sercu

 

modlę się.

 

Do czterech Żywiołów Twórczych,

 

do Pradziada Słońce,

 

do Pramatki Luny,

 

do Matki Ziemi,

 

do moich Przodków.

 

Modlę się o moje relacje z Naturą,

 

z tymi wszystkimi, którzy chodzą, pełzają, latają i pływają,

 

widocznymi i niewidocznymi bytami,

 

do dobrych duchów, które istnieją w każdej cząstce Stworzenia.

 

Proszę byś błogosławił naszą starszyznę i dzieci, rodziny i przyjaciół,

 

i tych braci i siostry, którzy są w więzieniach.

 

Modlę się za tych, którzy są chorzy od narkotyków i alkoholu,

 

i za tych, którzy są teraz bezdomni i zapomniani.

 

Modlę się także o pokój pomiędzy wszystkimi rasami ludzkimi.

 

Niech nastanie czas dobrobytu i uleczenia dla tej Ziemi

 

Niech Piękno będzie nade mną

 

Niech Piękno będzie pode mną

 

Niech Piękno będzie we mnie

 

Niech Piękno będzie wszędzie wokół mnie.

 

Proszę by ten świat wypełniły Pokój, Miłość i Piękno.

 

Medicine Grizzly Bear, Earth Healing Ceremony, Spokane, Washington, 1990,

 

Tłumaczenie – Skalny Kwiat, 2011

 

Na wyspie Manitoulin gościłam trzy razy... Za każdym razem mój pobyt był inny, ale ten pierwszy - niezapomniany, gdyż był moją drogą ku poznaniu siebie. Zew duszy. Poryw serca. Samotny spacer otulony ciszą wnętrza i opromieniony surowym pięknem Natury. Mistyczne balansowanie po linie horyzontu. Omeny przyrody, szloch wewnętrznego dziecka, błysk zrozumienia przygarbiony pod ciężarem wiedzy staruchy, dzikie porywy spontaniczności inspirowane potrzebą odreagowania brzydoty we mnie i wokół mnie. Moje oczyszczenie duchowe, początkujące reakcję zmian zachodzących we mnie jako kobiecie - człowieku, przygotowujące do tego co miało nadejść – do roli matki, nauczyciela-przewodnika i ucznia, nie poprzestającego w dążeniu do zrozumienia siebie, zgłębiania tajników ludzkiej natury i magii codzienności. Czułam i byłam czuciem, opleciona doznaniami na płaszczyźnie niepojmowalnej racjonalnie...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-1

 

Lekcje pobierałam u Anishnabe People w West Bay (obecnie nazwana M'Cheeging) – w domu plemiennym, oddana pod pieczę kobiet. Wyjaśniano mi tajniki znaczeń koła medycznego (Medicine Wheel), łapacza snów (Dream Catcher), symboli i ceremonii indiańskich, przeplatanych niesamowitym bogactwem historii, opowiadanych przez tamtejszych bajarzy. Zapłatą za nauki był oczywiście tytoń, co w praktyce oznaczało karton papierosów. Tam również zaproszono mnie na ceremonię Pow-Wow, odbywającą się na stadionie pod fantastycznie stromym pasmem górskim, noszącym miano „Cup and Saucer Trail" (szlak filiżanki i spodka). Stojąc na skarpach tego szlaku, słyszało się każde słowo pieśni i indiańskich bębnów w czasie ceremonii plemiennych.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-2

 

Właśnie stamtąd pochodzą moje indiańskie instrumenty - bębny i grzechotki. Jeden bęben został wykonany specjalnie dla mnie, z obrazem kruka... To właśnie kruki tańczyły nad moją głową w blasku słońca. Pierwszy raz widziałam te piękne ptaki w tak cudnej zabawie pogoni i ucieczki, co wyglądało jak tanieć uzupełniających się energii... Mesmeryzujące i mistyczne przeżycie... Oczarowanie, to mało powiedziane.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-3

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-4

 

A w innym rezerwacie, Silver Birch Reserve, miałam to szczęście być samotnym pielgrzymem i podążyć górską drogą na Skałę Manitou - „Dreamer's Rock", gdzie czas się zatrzymuje, a piękno zniewala...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-5

 

W Wikemmikong, uczestniczyłam w szyciu mokasynów, (i przywiozłam wykroje, z których uszyłam mojemu synkowi jego pierwsze butki), zwiedziłam szkołę średnią i przedszkole, co było fascynującym przeżyciem.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-6

 

No, ale po kolei...

 

U Indian, niesamowitym wręcz szacunkiem otacza się ludzi starszych, kaleki i dzieci. Wyjaśnienie jest bardzo proste. Od starców czerpiemy mądrość życiową i wiedzę pokoleń, od ludzi upośledzonych, uczymy się mocy ludzkiego ducha i radzenia sobie z przeciwnościami losu, oraz adaptacją ułomności do warunków środowiska, a także pokory wobec życia. Dzieci natomiast są naszą inspiracją, radością twórczą, energią do działania, uczymy się od nich bezwarunkowej miłości, zanim nauczymy dzieci interesowności, świecąc niechlubnym przykładem własnych lęków, nabytych przekonań i kultu posiadania. Na każdym Pow –Wow, starszyzna, nie tylko plemienna, ale i ci, którzy gościnnie zawitali, biali również, jest zawsze usadzana na honorowych miejscach, pierwsza dostaje posiłki, wybór pamiątek z tzw. „chieef blanket". Dzieci są adorowane i pilnowane przez całą społeczność, nie ma znieczulicy na płacz, zagubienie czy potrzeby. Ludzie niepełnosprawni mogą liczyć na natychmiastową pomoc nieznajomych, ustąpienie miejsca, zainteresowanie. Podziwiam to w tej społeczności. Pomimo własnych problemów, walki z pijaństwem, niesamowitej pracy w przywoływaniu starych tradycji z powrotem do życia, po tylu latach wtłaczania czerwonoskórych w społeczeństwo i tradycje białych, stać ich na uśmiech, dobre słowo, bezinteresowna pomoc, i przede wszystkim poświęcenie czasu na rozmowę z nieznajomym, gościem, turystą...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-7

 

Z mojej kolekcji obrazów - Elders...

