FULIGO POTESTAS

Krzysztof Pochwicki

FULIGO POTESTAS

 

 

- Nie wygląda pan na najemnika panie Bourgeaud – miliarder oparł się o wykonany z czarnego dębu olbrzymi blat. Jego czujne oczy tonęły w głębokich, otoczonych bruzdami zmarszczek oczodołach. Przetarł wysokie czoło chusteczką, po czym złożył ją pedantycznie wygładzając krawędzie.

- Pan natomiast nie musi przede mną łazić na pokaz – rozluźniony w skórzanym fotelu, żylasty blondyn wydawał się zobojętniały na otaczający go przepych. – Istnienie nowotworu trudno dziś zataić przed wszystkimi.
Starzec nie zdołał ukryć zaskoczenia. Milcząc obszedł stół, usiadł na specjalnie wyprofilowanym krześle. Nie krył ulgi.

- W jednym jesteśmy zgodni, pozory mylą – uśmiechnął się. Był to znany z mediów, dobrotliwy, szczery uśmiech człowieka sukcesu. Bo też Louis Rani Dae III należał do najbogatszych ludzi świata.

- Przejdę do konkretów – rysy wyostrzyły się, stwardniały. – Wychodząc otrzymasz kopertę z materiałami. Teraz chcę, byś zrozumiał, że sprawę traktuję poważnie. Nie zwariowałem.

- Słucham – najemnik z zadowoleniem przyjął fakt, że starzec przestał bawić się w konwenanse. Lubił konkrety, cenił swój czas. Cenił wysoko.

- Wybrałem cię także dlatego, że masz wykształcenie wyższe oraz chłodny, otwarty umysł. Cyniczny, inteligentny zabójca, taka kombinacja mi odpowiada.
Blondyn zacisnął wargi. – Ujęła mnie ta analiza – wycedził. – Proszę się streszczać.

- Prowadzę interesy na wszystkich kontynentach, liczby nie mają przede mną tajemnic – starzec poluzował krawat. – Charakter niektórych transakcji zwrócił moją uwagę. Mistrzowsko zakamuflowane, zdumiewająco trafne. Kosztowało mnie to lata analiz oraz fortunę na łapówki, lecz sądzę, że do globalnego biznesu oraz polityki od dawna wtrąca się ktoś wybitny, komu zależy na pozostaniu w cieniu.

- Masoni, Klub Londyński, G8+5? Może odkrył pan, że They Live?

- Złośliwość jest zbędna – w głosie starca pojawił się z trudem maskowany gniew. – Proszę nie uważać mnie za wariata, z pewnością nie w moim domu. Odkryłem istnienie pewnej rodziny, raczej rodu. Ma pan dostać się do ich siedziby oraz zdobyć odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.

- Jakie?

- Według mojej oceny, a nie zwykłem się mylić, obecny mieszkaniec tego miejsca ma ponad dwieście lat - Louis Rani Dae III pochylił się kaszląc. Przetarł spękane usta zostawiając na materiale krople krwi. Złożył chustkę i schował do szuflady. - Masz się dowiedzieć jak to możliwe. Bez tej informacji gwarantuję jedynie pokrycie kosztów operacji. Natomiast, jeżeli wykonasz zadanie...- zawiesił głos. – Wówczas pieniądze nie mają znaczenia.

 

XXXXX

 

Czwarty dzień czatowałem ukryty ponad tą zagubioną pośród pustyni oazą. Widziałem wiele, trudno mnie było zaskoczyć, lecz ta misja była dziwna. Kurewsko dziwna. Przywiodła mnie też w miejsce, które nie powinno istnieć w dwudziestym pierwszym wieku. Piaski w Fazzanie, południowa Libia, prawie dwieście kilometrów na zachód od miasta Sabha. Za dnia praży bezlitośnie. Gorąco oraz niebezpieczny dla sprzętu rdzawy pył, zmusiły mnie do wyszukania punktu obserwacyjnego w szczelinach, którymi naznaczone są łuki otaczających oazę skał. W nocy, przyklejony do noktowizora, drżałem z zimna mimo izolacyjnych właściwości zamaskowanego namiotu. Żułem blitong, sprawdzałem broń, czekałem, aż coś się wydarzy.

