GAŁĄZKI

Samuel Serwata

 

GAŁĄZKI

Mały chłopiec imieniem Nestor był niezwykłym dzieckiem o niesamowitej wiedzy i wyobraźni. Przeprowadził się niedawno na wieś, do domku oddalonego o kilkanaście kilometrów od najbliższego miasta. Jego rodzice zapragnęli spokoju i osiedli na prowincji, w jednym z domów, za którym był las, skrywający niejedną tajemnicę. Oprócz niego i rodziców, Nestor miał także dwie siostry bliźniaczki.  

Nestor zbudził się wcześnie. Oprócz niego wszyscy spali. Były wakacje i chciał czas wykorzystać maksymalnie. Usiadł oparłszy się o ścianę i spojrzał przez okno. Miał jakieś złe przeczucia. Było zbyt cicho. Z miasta z którego pochodził zewsząd wypływały dźwięki. Również od jakiegoś tygodnia nawiedzały go sny, z rodzaju tych, których się nie rozumie. To nawet nie były sny, tylko migawki świata bezkresnych bezlistnych lasów. Dziś obudził się ze świadomością, jakby sny były wspomnieniami. Budząc się nie odczuwał tego, że spał, ani spać również się mu nie chciało.

Widok za oknem był niewiele jaśniejszy niż w momencie, w którym zasypiał. Elektroniczny zegarek wskazywał kilka minut po szóstej. Była sobota. Dzień, na który czeka się z niecierpliwością przez cały pracowity tydzień. Na niebie nie było słońca. Co dziwniejsze, bo też przestrzeń była tylko zamglona. Czy słońce może zgasnąć? Może dzień się spóźniał? A może to dzień umarł i nigdy więcej już nie będzie ani dnia, ani nocy.

Kiedy wygramolił się z łóżka. Czuł przeciąg. Szyby w rogach były pokryte szronem. Sam dom wymagał remontu. Na zewnątrz, za oknem, rozpływała się gęsta mgła, zasłaniająca cały widok. Ściągnął piżamę i nałożył ubranie wyjściowe. Chciał przyjrzeć się bliżej temu dziwnemu zjawisku.
Wyszedł ostrożnie z pokoju najciszej jak tylko potrafił. Minął pokój rodziców i zszedł schodami w dół mijając pokoje w którym spały jego dwie starsze siostry, bliźniaczki.

Wyszedł na ganek, zawalony mnóstwem niepotrzebnych rzeczy, narzędziami, pudłami, a pośrodku tego całego bałaganu stał stary fotel, z którego wystawały strzępy żółtawej gąbki. Nestor założył wisząca na haku kurtkę, przekręcił klucz w zamku i w końcu wyszedł na kamienną dróżkę, którą było bardziej czuć niż widać. Mgła zdawała się okrywać cały świat. Niebo przypominało metalową płytę, cała okolica natomiast wydawała się być bezbarwna.

Nestor dreptał po twardym gruncie, kierując się bardziej pamięcią i dotykiem, niż wzrokiem. We mgle zamigotały dwa czerwone punkty. Nestor przestraszony, zatrzymał się i znieruchomiał. Samochód? – pomyślał. Wyczekiwał ponownego błysku, ale nic się nie wydarzyło. Ruszył w stronę lasu. Nad nim rozległ się trzepot skrzydeł odlatującego ptaka. Próbował go wypatrzeć. Odwrócił się i dostrzegł kruka. Przyglądał mu się z najwyższą ciekawością siedząc na gałęzi.Nestor spuścił z niego wzrok i szedł dalej ścieżką. Nim zrobił kilka kroków, coś zachrzęściło mu pod butem. Z ciekawości nachylił się by bliżej i wyraźniej przyjrzeć się, na co nadepnął. Podniósł pęczek chudych gałązek, związanych ze sobą złotą, mieniącą się tasiemką. Od pierwszej chwili Nestor zrobił sobie ze znaleziska skarb i schował go w zapinanej na zamek kieszeni. Kilka kroków dalej, wyrastały pierwsze leśne drzewa. Nad nim wciąż szybował kruk dający wrażenie śledzenia poczynań małego chłopca. Pod nogą Nestora zachrzęścił kolejny pęczek gałązek. Ten również podniósł i ku własnemu zdumieniu odkrył, że te są związane długimi włosami. Kruk zaczął krakać latając nad nim.

Chłopak przysiadł na granitowej skałce, chcąc przyjrzeć się znalezisku. Zastanawiał się kto mógł je zrobić i w jakim celu służyły. Schował je do drugiej kieszeni, a przelotnie patrząc na ziemię, jego wzrok zatrzymał się na trzecim zwitku. Nestor rozejrzał się wokół zastanawiając się czy nikt przypadkiem nie robi sobie z niego żartów, na przykład siostry, ale w pobliżu nie było nikogo oprócz tego kruka, który zaczął działać Nestorowi na nerwy. Jednak było to nadzwyczaj dziwne a i podejrzane.

Podniósł trzeci pęczek gałązek. Tym razem był on związany długim szczurzym ogonem. Upuścił go, ale zaraz ponownie podniósł, jakby bojąc się, że zgubi go w gęstej mgle.  Przez moment poczuł się tak, jakby uczestniczył w jednym ze swoich dziwacznych snów. Kruk zacharczał, ale Nestor był prawie przekonany, że ptak odpowiedział mu „nie.”

 

Mały Nestor wkroczył do ogromnego, gęstego lasu. Wszystkie drzewa powyrastały bardzo blisko siebie. Echo niosło nawoływania ptaków. Sów, wron, gołębi i kukułek. Dźwięki rozmywały się w przestrzeni. Nestor próbował przedrzeć się wzrokiem przez mgłę, patrząc jednocześnie pod nogi, w poszukiwaniu dalszych gałązek. Dreptał ostrożnie rozgniatając kolejne suche liście. Poderwał się i odwrócił, kiedy usłyszał za sobą szept. Nie było nikogo. Jednak był niemal pewny, że głos wypowiedział jego imię. Przed nim wyrastały drzewa, wielkie, suche i bezlistne. Badał je wzrokiem od korzeni aż po koronę. Stanął przy jednym z największych i zatrzymał się przy wiszącym tam na gwoździu, starym zdjęciu w sepii, oprawionym w ramkę. Widok tego był niezrozumiały i niesamowity zarazem.

