NIEOCZEKIWANE ZMIANY

Samuel Serwata

 

NIEOCZEKIWANE ZMIANY

 

Sprawa zaczęła się w momencie, kiedy zatrudnił mnie, przewoźnika firmy transportowej, jeden kurduplowaty Chińczyk. Podawał się on za jakąś szychę jakiejś tam wytwórni muzycznej. Wyglądał jakby miał z pięćdziesiąt lat, ale mógł ich mieć nawet pięćset. Tacy ludzie jak on zwykle żyją najdłużej, zatruwając życie tym krótko żyjącym. Do rzeczy. Za nim łysy bongo w hawajskiej koszuli, emigrant z dżungli, wyglądający jakby całkiem niedawno zrzucił z siebie zdobiące liście i przywdział strój normalnie ubierającego się człowieka. Chiński człowieczek zaczął nawijać coś po swojemu, a sepleniący, bełkoczący mamutu tłumaczył. Ja i szef by nie robić nikomu przykrości, udawaliśmy, że wszystko rozumiemy.
- Dobra, a teraz od początku. Czego chcecie, i jak wam możemy pomóc?

Po skończonej konwersacji mojego szefa z chińskim kurdupelkiem, której akcji tylko się przyglądałem.Chińczyk wręczył kilkanaście sytych banknotów mojemu szefowi, po czym z ciężarówki, którą przyjechał, jego ludzie wyciągnęli cztery kontenery z towarem. Zostawili nam je na naszym pięknym podjeździe i wyemigrowali stamtąd skąd przyjechali.

Wieczorem dostałem od szefa dwie ciężkie do strawienia wiadomości. Jedna mówiła o tym, że te kontenery mam rozwieść do czterech wytwórni rozprowadzających muzykę, w czterech różnych miejscach oddalonych o dwieście kilometrów każdy. Druga sprawiła, że dostałem ataku apopleksji. Kontenery były wyładowane kasetami magnetofonowymi z chińską muzyką. Nic, tylko życzyć szczęścia, pomyślności i dużo słońca. Zgodziłem się i tego samego wieczoru dostałem zaliczkę.

Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłem i umówiłem się na małe spotkanko, z moją uroczą dziewczyną. Ale dla dobra zachowania ciągu historii, nie będę zdradzał intymnych szczegółów tego spotkania. Raz, że nie jest to gniot hollywoodzki, a dwa, jak ktoś chce zobaczyć jak ktoś się pieprzy, to niech włączy sobie porno. A trzy, gówno kogokolwiek powinno to obchodzić jak spędziłem swój wolny wieczór. Oczywiście wieczór jak zawsze skończył się kłótnią:
- Jadę z Tobą.
- Nie jedziesz.
- I tak pojadę.
A potem pozostało mi zostać sam na sam z atlasem geograficznym. Gdyby nie to, moja nerwowość doprowadziłaby mnie do samoistnej zagłady, gdzie skończyłbym jako sepleniący wrak odziany w kaftan bezpieczeństwa; zamęczany do nieprzytomności muzyką relaksacyjną.

 

Nazajutrz rano na dworze było zimno i ciemno. Jakieś kilka chwil przed szóstą, siedzieliśmy już w załadowanym, opasłym skurczybyku i próbowałem wsadzić kluczyki do stacyjki. Po dziesięciu minutach nadal było zimno. Kierownica trzymała mnie żebym nie stracił równowagi. Podróżowaliśmy w krainie „ciemno jak w dupie”, w totalnej ciszy i bezruchu, czekając aż cieknące z nosa gluty zaczną zamarzać. Zastanawiałem się czy ci ludzie oszczędzają na świetle latarni, czy po prostu uważają, że nikt nie jeździ autostradą o szóstej rano. Minuty się dłużyły, a autostrada zdawała się nie mieć końca. Próbowaliśmy się zagrzać ocierając tyłkami o skórzane siedzenie. Wpadłem na ten pomysł, bo kiedyś ktoś mi mówił, że tarcie powoduje ciepło, czy cos takiego. Po czterech godzinach na horyzoncie widać już było najbliższycel naszej podróży.