Oaza Gaberoun sprawiała przygnębiające wrażenie. Wygładzone przez czas skały otaczały szereg małych, słonych stawów. Nędzne skupiska daktylowców. Wszystko, nawet powietrze, smakowało solą. Mimo to miejsce było zamieszkane i to ponoć od wieków. Dawadowie. Kilkuset zobojętnianych na rzeczywistość, smagłolicych odludków. Obserwując jak żyją zacząłem ulegać irracjonalnej, chorej fascynacji. Gaberoun stanowiła cały ich świat. Żyli niczym automaty, w sennej, powtarzalnej monotonni. „Zjadacze robaków" - tak nazywali ich na pustyni. Rzeczywiście Dawadowie żywili się głównie owocami palm daktylowych, ze swoich słonych bajor wydobywali węglan sodu, przede wszystkim jednak poławiali jakieś robale, chyba krewetki. Otępiały, przyglądałem się kobietom przeczesującym płycizny za pomocą sznurowanych worków na kijach. Wiedziałem, że sprzedają tę śmierdzącą papkę karawanom lub tuareskim kurierom, w Fazzanie paskudztwo uważano wręcz za afrodyzjak. Gaberoun. Żadnych domów, nic. Dae kazał mi jednak czekać. Według niego parę osób w Libii brało pokaźne łapówki za przymykanie oczu na sporadyczne, nielegalne loty nad pustynią. Teraz, po śmierci al-Kaddafiego loty miały odbywać się częściej.

Coraz dotkliwszy chłód i wydłużające się cienie daktylowców zwiastowały szybką agonię dnia. Krwawy całun okrył niebo. Kobiety ułożyły na brzegu ostatnie worki, ciężkie od konających skorupiaków.
Miałem dość. Splunąłem słoną śliną i usiadłem, powoli prostując nogi.

Drgnąłem, wytężając słuch. Zalegające nad stygnącymi piaskami powietrze, niosło narastający grzmot. Pieprzony Dae miał rację! Nadlatywały śmigłowce. Przypadłem do szczeliny, kierując lornetkę ponad skalne ściany. Ciemne punkty leciały niebezpiecznie nisko, po chwili mogłem odróżnić poszczególne maszyny. Dwa NH Industries NH-90. Ten sprzęt pojawił się na rynku dopiero w 2006 roku, ktoś tu miał naprawdę mocne plecy. Ciężkie, pękate sylwetki amerykańskich „latających dźwigów", Sikorsky CH-53 Sea Stallion. Jeden, drugi, trzeci. Huk wypełnił dolinę, spotęgowany echem, wzbijał wirujące słupy słonego pyłu.

Dawadowie w milczeniu rozeszli się zasłaniając twarze. Śmigłowce krążyły nad płyciznami, wzbudzając na turkusowych taflach chaotyczny taniec fal. Jedna ze skał zaczęła pękać, szczelina rosła, ukazując stalowe dźwigary i gigantyczne siłowniki. Niczym pierdzielony sezam! Maszyny w idealnym porządku znikały wewnątrz masywu.
Muszę się napić.

Trzecia w nocy. O tej porze ludzie popełniają dużo błędów, tracą czujność. Bezszelestnie schodziłem w głąb oazy. Świadomość doskonałego wyćwiczenia ciała, podniecenie, seksualny wręcz ciężar FN P90 w ręku. Lubiłem to uczucie.

Wyzwanie. Szalone dudnienie serca, pot pod grubą warstwą maskującego mazidła.