Zdjęcie przedstawiało czarną postać, garbatej kobiety. Widać było jedynie dolną część zszarzałej twarzy, przykrytej kapturem. Stała przy wielkim kotle pośród lasu. Widok lasu wokół wydawał się niemal identyczny jak ten na fotografii. Obrazek go zaniepokoił. Wyglądał jak ze starej książki. Chciał go zdjąć, ale nie był pewien czy powinien. Mógł do kogoś należeć.

Szedł dalej mimo tego. Na jego dalszej drodze, w oddali, stanęła mała dziewczynka, w białej sukni. Nestor zatrzymał się chcąc się jej przyjrzeć, bojąc się jednocześnie zrobić jakikolwiek ruch. Zastanawiał się skąd się tu wzięła. Mogła wprawdzie uciec z pobliskich domów. Chciał zawołać za nią, ale był zbyt przestraszony. Dziewczynka miała bladą cerę. Wydawało mu się, że próbowała coś powiedzieć, ale z jej gardła dobiegał tylko stłumiony charkot. Przerażony nie wiedział co zrobić. Zrobił krok w tył, następnie kolejny i ponownie rozległ się szept. Oparł się przestraszony o konar drzewa i spojrzał w stronę, z której słyszał głos. Nie było nikogo, a jeśli nawet, to mgła była doskonałą kryjówką dla czegokolwiek.

Przechylił głowę w kierunku dziewczynki. Zniknęła. Mgła wokół niego kłębiła się jak dym, stając się coraz gęstsza. Nestor zrobił krok przed siebie. Po dwóch następnych, drzewo stojące za nim zginęło rozmyte przez mgłę. Próbował iść po omacku. Nie widział już w tej chwili absolutnie niczego. Wpadł na coś i krzyknął odskakując do tyłu. Dopiero kiedy upadł, dostrzegł stojącą do niego plecami tą samą co przedtem dziewczynkę. Odwróciła w jego stronę głowę. Oczy miała białe, ale był niemal pewny, że go widzi. Rozchyliła usta, z których wypełzła włochata stonoga. Z nosa niemal wypływały jej dżdżownice.

Nestor pędem rzucił się do tyłu, i biegł przed siebie, mając nadzieję, że biegnie w stronę domu. Przystanął po dłuższym biegu, zauważając, że drzewa wokół zniknęły. Zauważył zdjęcie. Był blisko. Szept dobiegł prosto do jego uszu, tym razem jednak nie miał odwagi się odwrócić. Szept zamienił się w wiatr. Stał przez chwilę sparaliżowany strachem i dopiero gdy zamilkło wszystko wokół, odwrócił się. Coś nadchodziło w jego stronę.

Z mgły wyłoniła się ogromna jak drzewo pajęcza noga. Za nią następna ukazująca coraz bardziej wyraźną ogromną pajęczą postać. Zaraz za nim wyszedł drugi bliźniaczy osobnik. Nestor nie myśląc rzucił się do ucieczki. Kilka razy się potknął, ale zaraz ruszył pędem dalej, będąc całkowicie skupiony by nie wpaść na żadne z drzew.

Słyszał jak pająki podążały za nim, szeleszcząc swymi ciałami, będąc coraz bliżej. Przebiegł i wszedł na kamienną ścieżkę prowadzącą do domu. Wbiegł do środa, zamknął drzwi i przekręcił klucz. Spojrzał przez okno i próbował namierzyć, z której strony się zbliżają. Mgła była rzadsza niż w lesie, ale i tak utrudniała widoczność. Nestor nie czekając dłużej cicho wszedł po schodach do swojego pokoju. Omijając pokój, w którym w dalszym ciągu spali rodzice. Zamknął drzwi od swego pokoju i skrył pod kołdrą.

 

Nestora obudziło brzęczenie komarów. Spojrzał w sufit, z którego wydawało mu się, słychać szum wody. Coś zastukało w szybę okna. Wstał by zobaczyć, co to takiego. Kruk za nim zaglądał do środka, wydając się zniecierpliwiony oczekiwaniem. Dawał wrażenie jakby chciał wejść do środka. Przez chwilę chłopiec zastanawiał się, czy to ten sam kruk, którego spotkał przy lesie. Szum nad nim stawał się coraz głośniejszy. Nestor usiadł wsparty o ścianę, próbując ignorować wszechobecny hałas. Kruk zapukał znowu w szybę, zakrakał, próbując zwrócić na siebie uwagę. Nestor spojrzał na niego zastanawiając się, czego może chcieć. Ptak dawał mu niewyraźne znaki, by się odwrócił w stronę drzwi. Przechylił głowę, tak jak mu nakazał. Spod drzwi ulatywały kłęby dymu. Klamka zaczęła się obracać, a drzwi uchylać. Kruk wybił szybę w oknie, i zaczął przeciskać się przez nią do środka, będąc przy tym ostrożnym by przypadkiem nie podrapać sobie piór. Z mgły wyłaniały się jegobliźniacze siostry ubrane w czarne, zdobione gotyckiesuknie. Ich twarze były zakryte czarnymi welonami, spod których mieniło się kilkanaścioro pajęczych oczu. Nestor kochał obie siostry, a one jego. Nigdy nawzajem sobie nie dokuczali. Nie miał powodu by się ich bać, jednak teraz, gdy patrzył na nie, napawały go przerażeniem. Zastanawiał się, czy te dwa pająki napotkane w lesie, nie przybrały ich postaci.

Łóżko, na którym zamarł w przerażeniu, wydawało mu się o wiele bardziej bezpieczne niż jakiekolwiek inne miejsca. Poczuł, że coś drapnęło i poruszyło się w jego kieszeni. Sięgnął do niej i wyciągnął pęczek gałęzi, który związany był szczurzym ogonem. Ogon ruszał żyjąc. Drżącymi rękami dotknął go, a ogon owinął mu się wokół palca. Bliźniaczki wolno posuwały się do przodu, w stronę chłopca, nie idąc, lecz sunąc po podłodze.

Zza ich pleców wysuwały się pajęcze odnóża, którym towarzyszyły dźwięki pękających skorupek jaj. Wyciągnęły w stronę jego szyi ręce i zbliżały się. Do pokoju wleciał kruk, skrzecząc przeraźliwie zataczał okręgi nad dziewczynkami. Pajęcze odnóża i dłonie chowały się w ciało powoli, jak czułki ślimaka. Przez otwarte drzwi wskoczyła do środka ropucha, przystając, zaczęła nadymać swoje policzki. Za nią, weszła bielutka koza z dziwacznie zakrzywionymi rogami, o świecących na czerwono oczach. Zwierzęta okrążyły obie dziewczynki. Ostatnią osobą, która weszła do pokoju był wysoki, osobliwy i chudy staruszek. Na twarzy miał okulary w grubych oprawkach i spodniach na szelkach. Na plecach miał metalową butlę, z długim wężem przypominającyrurę od odkurzacza. Groźnym wzrokiem spojrzał na bliźniaczki i nakazał im wyjść. Obie stały jeszcze przez chwilę. Ich oczy rozbłysły czerwonym błyskiem, tym samym, który Nestor widział po wyjściu z domu. Spod ich sukienek wydobywała się para. Spowite w niej, minęły wszystkich i wyszły z pokoju.

