MORZE ZACZĘŁO, WRZECIONO SKOŃCZYŁO

Cezary Kucharski

MORZE ZACZĘŁO, WRZECIONO SKOŃCZYŁO

 

Towarzystwo ludzi mnie męczy. Działam na baterię, którą muszę ładować przez dłuższy czas, żeby chociaż jeden dzień spędzić wśród innych. Moim mottem życiowym mogłoby być: co za dużo to niezdrowo. Lubię uciekać do cienia, chować się przed światem. Przebywanie w centrum uwagi jest dla mnie najgorszą torturą. Owszem, może to brzmieć nierozsądnie, ale takie już są emocje i taki już jestem ja. Oto krótka opowieść o weekendzie, podczas którego moje fobie zostały poddane prawdziwemu wyzwaniu.

Kilka dni temu jeden z moich niewielu znajomych, można by powiedzieć przyjaciel, zaprosił mnie na weekend nad morzem.

– Chodź, Olek, rozerwiesz się – zachęcał Adrian. – Piątka osób, namiot, życie jak za studenckich czasów.

Mówił tak, jakby te czasy minęły co najmniej dwadzieścia lat temu. A ja wciąż w szafce trzymałem stosy papierów z zeszłego roku.

Musiał mnie długo namawiać, ale w końcu poddałem się i zdecydowałem, że pojadę. Spędziliśmy osiem godzin w piekielnie gorącym pociągu, jednak towarzystwo okazało się całkiem sympatyczne. Musiałem poznać trzy nowe osoby, co stanowiło dla mnie problem sam w sobie, ale uporałem się i z tym. Niejaki Irek oznajmił, że zamierza spędzić cały weekend na piciu do oporu. Mnie by to nie przeszkadzało. Siedziałbym sobie razem z resztą, nie musiał poznawać kolejnych ludzi, a większość czasu zajęłyby kąpiele w morzu lub wygłupianie się na plaży. Pogoda była gorąca od niemal dwóch miesięcy, więc i Bałtyk podobno dawał się lubić. A Irek miał wrodzony dar przekonywania, prawdziwa dusza towarzystwa, to byłem optymistycznie nastawiony.

Camping też okazał się w porządku. Całkiem blisko do morza, a sam fakt niemal czterdziestu stopni w cieniu wygonił większość osób do pensjonatów z klimatyzacją. My mieliśmy pokonać upał wraz z przenośnym wiatraczkiem Adriana. Trzeba go było co godzinę nakręcać, energicznie ruszając niewielką korbką, co powodowało dość głośny i nieprzyjemny dźwięk. Miałem wątpliwości, czy w ogóle opłacalne było kręcenie – Adrian musiał spędzać nad tym mnóstwo czasu, pocąc się z powodu opornej korbki, a sam wiatrak odpłacał leniwymi ruchami przez następne kilkadziesiąt minut. Adrianowi to jednak nie przeszkadzało i kręcił z uśmiechem.

Do wieczora zorganizowaliśmy nasz mały obóz, kupiliśmy zapasy w pobliskim (oczywiście niemiłosiernie drogim) sklepie i poszliśmy nad morze. Plaża była bardzo oblegana, ale udało się znaleźć dobre miejsce.

A wtedy ją zobaczyłem. Stała, pięknie zlewając się z okolicznym piaskiem. Wspaniała siatka do gry.

Uwielbiam grać w siatkówkę, plażową czy zwykłą; kopiąc nogami, czy uderzając rękoma. Upał mi nie straszny, a niech się spocę, co tam. Akurat dwie osoby już grały, więc razem z Anną, która miała świetne warunki do gry, postanowiliśmy zaproponować debla. Swoją drogą dziewczyna z wyglądu kogoś mi przypominała, ale nie chciałem o tym nawet wspominać w rozmowie.

– Pójdziemy pograć z Anką – powiedziałem reszcie.

– Więcej dla nas! – triumfalnie odparł Irek, wyciągając jakąś butelkę z plecaka.

Druga dziewczyna, Daria, wzruszyła ramionami i położyła się na ręczniku, licząc na resztki niemal już wieczornego słońca. Adrian w ogóle nie zwrócił na nas uwagi, gdyż zajmował się kręceniem wiatraka.

Zagraliśmy dwoje przeciwko dwóm i – muszę przyznać – całkiem nieźle nam szło. W czasie całej godziny graliśmy przeciwko czterem parom, z czego jedynie ostatnia nas pokonała, co mogę swobodnie przypisać zmęczeniu.

Gdy po krótkiej kąpieli w morzu wróciliśmy do reszty, słońce powoli chowało się za horyzontem. Irek otwierał kolejne piwo, dyskretnie popijając czymś mocniejszym, a Adrian co chwilę chował puste puszki do plecaka. Wszyscy troje wyglądali już na nieco wstawionych.

– Pokażę sztuczkę – oznajmił Irek, wyciągnął z plecaka portfel i zaczął w nim grzebać.

Usiadłem obok niego.

– Ta moneta. – Pokazał nam pięciozłotówkę. – Będzie mnie motyw... wała do dalszego działania.

Czyli picia, jak łatwo się można było domyślić. Adrian szepnął mi na ucho, że Irkowi ostatnio odwala, ponieważ właśnie zostawiła go dziewczyna. Ale co złego może zrobić z monetą?

– Proszę – odpowiedział, jak gdyby czytał w moich myślach.

Położył pięciozłotówkę na języku, po czym przechylił butelkę z piwem i zaczął pochłaniać jej zawartość. Zjadł monetę.

– Ble! – skomentowały naraz obie dziewczyny.

– Nic się nie martwcie! – wrzasnął Irek. Uderzyłem go w bok, żeby był trochę ciszej. – Spoko, w porządku. Teraz mam dwa wyjścia: albo piję i wymiotuję, a moneta jest moja; albo czekam do jutra, a moneta... No, wiecie.

Być może nie zdawał sobie sprawy, że obie opcje wydają się co najmniej obrzydliwe.

W spokoju usiedział nie więcej jak pięć minut. Stwierdził, że pora popływać, a ja wymieniłem z Anką porozumiewawcze spojrzenie. Chcieliśmy go odwieść od tego pomysłu, ale niestety nie udało się. Irek wskoczył do wody, a nam pozostało jedynie obserwować, coby się nie utopił. Minęła najwyżej minuta, gdy straciliśmy go z oczu.

Oczywiście to ja musiałem interweniować. Choć pływak ze mnie dość marny, podpłynąłem do miejsca, gdzie ostatni raz go widzieliśmy i zanurkowałem. Naturalnie już po chwili złapał mnie skurcz. Na szczęście Irek wynurzył się o własnych siłach. Złapałem jego ramię i efekt był taki, że to on bardziej ratował mnie, trochę niezdarnie płynąc w kierunku plaży. Okoliczni ludzie nawet nie zauważyliby, że trwa jakaś pseudo akcja ratunkowa, gdyby Daria nie zaczęła śmiać się wniebogłosy. Przez to, gdy wyszliśmy z wody, zebrała się spora grupka gapowiczów, w tym i Adrian z Anką. Rzecz, której najbardziej nie cierpię – skierowali swoje spojrzenia na mnie.

– O, rany, będę... – usłyszałem gdzieś z lewej głos Irka.

Zwymiotował obok stóp Adriana, gdy ten żywiołowo kręcił korbką od wiatraka. Irek z radością przyjął fakt, że monety nie będzie musiał szukać w toi–toiu.

Ja zaś musiałem tłumaczyć zachowanie swoich znajomych przed grupą co najmniej dwudziestu osób. Po kilku minutach zaschło mi w gardle, a oczy dawały znać, że powinienem wrócić do cienia. Moje ciało jest w stanie przyjąć uwagę innych osób tylko, jeżeli jest zajęte czymś innym, jak na przykład gra w siatkówkę.

Nie minęło dużo czasu, a przyszedł jakiś policjant czy inny strażnik nadmorski i wlepił nam mandat za zakłócanie porządku publicznego. Akurat na plaży prędzej powinien przybyć ratownik, no ale cóż... Nie miałem sił, by się z nim kłócić, więc przyjąłem karę ze spokojem. Jak idealny obywatel, chcący załatać dziurę budżetową.

W sobotę i niedzielę temperatura przeszła samą siebie, zapewniając nam prawdziwie afrykańskie doznania. Okazało się, że to inni mieli rację, wybierając pensjonaty z klimatyzacją. Przynajmniej wtedy oszczędziłbym na namiocie, który częściowo się stopił.

Morza mam już dość na długi czas.

 

***

 

Wynajmuję niewielkie mieszkanie w starym bloku na warszawskim osiedlu o sympatycznej nazwie Wrzeciono. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie sąsiad z dołu, który jest jeszcze gorszym zrzędą ode mnie. Pan Radosny już dawno przekroczył siedemdziesiąt lat, zakończył trzy małżeństwa, doczekał się trojga dzieci, kilku wnucząt i hemoroidów. Nazywa mnie „cholernym szczęściarzem", bo on w moim wieku miał już rozwód na koncie i pierwsze siwe włosy, a mi przypadły w udziale tylko równie odstające uszy. Facet potrafi stukać miotłą o sufit, kiedy wieczorem chodzę do toalety, a na wycieraczce kilka razy zostawiał mi prezent w postaci martwej myszy. Choć jego kot bywa równie wredny, akurat futrzak nie ma ochrypłego śmiechu. Radosny nie przepuszcza okazji, żeby obserwować efekty swoich kawałów. Sąsiad jak z dowcipów.

W niedzielę wieczorem nalewałem sobie wody do wanny, żeby chociaż w ten sposób odpocząć po męczącym weekendzie. Wtedy zadzwonił do mnie Adrian, by po raz kolejny zapewnić, że wraz z Irkiem i Darią zapłacą mandat. W tamtej chwili mogłem mu wmówić, że zdemolował całe pole namiotowe, a on i tak nie zawahałby się pokryć kosztów. Z weekendu pamiętał jedynie upał i duszne przedziały w pociągu, ale ja postanowiłem wykorzystać inną jego wiedzę, czyli wypytać o Ankę. Rozmawialiśmy dość długo, przez co całkowicie zapomniałem o rzeczywistości.

I zalałem łazienkę. Chyba ze względu na męczącą podróż powrotną nie zwróciłem wcześniej uwagi na to, że otwór odpływowy w wannie jest zatkany. Efekty dały o sobie znać nawet poza łazienką, obmywając połowę przedpokoju. Od razu gdy to zobaczyłem, rzuciłem telefon na kanapę i pobiegłem zakręcić kran oraz wyciągnąć korek. Brodząc po kostki w wodzie zabrałem się za odprowadzanie wody wszelkimi możliwymi środkami. Napełniałem miski, kubki, potem moczyłem kolejne szmaty – wszystko ze złudną nadzieją, że nie zalałem swojego kochanego sąsiada. Oczywiście zalałem.

Radosny przyszedł w bynajmniej nieradosnym nastroju. Tak mocno stukał pięścią w drzwi, że musiałem przerwać swoje zajęcie i otworzyć w obawie przed kolejnymi szkodami. Facet ma wigor, muszę przyznać.

– Te, absztyfikant – powiedział z wyraźnym zdenerwowaniem w głosie – zalałeś mi pan łazienkę.

– Miałem awarię odpływu, pokryję wszystkie straty – zapewniłem.

Wtedy usłyszeliśmy kobiecy krzyk gdzieś z klatki schodowej:

– Już nie cieknie, dziadku!

Po chwili przyszła Anka. Już przypomniałem sobie, skąd ją znam – czasami odwiedzała Radosnego.

– Olek? – zdziwiła się. Wyglądała na zadowoloną ze spotkania. – Nie wiedziałam, że mieszkasz na Wrzecionie. Dziadku, zaprosimy Olka na kolację? – Rzuciła Radosnemu krótkie spojrzenie, po czym ponownie zwróciła się do mnie: – Chodź,

zjesz z nami. Moja ciotka zrobiła swoją słynną sałatkę owocową, koniecznie musisz spróbować.

Z jednej strony byłem zadowolony ze spotkania, z drugiej jednak wprost przeciwnie, gdyż ponownie musiałem nałożyć swoją maskę, by zagrać w grę „poznaj nowych ludzi".

A było kogo poznawać. Na kolację zjechała się chyba cała rodzina, aż musiałem przynieść krzesło ze swojego mieszkania. Anka przedstawiła swoich rodziców, brata, dwie ciotki, wujka i trzech kuzynów. Jej obecność jakoś wyjątkowo dobrze na mnie podziałała, gdyż w miarę bezboleśnie udało mi się przetrwać całą godzinę wśród dowcipów na temat zalanych łazienek i problemów hydraulicznych.

Weekend był kosztowny nie tylko ze względów finansowych. Ale może dzięki tym kosztom zyskałem coś lepszego? Z całą pewnością mogę stwierdzić, że dużych i małych zbiorników wodnych mam już dość. Od dzisiaj myję się tylko pod prysznicem.

 

 

 

 

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!