 

W Wikemmikong, nigdy nie poddanym skrawku ziemi, tak pięknym, że brak tchu, odwiedziłam rodzinę mojego przyjaciela Nimkee. Jego mama, nauczycielka liceum w rezerwacie, po nakarmieniu mnie indiańskim taco (mielone mięso w sosie pomidorowym, sałata, kukurydza w muszelce taco), pokazała mi nowo wybudowaną szkołę średnią, gdzie językiem wykładowym był język Anishnabe, a angielski tylko jednym z wielu przedmiotów. Przywitał mnie wielki, kolorowy, drewniany totem z orłem i twarzami przodków, kolory czterech ras, czterech żywiołów... wszystko w kręgu... sztuka indiańska, tak za serce chwytająca, zdobiła drewniane bale ścian... wkroczyłam w inny świat, do tej pory żałuję, że nie skorzystałam z zaproszenia „Sunrise Ceremony", ale ze względu na odległość sadyby i czas świtu, około 4-tej nad ranem, nie było to wykonalne. Poczytałam o tym w domu plemiennym, gdy zaproszono mnie do kręgu kobiecego na szycie mokasynów... Tradycja jak robienie narzut patchworkowych przez Amishów/Mennonitów. Do dziś noszę mokasyny tam zrobione, a mój Skrzat jest posiadaczem botków, które teraz dyndają na ścianie jego pokoju, na pamiątkę mojej pracy, przepełnionej miłością...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-8

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-9

 

Tam też widziałam przedszkole, zbudowane na okręgu, jak wielkie Tipi. Środek, w symbolicznym kształcie Koła Medycznego, służył jako sala do zajęć z wychowania fizycznego, gdy nie był używany do ceremonii i różnych celebracji.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-10

 

Medicine Wheel jest zawsze prezentowane w kształcie koła. By posiąść wiedzę zawartą w naukach Kola Medycznego, potrzeba całego życia i wielu starań w zrozumieniu przesłania. Mówią, że gdy ktoś stąpa po tej ścieżce, zawsze znajdzie ukojenie i uzdrowienie w czterech kierunkach i czterech aspektach osobowości – duchowym, emocjonalnym, fizycznym i mentalnym. Każdy z czterech żywiołów oferuje specyficzną moc i dary, które są nauczane przez symbolicznego przewodnika, i są one spiralnie połączone z aspektem Ducha. Każdy kierunek ma przypisany specyficzny kolor i symboliczne znaczenie. Bardzo podobne zresztą do naszej słowiańskiej tradycji... Koło medyczne reprezentuje holistyczną więź całego Życia na Ziemi. Medycyna w pojęciu aborygenów jest tym wszystkim co polepsza nasz związek z Wielką Tajemnicą i życiem. Zajmuje się uzdrawianiem umysłu, duszy i ciała. Medycyna jest rozumiana jako coś, co wzmacnia naszą indywidualną moc i zrozumienie tego jak jej używać w aspekcie życia w harmonii z Całością. Koło Medyczne jest mapą dającą wewnętrzny kierunek. To nie tylko Północ, Południe, Wschód i Zachód, ale miejsca pomiędzy, punkt połączenia różnych światów. The Medicine Walk, czyli Uzdrawiający Spacer, jest drogą pomiędzy ustalaniem połączenia pomiędzy Wewnętrznymi Przewodnikami (często totemami zwierzęcymi) a naszą własna intuicją. Pomaga w zrozumieniu całości życia i uczy empatii do potrzeb środowiska, w którym przyszło nam żyć. Zwierzęta, uważane za naszych braci i siostry, jak i rośliny, będące częścią ziemi, która nas żywi, mają przypisane cechy pewnych mądrości, wzięte z obserwacji ich zachowań i przystosowania do środowiska. Przykładowo, żółw jest symbolem bezpiecznego wycofania się w czasie trudnym i genialnej wręcz umiejętności schodzenia kłopotom z drogi. A pająk uczy nas cierpliwości, równowagi w działaniu i swobodnego przeplatania energii...

 

Jako ciekawostkę, powiem wam, iż kobieta w „swoim księżycu" , reprezentującym cykl miesiączkowy, nie może wykonywać koła medycznego, nawet takiego dekoracyjnego, gdyż ma zbyt wielką moc w tym czasie :)

 

W M'Cheeging zrobiłam także mój pierwszy Dream Catcher – jest zawieszony w moim samochodzie, przechodzi z jednego modelu na drugi, ma ponad 12 lat i ciągle wzbudza nostalgiczne uczucia... dzieci, którym przekazuję tajniki jego wykonania, mają wielką frajdę podczas ich robienia i słuchania legendy o jego powstaniu...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-11

 

Dream Catcher mojego syna - wykonany przeze mnie tuż po jego narodzinach...

 

Czy miewasz złe sny? Albo takie które mógłbyś śnić i śnić z przyjemnością? Indianie amerykańscy uważają sny za niezwykle ważne, przychodzące do śniącego z miejsca zwanego Miejscem Ducha. Łapacz Snów przypomina pajęczynę. I tak jak pająk łapie insekty, tak Łapacz Snów, zatrzymuje złe sny, nie pozwalając im dotrzeć do śpiącego. Indianie nazywają pająka Strażnikiem Snów. Legenda mówi, iż to babcia, chcąca uchronić swoją wnuczkę od koszmarów sennych, poprosiła Kreatora o pomoc. Zesłał on jej wizję koła, które miała zwiesić nad kołyska dziecka. Koło jednak było puste w środku. W nocy nadszedł pająk i uplótł sieć w środku koła. Wszystkie złe sny dziecka zostały w niej zamotane i przejęte przez Kreatora. Tylko słodkie sny znalazły oczko w środku, by przedostać się do śniącego dziecka. Reszta, uwikłana w sieci, została wchłonięta przez Słońce wraz z pierwszym padającym promieniem wstającego świtu. Dokładnie tak samo jak w Naturze, słońce rankiem osusza rosę z liści i kwiatów po nocy... Pierwszy Dream Catcher dla nowo narodzonego dziecka jest wykonany z witki brzozowej, specjalnie naginanej w kształt koła, na którym plecie się pajęczynę nicią woskowaną (dawniej nicią wykonaną z jelit zwierzęcia), i zdobny w kolorowe pióra, najczęściej koloru czerwonego i niebieskiego. Później robi się nowy, solidny Dream Catcher, z giętego drewna, lub owiniętego w rzemyk stalowego koła. Z każdym rokiem, przybywa ornamentów na osobistym Łapaczu Snów, symbolizującym osiągnięcia dziecka. Wyobraźcie sobie Łapacz Snów należący do indiańskiego chłopca, dawno temu... Moglibyście zobaczyć przytroczony specjalny upominek za wygranie wyścigu z innymi chłopcami z plemienia. Pióro Orła zdobyte w bezkrwawej walce sprytu i gibkości ciała. Pazur niedźwiedzia, którego młodzik pomógł upolować z innymi wojownikami, może nawet kieł wilka, którego ubił, gdy chronił plemienne zwierzęta na warcie... Z czasem, coś co było ornamentem i protektorem snów, przemienia się w tarczę osiągnięć i życiowych zwycięstw i powodzeń. A jak mógłby wyglądać Łapacz Snów chłopca w dzisiejszych czasach? Uruchomcie pokłady wyobraźni... Może zawiesiłby na nim ulubioną płytkę MP3, zdjęcie idola lub diodę z samodzielnie naprawionego przekaźnika radiowego???