Starzec wyciągnął do chłopca rękę, zmieniając kompletnie mimikę twarzy.
- Witaj Nestorze, jestem Leonardo. Twój opiekun.
Chłopiec podał mężczyźnie dłoń i oboje wyszli z pokoju udając się na zamknięty strych, do którego kluczy nikt nie mógł znaleźć od momentu gdy się tutaj przeprowadzili.Starzec wyciągnął pęk kluczy, na metalowym kółku. Wnętrze pokryte ciemnym drewnem, pachnącym kurzem, oświetlało letnie słońce cały strych. Było w nim pełno antycznych mebli, starych książek i zabawek. Wszędzie walały się nici, materiały i przybory do szycia. Starzec zasiadł przed starą, ręczną maszyną do szycia. Rozdmuchał na wszystkie strony kurz, poprawił okulary i wprawił nogą maszynę w ruch. Skrzypiąc, zaczęła pracę. Nestor dreptał i oglądał różne stare rzeczy. Między półkami znalazł ogromnego klauna, patrzącego się w bok i uśmiechającego się niby to serdecznie, ale był on raczej straszny według niego. Jego wzrok jednak przykuł powieszony na ścianie obrazek przedstawiający wiedźmę.
- Tak chłopcze, to ten sam obrazek. – Zaczął stary – Przemieszcza się jak duch, w różne miejsca. Usiądź sobie, rozgość się, w gruncie rzeczy, jesteś u siebie.

Nestor spojrzał na starca zaabsorbowanego swoją pracą. Usiadł na jednym z krzeseł przy starej maszynie. Obserwując jego pracę, starzec zaczął mówić dalej:
- Ta mgła, nigdy nie opada. To przez dzieci, dawno temu zabite przez wiedźmę zamieszkującą tutejszy las. Porywała, zabijała i zjadała je. Stara śliniąca się jędza, tak o niej mówili. Ludzie jakieś sto lat temu, nie wierzyli już w wiedźmy, ale gdy historia okazała się prawdą, spalili ją na stosie, a jej garnek zakopali. By jej dusza więcej nie powróciła, zakopano ją w grobie. Jednak to nie pomogło. Ciał dzieci nigdy nie odnaleziono. Wszystkie były w twoim wieku. Mówi się, że ta gęsta mgła to kłębiące się dusze tych dzieci. Utrzymuje się od dawna i nigdy nie zanika całkowicie.
- Ale co ja mam z tym wspólnego?
- Jesteś pierwszym dzieckiem zamieszkującym ten dom od bardzo długiego czasu. Wiedźma chcę cię pożreć. Ja mam cię chronić. Jeśli nie, wiedźma cię pożre. Jeśli ją pokonamy, nie wróci już nigdy.
- A moje siostry?
- Zostały opętane. Gdy się obudzą, pewnie nawet nie będą pamiętać co się stało.
- Są bezpieczne?
- Teraz tak. Wiedźmie chodzi tylko o Ciebie. Wykorzystała je, ale udało nam się je zwalczyć.
- Czy ona jest duchem?
- W pewnym sensie. Żyje w pewnym miejscu, do którego mogą wejść tylko umarli, ale nie są oni tak do końca umarli. W tamtym świecie przebywa jej dusza, w tym jej ciało. Wychodzi z tej swojej kryjówki gdy poczuje zapach dziecka. Ukrywa się w drzewach.
- Ty też jesteś martwy?
- Jestem kimś w rodzaju strażnika, nie pozwalam by ktoś z tamtego świata mógł wrócić tutaj na stałe. Jednak nie zawszę mogę temu zapobiec. Toczę walkę z wiedźmą od dawna, próbuje chronić dzieci.
- Nie możesz jej zabić?
- Nie można zabić kogoś kto już nie żyje.
- Nie można nic zrobić? Uwięzić jej albo zabronić wejścia tutaj?
- Nie jestem dość mocy by ją uwięzić na dłuższy czas. Musisz mi pomóc, jeśli ma tu nie wrócić. Dusze martwych dzieci liczą na ciebie. Tylko dziecko może pokonać wiedźmę.
- Ale ja nie umiem. Nie dam rady.
- Dasz. Masz mnie i wielu innych przyjaciół.
- Zwierzęta, tak? Czy moje ostatnie sny mają z tym coś wspólnego?
- Tak, twoje ostatnie sny to właśnie świat w którym żyje wiedźma
- Czyli to, co mi się śniło, było naprawdę?
- W pewnym sensie.
- Pod domem i w lesie znalazłemgałązki.– Nestor wyciągnął jeden z pęczków.
- Miałeś je znaleźć. To dzieci ci je podrzuciły. Wiedźma cię nie skrzywdzi jeśli będziesz miał je przy sobie. Teraz idź do swojego pokoju. Wieczorem, kiedy wszyscy zasną, znowu się spotkamy. Mamy sporo pracy, a im dłużej zwlekamy, tym wiedźma rośnie w siłę.

 

Stary Leonardo wytarł nos i opuścił zamokłą łopatę. Gruby płaszcz nasiąkał od wilgotnej ziemi. Drążek łopaty przechylił się i wbił w ziemię. Stary Leonardo zaczął przerzucać wilgotną ziemię. Latarnia zamigotała, przez chwilę brzęczała, jakby się jej elektryczne wnętrze wypalało, i przy kolejnym wbiciu w ziemię, rozświetliło tysiącem barw.
Łopatą wyczuł twardą powierzchnię. Przegonił lnianym kapeluszem stado much i komarów okrążających jego głowę i wskoczył do zimnego grobu. Nachylił się nad wiekiem trumny i chwycił ją z obu stron. Po otwarciu buchnął mu w twarz stęchły odór zamkniętego od kilku dekad trupa. Skóra wiedźmy wyglądała jak stara, wyliniała szmata. Leonardo założył na ręce skórzane rękawiczki, zgniótł szczękę nieboszczki i wsadził palec do środka. Zagiął je wewnątrz i napinając mięśnie pociągnął do siebie. Wyrwał jej dolną szczękę i wsadził do jednej z kieszeni płaszcza. Przesunął zwłokiby dostać się do dna. Pod tanim aksamitem znalazł to, czego szukał. Po raz kolejny potarł kciukiem zakatarzony nos. Niemrawo uśmiechnął się do Nestora, ukazują cały batalion spróchniałych zębów.
- Jest… Wreszcie cię znalazłem, ty moje maleństwo. – Obleśny uśmiech rozwarł się jeszcze bardziej. Mężczyzna trzymał w ręku cienką aktówkę, na której wierzchu widniał niewielki czarny krzyż, odwrócony do góry nogami. Wyszedł z grobu na wilgotną trawę. Podrapał się po twarzy, podniósł łopatę, i na powrót zaczął ją zakopywać.

