"AUTOBIOGRAFIA" W CIENIU PIERWSZYCH

Jolanta Kwiatkowska

"AUTOBIOGRAFIA" W CIENIU PIERWSZYCH

Tym opowiadaniem, chcę podziękować wszystkim,

którzy przyczynili się, do tego by Lucky – stał się Bardem II.

Lubię autobiografie. Nie piszę swojej.

To jednak jest autobiografia – ale po mojemu.

 

 

 Mika, Mikuśka, Mikunia to imię mojej pierwszej prawdziwej z tych najprawdziwszych przyjaciółek, czyli tych, co nie mówią:

-  „Fajnie, że postawił ci piątkę” i po chwili dodają: „Od kogo ściągałaś?”

-  „O, jaka ładna sukienka” i parę minut potem mile uzupełniają: „Tylko bardzo cię pogrubia”.

-  „Gdzie ty masz oczy? Pryszczaty neptek, niekumaty, w dodatku fajtłapowaty gamoń jakich mało”. A po paru dniach na naszą propozycję: „Idziemy do parku” odpowiadają: „Nie mogę, Wkuwam do klasówki”.

A my z zasianą niepewnością zastanawiamy się, czy też zakuwać, czy lepiej się dotlenić? Po chwili (bo nad czym rozmyślać?) wybieramy jedynie słuszną opcję. Idziemy do parku, ale z książką, żeby nie stresować mamy. I co? I nic. Bo ani się dotlenić ani uczyć (teoretycznie zakładając, że jednak wpadłaby taka myśl do głowy). Widok przytulonej przyjaciółki do krostowatego ciamajdy skutecznie zatruł powietrze i duszę, więc biegiem wracamy do domu, żeby oczyścić się w jedyny skuteczny sposób, czyli fontanną z łez z głową pod poduszką.

Jednak wycofuję się z określenia Miki wieloznaczącym słowem: przyjaciółka. Bo skąd niby wiedzieć, czy to nawiązanie do czasopisma, fundacji, portalu, a może wirtualnej przyjaciółki? Jednoznacznie to będzie, gdy powiem, że Mika to była najwierniejsza psiapsiółka.

Hipnotyzująca sugestywność tego określenia działa rozświetlająco na szare komórki i nawet ci bez pięciu klepek wiedzą, że był to piesek płci żeńskiej. Mimo, że była najprawdziwszą blondyną, to miała duże poczucie humoru i dowcipasom blondynkowym podstawiała pod głupkowato roześmiane oczy swoją figlarną koafiurę. Patrzyli, patrzyli i widząc dwa przody lub dwa tyły, jak kto woli, zastygali z otwartą jamą ustną i obłędem w oczach. Nie trzeba dodawać, więc nie dodaję, że problem z odróżnieniem przodu od tyłu miały tylko dwunożne ssaki z gatunku homo sapiens. Na marginesie dodam, bo nie tylko lubię brać, ale i dawać, że od dziecka mam bardzo cudacznie niepoprawne skojarzenia. Sapiens kojarzył mi się z czerwoną twarzą, łapczywym wciąganiem i wypuszczaniem powietrza, czyli człowiekiem zipiejącym, a nie rozumnym.

Dostałam dwóję, ale tylko dlatego, że pałek jeszcze nie było. To znaczy w skali ocen nie istniały. Te z rodzaju ozdobnych roślin ziemno-wodnych i milicyjno- policyjnych (jak zwał tak zwał i tak do tego samego służą) „ozdobników” wyposażenia mundurowego stróżów prawa, były i nadal są okazałe.

Przód jak tył a tył jak przód nie raz był źródłem komicznych sytuacji i powodem do zaśmiewania się przez dłuższy czas, przy okazji opowiadania wszystkim, lub wspominania, co się wydarzyło. Dwie z nich utknęły mi głęboko w pamięci. Pierwszy z racji przerażenia, drugi z……, nie, tego głośno nie wypiszę.

Siedziałyśmy z mamą na ławce w parku i z zazdrości komplementowałyśmy same siebie:

-  Córciu, bardzo ładnie wyglądasz w tej nowej fryzurze.

-  No widzisz, a nie chciałaś, żebym ścięła włosy.

Rozmawiając, cały czas nie spuszczałyśmy oczu z Miki, udając, że nic nie widzimy i nie słyszymy.

-  Mamcik, ta sukienka bardzo cię odmładza. Przyjdź w niej na wywiadówkę. Może Skorpion złagodnieje i odpuści mi.

-  Prosiłam cię…

Ugryzłam się w język, zmieniłam pozycję ciała, żeby mama nie zauważyła wzruszenia ramion i szybko się poprawiłam, bo pozbycie się zmory pisania referatu w temacie synapsowym, żeby poprawić ocenę, warte było dużo więcej. Na przykład nie zapominania aż przez tydzień wyrzucania śmieci, albo posprzątania w biurku od razu, a nie jutro. Od dawna już wiedzieliśmy (ja i moi rówieśnicy), że rodzice nie rozumieją podstawowych pojęć. Przecież to oczywiste, że gdy upominana wieczorem, mówiłam: „Jutro na pewno nie zapomnę wyrzucić” to nie było w tym mojej winy, że budziłam się, gdy było dziś.

-  Mamo, ten nowy pan od biologii uwziął się na mnie. Pisałyśmy razem z Baśką. Ona dostała czwórkę z plusem. Ja, tróję z minusem. To jawna niesprawiedliwość.

-  Obiecuję, że spytam dlaczego, ale referat i tak cię nie minie. – Skwitowała wychowawczym marchewkowym kijem mama i zmieniła temat na bardziej interesujący: - To na ile lat wyglądam w tej sukience?

-  Nie starzej niż na trzydzieści pięć. – Odpowiedziałam szczerze, bo mama była stara, ale najmłodsza wśród klasowych rodzicielek.

Roześmiała się i śmiała tak zaraźliwie, że i ja jej zawtórowałam, z tą różnicą, że wydawane przeze mnie dźwięki zwróciły na nas uwagę osób i osóbek do tej pory zainteresowanych tylko Miką. To właśnie ich zachowanie budziło naszą zazdrość. Dzieci piszczały: „Jaka śliczna kulka” i kucając, nie spuszczały oka z psa. Kobiety, jedna przez drugą zachwycały się: „Niech pani zobaczy, jaka lśniąca sierść, jaka bielutka i mięciutka”. Jakaś zołza wzdychała zołzowato: „Piękny byłby taki kołnierz do jesionki”. Starszy mężczyzna fuknął:

„Serca kobieto nie masz”. Mika udawała, że nie słyszy, ale my wiedziałyśmy, że puchnie z kobiecej próżności. Przysiadła, potrząsała łebkiem i łypała jednym okiem, sprawiedliwie, po kolei na każdego. Wśród gapiów stał taki jeden, co to za stary był dla mnie a za młody dla mamy, ale cudownej urody dla nas obu. I to on powiedział: „Jakie mądre spojrzenie” i przykucnął obok Miki i po chwili zwrócił się do nas: „Jej coś jest. Ona prosi o pomoc”. Zerwałyśmy się z ławki i w sekundę byłyśmy przy Mice, która od razu znów zamieniła się w bez przodowo-tyłową kulkę i zaczęła wirować, jakby sama chciała się przekonać  czy zobaczy swój tył. Uradowane dzieciaki śmiały się: „Żywy bączek”.