Gdy dojeżdżaliśmy do wylotu z autostrady, zdarzyła się pierwsza z nieoczekiwanych i najbardziej wkurzających rzeczy, jaka tylko może przydarzyć się kierowcy ciężarówki. Pod koła samochodu wpadł cholerny królik. Cały samochód aż podskoczył, gdy go przejechałem. Zatrzymałem brzydala, cofnąłem i wkurzony wyszedłem z szoferki. Na jezdni leżał płaski omlet w barwach polskiej flagi. Wszystkie wnętrzności uformowały się w coś na kształt pizzy. Wsadziłem się z powrotem chcąc jechać dalej, omijając ofiarę wypadku, moja dziewczyna, niczym wyrwana z letargu, zainterweniowała.
- Co chcesz zrobić?
- Ominąć to ścierwo i jechać dalej.
- Ale to nieetyczne!
- To co? Zamierzasz wyjść na ulicę i zeskrobać paznokciami biedaka z jezdni?
- Muszę odprawić modły pogrzebowe, by dusza tego biednego zwierzęcia poszła do nieba. –Spojrzałem na nią, zastanawiając się czy dobrze usłyszałem.
- Ile ci to zajmie mniej więcej?
Popatrzyła się zastanawiając się nad czymś.
- Z jakieś pół godziny.
- Świetnie, to ja w te pół godziny załatwię jeden kontener, wrócę po ciebie i pojedziemy dalej.
- To jak tak to nie, jadę z tobą teraz.
- A króliczek?
- Rocznie ginie dwa tysiące królików przejechanych przez nie uważnych kierowców. Zresztą jeden w tę czy we tę, nie robi różnicy.
Zwolniłem sprzęgło, umiejętnie wyminąłem pana rozpłaszczonego i pojechaliśmy niesieni chłodem zimowego poranka.

Christine patrzyła się w szybę, odwrócona do mnie plecami, a ja zastanawiałem się jak zagaić rozmowę. Była trochę stuknięta i nigdy nie wiadomo było co zrobi.
- Wszystko w porządku? To przez tego królika? Zapomnij o nim, w porządku?
Wyrwała się i przekrwionymi oczami tocząc pianę z pyska wykrzyczała charczącym głosem.
- Sam o nim zapomnij ty ziemski pomiocie! – Naskoczyła na mnie z nieziemską furią. Kierownica wyskoczyła mi z rąk. Chciała mi się wgryźć w szyję, ale z całej siły odepchnąłem ją. Po odbiciu się od szyby, wróciła do normalności.
- Dobrze, niech będzie, jedźmy dalej. Nie zaprzątajmy sobie głowy pierdołami.

 

Po kwadransie podjechaliśmy pod duży pomarańczowy budynek. To tu czekała na nas pierwsza transakcja. Zaparkowaliśmy. Od strony oszklonych drzwi, podszedł do nas mały, gruby mongoidalny brodacz. Czarne kępy włosów wyrastały mu z nosa i łączyły brwi w jedną. Pewnie te czarne kłaki miał chyba nawet w odbycie. Wysiadłem z szoferki i przywitałem się udając, że jestem zadowolony ze swojej pracy. On nie dawał jednak takiego zadowolenia. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Rękę miał wilgotną a uścisk mdły.
- Co tak długo, do południa mam tu sterczeć?! Taka, pizgawica z rana a ci się ociągają.
- Trzeba się cieplej ubierać, a nie latać w syfiastym podkoszulku, i świecić dupą po okolicy.
- Chuj ci w dupę.
- Wiedziałem, że się dogadamy.
- Mów lepiej, co tam masz.
- Śliwki.
- Kto?
- Kasety magnetofonowe, za które masz zapłacić i rozprowadzić.
- Co za muza, amerykańska?
- Chińska.
- Świetnie, dobry żarcik synku.
- To nie żart.
- Nie róbcie jaj panowie… - Spojrzałem na dziewczynę. Nie usłyszała. Na szczęście. Chciałem jak najszybciej jechać dalej.
- Nie wezmę tego badziewia, ty łajzo.
Przynajmniej był rzeczowy. Sądziłem, że w życiu spotkało mnie już wszystko, ale oglądanie tej obrzydliwej mordy było czymś nowym. Z budynku wyszło dwóch młodych ludzi, ubranych w garniturki. Wyglądali jak dwaj tajni agenci z jakiegoś angielskiego hitu końca lat sześćdziesiątych. Pewnie w tamtych czasach dostaliby kilka prestiżowych nagród, ale jak to bywa z każdym nagradzanym filmem, po góra dwóch latach nikt nie chce go oglądać i filmy te kiszą się na półkach z przeceną na wyprzedaży.

Obaj stanęli po obu stronach naszego purpurowego brodacza, z bezgustnymi krawatami, i włosach na tłuszczu. Na ich twarzach przygłupów wykwitły głupkowate uśmieszki jakby prosto z reklam środków czyszczących.
- Mistrzu to nie czas, za dwie godziny słońce będzie w zenicie.
- Potrzeba całego słońca żeby naprawdę zrobić nam krzywdę, pierwsze promyki nic nam nie zrobią.

Postanowiłem się wtrącić, bo nie lubię jak ktoś coś szepcze przy mojej obecności. Niby skąd mam wiedzieć, czy mnie nie obgadują.
- Ej, co tam szepczecie?
- To męskie sprawy.
- A ja to, co? Panienka? To, że golę sobie nogi to inna sprawa.

 

Klatka piersiowa brodacza cała była porośnięta czarnymi kłakami. Zamiast sutków, których nie mogłem dostrzec, klatka otworzyła się jak powieka, zakrywając całą powierzchnię jego tułowia. Pojawiła się na niej gałka oczna, która po kilkakrotnym ruchu, zmniejszeniu i powiększeniu źrenicy, zapatrzyła się we mnie. Odwróciłem się i spojrzałem na dwóch agentów, własnoręcznie wyładowujących kontenery z mojej ciężarówki.
- Ej panowie, cieszę się, że lubicie chińską muzykę, ale w umowie jest, że możecie zabrać tylko jeden kontener.

Otworzyli jeden z łatwością jakby był pudełkiem zapałek. Wysypali całą zawartość na podjazd. Nim zdążyłem zareagować, cały podjazd wyglądał jak pogorzelisko stworzone z kaset magnetofonowych. Spojrzałem dyskretnie kątem oka do szoferki, co się dzieje z moją dziewczyną. Jednak trzeba ją było zostawić na autostradzie, ta głupia dziewucha machała do mnie beztrosko przylepiona twarzą do szyby z głupkowatym uśmiechem. Widocznie jej mózg, albo inny organ odpowiedzialny za myślenie, nie pojmował sytuacji, w jakiej się znajduję. Przeniosłem wzrok na szanownego brodacza, ale zamiast niego oczy spoczęły na gołym, pokrytym czarną sierścią, garbusie o głowie niczym wilk. Zamiast nóg miał kopyta, a między nogami zwierzęce genitalia, wystawione by zwrócić na nie uwagę płci przeciwnej.

Potwór był odrażający. Jego oczy były białe. Ślinił się obficie i wykręcał głową w różnych kierunkach. Jego wzrok zatrzymał się na mnie:
- Jestem człowiekiem, nazywam się Izydor.
- Z tym człowiekiem to bym się spierał. Ciekawe kim ja jestem?
- Zwierzyną łowną.
- William bardziej by mi odpowiadało.
- Widzę, że nie wierzysz mi, że jestem człowiekiem. Zadaj mi więc jakieś pytanie.
- No dobra. W takim razie ile mężczyzna ma palców? Myśl powoli, mamy dużo czasu.
- Dwadzieścia jeden.
- Czyli na fiucie też masz paznokcia?
- Ty to powiedziałeś. Widzisz, jestem lepszy!
- Uważaj, żebyś nie wytrącił mnie z równowagi!
- Wystarczy, że będziesz stał prosto.
- Wiesz co bym chciał?
- Mieć kilka fajnych dup?
- Jak ja bym wtedy wyglądał?

Inteligentną rozmowę przerwał jazgot dochodzący z szoferki ciężarówki. Przez moją głowę przebiegały fundamentalne pytania: Co ona tam do cholery robi? Dlaczego jest tak głośno? Potwór podający się za człowieka, dreptając pośród kaset z chińską muzyką rzucił:
- Odpalisz mi tą cielęcinkę, co masz w ciężarówce, a cię nie zabiję. Zgoda?
- Jaką cielęcinkę? Ja przewożę tylko kasety magnetofonowe. Dzisiaj przynajmniej. Zazwyczaj rozprowadzam kosiarki do trawy, słodycze, papierosy, broń, narkotyki…
- A ona?
- Chodzi ci o tą dziewczynę, co jest tam w środku? – Grałem w dalszym ciągu głupa.
- Tak, właśnie o nią, proponuję ci za nią korzystne propozycje.
- Po co ci ona? Nie możesz znaleźć sobie ładnej wilczycy?
- Irytujesz mnie. Daję ci chwilkę na głębokie przemyślenia. – Z wnętrza jego ciała, buchnęło powietrze. Zacharczał donośnie jak astmatyk w ostatnim stadium przemiany w nieboszczyka. Spojrzał na mnie, chyba chciał mnie przestraszyć.
- Uuu… Boję się. – Zażartowałem, ale odebrał to na poważnie.
- Prawidłowo. A teraz zobaczysz coś, co cię na pewno przekona.