 

Po skończonej pracy oparł się o drzewo i obserwował małą latarnię naprzeciwko, mrugającą nerwowo niby nadając sygnały. Stęchłe miejsce rozświetlały nagłe rozbłyski. Wzrokiem odnalazł krzesło. Usiadł na nim wsparty o grobowiec. Wyciągnął szczękę i rozdzielił wszystkie zęby. Przez umysł chłopca przebiegł dreszcz, będący wypadkową strachu i podniecenia. Leonardo oglądał je, ważąc w ręce. Nestor przyglądał się mu z zaciekawieniem. Przełknął nerwowo ślinę niemal się nią dławiąc. Leonardo oderwał z trudem wzrok od połyskujących drobiazgów, zauważając, że mu kapie z nosa. Przechylił głowę do tyłu i rękawem wytarł ścieżki krwi pod nosem. Kiedy krwotok ustał, podszedł do małej skrzynki z narzędziami wyciągając z niej młotek.

Wyciągnął z kolejnej z kieszeni pordzewiałe i potłuczone lusterko i zaczął przymierzać trzon młotka do twarzy, szukając odpowiedniego miejsca. Zamachnął się i uderzył. Przechylił się i pozwoliłby jego zęby wypadły na posadzkę. Żyły mu nabrzmiały a oczy niemal wyszły z orbit z bólu. Po brodzie pociekły mu struga ciemnej krwi.

Mężczyzna usiadł i rozprostował się na krześle. Zebrał wszystkie pozostałe zęby i rozsypał nieopodal zębów babuni, na blacie wieka trumny. Wziął jeden z zębów starej wiedźmy, chwycił go między palce i wsunął do ust odszukując odpowiedni otwór w który mógł go wsadzić. Robił tak z każdym kolejnym, aż jego uśmiech nabierał coraz wyrazistszej formy. Kiedy wszystkie były już na miejscu, rozchylił lekko usta i raptownie zatrzasnął. Szczęka zgrzytnęła okropnie. Z ust na brodę wypłynęła oleista maź. Reszta spłynęła mu do gardła, rozpalając je jak alkohol. Mięśnie gardła zaczęły pulsować, lekko się rozrastając. Po jakiejś chwili, uścisk zelżał. W przestrzeni rozległo się skrzypienie. Nad grobowcem nachylił się mały Nestor, zaciekawiony tajemniczymi dźwiękami.
- Co pan przed chwilą zrobił? Do czego służą te zęby?
- Otwierają przejście do świata demonów. One nam pomogą.
- Przejść na tamten świat?
- Właśnie tak. Podejdź bliżej mój chłopcze, nie bój się. Gdyby któraś z istot chciała nas skrzywdzić te zęby tkwiące w mojej szczęce będą nas chronić. Wiedźma ani jakikolwiek inny demon, nie może nas tknąć, albowiem posiadamy jedną z jej największych relikwii.
- Dlaczego jedną z największych?
- A co się robi zębami?
- No gryzie, żuje…
- …małe dzieci.
- Jej zęby, które zrobiły krzywdę mają mnie chronić?
- Tak. Dzięki nim również z łatwością ją znajdziemy.

 

Mężczyzna sapał jak lokomotywa. Światła reflektorów zgasły. Zapadła cisza. Za oknem kłębiła się nadzwyczaj gęsta mgła. Była niemal jak mleko rozlane pośród drzew. Dusze dzieci skupiły się w jednym miejscu, wiedząc, że ktoś będzie próbował im pomóc. Starzec w dogodnym przez siebie momencie zaczął szeptać mu do ucha.
- Bądź teraz absolutnie cicho. Przechodzimy do świata martwych potępieńców. Wiedźma gdzieś tu jest, czai się. Nie możemy dać się jej złapać, bo inaczej będzie po wszystkim, a my dołączymy do olbrzymiej mgły. Dusze dzieci nas ochronią.

Ruszyli w ciemności, która okrążyła ich zewsząd. W strachu stąpali cicho. Wyszli na zewnątrz. Pod butami szeleściły im zmierzwione liście. Widać było kontury nagrobków. Tylko starzec wiedział gdzie iść. Próbował, mimo strachu, być czujny. Szukał grobowca hrabiów, którzy panowali tą ziemią sto lat temu. Droga wydawała się długa. Ale to jedynie strach wydłużał ich czas.

Przystanęli przy olbrzymim grobowcu rodzinnym, ojca, matki i córki. Starzec pociągnął Nestora chwytając go za przegub. Obaj weszli na kamienne puzzle i uklękli. Starzec puknął lekko w właz. Odpowiedziało mu wszechogarniające echo rozlegające się pod nim. Podniósł właz najostrożniej i najciszej tylko potrafił. Trumna była pusta i ciemna. Stary widząc pytające spojrzenie chłopca wyjaśnił, że córka hrabiów była wiedźmą.

Konary drzew poruszyły się nieznacznie. Coś zaszeleściło w lesie zupełnie jakby uciekła spłoszona zwierzyna. Coś zawyło między drzewami. Rozlegał się charkot niby duszonej ofiary, następnie bełkoczący szept, ponownie napływający bezpośrednio do ucha chłopca. Krew chłopca zastygła mu w żyłach. Zaraz przy jego twarzy pojawiły się zmierzwione siwe włosy, przedostające się przez czarny kaptur. Para zapadniętych, żółtych oczu. Garbaty nos, spłowiałe policzki i wysuszone usta z których skapywała z kącików ust ślina. Usta zaczęły się otwierać coraz szerzej i szerzej. Chłopiec stał sparaliżowany strachem, jak zahipnotyzowany, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Usta wiedźmy rozwierały się nadal, rozszerzając do nieprawdopodobnych rozmiarów, rozciągając się po całej twarzy. Zdawać by się mogło, że dopasowują się do jego rozmiaru tak, by go mogła połknąć w całości. Zaczęła podnosić ręce, z okropnymi zgrabiałymi palcami, zaostrzonymi długimi paznokciami. Ręce zbliżały się do Nestora. Na ich przegubach miała wianuszki z małymi czaszkami ptaków.  Pochylała się do przodu, grzechocząc okropnie kośćmi. Leonardo chwycił chłopaka za ramię i pociągnął za siebie, i razem wskoczyli do ciemnej studni.