Zołzowata skomentowała: „Odsuńcie się, ten psiak jest nienormalny”. Ja, prosiłam: „Mikuśka, uspokój się”. Mama próbowała ją wziąć na ręce. Mika odskakiwała, popiskiwała i znów kręciła się w kółko. W pewnej chwili cudownej urody podszedł do Miki, jedną nogą mocno nadeptując na ziemię, tak blisko niej, że aż przydeptał jej sierść. Mika zapiszczała. My jeszcze głośniej, krzycząc jednocześnie: „Co pan robi?”. On, nie ruszając stopy, objął dłońmi grzbieto brzuszek Miki, raptownie szarpnął nią do góry i przytulił mocno do siebie skowyczącą kulkę. Dwadzieścia pazurów gotowych do wydrapania mu wszystkiego, co się da z tej ślicznej buźki podbiegło i zamieniło się w dwa słupy soli. Twarz sadysty poddawana była dokładnemu naturalnemu demakijażowi przy pomocy językowego wacika. W oczach dręczyciela na odległość widoczna była rozkoszna przyjemność zabarwiona uczuciem rozanielonego szczęścia.

Kątem oka dostrzegł nasze osłupienie i palcem wskazał na swoją stopę. Zdziwiony, że jego palec ani jego stopa nie odczarowały nas, podniósł nogę i chichocząc, machał sznurkiem przyklejonym do podeszwy. Po chwili postawił Mikę na ziemię, która radośnie poturlała się dalej i nie mógł nic powiedzieć, bo tym razem został poddany ręcznemu masażowi na mamine i moje, czyli na cztery ręce.

Nasza znajomość, już w siódemkę, bo okazało się, że oni (niestety, był związany węzłem) też mają maltańczyka, trwała bardzo długo, gdyż wkrótce staliśmy się jedną wielką rodziną państwa młodych: Miki i Puszka, którzy już sami zadbali o to, żeby rodzinny klan powiększał się, szczekając z zadowoleniem: „Grunt to rodzinka”. Dlatego, chociażbym chciała to tego psikusa przodo tylnego nie mogę zapomnieć.

A drugi zapamiętany? Drugi wydarzył się w połowie listopada, któregoś dnia, a raczej późnego wieczoru, mówiąc precyzyjnie - prawie nocy.

Dokładność w tym przypadku ma bardzo duże znaczenie, bo pozwoliła mi na późniejsze wytarowanie wagi mojej psychicznie zachwianej równowagi.

W najkrótszym skrócie na jaki mnie stać, to było tak (skrótowo, bo to nic przyjemnego, gdy o drzazdze się wspomina). Tata już spał. Mama, weszła do mojego pokoju.

-  Córciu, skończ już to czytanie. Jutro cię nie dobudzę.

-  Nie mogę. To na jutro.

-  I znów na ostatnią chwilę, a tak prosiłam, żebyś lekturę czytała wcześniej i miała czas na przemyślenie.

-  Ale ja czytam drugi raz – wybroniłam się, jednocześnie znów zadziwiłam mamę. Tym razem pozytywnie, a to mi się naprawdę rzadko udawało.

-  Córciu, cieszę się, że zaczynasz czytać ze zrozumieniem i dla przyjemności, a nie z przymusu. Pokaż, co to jest? – spytała i podchodząc, zaniepokoiła się: - Masz wypieki – i dotknęła ręką mojego czoła.

Zamknęłam szybko książkę. Baśka, od której ją pożyczyłam, łaskawie zgodziła się dać ją najpierw mnie (za napisanie za nią wypracowania), mimo że w kolejce byłam dopiero po Kryśce i Eli. Ta pierwsza jej podpadła, a druga się rozchorowała i tak skorzystałam ja. Książka oprawiona była tak jak biblioteczne, czyli w szarobury papier, na którym atramentem stało jak byk:

„Stefan Żeromski. Siłaczka” (co prawda litery były dużo za duże, ale byłyśmy pewne, że z wrażenia, żaden rodzic nie dojrzy w tym nic nadzwyczajnego).

-  Wzięłam gorący prysznic. Dobrze się czuję – zapewniłam i dla pewności dodałam: - Wiesz, to takie straszne, że dopiero umarła miłość może kogoś nauczyć żyć”. – Widząc, że mama się uśmiecha, skwitowałam: - No tak.

Pewnie pamiętasz, że nie na długo. Faceci byli i są niereformowalni.

Mama nachyliła się, pocałowała mnie, potem przytuloną do mnie Mikę i mówiąc dobranoc, zamknęła za sobą drzwi i nie wiadomo dlaczego parsknęła śmiechem. Mogłam spokojnie wrócić do pasjonującej lektury „Klaudyna w szkole” Sidonie-Gabrielle Colette. Czerwone policzki? To pryszcz w porównaniu z wrzątkiem, który rozlewał się po wszystkich komórkach mojego gorącego ciała. Miałam na sobie tylko stanik i majtki, a wydawało mi się, że siedzę na termoforze. Szlafrok zdjęłam, bo w frotowym śpiworze trudno by mi było doczytać do końca, tym bardziej, że puchate ciałko oddawało mi i swoje ciepełko. Gdy już miałam kilka ostatnich stron do przeczytania, Mika zeskoczyła z fotela i podbiegła do drzwi. Zniecierpliwiona brakiem reakcji z mojej strony, zaczęła popiskiwać. Z książką w ręku wstałam otworzyć jej, żeby nie przywołała mamy. Nic z tego, podbiegła do wejściowych i łapkami opierając się o nie, dalej piszczała. Tłumaczyłam, że spacer już był. Prosiłam, żeby poszła spać. Błagałam, żeby poczekała. Na próżno, mój szept nie wydał się jej dostatecznie przekonywujący, a podniesienie tonu głosu do nakazowego z przyczyn oczywistych było niewskazane. Wściekła, odłożyłam książkę, zarzuciłam na ramiona wiszącą na wieszaku kurtkę i nie biorąc smyczy (trudno o wszystkim pamiętać, mając Klaudynę w głowie) otworzyłam drzwi. Mika zbiegła, nie czekając na mnie. Pomyślałam: „Leć sobie i tak nie otworzysz drzwi klatki” i spokojnie zeszłam po schodach. Drzwi były otwarte, Miki nie było, za to za drzwiami była olbrzymia, trzydziestocentymetrowa puchata pierzyna.

Rozglądałam się, stojąc w drzwiach. Z daleka dostrzegłam nieznajomego dorosłego chłopaka (już studiował, wiedziałam od sąsiadki), bardzo dobrze znajomego mi z widzenia, podglądania z okna, przyglądania się na ulicy, zerkania na niego przy mijaniu się i z częstych, pełnych marzeń o moim księciu z rycerskim spotkań sennych. Nie widział mnie, wpatrzony w kulę śniegową, którą wprawiał nosem w ruch jego prawie czarny owczarek niemiecki.

Obydwa psiaki, a konkretnie jeden psiak i jedno duże psisko bawiły się doskonale, zapominając o całym świecie, czyli o: uprzedzeniach rasowych, wykształceniowych, pozycyjno stanowiskowych, zachowaniach wypadających lub wpadkowych itp.

Nie muszę wyjaśniać, dlaczego mając kapcie na bosych nogach, musiałam dołączyć do zabawy. Tego, że zapomniałam zapiąć kurtki, chyba też nie. Po chwili przybiegł do nas, krzycząc:

-  Zgłupiałaś. Jesteś goła, przeziębisz się.
Ja, usłyszałam: „Martwię się o twoje zdrowie. Zależy mi na tobie. Od dawna, tylko nie miałem śmiałości do ciebie podejść”.