 

Tak czy owak, Dream Catchers to piękne rękodzieła, udekorowane paciorkami w kolorach symbolizujących cztery żywioły i rasy stworzone przez Kreatora na Ziemi, ozdobione piórami, kolorową wełną, i innymi ważnymi elementami jak muszelki, kamyki z ulubionej plaży, rodzinne zdjęcia, czy inne symbole duchowe, mające dla nas znaczenie. Może on także symbolizować nasze nadzieje i marzenia na przyszłość. Każdy Dream Catcher odzwierciedla unikalne wnętrze tego, kto go wykonuje. Każdy emanuje ochronną energią myśli i intencji, jakie zostały wplecione w sieć mozolną pracą rąk. Włożony wysiłek owocuje rezultatem... zawsze...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-12

 

Mandala - tarcza ochronna...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-13

 

Medicine Bags - z ziołami, kamieniami i ziemią...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-indianska-sciezka-14

 

Miigwetch - Dziękuję i do ponownego spotkania.

 

CDN. Relacja z Pow-Wow i Dreamers Rock w następnej odsłonie...
© Katarzyna Georgiou

Pow-Wow - A Celebration Of Life

Katarzyna Georgiou

 

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

- Pow-Wow - A Celebration Of Life

 

(Zgromadzenie Plemienne –Świętowanie Życia)

 

 

Orzeł dla Indian jest symbolem wiedzy i obranego kierunku. Anishnabe nazywają go strażnikiem ziemi. Jego pióra na tradycyjnych drzewcach symbolizują nauki Siedmiu Starszych...

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-1

 

 

Każdy Pow-Wow to wielkie przeżycie i feeria kolorów i dźwięków. To duchowa uczta, na której Indianie, jak i zaproszeni goście i obserwatorzy celebrują życie, rodzinę i zrozumienie tego, kim są. Niepowtarzalną atmosferę przedstawienia indiańskiej kultury, wzbogaca bicie bębnów, pieśni plemienne, wspaniałe tańce w pełnych regaliach. Tak, w regaliach, nie kostiumach. Indianie otwierają swoje celebracje dla wszystkich, którzy chcą w nich uczestniczyć i zawsze jest to impreza wolna od alkoholu i narkotyków. Ponieważ Pow-Wows wyglądają podobnie w każdym z miejsc, jakie podczas takich celebracji odwiedziłam,
opiszę tutaj ten, w którym brał udział, po raz pierwszy, mój siedmiomiesięczny syn. Był to ostatni nasz Pow-Wow przed powrotem do Polski. Później jeszcze, gdy odwiedziłam Kanadę ponownie, w tym samym miejscu Ziemko miał okazję być jako dwu i pół latek. Wszystkie zdjęcia pochodzą z tych dwóch wizyt na terenie Mississaugas of Scugog Island First Nation, w pobliżu Port Perry i jednego z najpiękniejszych kasyn pod zarządem Indian, nazwanym szumnie Blue Heron Casino.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-2

Kasyna w rezerwatach indiańskich są zwolnione od podatku, a ich wnętrza są pięknie stylizowane...

 

Pow-Wow to nie tylko radosne wydarzenie, to jest przede wszystkim wydarzenie duchowe. (sacred) Każdego roku jest poświęcone innej tematyce. W 2004 roku oddawano cześć Orłu, który jest najbliższy Wielkiemu Duchowi. (Honoring our Eagle Staff).
W roku 2009, przesłanie było bardzo bliskie memu sercu „Okazujemy szacunek Nibi, Krwi Życia naszej Matki Ziemi" (Respecting Nibi, Life Blood of Mother Earth).
Każdy wchodzący na grunt Pow-Wow otrzymuje ulotkę, z protokołem etykiety. Jedną z zasad, wyjątkowo rygorystycznie przestrzeganą, jest zakaz nagrywania niektórych tańców, takich jak Grand Entry (prezentacja wszystkich flag, drzewców z orlimi piórami, straszyzny plemiennej, weteranów wojennych rozpoczynające ceremonię), Honour Songs (pieśni honorowe) czy Retiring of the Flags (wyniesienie flag i symboli plemiennych). Prowadzący, którym od 13 lat jest ten sam człowiek, Standing Spotted Horse, przypomina o tej zasadzie w odpowiednim czasie, a porządkowi dopilnowują ociągających się turystów by
pochowali kamery. Można fotografować i nagrywać wszystkie inne tańce, a w tych „międzyplemiennych" (inter-tribal) mogą uczestniczyć wszyscy obecni. W takich też tańcach i my wzięliśmy udział, przy okazji ucząc się indiańskiego Two Step.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-3

Inter - tribal Dance

 

Pow-wow rozpoczyna się Ceremonią Powitania Słońca około 5:30 rano. Wówczas rozniecony jest Święty Ogień, którego strażnicy będą pilnować przez cały weekend, aż do zakończenia całej celebracji. Do tego ognia podejść może każdy, przed Grand Entry, które o 12 w południe oficjalnie rozpoczyna spotkanie. Przy ogniu są kosze z ziołami – szałwią, gałązkami
cedrowymi i liśćmi tytoniu, które wrzuca się do ognia za każdym razem chodząc po okręgu wokół, zatrzymując się z pokłonem w miejscu każdego żywiołu i kierunku. Zagarniając dym z palonych ziół, otacza się nim swoją sylwetkę, by oczyścić się z negatywnych myśli. Tak przygotowanym, zajmuje się miejsce na arenie, stworzonej na okręgu, który dla Indian jest świętym i magicznym kształtem. Pośrodku stoi zbudowana, okrągła altana, pokryta świerkowymi gałęziami, pod którą jest miejsce bębnów i zmieniających się zespołów bębniarzy i pieśniarzy. Na czterech palach-totemach podtrzymujących tę konstrukcję,
przymocowuje się flagi, rytualne fajki i drzewce wniesione podczas Grand Entry.
Prowadzący ceremonię, przedstawia wszystkich i opisuje zwyczaje, które są prezentowane w danym czasie. Zazwyczaj po Wielkim Wejściu, następuje modlitwa, wygłoszona przez jednego ze Starszych, bardzo piękna i prosta w swym przekazie – nie ma w niej wyuczonych regułek, płynie prosto z serca i trafia do zakamarków duszy tych, którzy uważnie słuchają...
I rozpoczynają się tańce – cóż to za uczta dla zmysłów. Widać tutaj dumę wojowników i mądrość szamanów, pomimo iż przez ponad 600 lat Indianie doświadczali złego traktowania ze strony kolonizatorów i białych osadników. W ten sposób, w pokojowej celebracji życia, pokazują swoją siłę w zjednoczeniu jako naród. Kultywując i pokazując tradycje przodków,
manifestują brak granic dla ludzkiej myśli i silne związki łączące człowieka z siłami przyrody, tańczą z dumą i godnością jako aborygeni tej Ziemi.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-4