 

Obojgu nic się nie stało. Znajdowali się pośrodku pustej ulicy oddzielonej pustą przestrzenią bez jakichkolwiek budynków. Samą ulicę oświetlałylampy gazowe.
- Możesz już normalnie mówić, ale nie odstępuj mnie na krok. Było blisko.
- Chce mi się jeść.
- To typowe. Nie ważne ile byś zjadł przed wejściem do tego świata i tak będziesz dalej głodny. Pamiętaj o jednej zasadzie: Nie wkładaj niczego do ust, bo ulegniesz mocy tego świata. Jeżeli coś zjesz, wpadniesz w ręce wiedźmy. Jeśli coś zjesz, ona urośnie ci w brzuchu i następnie stamtąd wyjdzie. Traktuj ten świat jak swój własny sen.
- Skąd ty to w ogóle wszystko wiesz? Ile ty w ogóle masz lat?
- W moim wieku wie się różne rzeczy, a lat mam wystarczająco dużo byś mi uwierzył. Chodźmy. Musimy poszukać pewnego baru.
- Baru? Przecież jestem głodny, a gdy zobaczę jedzenie, zgłodnieje jeszcze bardziej. Czy wszyscy, którzy tu żyją nie jedzą?
- Nie jedzą.
- Więc po co komu bar?
- Niektórzy zmarli lubili chodzić do takich miejsc, więc dlaczego nie po śmierci? Poza tym bar to nie tylko sklep z jedzeniem, ale takżemiejsce spotkań.
- Pić można?
- Tak.
- Będę mógł napić się czegoś? Możliwe, że nigdy w życiu nie będę miał drugiej okazji spróbować czegoś z tego świata.
- Za życia, nie. Chodźmy to niedaleko.
- Przecież tu niczego nie ma.

Starzec obrał kierunek. Obeszli kilka lampionów ustawionych pod takimi kątami, że dostrzeżenie ich z większości pozycji, było niemal niemożliwe. Minęli kilka, a za kolejnymi stała mała chatka zapraszająca kolorowym neonem „Kącik Dziecięcy”. Drzwi wejściowe były w kształcie prostokąta, rozszerzone symetrycznie u góry. Nestor złapał Leonarda za jego zielony płaszcz, trzymając się go kurczowo i razem weszli do środka. W lokalu siedziało sześć różnych postaci. Żadna z nich nie przypominała człowieka. Oderwani od swoich abstrakcyjnych czynności, zmierzyli ich wzrokiem i wrócili do swoich zajęć. Nestor starał się im nie przyglądać, wbijając wzrok w zieleń płaszcza Leonarda. Myśl o jedzeniu zniknęła. Stoliki przy barze przypominały siedzeniadla małych dzieci, tyle, że korzystali z nich osobniki dorosłe.

Brodaty, gruby barman lewitował za barem. Zamiast nóg miał szklaną półokrągłą kopułę która parą odpychała go od podłoża. W jej wnętrzu pełzały węże. Uśmiechnął się szczodrobliwie i zbyt krótkimi rękami polerował najzwyczajniejszą w świecie szklankę.
- O! – Wykrzyknął pełnym głosem barman – przybył nasz hrabia! – Nestora tknęło, i przez jego małą główkę, przemknęła jednoznaczna myśl, że Leonardo jest ojcem wiedźmy. Zatem także był żywym trupem. Widać było złość w oczach Leonarda, ale stłumił go w sobie i zmienił temat.
- Zastałem Lisiwęża?
- Dlaczego go szukasz?
- Pytam czy jest?
- Przybędzie za dwa kwadranse. Bądź milszy, to i ja będę.
- Będę się starał.
- Na pewno, stary, na pewno.

Barman postawił zamówione przez Leonarda, dwa woreczki uformowane na ludzkie ręce, a jej wnętrze wypełnione było słodkim silikonem. Nestor przyzwyczajając się do dziwności tego miejsca zaczął dyskretnie spoglądać na otaczających go osobników. Jedną z osób był ćmiący papierosa wilkołak, siedzący w rogu baru, zaczytujący się w powieści Agaty Christy. Z nieznanych powodów zaśmiewał się przy czytaniu. Miał na sobie dżinsową kamizelkę, a pod nią brązową, uświnioną jakimś paskudztwem koszulę. Na jego głowie spoczywał melonik. Obok niego stał niedokończony rozwodniony naleśnik. Trochę bliżej w następnym stoliku siedziała gruba zakonnica strojąca głupie miny do siedzącego naprzeciw niej w sąsiednim stoliku łysego mężczyzny. Przez głowę miał przewierconą na wylot piłę. Układał kartybiałez obydwu stron.
- Czuję się jak zombie. – Powiedział półgłosem.

Leonardo odgryzł z silikonowej ręki, koniuszek kciuka i pił z niego jak ze zwykłego woreczka z sokiem. Nestor próbował zrobić to samo. Napój był gęsty, i nie zasmakował mu za pierwszym łykiem. Przy następnych stawał się coraz bardziej orzeźwiający a smaki przypominały te, które doskonale znał, jednak nie potrafił określić jednoznacznie żadnego z nich. Starzec w zielonym płaszczu wstał, skinął na barmana pokazując drzwi prowadzące głębiej w bar. Nestor zabierając swoją silikonową rękę, poszedł za starcem. Przechodząc, dostrzegł gangsterski wzrok sierściucha, merdającego ogonem.

Sala do której weszli była przyciemniona w barwach fioletu, pomarańczy, różu i żółci. Na okrągłych stołach stały lampy w ozdobnych abażurach, a pod sufitem zwisały najprzeróżniejsze dzwonki. Na końcu sali widać było małą kręgielnie. Między stolikami pod lewą ścianą, stół bilardowy. Na ścianach były porozwieszane czarno białe zdjęcia zegarów, na których każdy z nich przedstawiał inną godzinę. Zrobili kilka kroków. Podłoga, mimo, że płaska, zachowywała się jak guma, uginająca się pod butami. W niektórych częściach podłogi była giętka jak żelka, albo całkiem płynna jak glut. W jeszcze innych miejscach wyrastały bąble jak w gotującym się gejzerze. Przy jednym ze stołów, siedział łysy starzec wyglądający na bezdomnego, z długim drewnianym kijem ręcznej roboty pilnujący właściciela. Był ubrany na czarno, na głowie miał czapkę konduktorską a samą twarz zdobił nos luźno zwisający mu pod brodą. Na stole leżał latawiec.