-  Wracaj na klatkę, ja przyprowadzę ci psa. – Lekko popchnął mnie w kierunku mojej klatki schodowej, myśląc widocznie, że z zimna już zamieniłam się w sopel lodu, a w dodatku straciłam kierunkową orientację.
Ja, do spółki z Klaudyną cały czas będącą w mojej głowie, topiłam się od jego dotyku, pragnąc by ogrzał mnie ramionami.

-  Chodź, głuptasie. – Objął mnie ramieniem i prowadził do wejścia do 
domu.

Boże! Jednak! I on tego chciał! Dlaczego tak szybko chce iść? Zwolnij! –

 Wystukiwały moje zęby. On usłyszał, ale tylko sam dźwięk, bo przyśpieszył, a ja już tylko martwiłam się, żeby nie stopić się w kałużę. Jedynym ratunkiem było wysunięcie się z jego ramion i krzyk: „Pójdę, ale..” i w tym momencie szarpnął mnie ktoś z tyłu za kurtkę i głośno, wyraźnie, ale niezrozumiale powiedział:

- Panienko, proszę ze mną do radiowozu. – I do studenta: - Okradła pana, czy tylko proponowała usługi? – I do mnie: - Dokumenty ma? – I do niego: - Coraz młodsze się łajdaczą. – I przyglądając mi się: - Szczyt wszystkiego. W samej bieliźnie! – I do niego: - Pan może już iść. Matka nie nauczyła, to my ją nauczymy dobrego wychowania.

Wykręcił mi rękę i ….i mój książę uratował mnie od: „W murowanej piwnicy tańcowali zbójnicy. Kazali se piknie grać i na nózki pozirać. Hej!”. To mi później uświadomił, już po poinformowaniu władzy, że jestem jego sąsiadką, że uciekł mi piesek i ja wybiegłam go szukać, ze zdenerwowania zapominając się ubrać. Stróż prawa jak to stróż, niezbyt był przekonany. I znów mój książę zadziwił mnie, wiedząc, że: stróż to anioł, anioł to matka, matka to ziemia, ziemia to grunt, grunt to forsa, forsa to pieniądz. Czyli stróż to pieniądz. Na szczęście miał przy sobie portfel.

Już na klatce, zostawił mnie przy kaloryferze, rzucając na chwilowe pożegnanie parę ciepłych słów, które mało mnie nie rozłożyły na łopatki od razu na kamiennej podłodze z wycieraczką pod plecami: „Tańcowałbyk, kiebyk móg, kiebyk nie mioł krzywych nóg. A że krzywe nózki mom, kie podskoce, to sie gnom. Hej!”. Wrócił z psami. Swojemu kazał usiąść i zaczekać, a sam z Miką na rękach odprowadził mnie pod same drzwi do mieszkania. Oddając mi Mikę spytał: „Spotkamy się jutro? Pogadamy, bądź o siedemnastej na rogu ulicy”. Tu się głupio zaśmiał, ale ja tego nie słyszałam, bo zajęta byłam wpatrywaniem się w jego niebieskie oczy.
Byłam na rogu. Nie raz. Dużo rozmawialiśmy. On urodził się w górach.

Parę lat tańczył i śpiewał w góralskim zespole. Byłam w kawiarni. Nie raz. Dużo rozmawialiśmy. Chciał tu studiować, więc zamieszkał u ciotki. Jeszcze rok i wraca w swoje strony. Byłam w parku. Siedziałam w zacisznym miejscu. Dużo się całowaliśmy. Nie byłam u niego, czyli u ciotki, oczywiście wtedy, gdy nocowała u swojej matki. Krótko rozmawialiśmy. Powiedział: „Ale z ciebie gówniara” i odszedł, mnie zostawiając z tym, czego mnie nauczył: „Ej, zbójnicek, zbójnicek wyrubał se chódnicek. Wyrubał se i droge, jo mu równać ni mogę”.

Przez długi czas spałam na mokrej poduszce, wstawałam z zapuchniętymi oczyma, którymi widziałam tylko bezdenną szarość, nijakość i ciemność nad ciemnościami, bez najmniejszego światełka na końcu tunelu. Mama cierpliwe mnie wysłuchiwała. Przyjaciółka pokazywała oczami, ustami i nawet palcem coraz to fajniejszy, piękniejszy obiekt na królewicza bijącego na głowę byłego rycerza z zakutym łbem. Mika robiła wszystko, co w jej mocy, żeby mnie przywrócić wzrok i słuch, nie odstępując mnie na krok, gdy tylko mogła. Gdy wracałam ze szkoły, leżała w przedpokoju na moim kapciu. Rzucałam torbę i siadałam na ławie. Ona zrywała się na równe łapki i dotąd się przytulała, piszczała, lizała moje opuszczone bezwładnie ręce, lekko je podgryzując, aż wzięłam ją na kolana. I po chwili, musiałam się roześmiać, nie chcąc być zalizana i schrupana na miejscu i to bez przypraw. I to dzięki niej spadając na dno piekielnej rozpaczy, frunęłam prosto do niebiańskiej radości.

Któregoś dnia do mojego pokoju weszła mama z ustami od ucha do ucha i oczami bijącymi promienistym światłem.

-  Córciu, dobrze się czujesz?

-  Maamooo…- Zrozumiale i kwieciście powiedziałam wszystko, co w tym temacie od dawna powtarzałam, w dodatku wyrażając dobitnie swój stan ducha i przekazując emocje, targające moją duszą w obolałym ciele.

Niezrażona usiadła przy mnie, przytuliła mnie, mimo że się wzbraniałam i już poważnie spytała:

-  Córciu, czy ty wiesz, co to jest równowaga?

Milcząc, świadomie wzruszyłam ramionami, wiedząc, że na czas żałoby mama odpuściła mi to niekulturalne, niegrzeczne, niedopuszczalnie lekceważące drugą osobę zachowanie.

-  Kochanie, równowaga jest wtedy, gdy jedne czynniki znoszą drugie.

-  Maamoo!

- Córciu – wytrwale podtrzymywała ożywioną dyskusję. – Na jednej szali masz złego zbójnickiego księcia, który jest taki ciężki, że spadasz z nim w dół. Wystarczy na drugą położyć równoważny dobry „ciężar” a od razu nabierzesz ochoty do odszukania swojej drabinki i szybko wdrapiesz się na górę uzyskując równowagę. Rozumiesz?

-  Maamoo. – Jednak po chwili pytająco dodałam: - Chyba nie chcesz równać straconej miłości ze zdaniem do następnej klasy?

-  Nie – znów się roześmiała. – Ja w ogóle nie chcę równać. Ja chcę przeważyć, żebyś skoczyła wprost do nieba i to od razu. – I śmiejąc się coraz głośniej, wzięła Mikę na rękę i ją spytała: Mikusiu, ty jej powiesz, czy ja mam powiedzieć?

I nie muszę dodawać, że zbójnik to był mały pikuś przy wspaniałej wiadomości, że Mika będzie mamą. Oczywistym było, że teraz wszystkie myśli i wolny czas nie musiałam, tylko chciałam poświęcić jej, czekając na powiększenie rodziny. Tylko już nigdy nie wyprowadzałam jej na spacer po godzinie dwudziestej drugiej. Wychodził z nią tata, albo mama.