Traditional Dancer

 

Style prezentowanych tańców są różne, najpiękniejszymi dla mnie były tradycyjne tańce męskie, szczególnie Eagle Warrior Dance, oraz z żeńskich – taniec uzdrowicielek „Jingle Dress Dancers", które otaczane są niezwykłym szacunkiem, wielokrotnie proszone o taniec w intencji chorego. Imponujące są pokazy Tancerzy Hula Hoop – niezwykła precyzja i kreatywność jak i widowiskowość porywają oglądających.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-5

Potato Dance - taniec z ziemniakiem. Zwycięska para, która utrzymała ziemniaka do końca, otrzymała 50$ :)

 

Tańce plemienne są przeplatane międzyplemiennymi... i tu zaczyna się zabawa dla wszystkich, którzy porwani rytmem bębnów, dźwiękami grzechotek i rytmicznym śpiewem, wchodzą na trawiasty krąg taneczny i tańczą na okręgu taniec zwany Two Step – po dwa przytupy każdą stopą w rytm bębnów, do tego dochodzą dla co odważniejszych figury z obrotami, zazwyczaj naśladujące jakieś zwierzęta czy ptaki, lub wojownika na polowaniu :)

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-6

Mój błąd w sztuce - nie zamierzałam ofiarować mojego dziecka Wielkiemu Duchowi...

 

Z radością i zapałem weszłam w krąg tańczących niosąc moje dziecko na rękach... i starsza Indianka natychmiast zwróciła mi uwagę by go puścić na murawę... bo niosąc go przed sobą w świętym kręgu, oferuję go Stwórcy, Kreatorowi... czym prędzej to uczyniłam, obserwując z nieskrywaną dumą mojego szkraba, jak zasuwał na wszystkich „czterech", łagodnie omijany przez pozostałych tancerzy, i czuł się jak najbardziej w swoim żywiole, obuty w mokasynki. Do tej pory ma swoją dziecięcą grzechotkę wykonaną z drewna i rogu, którą dostał od starego Indianina podczas „giveaway" kończącej Pow-Wow. Giveaway to bardzo przyjemna część celebracji, ucząca dzielenia się z innymi. Na kolorowo tkanych kocach są rozłożone prezenty, które każdy członek plemienia przyniósł z domu na rozdanie. Są one rozdawane w kolejności od starszyzny, tancerzy i bębniarzy, dzieci i wreszcie pozostałych uczestników, włączając w to turystów. Cudowny zwyczaj, nikt nie grymasi i nie kręci nosem na podarunek, tylko z uśmiechem przyjmuje i dziękuje tradycjonalnym „Migweetch".

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-7

 

Tradycyjnym jest również posiłek plemienny, serwowany w trakcie ceremonii, przygotowywany przez kobiety w domach i przynoszony każdego dnia trwania Pow-Wowu. Dla turystów, nie zaproszonych do wspólnego stołu, specjalnie serwowane są przez catering indiańskie taco (Indian Taco), kanapka z mortadelą w specjalnie pieczonym cieście (Bologne Sandwich), hamburger z mięsem bizona (Buffalo Burger) i zupa z kukurydzy (Corn Soup).

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-8

Suknia ślubna w sklepie na terenie Rezerwatu Scugog Island

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-pow-wow-a-celebration-of-life-9

Bębny - taki wielki i jeszcze większe, grają na Pow-Wows, swoim biciem zsynchronizowane z tętnem Ziemi.

 

W trakcie Pow-Wow, udzielane są lekcje o różnej tematyce, zazwyczaj duchowej i więzi z przyrodą, tym, którzy są nimi zainteresowani. Czasem jest dostępna ceremonia Sweat Lodge, ale na nią zazwyczaj trzeba specjalnego zaproszenia. Sauna w wydaniu indiańskim to bardzo mistyczne przeżycie, włącznie z wizjami i podróżą w głąb duszy lub innego wymiaru. Taką
saunę widziałam na gruntach Silver Birch Reserve, w drodze na Manitoulin Island. W niczym nie przypomina ona sauny fińskiej. No, ale o tym w relacji z Dreamer's Rock, gdzie wiatr za włosy targa i na wskroś przenikając, zamienia tego, co na szczycie świata stoi, w łagodny powiew...
CDN.

 

© Katarzyana Georgiou

Dreamers Rock

Katarzyna Georgiou

 

Z Pamiętnika Emigrantki O Szarych Oczach

- DREAMERS ROCK (Skała Wizjonerów)

 

"Nie ma wiele rzeczy, które możemy nazwać tylko naszymi własnymi. Tylko twoje historie, pieśni i bijące serce są prawdziwie twoje." ( fragment indiańskiej pieśni, D. Bouchard)

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-dreamers-rock-1

 

Gdy byłam na Wyspie Manitoulin, w czasie mojej pierwszej wyprawy do wnętrza siebie, opowiedziano mi o Dreamers Rock – skale wizjonerów. Słowa młodego Indianina o tym miejscu od razu zapadły mi w serce. Poczułam, że to właśnie tam powinnam się udać...

 

"Mówiono mi o snach. Byłem przygotowywany do nich i uczony od dziecka ich znaczeń. Oczekiwano, że będę miał ich wiele. Prorocze sny fascynowały mnie od zawsze. Anishinabe, to tradycyjna nazwa, która nas określa. Znaczy „pierwszy człowiek", niektórzy mówią „dobry człowiek", a jeszcze inni rozumieją to jako „człowiek zesłany z wysokości." Moja rodzina używa tej nazwy dla wszystkich Indian Amerykańskich, których imion nie znamy. Ojibway, to nazwa, którą nadali nam francuscy osadnicy. To jak się zdaje odnosiło się do naszych mokasynów z pogrubionymi szwami, które nosiliśmy. Anglicy wymawiali to słowo Chippewa.