Leonardo i Nestor usiedli przy jednym ze stołów dokańczając swoje „silikonowe ręce”. Odprężyli się i czekali. Gdy skończyli pić, za nimi drzwi otworzyły się i do wewnątrz wparował dźwięk uderzających się o siebie drewnianych klocków. Kolejna postać zaczęła wchodzić do środka. Była to kobieta, zrobiona w całości z drewna, jak kukiełkowa laleczka. Jej ruchy pozbawione były symetrii i sensu. Klekotała idąc uderzając o wszystko, szła nierównomiernie przewracając się i wspomagającwszystkimi częściami ciała. Usiadła i rozwaliła się na krześle, robiąc przy tym mnóstwo hałasu. Stary z czapką konduktorską wyrwał się ze snu.
- O pani rozklekotana, wszędzie się wala!
Kobieta podniosła się, spojrzała na pasożyta, który ją obgaduje i rozsypała się na stole. Nestor spojrzał za okno za którym widział gruzowisko z jednego ze swoich snów. Pełno szczurów biegało i okrążało krzesło na którym siedział martwy król. Wyprostował się na włochatym krześle, będąc pewnym że podłoże oddycha.

Leonardo w tym czasie wyciągał ze swoich kieszeni różnego rodzaju lusterka. Składował je wszystkie na stole. Widocznie przedstawiały tutaj jakąś wartość, równie wielką jak pieniądze, bo oczy wszystkich naokoło skupiły się przez moment tylko na nich.
- Na kogo my właściwie czekamy?
- NaLisiwęża. W zamian za lusterka odda nam dusze dzieci.
- To takie łatwe? Zaraz! Przecież to wiedźma jest w posiadaniu dzieci!
- Tak. Lisiwąż to jej prawa ręka. To on przechowuje je dla niej.
- I on odda nam je za kilka lusterek?
- Nawet nie wiesz ile one są tutaj warte, ale uda nam się, bo ten gad to okropny chytrus.

Na rękę Nestora spadł płatek śniegu. Jednak nie wyczuł żeby był zimny. Zaczynało ich jednak przybywać. Następnemu przyjrzał się uważniej.
- To nie śnieg…
- Zaczyna pylić. – Wtrącił Leonardo.- To jedna z pór roku. Pylenie. Inne to: opadanie, wznoszenie, wykluwanie, rozkwitanie i przekwitanie.

Spod drzwi zaczął sunąc wąż. Był ogromny, cały obrośnięty pomarańczowym futrem i a zamiast normalnej wężowej głowy, miał lisią. Pełzał w ich stronę i zaczął oplątywać nogę Leonarda, sunąc coraz wyżej oplątując go niczym boa dusiciel. Zasyczał, gdy był przy jego twarzy, wyciągając przy tym długi, przecięty język którym dotknął jego skóry.
- Ach, Leonardo, smakujesz jak zawsze niezwykle trupio. Czego ode mnie chcesz?
Mówiąc to spojrzał na stertę lusterek, która wyraźnie powiększyła się od ostatniego razu.
- Chcemy czegoś za te lusterka. Ty już wiesz, co. Po cóż innego miałbym przychodzić?
- Wiesz, jakie są zasady.
Leonardo wskazał palcem na Nestora. Lisiwąż odwrócił się i zbadał go wzrokiem.
- To niby jest on? I mam niby uwierzyć?
- Jak inaczej by się tu dostał.
- Poprzez śmierć.
- A może chcesz mu sprawdzić puls?

Lisiwąż objął wzrokiem Leonarda, zsunął się trochę i przechylił poprzez stół.
- Zbliż się trochę młody, nie widzisz, że nie dosięgnę?
Nestor spojrzał na niego, wstał z krzesła i przybliżył się do niego, nie wiedząc, po co.
- Bliżej chłopcze, przecież cię nie zjem.
- Tu akurat bym się kłócił. – Wtrącił Leonardo. – Nestor momentalnie odchylił się do tyłu.
- Nie oddalaj się, ten dureń żartował.
Nestor spojrzał na Leonarda, który uśmiechając się pokiwał głową. Lisiwąż przytulił się do jego szyi i zaczął nasłuchiwać, wyczuwając puls. Po kilku sekundach oderwał się i wrócił.
- Na moje futro.
- Dokonujemy wymiany. – Oznajmił nie czekając aż ten się namyśli.
- Jednak pod jednym warunkiem. Wiedźma nie może się dowiedzieć, inaczej wiesz, co się ze mną stanie, a ja cenię sobie życie, niż wszystko inne. Macie ją unicestwić, na zawsze, by nie stwarzała dla mnie i nikogo zagrożenia. Jeśli ci się nie uda, czym prędzej przynieś mi przedmioty z powrotem. Jeśli coś nie wypali, powiem, że mnie okradliście. Więc uważaj na siebie.

Spod futra wyciągnął dwie małe łapki w fazie zaniku.
- Coraz bardziej staję się wężem aniżeli lisem. To wszystko przez moich starych. Że też wąż musiał się hajtnąć z lisicą. Z początku byłem lisem, a teraz to.
Nestor zaczął cichutko podśmiechiwać.
- Bardzo śmieszne młody człowieku, zobaczymy jak ty się będziesz zmieniał.
- Nie będę się zmieniał.
- Na pewno będziesz w fazie dojrzewania.
- Ale na pewno nie w węża.
Dobry humor pozostał na twarzy Nestora jeszcze przez chwilę. Małe ręce Lisiwęża pogrzebały gdzieś po futrze i wycisnęły małe kości i czaszkę szczura. Rzucił nimi na stół.
- Kości zostały rzucone. – Powiedział rozbawiony Leonardo.
- Znalazłeś gałązki, mały? – Spytał Lisiwąż.
Nestor popatrzył na niego i zaraz na Leonarda, po czym skinął głową. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął trzy pęczki gałązek. Położył je na stole.
- Co teraz? – Spytał Nestor
- Zamówię wam taksówkę, by was zawiozła na Martwe Pole.
- Co mam tam zrobić, jak już tam będziemy? – Spytał niepostrzeżenie Leonardo
- Dowiesz się w swoim czasie. Gdy już tam będziesz, sam na to wpadniesz.