Przemykałem między pniami daktylowców. Cisza. Tubylcy spali chroniąc się w niedbale skleconych szałasach. Przede mną na tle nieba odcinała się szara smuga wrót prowadzących do ukrytych lądowisk. Czułem, że o brzasku śmigłowce odlecą, monolit zasunie się, a kobiety Dawadów ponownie zaczną brodzić w ciepłej wodzie.

Przewiesiłem karabinek na lewy bok i sięgnąłem po nóż do rzucania. Gdybym teraz musiał zabić, wolę, by odbyło się to w ciszy.

Dotarłem do krawędzi wrót. Słyszałem syk drzemiących siłowników. Zaraz, zaraz...

Oślepiający błysk sprawił, że odrzuciłem broń i wbiłem pięści w oczodoły. Upadłem jęcząc. Chwytałem powietrze, starając się zapanować nad bólem. Daremnie. Oddech miał dziwny, gorzki smak. Gaz! Użyli gazu!

Nim odpłynąłem, ktoś zdążył sprzedać mi serię fachowych kopnięć. Tak, by spotęgować ból, ale zachować żebra.

- Mistrzu Elach, było jak przepowiedziałeś – perfekcyjny angielski, chociaż akcent dziwny.

Odpłynąłem.

 

XXXXX

 

Bourgeaud zwisał na przytwierdzonych do ściany łańcuchach. Przeżarte rdzą obręcze zostawiały na przegubach naznaczone czerwienią smugi. Bełkotał. Mistrz obserwował go przez chwilę, po czym podjął decyzję. Skinął stojącemu obok olbrzymowi, o wypełnionej fanatycznym oddaniem twarzy, po czym pokręcił przecząco głową. Strażnik, nie kryjąc zawodu, schował nóż o obustronnie zaostrzonym końcu.

- Ocuć go – mistrz nigdy nie podnosił głosu, nie musiał.

Mocny strumień lodowatej wody wtłoczył najemnikowi powietrze do płuc. Rzucił się rozpaczliwie, wymiotując. Elach odsunął się zachowując bezpieczną odległość, obok niego dwóch ochroniarzy w błękitnych turbanach zastygło z wymierzonymi w więźnia automatami.

- Wiem, że mnie słyszysz – mistrz miał naturalnie łagodny, miły głos. Paradoksalnie, ten brak fałszu, przerażał.

- Słyszę... - blondyn odchrząknął, mówił z trudem.

- Proszę mi się spokojnie przyjrzeć Bourgeaud – mistrz czekał aż przekrwione, załzawione oczy dostrzegą porastającą mu skronie, wilgotną, drgającą masę. Kłębowisko sinych pulsujących strzępek, kępy zlepionych śluzem włosów. Brązowe wielościany wyrastające wprost z czaszki, tnące skórę na łuszczące się, zakrwawione strzępy. Wzruszył ramionami. Tak często już tego doświadczył, tak wiele wrzasków słyszał. Zawsze reagowali tak samo. Szok, niedowierzanie, narastający w piersi zwierzęcy skowyt. Niektórzy uciekali w szaleństwo. Szare tęczówki najemnika rozszerzyły się, żyły nabrzmiały na szyi.

- Co tu jest kurwa grane? Co mi daliście? – wściekły charchot zabrzmiał głucho w niskiej, łukowato sklepionej celi.

- Uspokój się – w głosie mistrza pojawił się lód. – To, co widzisz, istnieje naprawdę, nie podano ci żadnych halucynogenów. Rzeczywiście użyczyłem część swego ciała pewnej ciekawej formie życia. Układ jest obustronnie korzystny. Wkrótce tu wrócę. Proszę nie marnować oferowanego czasu, liczę na konkretną rozmowę. Lubię rozmawiać z ciekawymi ludźmi.

Wyszedł. Za nim, niczym cienie, ruszyli zbrojni. Równocześnie ze zgrzytem wsuwanych w ościeżnice blokad zgasło światło, ciemność połknęła rzeczywistość. Bob Bourgeaud zawsze szczycił się swoją spostrzegawczością i pamięcią. Teraz, sekwencja po sekwencji, analizował to, co dane mu było ujrzeć. Targnęły nim torsje, żółć spłynęła po szyi. Dałby wszystko by zapomnieć. Nie potrafił.