 

Powiedziano mi o starym miejscu, gdzie nasi przodkowie wysokiej rangi byli zabierani na pochówek. Szamani, prorocy, wielcy nauczyciele, zasłużeni wojownicy, i ci obdarzeni specjalnymi talentami. Chciałem tam pojechać od zawsze. To jest miejsce, w którym Duchy Zmarłych obdarowują żyjących, co się zazwyczaj odbywa w czasie oczyszczającej głodówki i podczas wypraw po proroctwo/wizję. Ludzie, którzy odwiedzali to miejsce i zanosili swoje dary, otrzymywali w zamian specjalne rzeczy od Duchów. Zmarli mówili, przychodząc w snach i wizjach tych osób. Każda wizja otrzymana w tym miejscu, pochodziła od mądrych i potężnych Ojibway poprzednich wieków. Duchy spotykały się z człowiekiem, który chciał się spotkać z nimi." (Z zapisków młodego Indianina)

 

Z wyspy Manitoulin wyruszyłam na ląd przez most obrotowy (swing bridge) – jeden z ciekawszych mostów jakie widziałam. Co pół godziny obracał się o 180 stopni tworząc wolny kanał dla przepływu łodzi... W tym czasie kierowcy samochodów wyjeżdżających z wyspy i chcących na nią dotrzeć, mieli 15 minut czasu, po obu stronach kanału, by podziwiać żaglówki różnego kalibru, piękno przyrody i wdychać zapach cedrów.

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-dreamers-rock-2

 

Mknąc trasą, z każdej strony otoczona lasami, kamiennymi urwiskami i jeziorami, dotarłam do Birch Island, miejsca zamieszkiwanego przez Ojibway z Whitefish River First Nation. To oni są strażnikami tego chronionego miejsca, w którym Duchy Przodków siedlisko swe mają... By udać się w to uświęcone i fascynujące miejsce, potrzebowałam pozwolenia od starszych plemienia, które uzyskałam w domu plemiennym za symbolicznego dolara – kanadyjską Loonie. I od tego momentu, podróż mojego nowego życia się rozpoczęła. Nie wiedziałam wówczas, jaki wydźwięk będzie miała ta podróż, ale przeczuwałam, że wydarzenia tego dnia zmienią moje postrzeganie życia i tego co w nim naprawdę ważne.

 

Wejście na Skałę Wizjonera wiąże się z poszukiwaniem inspiracji, z poznaniem siebie choć w jakimś małym acz istotnym aspekcie. Podnosząc szlaban zagradzający wejście, poczułam powiew nieznanego, majestatyczny spokój. Byłam jedyną osobą w tym czasie na tym kawałku ziemi przesiąkniętej tajemnicą, a wraz ze mną Bracia Mniejsi – cietrzewie wzlatujące z wysokich traw po obu stronach bitej, piaszczysto-kamienistej ścieżki, szop pracze, ciekawie spoglądające na mnie swymi zamaskowanymi oczyma. Niepokojący, acz nie przykry wcale zapach skunksa wiszący w powietrzu, towarzyszył mi wraz z szarymi i czarnymi wiewiórkami, śpiewającym ptactwem i nawoływaniem Loons z tafli wody otaczającej ze wszystkich stron wyspę z Dreamers Rock. I te krążące kruki i orły... tak, gniazdowały w tym miejscu, którego człowiek nie niepokoił tak często jak innych, jemu podobnych. Minęłam polanę, na której parę razy w roku odbywały się Pow-Wows.

 

Zanim weszłam na szlak wiodący w górę, do skały, złożyłam na kamieniu ofiarnym parę szczypt tytoniu w ofierze Duchom, by podziękować za możliwość podziwiania i obcowania z tym kawałkiem Ziemi. Fale jeziorne delikatnym pluskiem obmywały mi stopy, gdy tak siedziałam nad brzegiem pokrytym muszlami małży i resztkami szkieletów ryb, które za pokarm jastrzębiom służyły. Tęskne nawoływanie Loons w głąb duszy zapadało, a surowe piękno otaczającej mnie przyrody pozbawiło wszelkich słów. Czułam obecność innych bytów... Czułam jak włosy mi się podnosiły, a dreszcze przebiegały wzdłuż ciała, a jednak nie czułam się odrzucona. Byłam w domu... sama jedna, samiuteńka ze sobą i Duchami bezczasowej przestrzeni. Czas się zatrzymał, pośpiech przestał istnieć. Nie było również lęku, obok mnie na kamieniu wygrzewała się jakaś żmija, może zaskroniec, nie przeszkadzało mi to zupełnie. Jej moja osoba też nie. Obserwowałam jak ważki, motyle i inne owady lądowały na szuwarach i na moich włosach, tak jakbym była częścią krajobrazu. Spokój wokół roztaczał się zapachem Sweet Grass (żubrówki), która swoją słodką wonią odurzała zmysły. Odpływałam, usypiana jednostajnym i miarowym pluskiem fal. Nie wiem jak długo tkwiłam w tym błogostanie, ale z trudem podniosłam się, by rozpocząć wspinaczkę. Było mi dobrze być nabrzeżnym kamykiem...

 

Przeskakując strumień, wkroczyłam na szlak, od wieków przemierzany przez tych, którzy odbywali swoją duchową podróż – vision quest. Chłód wiekowych drzew, sosen, cedrów, świerków, klonów i brzóz chronił mnie od upału tego dnia. Nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się wtedy western „W samo południe"... Od gorąca, emanującego ze skał i kamieni, omamy i zwidy miałam i szłam dalej, cichutko stąpając. Moje mokasyny odciskały ślady w miękkim piasku ścieżki, zmieszanym z igliwiem i kamieniami, wijącej się stromo w górę pomiędzy formami skalnymi. Po intensywnej, półgodzinnej wspinaczce, ukazała się stroma ściana skalna, w zagłębieniu której rosła samotna brzoza obwieszona kolorowymi wstążkami-życzeniami i modlitwami. Zawiązałam i swoją, by trzepotała na wietrze, z moją myślą w niej zaklętą... Z trudem, wspięłam się na skałę, podciągając swój ciężar niczym akrobata, stopami ledwo co znajdując oparcie w płytkich zagłębieniach. Na szczycie, płaskim jak powierzchnia ściętego stożka, ujrzałam zagłębienie w kształcie sylwetki człowieczej... chęć położenia się była przeogromna, poddałam się jej. Idealnie, moje ciało wpasowało się w kształt, nagrzana powierzchnia była kojąca w zetknięciu się z jej emanującym ciepłem. Nade mną rozciągało się niebieskie bezkresne niebo i oślepiające słońce. W pewnym momencie pojawiły się orły – nie potrafiłam ich policzyć, tyle ich było gdy zaczęły krążyć nade mną tak blisko, iż wydawało się, że tańczą w kręgu nad moją głową... Zwiastowały zmiany, odczułam przekaz tak wyraźnie jakby ktoś do mnie mówił, iż już wkrótce nastąpią zmiany, bo moje dotychczasowe życie nie przynosiło mi satysfakcji i zadowolenia. W tym momencie wiedziałam, że całkiem niedługo będę matką. W końcu, tylko pięć lat od tego przekazu upłynęło, gdy stanęłam na Dreamers Rock powtórnie, nosząc moje dziecko pod sercem i oczekując rozwiązania za cztery miesiące. Koło się zamknęło. Mój syn wraz ze mną stanął w miejscu, w którym odczułam tak wyraźnie zapowiedź jego przybycia.