Lisiwąż zaczął sunąć z powrotem wzdłuż nogi Leonarda. Z lusterkami wypełzł na zewnątrz przez jedną ze szpar w oknie. Nestor i Leonardo wstali i przeszli przez bar, wyrzucając zużyte dłonie po silikonie. Wyszli przed bar. Leonardo poklepał Nestora po ramieniu, którego opanowała fala strachu. Bał się, że sobie nie poradzi. A po dłuższej chwili poczuł, że chce mu się płakać.

 

Po mniej więcej kwadransie, czerwone światło zaczęło nadjeżdżać z dala, zataczać okrąg i podjeżdżać pod „Kącik Dziecięcy”. Była cała oblepiona najprzeróżniejszymi nalepkami jak torba bagażowa po wielu podróżach. Kierowcą był osobnik o zielonkawej skórze i piwnym oddechu. Miał na głowie czapkę z daszkiem i dwie ogromne gałki oczne, sięgające swym wzrokiem pewnie ponad przeciętność realnego świata. Gdy tylko drzwi się zamknęły, taksówka ruszyła. Nestor przyglądając się jego potylicy, dostrzegł dużą plamę pośród włosów. Nieznacznie pochylił się do przodu, wytężając wzrok. Z trudem mógł uwierzyć, że to zakrzepła krew, po olbrzymiej ranie. Być może wystrzału z pistoletu.

Przez całą drogę milczeli. Taksówkarz wydawał z siebie tylko przypadkowe rzężenia. Nestor tymczasem oglądał obraz za oknem, chcąc by ta jazda trwała w nieskończoność. Samochód natomiast buczał, jeżdżąc po wyboistej drodze. Drążyli przez ogromną, piaskową, czerwoną pustynie. Obraz falował przed oczami, jak podczas upału, którego nie było. Może jesteśmy w piekle? – Pomyślał Nestor.

Wszystko, nawet niebo było w tym samym kolorze. Nestor nie wiedział jak ma odbierać ten dziwny znak. Im głębiej wjeżdżali w pustynie, tym obraz za oknem był coraz bardziej straszny i odrealniony od wszystkiego, co Nestor do tej pory widział. Jechali pomiędzy szkieletami olbrzymich wielorybów, rekinów i ryb, nad którymi unosiły się sępy i kruki, wydziobując resztki pozostałej padliny. Wjechali pomiędzy starożytne budowle, lecz ich pozostałości nie były szczątkami żadnej z istniejących kultur. Mimo starości, budowle te miały coś z nowoczesnej architektury. A może to świat przyszłości, który maluje się w niebezpiecznych barwach? – Pomyślał znowu.

Kolejny pejzaż przedstawiał pole leżących psów, nieruchomych i rozdartych, ale nadzwyczaj żywych. Gliniana ziemia od dawna już przesiąknięta była psią krwią. Te żywsze, podrygiwały w ostatnich konwulsjachulatującego życia. Chwila ta w tym miejscu trwać miała w nieskończoność. Dalej gdzie nie sięgał wzrok, w płachtach przy ogniskach siedziały okryte płaszczami żywe kościotrupy pterodaktyli, rozkoszujący się gotowanymi śmieciami. Na drodze stanęła im czarna jak smoła rzeka, w której gniło wszelkie życie. Rzeka odbijająca zgromadzone przez wieczność wszystkie nieczystości jakie spływały ze świata materii.
- Gdy w nią wpadniesz, do końca świata będziesz czekał na ekstazę, popijając własną ślinę, pośród pola martwego. – Powiedział taksówkarz zauważając, że rzeka go zainteresowała.

Taksówkarz pojechał wzdłuż rzeki, zachowując od niej przyzwoitą odległość. Przed nimi rozlegał się brzask. Przypominało niezwykle jasno świecące, zimowe słońce. Wjechali pomiędzy porozrzucane klocki. Porozmieszczane chaotycznie tworzyły labirynt kolorowych uliczek, szarych i beznamiętnych. W odpowiedniej chwili taksówkarz zaczął zwalniać. Dotarli do jednego z zakrętów. Przystanęli przy ścianie, za którą kryło się coś, co Nestor musi odkryć, i stawić czoła sam. Taksówkarz i Leonardo zostali w samochodzie.
- Będę czekać po drugiej stronie.
- Po drugiej stronie czego? – Spytał chłopiec
- Idź i znajdź bramę. Musisz to zrobić sam. Spokojnie, to nie jest trudne. Poradzisz sobie.
- Ale ja nie wiem co mam zrobić.
- Wystarczy, że przejdziesz przez bramę. Musisz być dzielny i nie zbaczać ze ścieżki. Walczysz o życie i wolność nie tylko pożartych przez wiedźmę dzieci, ale i swoich sióstr i samego siebie.

Nestor wyszedł z samochodu ze łzami na oczach. Nie miał wyboru. Przeszedł za ścianę za którą stała przechylona statua wolności. Wyglądała mizernie i zdecydowanie była zaprzeczeniem tego, czym miała być z założenie. To właśnie z niej biło światło rozświetlające dolinę. Oczy wolności, zdawały się go obserwować. Chłopiec kompletnie nie miał pojęcia, co ma zrobić. Jeśli największej z wolności, nie udaje się być wolnym, to dlaczego jemu miałoby się udać spełnić misję. Wszystko o czym pomyślał stawało się nierealne.

Chłopiec podszedł do niej i zaczął rękami przekopywać piasek spod niej, próbując ją uwolnić. Na nic się to nie zdawało. Piasek był sypki, i każdy ruch, każda praca, dawała ten sam efekt. Przeszedł wolno wokół niej, a gdy zaszedł ją od tyłuz żalem i strachem dostrzegł ogromny nóż wbity w jej plecy. Wolność została zabita. Nestor podszedł i zaczął z całych sił ciągnąć za rękojeść ogromnego noża. Ten nie ruszył się nawet o milimetr. Oparł się o niego w ostatnim tchnieniu, całkowicie zrezygnowany, że nie tylko mu się uda, ale, że nigdy nie wydostanie się z tego miejsca. Tymczasem nóż pod plecami zaczął ustępować mknąc ku górze. Cała figura zadrżała jak pod wpływem trzęsienia ziemi. Nestor zeskoczył z niej i przebiegł na bezpieczną odległość. Statua wolności zaczęła wynurzać się wolno z piachu, stając na obie nogi. Piach obsypywał się z niej, a sam posąg stawał się coraz bardziej potężny, wzbudzający respekt. Nóż osunął się z jej pleców i opadł na ziemię, wbijając się w piach. Przed nim spod ziemi wyrósł kociołek wiedźmy. Podszedł do niego i zajrzał do środka. Było to przejście, studnia, w którą z drugiej strony zaglądała wiedźma. Obok kotła, stał duży słoik wypełniony gęstą białą mgłą. Nestor podniósł go i rzucił się do wnętrza kotła, licząc, że Leonardo będzie tam już na niego czekał.