 

XXXXX

 

Elach przyszedł nagle. Porażające najjaśniejszą z bieli światło sprawiło najemnikowi ból, kurczowo zacisnął powieki. Chłód łez. Usłyszał stukot, szuranie drewna po wyślizganych płytach posadzki. Mistrz czekał, aż Bourgeaud zdoła skupić na nim spojrzenie. Pochylił głowę, masa koszmarnej tkanki obsunęła się formując żywy kołnierz. W jaskrawym blasku lamp strzępki zdawały się grubieć, ich ściany pulsowały wyraźnie szybciej. Był tajemniczym człowiekiem, o ostrych, surowych rysach i muskularnych ramionach, mógł mieć zarówno czterdzieści lat jak i sześćdziesiąt. Tam, gdzie nie sięgały sine nici włosy barwy smoły przyprószała siwizna. Oczy emanowały młodzieńczą witalnością, ciało nie zdradzało oznak znużenia wiekiem. Siedział na zwykłym, niskim taborecie. Sam.

- Od tego czy mi uwierzysz, zależy twoje życie – splótł wypielęgnowane, długie palce.

Więzień przytaknął głową. Oblizał spękane wargi. Pić. Głód skręcał wnętrzności, osłabiał.

- Tu znany jestem jako Matthew Elach. Poza oazą rzadko wymawia się to imię. Moja rodzina, dawno temu, odkryła tu pewien organizm. To swoisty grzyb, śluźnia o ciekawych właściwościach. Odżywiając ją w sposób, którego nie sposób ukryć... - uśmiechnął się arogancko – można przewidywać przyszłość z dużą dozą pewności. To dało moim przodkom klucz do władzy, klucz który teraz dzierżę ja. Nie ukrywam, że na świecie liczą się z moją wiedzą. I boją się.

– Czemu nikt nie zniszczył tego miejsca? Z pewnością nie odkryłem go pierwszy - Bourgeaud mówił z trudem, Elach czekał nie wyglądając na zniecierpliwionego

- Jak dotąd mojej rodzinie udało się przewidzieć każdy atak. Odwet za każdym razem był... - szukał odpowiedniego zwrotu – oryginalny formą, jednoznaczny wymową – dokończył zaciskając pięści. - Widział pan Dawadów. Sami określają się jako „zapomniani przez Boga". Moi przodkowie ukształtowali tych ludzi według własnych potrzeb. Kamuflaż idealny, w potrzebie niezrównani wojownicy. Dlaczego Gaberoun? Wartość tego miejsca tkwi w tym, ze nikt się nim nie zainteresuje. To pustynia, każda władza jest tu iluzoryczna, ulotna. Te piachy, wraz z nimi Dawadowie, należą teraz do Libii. Wcześniej byli Francuzi, Włosi, Turcy, sułtani państwa Kanem, berberyjscy Garamantowie. Wszyscy przeminęli, „zjadacze robaków" trwają. Mój ród nie podlega żadnej ziemskiej władzy.

- Czemu mi to mówisz? Kręci cię to, nie jesteś dość porypany?

Elach mruknął poirytowany.

- Nie obrażaj mnie zabijający za pieniądze śmieciu – klasnął, do sali wszedł olbrzym z pękiem staroświeckich kluczy. Najemnik osunął się uwolniony z kajdan. Promieniujący ze stawów ból otępiał umysł.

- Musisz coś zobaczyć. Śmieciu.

Do celi weszło dwóch „zapomnianych przez Boga". Bourgeaud uzmysłowił sobie, że nie potrafi rozpoznać broni, których lufy przygnębiały kalibrem. Olbrzym pchnął go w stronę drzwi i delikatnie podniósł taboret.