 

Orły odleciały, a ja stanęłam na skale i spojrzałam wokół. Wzruszenie ścisnęło mi gardło. Boże, myślałam, jaki piękny jest ten świat. Wiatr rozwiewał mi włosy, smagał twarz, oplótł mnie, wtargnął do wnętrza... Nie wiedziałam czy jestem jeszcze sobą czy już tylko wiatrem. Ogarnęło mnie tak przeogromne odczucie zlania się w jedność z otaczającym mnie światem, że z tego poczucia piękna, którym byłam, łzy wzruszenia zaczęły same płynąć. Nie mogłam ich powstrzymać, zresztą nie chciałam, oczyszczałam się z wszelkich negatywnych uczuć, trosk, żali, przestawały one mieć jakiekolwiek znaczenie, bo przecież byłam wiatrem, wolnym żywiołem powietrza, panią samej siebie i częścią wielkiej tajemnicy Natury. Jak długo byłam Wiatrem? Nie wiem... Ale ze skały ześlizgiwałam się, gdy słońce czerwoną tarczą zniżało się ku horyzontowi, by wkrótce, jak co wieczór, oddać władanie Lunie, Księżycowej Pani.

 

Przemknęłam w drodze powrotnej obok pasącego się jelenia, jeżozwierza, leniwie schodzącego z drzewa, a tuż przed wyjściem, stado bażantów wyprysnęło mi prawie spod nóg.

 

„Wrócę tu... wrócę tu... wrócę tu..." - kołatało mi w duszy.

 

„Jestem wiatrem, wolnym duchem, światłem, brzozą, falą..."

 

„Jestem czuciem, swobodną myślą, szumem orlich skrzydeł..."

 

MIIGWETCH! - Skalny Kwiat

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-dreamers-rock-3

 

Listen to the beating drum... BOOM boom boom boom BOOM boom boom boom

 

It tells a hundred stories... BOOM boom boom boom BOOM boom boom boom

 

Of our people, of our homeland, some of birds and beast and sweet grass.

 

Close your eyes and listen

 

You might come to hear a story

 

That no one hears but you alone

 

A story of your very own.

 

HEY hey hey hey Hi hey hey

 

        HI hey hey hey HEY hey hi

 

             HEY hey hey hey Hi hey hey hey

 

                    HI hey hey hey HEY hey hey!

 

(fragment pieśni indiańskiej z książki "The Song Within My Heart" by David Bouchard)

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-dreamers-rock-4

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-dreamers-rock-5

 

© Katarzyna Georgiou

Piekło Na Skrawku Ziemi...

Katarzyna Georgiou

 Piekło Na Skrawku Ziemi...

Z pamiętnika Emigrantki o szarych oczach - moja ziemia obiecana obróciła się w pył... Ot, życie.

 

 

Mój epizodyczny skrawek Ziemi - dom sprzed dekady, który okazał się być budowlą z kart, choć wydawało mi się, że dawno już zapomniany, powrócił we wspomnieniach... Ot, myślałam, iż rozliczyłam się z przeszłością, a tu taka zagwozdka.

 

Słuchałam piosenki zespołu Dżem i słowa „ dwie kobiety pragną mnie- Dama Pik i Dama Kier... żona zostawiła mnie bo nie mogła tego znieść" popędziły moje myśli do bezwiednej podróży w czasie, gdy do mojego domu zakradła się Hera i bynajmniej nie była to Bogini z greckiego panteonu, choć szaleńczo zastanawiałam się czy ta przysłowiowa „ambrozja" nie miała domieszki białego proszku...

 

Przez długą chwilę zatopiłam się w obrazach wyrytych raczej ostrymi rylcami niż namalowanych piórkiem i węglem... Zastanawiając się, jak taką piękną miłość można było tak zdeptać i zamienić najpierw w nienawiść, potem rozżalenie i niesmak, i wreszcie we współczucie, gdy zrozumiałam, że uzależnienie to choroba spoza kontroli mimo najszczerszych chęci zaprzestania brania – do następnego głodu i dawki.

 

Obraz pierwszy - malowany oczyma miłości:

 

Piękny, przystojny, wysoki brunet, inteligentna bestia, a fizjonomia Półboga z greckiej wazy. Uganiał się za mną, aż obrączkę na palec założył i świata poza mną nie widział - przez pięć lat... a ja poza nim... Nie wiedziałam co to znaczy „dwa lata czysty po odwyku", choć nie krył tego faktu, nie bardzo zdając sobie sprawę z tego czym jest narkomania i naiwnie wierząc, że zło zamknięte jest na dobre w pigułce przeszłości.

 

Obraz drugi – malowany troską:

 

Czarne kulki znalezione w łazience, to haszysz, a torebka z zielskiem co pachnie jak apteczne zioło okazało się marihuaną... Ale to dla zdrowia, relaksu i uspokojenia, bo studia stresują, magisterkę trzeba napisać nie popadając w depresję, wreszcie koledzy wszyscy tez podpalają, to nic takiego, dla kolegów znaczy się, bo dla narkomana choć „wyleczonego" to droga do piekła i blisko, bo ślisko... Uśpił moją czujność, bo tak naprawdę nie chciałam wierzyć, że to początek zdrady małżeńskiej z niejaką Herą.

 

Obraz trzeci - malowany intuicyjnym niepokojem:

 

Co do cholery stało się z moimi łyżeczkami?
Dlaczego mam wypalone dziury w tapczanie, a mój luby śpi z popiołem na długość papierosa?
Hmm, dziwne... Zupa pyszna, a on zasypia nad łyżką skierowana wpół drogi do ust...
Nie mogę znaleźć mojej biżuterii, przekopałam cały dom, a po pierścionku i łańcuszku ani śladu – dwa miesiące później... są, w szafce, którą sprawdzałam wcześniej z dziesięć razy chyba...
Telefon z banku, debet na koncie, a ja przecież odkładałam tam wszystkie zaskórniaki...
Nie dałam drobnych na maryśkę... Dobrze, że dziura wielkości pięści tylko w metalowych drzwiach balkonowych jest.

 

Obraz czwarty - malowany niesmakiem oszustwa i niedowierzaniem:

 

Latarka i na czworaka... Listwa przypodłogowa obluzowana w kuchni - ale jazda - znalazłam tam wszystkie moje łyżeczki, zmienione nie do poznania, powykręcane w fantazyjne kształty. gumka zaciskową, strzykawki , igły i biały proszek, co na cukier puder nie wyglądał i kwity z lombardu na broszkę, której od tygodnia nie mogłam znaleźć. Wydębiłam po negocjacjach powrót na odwyk, ale zanim do tego doszło, próba samopomocy poprzedziła to co nieuniknione...

 

Obraz piąty - malowany obrzydzeniem i chęcią niesienia pomocy małżeńskiej:

 

Zarzygany mężczyzna, zwijający się „na głodzie", wyjący z bólu fizycznego, wstrząsany spazmami, opływający zimnym potem, w drgawkach tak silnych jak atak padaczki, z oczyma tak cierpiącymi, że o mało, a samodzielnie nie podałam dawki heroiny, lecz nie wiedziałam jak... Wezwałam pogotowie. Skończyło się na methadonie, sztucznej heroinie i lekach przeciwbólowych, w dawkach kontrolowanych przez lekarza. Odwyk przez miesiąc, uczestnictwo w grupach wspierających, psycholog dla rodzin uzależnionych i męczarnia zapaści co pół roku i następnych odwyków przez kilka dobrych lat... Uciekłam w pracę, trzy etaty i praca w weekendy, byle by nie być w domu...

 

Obraz szósty - zachlapany czarną rozpaczą i samoobroną:

 

Albo on, albo ja... Moja bezsilność mnie przeraża... Mój ukochany i znienawidzony zarazem mąż rozkłada się na moich oczach, a ja nie mogę mu pomóc, bo tylko on sam musi tego chcieć. Moje szczere chęci nie wystarczą za dwoje, a podobno nie osiągnął jeszcze dna i wiedziałam dlaczego... Byłam w pobliżu i nie czuł się odpowiedzialny sam za siebie, w swojej chorej wyobraźni, widział mnie jako oparcie, wciąż miał dom, a pieniądze na narkotyki zdobywał nie wiem skąd, choć od czasu do czasu nie mogłam doliczyć się niektórych sprzętów domowych. Skąd brał narkotyki? Nie dochodziłam tego, ale w okolicy zawsze widziałam wychudzone twarze handlarzy...

 

Pokazałam drzwi, bez słów spakował się i wyszedł, nie wiem dokąd... Nie miałam już łez, wyschły wraz z pojawieniem się zrozumienia, że jak się kogoś kocha, to trzeba pozwolić mu odejść. Toksyczna miłość nie dodaje skrzydeł tylko zapętla się jak sznur na szyi skazańca.

 

Obraz siódmy - malowany nadzieją i współczuciem:

 

Rozstanie, rozmowy, przyjaźń... Przez wiele lat nić porozumienia zawsze obecna, choć dwutorowo mknąca przez świat. Udało mu się nawet doktorat zrobić, a mnie wydać kilka książek. Minęło dziesięć lat, życie potoczyło się dalej, a epizod piekła na skrawku Ziemi miał ogromny wpływ na jakość dalszych losów Półboga z greckiej wazy i Emigrantki o szarych oczach.

 

Czas jest naszym sprzymierzeńcem i rzeczywiście zabliźnia rysy na mapie neuronowych połączeń...

 

„Missing Piece"

 

I was drunk this afternoon
you disturbed my inner peace...
saying you love me.

 

But our love has passed...

 

It's not our time anymore,
even though you will always
hold a piece of my heart.

 

This is what hurts most...

 

Piece of my heart is missing
not to be given to another...
ever.

 

Can I still love with three quarters of my heart?

 

Toronto 2002

© Katarzyna Georgiou

Niebo Nad Skrawkiem Ziemi

Katarzyna Georgiou

 

Niebo Nad Skrawkiem Ziemi

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-niebo-nad-skrawkiem-ziemi-2

 

Z pamiętnika Emigrantki o szarych oczach - jak feniks odrodzony z popiołów, dostałam drugie życie...

 

 

 

 

Pisałam ostatnio o mojej ziemi obiecanej, obróconej w pył przez niejaką Herę, rodem z piekła uzależnienia, a teraz chciałabym się podzielić czymś zgoła innym. Minęła dekada od czasu, gdy mój z mozołem budowany domek z kart legł w gruzach, i kilka dobrych lat od czasu przesiedlenia się z powrotem do macierzystego kraju, i coś ponad pół roku od czasu wylądowania w szpitalu z udarem...

 

A ja żyję i cieszę się jak dziecko z drugiego życia, które dostałam od losu...

 

Gdy tak leżałam na białym, niewygodnym szpitalnym łóżku, w pokoju pełnym cierpienia i niepewności kobiet dzielących ze mną ten skrawek „świata", podłączona do rurek, kroplówek, szprycowana zastrzykami i przerażona komentarzami lekarzy nie wiedzących tak do końca co mi jest, nawet po badaniach rezonansu i tomografu, poczułam zapach kompletnej bezradności... Tak, zapach strachu, nawet nie o siebie, tylko o mojego synka, dla którego jestem całym i jedynym światem. Zastanawiałam się, jak będę funkcjonować z podwójną wizją, która może, choć nie musi się utrzymać na stałe, po chwilowym odetchnięciu, gdy wykluczono stwardnienie rozsiane i boreliozę. Całe moje życie i doświadczenia z czasu spędzonego na obczyźnie przeleciały mi jak film przed oczyma wyobraźni; Oprah czy Jerry Springer byliby wniebowzięci takim materiałem na sensacyjny show ludzkiej krzywdy i odetchnęłam głęboko... Mam teraz przed sobą okres rekonwalescencji, czas na zastanowienie się co dalej, zadbania o zdrowie i pomyślenia nad zmianami.

 

Zaczęłam od przysłowiowego rachunku sumienia, który przyjął formę wiersza, o którym mój ukochany ojciec powiedział tak: „Wiedziałem, że potrafisz pisać - to jest najlepsza samokrytyka jaką przeprowadziłaś i jeśli kiedykolwiek wydasz swoje wiersze, to ta „Dychotomia Kobiecej Natury" ma być umieszczona na pierwszej stronie."

 

Tylko tyle i aż tyle.

 

Słowa bliskiej osoby, słowa zachęty i wiary w możliwości twórcze, słowa wypowiedziane z przekonaniem i troską, (jak te sprzed lat na lotnisku „Tylko mi wróć, Cholero!"), słowa wypełnione miłością pomogły mi w aktywacji możliwości i predyspozycji, o jakich nie śniłam do tej pory.