 

Wiedźma zaczęła się zbliżać w jego stronę. Chłopiec podniósł się oszołomiony. Po jej okropnie pomarszczonej twarzy z bezzębnego otworu, wyciekała ślina. Nestor próbował jeszcze bardziej wbić się w ziemię, a nuż może jest na tyle ślepa, że nie zdoła go zauważyć. Idąc chwiała się na boki. Jęczała suchym i pustym głosem.
- Masz słoik. Otwórz go! – Usłyszał krzyk z oddali należący do Leonardo.

Nestor spojrzał jeszcze raz na czarownicę i zaczął odkręcać słój. Nakrętka nie chciała puścić. Miała na około małe ząbki wgryzające się w kryształ słoika. Leonardo wstał i zaczął zmierzać ku niej, zatapiając się w mgłę. Nestor oparłszy się o drzewo, robił wszystko by otworzyć przeklęty słoik. Gdy zajrzał ponownie za Leonardo, jego i wiedźmy tam nie było. Nasłuchiwał przez chwilę. Coś szeptało w powietrzu. Szept wiedźmy. Poruszył się, chcąc się rozejrzeć. Wyczuwał, że jakimś cudem ona obserwuje go, a on jej nie może nawet dostrzec. Kłęby mgły zgęstniały jeszcze bardziej. Odwrócił się. Wisiała do góry nogami przed nim patrząc w niezadowoleniu. Nestor krzyknął swym dziecięcym głosem najgłośniej jak umiał, i rzucił się w bieg w nieważne, w jakim kierunku, bowiem wszędzie, gdzie jej nie ma jest bezpiecznie. Gdy się zmęczył, odwrócił się do tyłu, ale jej tam nie było. Zaraz niedaleko, usłyszał szelest. Stał jak sparaliżowany. Na szczęście był to tylko Leonardo, którego przywiódł jego krzyk. Wiedźma wyła okropnym, niskim głosem. Odpowiadało jej jedynie echo. Nestor znów za swych pleców usłyszał szept. Odwrócił się, ale nikogo nie było. Spojrzał do przodu i stała przed nim, ze ściśniętymi powiekami. Zaczęła wolno otwierać usta, powiększające się do niewyobrażalnych rozmiarów, rozciągając całą głowę jak guma. Wiedźma chciała go połknąć w całości. Płacząc upadł do tyłu, co go ostatecznie uratowało. Leonardo rzucił pęczkiem gałązek w starą wiedźmę. Dostała przechylając się w bok. Jej rozciągnięta twarz zafalowała.
- Otworzyłeś słoik?
- Nie chcę się otworzyć!
- O nie!
Przez umysł Leonarda przebiegła okropna myśl, że mały Nestor może nie być tym specjalnym dzieckiem. Nestor zaczął wstawać. Podniósł słoik i przyjrzał mu się.
- To nie możliwe! Tego się nie da otworzyć!
Nestor mając już dość, zamachnął się pełny złości i rzucił słoikiem w stronę wiedźmy, przez którą przeleciał i rozbił się o drzewo stojące za nią. Rozległy się dźwięki syczących węży. Dym spowijał czarownicę, a mgłę absorbowała nicość.
- Szybko, pomóż mi przewrócić kocioł! – Krzyknął Leonardo. Do ich uszu wciąż dolatywał szept wiedźmy. Kocioł przewrócił się, a z niego dobiegało niewidzialne bulgotanie i brzęczenie much. Wokół kotła zaczęły pojawiać się dziwaczne przedmioty, służące do zadawania kar takim jak ona.

Leonardo z kieszeni wyciągnął mały młoteczek i podszedł do wiedźmy. Beznamiętnie zamachnął się nim. Wiedźma pojękiwała dalej w nieznanym dialekcie.
- Każdy dostaje to, na co zasługuje. Przykro mi moje dziecko.– Niewidzialny strumień ciosu uderzał w nią, jeszcze zanim młotek zderzył się z jej głową. Nestor stracił przytomność i opadł na trawę.

 

W oddali lasu widać było małą metalową chatkę z piecem. Wszędzie były porozsypywane narzędzia tortur, a obok tego wszystkiego olbrzymi kocioł. Mgła błyskawicznie się przerzedzała. Starzec odrzucił młotek dysząc ciężko. Z głębi lasu wyszły zwierzęta. Zbliżyły się do Nestora. Leonardo natomiast podnosił jędzę i wrzucał ją do kotła, której otchłań momentalnie ją połknęła. Nad lasem szybowały ptaki skrzecząc jak obłąkane. Koza podeszła do Leonarda, nachylającego się nad malcem.
- Co z nim będzie? – Spytało zwierzę.
- Za jakąś godzinę znajdą go rodzice.
- Czy myślisz, że domyślą się, o co chodzi w tym zamieszaniu? Że odkryją, że te przedmioty to narzędzia wiedźmy?
- Gdy zobaczą fragmenty grobów, odkopią je i znajdą zwłoki dzieci, to się domyślą. Zresztą, teraz to już bez znaczenia.
- A co z małym? Gdy się obudzi i zacznie gadać? Może ktoś go podsłuchać, i albo wezmą go za wariata, albo znajdzie się ktoś, kto wie i szuka naszego świata.
- Gdy się przebudzi, będzie myślał, że to tylko zły i bardzo dziwny sen.
- Chodźmy. Możemy w końcu odejść. Wszyscy.

 

Leonardo i koza zaczęli odchodzić w stronę lasu. Ich sylwetki zatracały się tak samo jak mgła. Po jakieś kilku chwilach wszystko stawało się jedynie wspomnieniem, które już nigdy nie powróci. Kiedy zniknęli rodzice Nestora byli coraz bliżej. Matka pierwsza dostrzegła swoje dziecko. Podbiegła do niego, a za nią ojciec, który kątem oka dostrzegł groby. Zaraz przyszły jego dwie bliźniacze siostry, które otuliły go kocem. Nestor zaczął się przebudzać, lekko zdezorientowany gdzie jest. Był to ostatni dziwny sen, o krainie po drugiej stronie życia. Sen po którym zostały tylko gałązki w jego kieszeniach.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: