BEZSENNOŚĆ.

Katarzyna Szewczyk

BEZSENNOŚĆ

Przychodził prawie co noc, zawsze o tej samej porze. Nie mam pojęcia dlaczego tak umiłował trzecią nad ranem, a on nigdy nie chciał mi tego wytłumaczyć. Niezależnie od dnia czy pory roku, równiutko o trzeciej siadał na brzegu łóżka i ściągał ze mnie kołdrę. Czasem sprawiał, że poduszka stawała się zbyt twarda lub o wiele za miękka. Niekiedy prześcieradło drapało albo wersalka skrzypiała przy każdym oddechu. Tak czy inaczej, znał mnóstwo sposobów, by wybudzić mnie ze snu.

- Proszę, nie teraz – mruczałam. Zaciskałam powieki, by przypadkiem nie spojrzeć na zegar.

- Teraz, teraz właśnie. Chodź, porozmawiamy...

- Litości, daj mi jeszcze godzinkę. – Jakbym nie błagała, zawsze stawiał na swoim.

- Chodź do kuchni, zapalimy.

Czasem wstawałam potulnie, choć nie raz zdarzało mi się przygrzmocić pięścią w poduszkę. Bawiło go, kiedy okazywałam złość. Uśmiechał się przewrotnie, kiedy szarpałam się z kocem, próbując narzucić płachtę na ramiona. W kuchni zawsze ciągnie od okna.

Bezsenność znał mój dom jak własną kieszeń. Upodobał sobie malutki taboret, który stawiał na środku kuchni. Mnie zawsze przypadało stare, skrzypiące krzesło.

- Zauważyłaś jakąś zmianę? – zapytał, jakby od niechcenia.

- Nie, znów mnie męczysz.

- Asieńko, pomyśl.

- Znów zwlekasz mnie z łóżka, znów każesz odpowiadać na dziwne pytania. Znów... - Zawiesiłam głos. Faktycznie coś się zmieniło.

Bezsenność uśmiechnął się i puścił do mnie oczko. Miał piękne, smutne oczy.

- Jak to zrobiłeś, gdzie on się podział?

Zerwałam się z krzesła, koc opadł na podłogę. W jednej chwili zrozumiałam, że tym razem jesteśmy w kuchni sami. Tylko ja i on. Ani śladu Wyrzutów Sumienia.

- I jak? – zapytał, zabawnie unosząc brwi.

- Niemożliwe! Dokąd on poszedł?

- Nie sądzisz, że wyjaśniliście sobie wszystko poprzedniej nocy?

- Może... - Choć tak się starałam, mój głos był pełen entuzjazmu.

- Nie może, tylko tak. Zamieniłem z nim kilka słów... jesteś wolna.

- To już koniec, naprawdę?

Położyłam palec na ustach, nasłuchiwałam. Nic nie wskazywało na to, by Wyrzuty Sumienia czaił się gdzieś za rogiem. Zresztą, on zawsze się zapowiadał, nigdy nie byłam zaskoczona jego wizytami. Spojrzałam na szeroki, kamienny parapet, na którym zwykł przesiadywać. Jak dobrze, że tam pusto.

- Trochę się do niego przyzwyczaiłam... ale nie będę tęsknić.

Bezsenność uśmiechnął się. Tej nocy cały czas się uśmiechał, na jego twarzy malowała się jakaś nieokreślona zaduma.

Zapadła cisza, wypaliliśmy po jeszcze jednym papierosie.

- Asiu, zadam ci ostatnie pytanie.

Miałam wielką ochotę wejść mu w słowo, powstrzymywałam się ostatkiem sił. Jak to, ostatnie pytanie?

- Chcesz, bym i ja odszedł?

Tego się nie spodziewałam. Nie rozumiałam, co się stało. On ciągle się uśmiechał, a oczy miał coraz bardziej smutne.

- Już mnie nie potrzebujesz, wiesz o tym. Nie widzisz, jak świetnie dajesz sobie radę?

- Nieprawda... - Pokręciłam głową. – Nieprawda, ja wcale...

- Nie kłam. Poradziłaś sobie ze wszystkim. Zresztą, nie trzeba daleko szukać przykładu. Wyrzuty Sumienia odpuścił, a wiesz, jaki on jest. Kiedy ostatnio widziałaś Depresję? Kiedy ostatnio męczył cię Żal?

- Jesteś podły. Dobrze wiesz, że bez ciebie nigdy nie będę sobą. Stanę się taka jak wszyscy...

- A ile razy krzyczałaś na mnie, że to ja ci mieszam w głowie? Pytałaś, dlaczego nie możesz iść przez życie jak... Jak to było? Jak normalny człowiek. To są twoje słowa.

- Byłam zła, bo nie potrafiłam wszystkiego ogarnąć! Dlaczego ja to tobie tłumaczę, ty jeden wiesz, co myślę, ty jeden znasz mnie na wylot.

Kopnęłam ze złości koc i podeszłam do Bezsenności.

- Odsuń się, bo znowu nabierzesz ochoty na kawę.

- Wiem, napijemy się jej razem.

- Aśka...

- Napijemy się kawy i obejrzymy wschód słońca...

Odsunął mnie na siłę, a powieki zaczęły przyjemnie ciążyć. Nogi prawie ugięły się w kolanach, dłonie utraciły władzę. Poduszka była tak cudownie miękka, pościel pachniała letnim wieczorem.

- Kocham cię... - Ktoś szepnął daleko, a te słowa wplotły się w sen.

 

*

 

Obudził mnie pisk telefonu. Dwadzieścia po piątej, za oknem żółciutki poranek, wróble ćwierkają jak najęte. Na kuchennym blacie samotny kubek po kawie, taborecik na swoim miejscu... wszystko to zalane słonecznym blaskiem. Skończyło się, zrozumiałam.

 

 

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!

  • Stwórz Konto