Rodziliśmy razem. Nie poszłam do szkoły, co było oczywistością. To, że mama wzięła urlop oczywistą oczywistością, ale to, że tata przyjechał od razu po telefonie: „Zaczęło się” zaskoczeniem dla mnie i dla mamy. Dla Miki, nie.

I wcale jej nie przeszkadzało, że tata towarzyszył jej przy porodzie, siedząc w drugim pokoju i co parę minut pytając: „I jak?”. Ból, w miarę możliwości podzieliłyśmy na trzy. Płacz ze szczęścia tylko na dwie, bo Mika była zajęta pielęgnacją noworodka. Siedziałyśmy w kucki i obserwowałyśmy każdy jej ruch, żeby w razie czego pomóc w czymkolwiek. I w pewnej chwili rozryczałam się tak, że wystraszony i przerażony tata w podskokach zjawił się przy nas.

Widząc, że Mika leży i ma zamknięte oczy, spytał mamę: „Coś nie tak?  Dzwonić do lekarza?”. Mama poprosiła: „Przykucnij i zobacz, co twoja córka trzyma w rękach. Właśnie została pasowana na matkę chrzestną dziecka Miki”. A ja ze szczęścia i śmiałam się, i szlochałam. Zmęczona, spocona Mika, gdy już centymetr po centymetrze wyczyściła całe ciałko malucha, wzięła go w zęby i na drżących łapkach podeszła do mnie. Ja wyciągnęłam dłonie a ona położyła na nie szczeniaka. Polizała mnie, odwróciła się, odeszła i położyła się, zamykając oczka. Po sekundzie otworzyła, spojrzała i znów zamknęła i tak parę razy, aż wreszcie zmęczona zasnęła. Od tego dnia Mika była bardzo zazdrosna i niezbyt chętnie patrzyła nawet na tatę, który mnie przytulał, czy głaskał po głowie. Gdy brałam ją na ręce lub kolana, każdy mógł tulić mnie do woli. No, cóż niezbyt to była komfortowa sytuacja, szczególnie, gdy już nastał ten czas, gdy chciałam być mocno objęta, uściskana i wzięta w ramiona. Ale gdy ktoś bardzo chce, to znajdzie sposób, żeby i wilk był syty i owca cała.

Córka Miki, Pusia była kropka w kropkę podobna do swojej mamy. W trzy miesiące później zamieszkała niedaleko nas u mojego wujostwa. Matka z córką widywały się bardzo często i świetnie się rozumiały. Po kilku miesiącach nam było trudno rozpoznać, która jest która. Psia mama pomagała nam się rozeznać, przepuszczając córkę pierwszą do miski z wodą czy jedzeniem. Ale do czasu, bo psie mamy są czasami mądrzejsze od mam ludzkich. Gdy Pusia wydoroślała, Mika nauczyła ją, że starszym należy się posłuszeństwo i szacunek. Do naszego mieszkania zawsze pierwsza wchodziła Mika, ale do mieszkania wujostwa przepuszczała Pusię, zgodnie z regułami psiego bon tonu…

Urodzenie dziecka nie zawsze jest równoważne z dojrzałością. No, może z płciową. Wiedziałam, że Mika jest również dojrzała fizycznie i umysłowo.

„Ale czy psychicznie i emocjonalnie też?” pytałam parę lat później siebie, mamę, tatę i kogo tylko mogłam, naiwnie sądząc, że prawda tkwi w powiedzeniu: „Kto pyta nie błądzi?”. Różnorakie odpowiedzi stworzyły niestrawialny miszmaszowy kogel-mogel, wzmagający uczucie mdłości, ucisku, rozpychania i gniecenia w każdym możliwym miejscu mojego wagowo i objętościowo zwiększonego ciała.

Wykaligrafowany przeze mnie dowód osobisty, będący jednocześnie dyplomem uznania Mika dostała w dniu, w którym biało na białym udowodniła swoją dojrzałość. Na brystolu w formacie A4 czerwonym atramentem na zielonkawym tle stało to, z czym każdy z przychodzących w odwiedziny, czy chciał czy nie chciał, musiał się zapoznać. Stan cywilny: chwilowo wolna.

Dzieci: na razie jedna córka, Pusia. Wzrost dwadzieścia dwa centymetry centymetry. Waga ruchoma w porywach do czterech kilogramów (ale to tylko wtedy, gdy wadze zachciewa się złośliwych psikusów). Włosy białe, lśniąco błyszczące, jedwabiste w dotyku. Ich długość powinna trafić do Księgi Rekordów Guinessa, bo sięgają ziemi i to prawie na całym zgrabniutkim ciałku. Proste, bez żadnych falowanych czy lokowych fryzur, co nie przystoi damie, której przodkowie mieli koneksje z osobami wpływowymi w starożytnym Rzymie, Egipcie czy Grecji (rozszerzyłam opis, żeby przy okazji „wbić” do głów czytających, z kim mają chwilowo do czynienia). Charakter: kulturalno towarzyski, czyli nie chlapie bez potrzeby językiem a już na pewno nie przerywa rozmowy, żeby wtrącić swoje mądre trzy grosze i rozciągnąć je do złotówki. Oczy ciemne, spojrzenie figlarne i przebiegła minka, ale o tym można się przekonać dopiero wtedy, gdy z delikatną czułością odgarniemy jej włosy z tej właściwej strony. Domatorka, obdarzona żywą inteligentną wrażliwością osobniczą (w przeciwieństwie do tej martwej, którą często oglądamy tu i tam). Lgną do niej zlodowaciałe serca i po dłuższej chwili rozgrzane czułymi pieszczotami śpiewają: „I tak się trudno rozstać, i tak się trudno rozstać, nas zaczarować tutaj musiał….”. Niestety, nieubłagany czas płynąc wraz z pulsującą gorącą krwią spływa do odnóży i czy chcą czy nie to muszą się oddalić w takt tętniącej melodii dwunożnych kopytek. Jednak według porzekadła: „Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” galopują do siebie z dopalaczem w postaci radosnej spontaniczności okraszonej dobrym samopoczuciem i humorem nakazującym: „ Nie bądź…., podziel się z innymi”.

Najważniejszy wpis w dowodzie tożsamości poprzedzony był drukowaną literowo uwagą: Mika to żadna z wielorakich babiszonów, w grzeczniejszej formie zwanych działowymi i pokrewno podsekcyjnymi biszonami, tylko córka rodowitych maltańczyków.

W części dyplomowej, również wielkimi literami podkreślonymi znanym z kabaretowego tekstu wężykiem, napisałam:

-  za lotność umysłową, której nie jeden dwunożny ssak „prawem kaduka” zwany naczelnym, może tylko pozazdrościć,

-  za nadzwyczajną inteligencję, która wie jak i do czego używać zmysłu obserwacyjnego,

-  za zrozumiałą znajomość słów obcych: savoir-vivre, kindersztuba i z uchwyconym sensem zachowywanie się zgodnie z dobrymi obyczajami, ogładą i etykietą obowiązującą w towarzystwie, nawet w tym - z tych, co nie mają o tym zielonego ani bladego pojęcia,

-  za pełne życzliwości, przychylności i przyjaźni spojrzenie mądrymi ślipkami, hipnotyzującymi wyrozumiałością: „Ty, żyjesz, ja żyję, żyjmy razem a świat będzie piękniejszy”,

-  za to wszystko należy się Mice nie tylko ten dyplom, ale traktowanie jej przez wszystkich przekraczających nasze gościnne progi jak pełnoprawnego członka naszej rodziny.

A jak udowodniła? Ano tak.

Z duszą na ramieniu i z dzieckiem na rękach wracałam ze szpitala razem z mężem i moją mamą, czyli świeżo upieczoną babcią. Tato-dziadek czekał na nas razem z Miką w domu. Wiedziałam, że ten tydzień mojej nieobecności w domu, Mika bardzo źle znosiła. Była nieswoja, niezbyt chętnie jadła, ze spaceru uciekała do domu zaraz po koniecznych zajęciach. Tylko mojej mamie łaskawie dawała się poprzytulać, ale najchętniej leżała w przedpokoju na moich kapciach i wpatrywała się w drzwi. Mama poprosiła, żebyśmy zaczekali chwilę i weszła do mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Stojąc na schodach pół piętra niżej słyszeliśmy zdenerwowany głos taty, który mówił, że już od paru minut Mika drapiąc pazurkami drzwi, piszczała, ale nie dała się wziąć na ręce. Słysząc tym razem głos mamy, która próbowała ją uspokoić, weszłam szybko po schodach i wchodząc do mieszkania podałam bet z małą mamie a sama przykucnęłam.

Zaczęło się istne szampańskie szaleństwo. Mika strzelała hau-kowymi korkami. Bąbelki pokryły nie tylko moją twarz, ale i włosy, i uszy, i szyję. Ja, strzelałam z dubeltówki śrutowymi cmokami w każdy cel, który akurat pod ustową muszkę sam się pchał. Po kilkunastu minutach szampan zrobił swoje, czyli poszedł w nogi, a że jej łapki były malutkie, to i ją szybciej unieruchomiły. Zaniosłam  Mikę do pokoju, położyłam na tapczanie. Obok rozłożyłam białe prześcieradło i wzięłam córkę z rąk mamy. Poprosiłam, żeby oni stanęli obok, ale nie za blisko. Położyłam bet na tapczanie i cały czas mówiąc do Miki, wyjęłam dziecko, wyswobodziłam z pieluchy, zdjęłam kaftanik i położyłam na prześcieradle i od razu zaczęłam głaskać Mikę, potem jedną ręką córeczkę, a drugą Mikę i plotłam to, co mi na język samo weszło: „Zobacz, to moje dziecko, opiekuj się nim”. Po chwili Mika wstała, zrobiła parę kroków w stronę małej, a ja rękę trzymałam na jej mordce i bacznie obserwowałam z duszą na ramieniu w kompletnej ciszy, bo rodzice i mój mąż, też przestali oddychać. Po chwili obwąchała nóżki, polizała, potem brzuszek i rączki. Buzię małej zasłoniłam, ale główkę pozwoliłam wylizać. Troszkę to trwało, ale wszyscy zaczęli oddychać. Mika położyła się wzdłuż małej. Rodzice podeszli, żeby naocznie się przekonać, że jedenastego palca brak, więc na pewno jest to wnuczka. Mama usiadła koło Miki i głaskała ją. Ja, ubrałam córeczkę, założyłam pieluchę i w tym momencie tata nachylił się nad małą i wyciągnął rękę, żeby pocałować wnusię w rączkę. Mika pierwszy raz w swoim życiu ostrzegawczo zawarczała. Tata się cofnął, a w tym samym celu podszedł mąż. Ta sama reakcja. Chcieliśmy się przekonać, czy to nie przypadek. Mamie pozwala głaskać i całować małą po główce. Panom, nie. Zmroziło nas i nie bardzo wiedziałam, co mogę zrobić. Zawinęłam małą w bet i zawiązałam troki. Mika bacznie obserwowała, co robię. Mama wpadła na genialny pomysł:

„Tata niech tu przy tapczanie ukucnie i wyciągnie ręce, tak żeby Mika widziała. Ty podnieś bet trzymając za troki i połóż tacie na ręce”. Zrobiłam tak jak poradziła. Mika tylko podniosłą główkę. Powtórzyliśmy to samo z mężem. Ta sama reakcja. Po kilku minutach wszystko już było dobrze. Wieczorem pomalowałam brystol, odczekałam aż wyschnie (spać i tak nie mogłam, bo nie spuszczałam z oczu dziecka, ale nie ze względu na Mikę tylko z własnego strachu, czy aby wszystko jest w porządku) i wykaligrafowałam to, co już wyżej opisałam.

Miki posłanie trzeba było przynieść pod łóżeczko małej. Szybko się przekonałam, że mogę zasnąć. Gdy mała kwiliła, Mika leżała, nadsłuchując. Gdy zaczynała płakać, Mika wstawała i przez szczebelki wpatrywała się w jej buzię. Gdy płacz nasilał się, przybiegała, wskakiwała na tapczan i budziła mnie.

Długo nikt ze znajomych, nie mógł wziąć dziecka na ręce sam, musiałam mu podać ja. Natomiast raczkująca już córka mogła wszystko. Tarmosić za sierść, brać za łapki i machać na do widzenia, ciągnąc za ogon (skąd ona zawsze wiedziała gdzie jest tył, do dziś nie wiem) nawet odsuwać Mikę od miski z jedzeniem i ku mojemu przerażeniu, samej próbować z niej jeść.

I przyszedł ten dzień, w którym Mika musiała odejść, ale tego dnia wolę nie wspominać. Powiem krótko. Przyrzekłam sobie: „Nigdy więcej żadnego psa” i już, i kropka a nawet olbrzymia kropa…

Czas nieubłaganie leciał, płynął, uciekał (jak kto woli), ale miało to tą dobrą stronę, że wraz z jego znikaniem, słabło uczucie żalu, a wzmacniały się same pozytywne wspomnienia. Album ze zdjęciami Miki leżał na honorowym miejscu, czyli wśród innych rodzinnych albumów ze zdjęciami tych, których już z nami nie było a byli. Przeczytałam gdzieś: „Obietnice są po to, żeby je łamać” i uznałam, że te słowa są bardzo, ale to bardzo mądre, przynajmniej, co do niektórych przyrzeczeń. „Ja tylko o psie mówiłam” usprawiedliwiałam samą siebie i kupiłam córce, dopominającej się o zwierzątko, papużki. Czas sobie poszedł w siną dal a ja po pogrzebie papużek, uspokajając córkę, w duchu powtórzyłam: „Nigdy więcej żadnych ptaszków” i już mądrzejsza o kolejne doświadczenie, dodałam: „I kotków, i króliczków, i świnek morskich też”.

Nie moja wina, że „czasowy kochaś odchodzi a jest”, w dodatku najbardziej właściwy na spełnienie marzeń ukochanej osóbki, czyli na pierwszego psa mojego dziecka.

Ami, a w zasadzie Amik, był pierwszym z wielu względów. Pierwszy w moim życiu pies, który nie był moim wymarzonym „prezentem” na wszystkie okazje i to na zapas, czyli wszystkie przyszłe imieniny, urodziny, Dni Dziecka, święta itp. Tym razem, to było pragnienie mojej córki. Przyznaję, że długo się wahałam, mimo że mój psiarz, czyli moja druga połowa zwana obiegowo mężem, od razu była na tak. Z drugiej strony fakt, że przy każdej okazji przywoływaliśmy Mikę, opowiadając po raz kolejny wszystkim znane szczegóły z jej życiorysu splątanego z naszymi, przemawiał za decyzją na tak. Moje wszystkie małe „za” i duże „przeciw” córka zbijała jednym pytaniowym argumentem, za to nie do zbicia: „Dziadkowie podarowali ci pieska na piętnaste urodziny, ja kończę szesnaście i mam być mniej odpowiedzialna?” i nie czekając, sama sobie odpowiadała: „No tak, źle mnie wychowałaś”.

Pewnego dnia w gazecie przeczytałam ogłoszenie: „Sprzedam szczeniaki.

Rasowe pudle”. I nie wiem jak to się stało, że sięgnęłam po słuchawkę.

-  Halo, halo, jest tam kto?
Usłyszałam dość osły ton. Zmysł słuchu zarejestrował: „Głos starszej kobiety”. Szare komórki dodały: „Nie dosłyszy biedactwo” i prawie krzyknęłam w słuchawkę.

-  Dzień dobry. Przeczytałam ogłoszenie….
Przerwała mi i przez kilka minut do moich uszu dolatywał szczebiot serdeczności i poufałości obcej osoby znającej mnie prawdopodobnie od czasu pieluch.

-  Kochaniutka, jak dobrze, że dzwonisz. Tak się cieszę, że słyszę twój głos. Czekałam na twój telefon. Kluseczki też się nie mogły doczekać a klucha już jest bardzo zniecierpliwiona. Biedactwo ma za mało pokarmu dla całej gromadki a ja ostatnie grosze wydaję na mleko dla nich...

-  Przepraszam, że wchodzę w słowo, ale pani mnie z kimś pomyliła. Ja dzwonię z ogłoszenia, chciałabym zobaczyć…

-  Chcesz psa?

-  Tak, dlatego…

-  Dziecko, to przecież jesteśmy z jednej rodziny. Przyjeżdżaj kochaniutka jak najszybciej.

Podała mi adres i się rozłączyła.

Zadzwoniłam do męża: „Podaję ci adres. Przyjedź, gdy tylko będziesz mógł. Poczekam”. Mąż zastał mnie siedzącą na podłodze wśród sześciu prześlicznych maluszków, które robiąc parę kroków, wpadały jeden na drugiego, odbijały się i przewracały, machając łapkami i intensywnie ćwiczyły grzbieto-brzuszki. Ich rodzicielka w pierwszym momencie całą sobą jednoznacznie zareagowała: „Wara, od moich dzieci, ty nieprzewidywalny człowieczy zwierzaku”. Jednak już po chwili, widząc, że to dwunożne zagrożenie zmalało, prawie kładąc się na podłodze, zamerdała przyjaźnie ogonem. My, patrząc na siebie, nie mówiliśmy słowa, bo i po co, gdy bezgłośnie mówiliśmy to samo: „Wszystkie cudowne, całej szóstki nie możemy zabrać”.

Właścicielka coś trajkotała, że szczeniaki są rasowe, żeby przyjrzeć się suce, obejrzeć kolor jej skóry itp., ale my nie reagowaliśmy, wpatrzeni w te ruchliwe cuda. Nasze zachowanie jednak zaniepokoiło właścicielkę, przyprowadziła do mnie sukę i szarpiąc mnie za rękę, zmusiła do pogłaskania jej, mówiąc: „Czuje pani ten jedwab? To rasowa suka, ojciec też. Takie psy kosztują. Poród odbierał specjalista, przyjeżdża tylko do rasowych suk. Dam pani telefon, bo tylko on się zna”. Przestałam głaskać wychudzonego psa, z czego był bardzo zadowolony, bo szybko odszedł i położył się. Spytałam: „Rasowa? A gdzie kędziorki?”. I wtedy rozległ się jazgot: „Co pani” To pani się na psach nie zna? To bardzo rzadki gatunek, pudle sznurowe. Sznury są długie, nawet do dwudziestu centymetrów”. Jednym okiem widząc, że jest czerwona na twarzy i oddycha jak parowóz, a drugim, że mój mąż siłą powstrzymuje się od parsknięcia śmiechem, łagodnie spytałam: „A gdzie te sznury, ja widzę lekkie pofalowanie włosów?”. Zerwała się, pobiegła do suki i zaczęła zwijać jej sierść, krzycząc: „Nie rodziła pani, czy co? To od potu przy po porodzie się rozkręciły”. I wtedy mąż spytał już głośno: „Z którym wyjdziemy?”. Nie odpowiedziałam, bo nie musiałam.

Jedno z tych pociech wygramoliło się z piskiem spod rodzeństwa i przydreptało do nas. Już w trójkę wróciliśmy do domu. Od razu zadzwoniłam do córki:

„Wracaj, ktoś na ciebie czeka”.

I po okrzykach, uściskach, całusach zaczęło się to, co można było przewidzieć. Jeszcze (dlaczego jeszcze, to za chwilę) nasze psie dziecko od razu stało się pępkiem rodzinnego światka, co mu się słusznie należało, bo było ósmym cudem świata. To jemu pierwszemu należał się poranny jogging (i wielorazowy w ciągu dnia), smaczny posiłek i dużo pieszczot przy wtórze budująco wychowawczych słownych zapewnień: „Nie słuchaj głupot głupich, że pudle są głupie”. Musiał się jednak tym stresować, bo cierpiał na bezsenność, ale tylko w godzinę po położeniu się przez nas do łóżek. Wtedy najpierw córka śpiewała mu usypiające kołysanki: „Jesteś najmądrzejszym, najśliczniejszym i najbardziej kochanym pudelkiem na świecie” jednocześnie tarmosząc go, tuląc i zabawiając dotąd, aż sama zasypiała. Potem pałeczkę przejmowałam ja, to znaczy Amik. Zębami łapał mnie za nocną koszulę i bawiliśmy się w „jedzie pociąg z daleka…”. Robiąc za lokomotywę, co to „Już ledwo sapie, już ledwo zipie” syczałam kłębami wypuszczanej pary: „Jesteś wspaniałym, jedynym, niepowtarzalnym okazem pudla nad pudlami”.

Z mnóstwa historyjek Amikowych, opowiem tylko jedną, bo prawnie należą do córki, a nie do mnie.

Tę mogę, bo okres noworodkowy był jak najbardziej wspólny. Czarna kuleczka, nie pamiętam od kogo, dostała do zabawy ślicznego dużego smoka z niebieskim, plastikowym kółkiem. Pokładaliśmy się ze śmiechu, widząc jak się nim bawi. W końcu udało mu się złapać smoczka do pyska a niebieskie plastikowe kółko prawie zasłoniło jego mordkę. Amik, jak to dzieciak, szybko znudził się i poszukał nowej zabawki. W kilka dni później wcześniej wyszłam z pracy do domu, zaalarmowana telefonem od córki: „Mamuś, on dziś też nie chce jeść ani pić, nawet bawić się nie chce. Przyjedź”. Zmierzyłam mu gorączkę, obejrzałam, wydawało się, że wszystko jest w porządku. Na wszelki wypadek poszłyśmy do najbliższej domu lecznicy. Pan doktor uspokajał nas: „Na pewno coś zjadł na dworze”. Powiedziałyśmy, że lekarz, który odbierał poród zalecił, żeby go nie wyprowadzać na dwór. Dopiero po szczepionce przeciw nosówce”. Z radą: „Trzeba obserwować i pilnować, żeby pił” wróciłyśmy do domu. Amik leżał, pojękując od czasu do czasu a my na zmianę cały dłuuugi czas nie spuszczałyśmy z niego oczu. I nie pamiętam, czy córce coś upadło i zaczęła szukać, czy przysiadła na podłodze i zobaczyła, w każdym razie, krzyknęła:

„Mamo, zobacz!”. Przybiegłam i widząc, co trzyma w ręku, już i ja wiedziałam od czego zachorował Amik. To było plastikowe niebieskie kółko, pozbawione smoczka. Weterynarz telefonicznie poradził: „Dawać dużo wody i czekać, smoczek wyjdzie jak nie jedną to drugą stroną”. Mogłyśmy tylko czekać, ale córce czekanie się dłużyło, więc opowiadała mu adaptowaną bajkę: „Pan piesek jest chory i leży w łóżeczku. Nie przyjdzie pan doktor, to ja się pytam, jak się masz pieseczku. I dziwy ci śpiewam, zanadto się jadło, co gorsza do ssania smoczek i pani się teraz kłopocze…itd.”. Późnym wieczorem było po kłopocie.

I przyszedł taki dzień, w którym specjalista nad specjalistami potwierdził, że nasz Ami to oryginał nad oryginałami w dość dziwaczny sposób. Telefonicznie umówiłam nas na spotkanie z weterynarzem. Oczywiście z tym, który odbierał poród rodzicielki naszego Amika. Gdy tylko umościłam psa na stole w gabinecie weterynarza, ten podszedł i spytał z rozbawieniem w głosie:

„A to, to co to?”. Żeby za dużo nie mówić, co o nim myślę jako o „zwierzęcym” człowieko specjaliście (tu musiał być cudzysłów, to zrozumiałe) wrzasnęłam z całą wściekłością w głosie: „Jak to, co to? Nie widział pan psa?”. Na to on roześmiał się serdecznie: „Psa widziałem, ale takiego pudla to jeszcze nie”.

Urosłam, a on oglądając nasze cudo, już starając się opanować rozbawienie, uświadamiał mnie: „To jakiś, zwykły kundel. I to nie wiadomo, z kim skundliła się suka. Trudno przewidzieć, co z tej poczwarki wyrośnie. Powinna pani oddać go właścicielce i zażądać zwrotu pieniędzy. Szczepimy?”. Omdlałymi rękoma wzięłam Amika na ręce, zawarczałam groźnie: „Oddać?” i idąc na ugiętych nogach, grzecznie się pożegnałam: „Nie szczepimy. Szczepionkę proszę zaaplikować sobie”, kulturalnie trzasnęłam drzwiami i poszłam do innego lekarza.

Od tego dnia Amik dzięki mojemu mężowi awansował na „próton plastós” rodu pudli kurlandzkich. Nie wiemy czy i ilu miał potomków, bo w temacie seksu był wyjątkowo dyskretny, szczególnie w dni, które spędzaliśmy na działce. Amik wyskakiwał z samochodu i czekał aż mąż otworzy bramę.

 

Oblatywał wszystkie kąty, wąchając to, co miał pod nosem. Czasami przegonił intruza, drapiąc łapami trawę, niekiedy szczekając wydrapał dół i po paru minutach z nosem całym w ziemi wyraźnie zadowolony z siebie biegł pod furtkę i szczekaniem dawał znać, że zmęczył się bardzo i musi się wykąpać w rzece, która była tuż za furtką. Do wody wchodził futrzasty pies, ale wychodził duży czarny szczur. Szczur kichał, pluł i trząsł całym ciałem na wszystkie strony, aż znów przybierał postać psa. Elegant najpierw zawsze biegł w prawo, wzdłuż ogrodzeń, żeby sprawdzić, czy jest jego ulubiona sąsiadka. Gdy jej nie było albo była nie w humorze, to po kilku minutach zawracał i biegł dotąd aż znalazł odpowiednie towarzystwo. Niekiedy wracał bardzo zmęczony, raz nawet z nadgryzionym uchem, ale radość bijąca z jego spojrzenia i dumnie zadarty ogon, falujący jak chorągiew na wietrze były tak wymowne, że o nic nie musieliśmy pytać. Pewni jesteśmy, że jego potomkowie to najinteligentniejsze okazy z psich, czworonożnych przyjaciół w dodatku genetycznie po ojcu obdarzone wyrafinowanym smakiem.
Amik, a w zasadzie już Ami był prawie typowym przedstawicielem płci męskiej. Lubił zjeść, wypić, pobaraszkować tyle ile trzeba, czyli wtedy, gdy on miał na to chęć i tak długo na ile on miał ochotę, i wyciągnąć się wygodnie przed telewizorem. Na działce ekran telewizora jest szerokokątny, najnowszej technologii 3D, w dodatku ani zaciemniać nie trzeba ani zakładać specjalnych okularów, żeby oglądać ulubione filmy przyrodnicze. I nawet przerwy reklamowe nie są potrzebne żeby napić się, przejść czy poprzeciągać.

Jedna z charakterystycznych cech płci męskiej znana wszystkim, jest slangowo określana „bibką”. Nasz czworonożny mężczyzna, jako prawie typowy też lubił męskie spotkania. Scenariusz zawsze taki sam. Towarzystwo siedząc wygodnie, popija i podjada zimne przekąski w oczekiwaniu na żarciołko z  grilla. Gospodarz dba o kolegów, żeby żaden nie miał pustego talerza. O    Amika dbają wszyscy, rzucając mu smakowite według nich kąski. I właśnie to
„według nich” wyjaśnia to „prawie” przy zakwalifikowaniu Amiego jako typowego. Jeden z panów rzuca kawałek szyneczki. Jedno kłapnięcie i po chwili drugie, tym razem po kawałku polędwiczki. Oni jedzą, Ami kłapie pyskiem i w pewnym momencie jeden z panów nie zbyt chętnie, ale siła wyższa (jest pierwszy raz i chce się wkupić) odejmuje sobie od ust ostatni kawałek salcesonu i rzuca. Kłapnięcie, mlaskanie i po chwili jedno wielkie: „Fuuu”, z którym salceson wylatuje pod nogi właściciela niewyszukanych smaczków. Wszyscy rechoczą, bo już to przerabiali, ale ten nie dowierza. Rzuca szyneczkę. Ami od razu ją połyka. Po chwili znów salceson zamienia się w bumerang. Nie przekonany, powtórzył: szyneczka, salceson, szyneczka i….salcesonu już nie rzucił, bo Ami podszedł bliżej niego, odwrócił się tyłem, usiadł i pysk nadstawił w kierunku pozostałych. Przy następnym spotkaniu nie dał się przekupić już niczym. Salcesonowy znajomy męża pozostał do końca niewidocznym nieznajomym dla Amiego.

Muszę uczciwie przyznać, że Ami z radości fikał, gdy mnie w towarzystwie nie było. I to nie tylko męskim, ale i mieszanym. Nie tylko na działce, ale i w domu. Dla niego moja obecność oznaczała, że przyjęcie będzie nieudane. Zjeść będzie musiał wcześniej i tylko to, co znajdzie w swojej misce. Napić się napije, ale smakołyków nie dostanie. Ale, że był to bardzo mądry pies, to wiedział, że nie powinien mieć do mnie o to pretensji i żalu. I nie miał, co okazywał w bardzo subtelny sposób. Nie pozwalał mi płakać. Wystarczyło, że usłyszał moje chlipanie i od razu się zjawiał. Gdy siedziałam, dotąd trącał mnie nosem, aż udostępniłam kolana. Gdy leżałam, przednie łapy kładł na tapczan (nie wolno mu było wskakiwać) i dotąd się brzuchem wciągał aż językiem mógł sięgnąć do mojej twarzy. I zlizywał mi kapiące po policzkach łzy, a ja, żeby nie być zalizana, wtulałam się w ten kochany psi łeb i uspokajałam.
W niedługim czasie nasz Amik już nie był nasz, tylko my – byliśmy jego.

I nikt na nas tak nie czekał, nie witał się, nie cieszył, nie bawił się z każdym z osobna i nie interesował naszymi humorami jak on – nasz najbardziej zasługujący na miano „rasowy” Ami…
 Czas płynął. Ami poszedł na ostatni spacer, żeby na Tęczowym Moście spotkać się z Miką i razem czekać na nas. Ja, jeszcze dwukrotnie złamałam obietnicę, ale chcąc opisać wszystkie zabawne, pouczające, wzruszające i przykre szczegóły z życia swojego w tle życia naszych domowników, musiałabym pisać, i pisać, i……pisać. To od razu przejdę do siebie dziś, ale zaczynając od któregoś przedwczoraj, do którego byłam tak zwanym wolnym strzelcem. Oznacza to tylko tyle, że strzelać sobie już mogłam, czym chciałam, kiedy chciałam i w co chciałam. Gdy nic nie chciałam – to mogłam sobie leniuchować do woli.

Po odejściu na zawsze naszego ostatniego psa, rodowodowego, pięknego, niepowtarzalnego husky, Barda, jednego byłam pewna, co wszystkim niedowiarkom trąbiłam wielokrotnie: „Nigdy więcej. Tym razem na dwieście procent” dodawałam, gdy się śmieli, że nigdy to już było. I któregoś przedwczoraj na facebooku zobaczyłam jego oczy, nos, uszy! Z jego spojrzenia usłyszałam: „Weź mnie, przecież jam wasz”. I... i czekałam tylko na męża. Nic nie mówiąc, pokazałam mu zdjęcie. Też usłyszał i minutę zabrała nam decyzja. Potem przeczytał całą historię biedaka, któremu na dodatek ktoś lub coś obcięło ogon. Solidarność "męska" zaowocowała krzykiem: „Nie czekajmy na wiadomość (tak byłam umówiona) dzwoń, że zabieramy go od razu”. Córka brak ogona skomentowała: „Mamcik a my co? Też felerni, ale kochani. Pasuje do nas”. Tak szybko jak było to możliwe ciut świt rodzinnie wyruszyliśmy po jeszcze bezpańskiego bezogonowca. Czterysta sześćdziesiąt kilometrów, a nam wydawało się, że czas stanął w miejscu. Droga też, mimo że zagadywaliśmy ją snując naszą własną wersję na temat, w jaki sposób jakiś Lucky był naszym Bardem, z którym półtora roku temu pożegnaliśmy się na zawsze. Doszliśmy do jedynego, czyli najbardziej prawdopodobnego wniosku.

Na pewno nasz Barcik, który był bardzo impulsywnym, ale mądrym psem, obciął sobie swój piękny ogon i przytwierdził do poręczy „Tęczowego mostu” z dwóch powodów. Pierwszy egoistyczny - żeby nikt mu nie zajął jego miejsca. Drugi – żeby jego ziemski kuzyn widząc, jak są do siebie bezogonowo podobni, zawierzył mu swój los i pozwolił „wejść” w siebie.

Dojeżdżając, ustaliliśmy, że nigdy już drugiego takiego Barda nie będzie, bo być nie może.

Najważniejsze, że już ma nazwisko, chociaż sam o tym jeszcze nie wie. Po powrocie zrobimy mu przyjęcie urodzinowe i zostawimy mu to imię, które już mu nadano, czyli Lucky. Wracaliśmy tę samą drogą i mniej więcej tyle samo czasu, ale wszystko było już inne, bo jechało z nami do domu nasze bezogonowe cudo. I dodam tylko tyle, że słowo: nigdy i na pewno – wykreślam ze swojego słownictwa i życiorysu na zawsze (na zawsze – też wykreślam).

Dziś, wielkimi literami na olbrzymiej płachcie wypisałabym:

„Członkowie całej skojarzonej i nieskoligowanej rodziny - wspólnej ziemskiej planety, nie tylko z ssakowatych, ale ze wszystkich ziemskich ras mają prawo do życia takie samo jak my. I wołami napisałabym: „ ONI byli pierwsi!!!”, „Bez NICH nie byłoby nas!!!” i wywiesiłabym na bilbordach zamiast pseudo śmiesznych czy pseudo interesujących reklam.

P.S.

Pierwszej nocy z wrażenia, zmęczenia i jednak myślenia o tej drugiej we mnie, czyli tej niekonsekwentnej kobiecie, która nie umie dotrzymać tych najważniejszych obietnic, bo danych samej sobie - nie mogłam spać. Po cichu wstałam, żeby iść do kuchni zapalić papierosa. Już w przedpokoju usłyszałam jakiś dziwny odgłos dochodzący z małego pokoju. „Jakby stukanie pazurów” pomyślałam i na palcach podeszłam pod uchylone drzwi. Odgłos stukania był już wyraźny. Zajrzałam i….i zobaczyłam psa, siedzącego przed komputerem i pazurami klikającego w klawiaturę. Wstrzymałam oddech i nie poruszając się, stanęłam niewidoczna za nim. Pisał na facebooku. Przeczytałam i szybko, niczym kamfora ulotniłam się, żeby mnie nie zauważył.

 

Witajcie, to Ja, bardzo zdolny pies. Już zdążyłem dać szczęście mojej nowej rodzince i dlatego na drugie imię mam Lucky. Teraz w moim dowodzie czarno na białym jest, że nazywam się Bard II Junior Kwiatkowski. Dziś miałem bardzo wyczerpujący dzień. Długa podróż, znów pieszczochy, potem fryzjer domowy, później kąpiel z masażem na sześć rąk. Kolacja, spacer i teraz już prawie zasypiając, wspominam dzisiejszy dzień. Ta moja nowa rodzinka to jakaś dziwna jest. Na mój widok zaniemówili. To podbiegłem, żeby delikatnie przypomnieć, że prezent na powitanie mi się należy. A że jestem bardzo grzecznym psiakiem, to podziękowałem jak umiałem. Pozwoliłem się  pogilgotać i tu, i tam, i nawet dałem włożyć sobie rękę do mordki, ale nie za friko. Mnie też się coś należało, więc wylizałem, co mogłem. Potem zachowałem się jeszcze grzeczniej i ze smakiem zjadłem ciasteczko i pozwoliłem,  żeby inna ręka człekopodobnego się do mnie przytuliła. I to był błąd, bo potem nic tylko wszyscy chcieli mnie przytulać, głaskać, bawić się ze mną. Na szczęście szybko się zmęczyli i pozwoli mi w końcu wsiąść do samochodu. Już myślałem, że sobie poleżę i odpocznę a tu figa z makiem. To znaczy nie figa tylko znowu jakaś ręka z poruszającymi się dziwnie palcami wyciągnięta w moją stronę. Trudno, musiałem posmakować czy te palce są jadalne. Nie były, ale za to świetnie nadawały się do masażu mojej łepetyny.

Skorzystałem. Wymasowany położyłem się i zasnąłem w takt kołysanki: „Masz śliczne oczka, nosek, oczki, mordkę.....” i gdy usłyszałem: „I najpiękniejszy ogonek ze wszystkich psich ogonów - zasnąłem z myślą: A co mi tam. Mogę ich zaadoptować. :)))

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!