 

XXXXX

 

Szli krętym korytarzem. Ściany najwyraźniej wykuto w skale. Mrok rozpraszały jedynie regularnie rozmieszczone, słabe lampy. W załomach skalnych, pławiąc się w ich życiodajnym lśnieniu rosły grube kobierce mchów. Minęli pancerne, rażące nowoczesnością wrota. To pomieszczenie było olbrzymie, ich kroki wzmacniało echo. Najemnik dostrzegł na surowych ścianach czujniki, panele regulatorów temperatury. Powietrze parne, ciężkie od wilgoci, przesycone trupim odorem.

Elach przyłożył dłoń do czytnika, towarzyszący im Dawadowie pochylili głowy recytując niezrozumiałe formuły. Grube, wyłożone od wewnątrz zawilgłym drewnem wrota odchyliły się szorując po posypanej jakimś granulatem podłodze.

- Patrz. Po prostu.

Obserwował twarz najemnika z chłodną satysfakcją rejestrując tężejące mięśnie, bladość skóry, drobne krople potu oraz poblask łez w kącikach rozszerzonych oczu. Oczu, w których rysowała się niewyobrażalna groza. Zza wrót dobiegały głosy. Jęki, wrzaski, zawodzenia, szlochy, pozbawione radości chichoty, potoki przekleństw. Dźwięki słabe niczym oddech śpiącego starca, krzyki zdające się trwać wiecznie, rosnące w trzewiach, rozdzierające struny. Wszystko to nakładało się na siebie, współtworząc chór pełen niewyobrażalnej męki, trudnych do zrozumienia tęsknot.

Elach zmrużył oczy, grzybnia w uszach poruszyła się formując czysty dla dźwięku tunel.

- Widzę, że zaczyna pan rozumieć - przemówił. - Istota, której użyczyłem nieco ciała, stanowi tylko drobny fragment całego organizmu. Przychodzę tu często dla samej wiedzy. Lubię rozmawiać z ciekawymi ludźmi. Tam przykładowo...- wskazał dłonią – jest Mardoniusz. Swego czasu zdezerterował z armii wysłanej przez Kambyzesa II by zdobyć oazę Siwa. Widział jak pustynia pochłania 50 tysięcy jego towarzyszy. Jako jedyny chciał doświadczyć śluźni dobrowolnie. Bredził o wyrokach Amona-Re. Ten z prawej, to Reinhard, nazista z otoczenia Ottona Rahna. Chcieli ze mnie wydrzeć tajemnicę Graala. Ignoranci! – usiadł na podsuniętym przez olbrzyma taborecie.

- Jak obiecałem nie zabiję cię – szepnął. – Mało tego, istnieje duża szansa, że przeżyjesz wielu ludzi. Może nawet mnie?
Bourgeaud milczał, jego pierś unosiła się w płytkim, nierównym oddechu. Wbił palce we framugę drzwi, kłykcie drżały z wysiłku. Nie miał już czym rzygać.

- Czy oni, czy to....- trudno mu było sformułować myśli – czy oni rzeczywiście wciąż żyją?

- Oczywiście. Chociaż z niektórymi nie da się już rozmawiać. Pora bym zadał ci pytanie i usłyszał odpowiedź.. Konkretną. Chcesz do nich dołączyć? Chcesz?

- Nie...

Matthew Elach pogładził grzybnię.

- Twój zleceniodawca, Louis Rani Dae III, nie myli się. Organizm oferuje jeszcze jedną korzyść. Jego nosiciele żyją długo. Tylko od ilości grzyba zależy jakość tego życia. Widzisz jak kończą wrogowie mego rodu, zakładam, że chcesz współpracować?

- Chcę.

- Dae nie mylił się w kwestii twojej inteligencji. Mam dla ciebie zadanie najemniku.

 

XXXXX

 

Przyjął mnie w biurze jak prosiłem, wieczorem, bez świadków. Ciekawość uczyniła go nieostrożnym, nadzieja na długowieczność głupim.

Louis Rani Dae III nie wstał na mój widok. Podszedłem do czarnego stołu.

- Co tam jest? – warknął bez ogródek miażdżąc resztkę cygara w popielniczce.

- Spokojnie – starałem się by mój głos brzmiał beznamiętnie. Wciąż słyszałem echo głosów tych...zespolonych z ohydą, nie mogłem zapomnieć twarzy z żywym woalem. Matthew Elach. – Wpierw chcę zobaczyć komputer gotów do przelewu.

Bogacz nie krył irytacji. – Masz – obrócił w moją stronę cienkiego niczym cyrograf laptopa. – Tylko PIN i twoje konto spuchnie o ustaloną kwotę. Co znalazłeś w tej oazie?

- Wyrok – wbiłem mu w dłoń iniektor, obserwowałem jak wiotczeje nim jeszcze szok, bezgraniczne zdumienie zdążyły zagościć na jego twarzy. – Mój i twój – dodałem przytrzymując mu głowę.

Podłączyłem do laptopa pendrive'a przekazanego mi przez mistrza. Wprowadziłem cyfry, potwierdziłem wypuszczając do globalnej sieci ustrojstwo przy którym Stuxnet raził prostotą. Matthew Elach na pewien czas będzie miał spokój.

 

XXXXX

 

Louis Rani Dae III uniósł spuchnięte powieki. Jakieś irytujące, ruszające się nici utrudniały mu widzenie. Chciał strącić je dłonią, nie mógł się ruszyć. Czuł swoje ciało, przygniatał go też jakiś ciężar. Ten ciężar był mokry, ciepły, poruszał się.

Jeszcze nie krzyczał, mózg chronił psychikę przed grozą sugerując, że otaczający go koszmar był snem.

Jakiś odgłos, coś jak szuranie krzesłem. Zdołał dostrzec siadającego przed nim człowieka.

- Witam. – Obcy mówił głośno, by być słyszalnym w dobiegającym zewsząd zgiełku. Louis rozpoznawał kolejne języki. Włoski, niemiecki, angielski, hiszpański, niektóre w dziwnych, jakby archaicznych dialektach. Nie mógł skupić się na treści. -

Lubię rozmawiać z ciekawymi ludźmi – znów ten głos. – Mimo, że pana sytuacja zmieniła się mogę obiecać, że pożyje pan długo i z pewnością nie umrze na raka. Nazywam się Matthew Elach.

Kleszcze grozy ścisnęły mu gardło, desperackim wysiłkiem rozejrzał się. Znajdował się w gigantycznej jaskini, ze sklepienia zwisały draperie mlecznych nacieków. Mrok rozjaśniały kule krążące między poszarpanymi, mineralnymi kolumnami. Tam, gdzie padł snop światła, ukazywała się groza. Tętniąca, falująca mata barwy gnijącego mięsa. Była wszędzie. Gdzieniegdzie organiczna breja wybrzuszała się rodząc pękające pęcherze; pokryte śluzem, brązowe kostki rozsypywały się wówczas uderzając w matę, wapienne nacieki oraz ludzi. Ludzie. Ciała. Byli wszędzie. Zawieszeni w galarecie, spętani sinymi, żywymi powrozami. Ich kończyny, korpusy, prześwitywały przez galaretę, niektóre poruszały się napinając mocne, żyłkowane błony. Żywe trupy. Jedna z kul przeleciała obok, Louis ujrzał swój tułów, nogi. Obłęd...Obłęd. Obłęd!

Odgłosy jedzenia. Siedzący przed nim na taborecie, odprężony mężczyzna nakładał sobie do ust potrawę o śmierdzącej, śluzowatej konsystencji. Chrzęściło mu w zębach. Uśmiechał się. Wówczas, nim kula odleciała, Louis Rani Dae III ujrzał jego twarz.

Rozbrzmiewający w jaskini chór wzbogacił się o nową nutę.

 

 

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!