 

Pod wpływem przemyśleń szpitalno- rekonwalescencyjnych, i także z nudów nieróbstwa fizycznego, jako że jednooki belfer nie nadaje się do nauczania w klasie, zaczęłam pisać i kompilować to co mi w duszy gra, spisując myśli, przeżycia i sytuacje - te piękne i mniej piękne, te wzniosłe, i te upokarzające, te duchowe i te przyziemne oraz refleksje o ludziach i życiu. Te wszystkie przemyślenia, które odzwierciedlają osobistą drogę zgłębiania tajników kobiecej osobowości, czas macierzyństwa magicznego oraz myślokształty, inspirowane obcowaniem z Naturą, na temat powiązań pomiędzy światem przyrody a naszą ludzką egzystencją. W głowie ciągle szumiała mi fraza z „Ani z Zielonego Wzgórza" – „czas pędzi jak galopujące suchoty", przejęłam się nią, bo w moim przypadku tak właśnie było... Nagle obudziłam się z życia sennego, pod wpływem wstrząsu niejako, do bardzo aktywnego myślowo i przekaźnikowo, by zdążyć podzielić się tym wszystkim, co we mnie...

 

Czytając Coelho, Demon i Panna Prym, wypisałam sobie dwa zdania: „Kiedy chcesz coś osiągnąć, rozejrzyj się dookoła, zastanów i pomyśl, czego dokładnie chcesz. Nikt nie dojrzy celu z zamkniętymi oczami." „W chwili, gdy się najmniej tego spodziewamy, życie stawia przed nami wyzwania, by sprawdzić naszą odwagę i gotowość na zmiany." Zastosowałam się do tej porady i podjęłam wyzwanie.

 

Mój pierwszy tomik zadedykowałam mojemu tacie - za wiarę w moje twórcze możliwości, konstruktywną krytykę i po prostu za to, że jest ... A ten wiersz jest jednocześnie jego tytułem:

 

Dychotomia Mojej Kobiecej Natury

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-niebo-nad-skrawkiem-ziemi-1

 

Paradoksalna
wieloaspektowa
w opozycji do samej siebie

 

otwarta duszą - ograniczona rozumowaniem
samodzielna choć łaknąca opiekuńczości
twarda skała ze śladami życiowej erozji
zmysłowa i ponętna ciałem - odpychająca wymaganiami
kochająca całym sercem choć nie całkowicie oddająca całą siebie
empatyczna choć niejednokrotnie skrycie zazdrosna
chcąca bliskości na odległość komfortu niezależności
otwarta na nowe pod ograniczającym cieniem przeszłości
prawdziwa aż do bólu niezrozumienia

 

paradoksalna
wieloaspektowa
zsynchronizowana z rytmem życia

 

Mój drugi tomik zadedykowałam mojemu synkowi, który jest dla mnie źródłem światła i inspiracji. Wiersze w nim zawarte powstały do prac plastycznych jakie znosił do domu z miłością w oczach i dziecięcym entuzjazmem sprawiania swojej mamie radości. To mój syn uczył mnie i nadal uczy miłości i wybaczania... Mój Skrzat... W tajemnicy, na warsztatach ceramicznych, długimi tygodniami robił dla mnie prezent, a gdy go przyniósł i podarował ze słowami „pamiętałem, ze zbierasz czarownice" to płakałam ze szczęścia, bez żadnego wstydu i tym zdrowym i tym chorym okiem. Jego słowa znaczyły dla mnie więcej niźli Mądrej Księgi rozdział...

 

Wiedźma

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-niebo-nad-skrawkiem-ziemi-2

Ziemko, lat 6, rzeźba z gliny w połączeniu z materiałami naturalnymi

 

Jestem sobie Wiedźma taka
wykonana ręką Skrzata.
Całą mą sylwetkę psotną
sam wymodził gliną błotną.

 

Mam ci ja charakter stracha,
włosy z lnu po twarzy płyną,
suknia z konopnego łacha,
w tańcu swe kopytka zginam.

 

Próbę Ognia w piecu przeszłam,
jestem świetnie wypalona,
miejsce w domu mam na ścianie;
wciąż ktoś zerka zadziwiony.

 

A tak między nami mówiąc,
piękna jestem niezwyczajnie.
Miłość we mnie jest wpleciona
sercem dziecka czystodajnym.

 

Trzecia książka jest albumem; moją relacją z okresu noszenia dziecka pod sercem, kobiecej tajemnicy... Pozwolę sobie teraz zacytować mały fragment z tego swoistego pamiętnika:

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-niebo-nad-skrawkiem-ziemi-3

10 września 2003, środa

 

„Dzisiejszej nocy cieszę się moją miłością do Ciebie..."
Ten wieczór jest wyjątkowy dla nas obojga, moje maleństwo...
Pełnia księżyca i ceremonia Błogosławieństwa Brzucha. To stara
kobieca magia odprawiana w kręgu kobiecym pełnym żeńskiej
energii.
Napiszę więcej, gdy wrócę...
Zostaliśmy obdarzeni dobrymi życzeniami przez wszystkie mądre
kobiety biorące udział w ceremonii. Oboje dostaliśmy amulet
otaczający matkę i jej nienarodzone dziecko aurą dobrego
zdrowia. Pomoże on nam zachować spokój i bezpieczeństwo
w czasie pozostałym do rozwiązania, a także w czasie narodzin.
Czułam obecność Opatrzności... Energie Czterech Kierunków
i Żywiołów Natury były także obecne w czasie trwania obrzędu.
Atmosfera była niezwykła, a ten Rytuał Przejścia nienaruszalnie
święty. Mam pewność, że wszystko będzie dobrze. Zostałeś
poczęty w miłości, jesteś nią otoczony w każdej chwili, a energia
żeńskiej siły, jaką odczuwaliśmy dzisiejszej nocy dodatkowo
otoczy cię kochającą aurą i opieką ... Niech się dzieje!"

 

Hobbit

 

z-pamietnika-emigrantki-o-szarych-oczach-niebo-nad-skrawkiem-ziemi-4

 

Tak wyglądał ten mój synek
rok skończywszy w życia baśni.
Jakby z Hobbitonu przybył
lub z krainy elfów właśnie.

 

Aurą magii otoczony,
trzpiotowaty mały gość,
z iskrą w oku, półuśmiechem,
taki skrzaci cudny ktoś.

 

Radość przyniósł, miłość daje,
śmiechem dźwięczy cały dom.
Już niedługo sześć lat skończy.
Mgnienie oka... Wieczność... On.

 

I tak oto zaczęłam budować nowy dom, po raz kolejny zresztą, tym razem jednak wymoszczony nadzieją i wiedzą, iż by się narodzić, trzeba umrzeć, ale wcześniej jeszcze się obudzić...

 

Nowy dom z darem „nowego twórczego życia". Dom Emigrantki o szarych oczach patrzących w przyszłość i wypatrujących wyzwań-niespodziewajek...

 

© Katarzyna Georgiou

Oceń ten artykuł
(7 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!

  • Stwórz Konto