Ziemia zaczęła się trząść. Twarz Izydora stała się niebezpiecznie groźna, aż mi ciarki
przeszły. Otoczenie się zatrzęsło, aż padłem na kasety. Wiatr przywiał za sobą stos starych papierów, które momentalnie zalały niebo. Skuliłem się na kasetach, nie mogąc znieść intensywnej nawałnicy. Zamknąłem oczy. Całym ciałem czułem wibracje rozkładających się czarnych dziur. Zacząłem sobie wyobrażać apokaliptyczne sceny. Myślałem, że skorupa ziemska zaraz pęknie i wpadnę w jej czeluści…

 

Gdy trzęsienie, wiatr i inne efekty specjalne ustały, postanowiłem wstać na obie nogi, nie całkiem pewny czy je jeszcze mam. Aż po horyzont rozciągały się zgliszcza. Bezkres wypełniony chaotycznie porozrzucanymi kasetami. Jedynym obiektem, jaki pozostał ze starego krajobrazu, był pomarańczowy budynek. Co pięć metrów w każdą stronę, oddalone od siebie pięły się w niebo kolumny, zakończone gargulcami przypominające zdeformowane misie.
- I co o tym myślisz? – Spytał potwór.
- Gdzie moja ciężarówka?
- Proponuję ci układ. – Kontynuował niezłomny.
- Wal, tylko szybko, mam jeszcze trzy kontenery do rozwiezienia.
Dwaj pomagierzy snuli się wokół mnie, czekając na moją reakcję. Wsłuchałem się przejmujący głos Izydora. Ten gość zarobiłby miliony będąc piosenkarzem.
- A więc, zatrzymamy twoją ziemską oblubienicę, w zamian za to podaruję ci więcej niż zaproponowałem dotąd istocie ludzkiej. Wydłużę ci życie do trzystu lat, dam posiadłość z dala od ludzi. Nie będziesz musiał pracować, a jedzenie będzie na wyciagnięcie ręki. I jak?
- Zastanowię się.
- Proszę, ja mam wieczność przed sobą.
Nie chciałem zbytnio oddawać mojej kochanej Christine, ale jednak z drugiej strony propozycja była kusząca. Obserwowałem, dwóch sługusów stojących obok Izydora.
- A jeśli powiem, że nie? Samotność nie za bardzo mi się widzi, lubię zawierać przyjaźnie.
- A zatem je dostaniesz.

Jeden z nich ściągnął przeciwsłoneczne okulary. Jego oczy momentalnie zalały się czerwienią. Zastanawiałem się. Jeśli odmówię, pewnie mnie zabiją, więc najlepiej się zgodzić. Postanowiłem płynąć z falami gnojówki, czyli wyrwać się ze szponów, i czekać na samoistny rozwój wydarzeń. Młodzieniec w garniturku wyszczerzył kły, po których zaczęła spływać ślina.
- Rany, stary idź jak najszybciej do dentysty z tymi zębami, mówię ci jak przyjacielowi.
Zacharczał na mnie marszcząc brwi.
- Co ty stary, jesteś jakimś psem?

Śmierdziel rozpędził się prosto na mnie chcąc mnie zaatakować. Próbowałem się odsunąć ale nie zdążyłem i razem wpadliśmy w morze chińskiej muzyki. Leżał na mnie a ja go trzymałem z całej siły, by jego ślina nie skapywała na moją koszulę. Jego mimika twarzy utwierdziła mnie w przekonaniu, że moje myśli biegną dobrym torem i zaraz dosłownie wrzuci mnie na ząb. Trzymałem go z całej swojej siły, ale skurczybyk był silniejszy. Po raz kolejny próbowałem go z siebie zrzucić, ale drań zaczął drapać paznokietkami po mojej ślicznej twarzyczce. Kolejna kropla śliny spłynęła do mojego oka które okropnie zapiekło. Nie wiem, co było jej składnikiem, ale doprowadziło mnie to do ostrej furii. Kopnąłem go kolanem w miejsce w którym powinien mieć genitalia. Rozluźnił uścisk, ale opadając na mnie wgryzł mi się tymi swoimi kłami w szyję. Ponownie piekący ból przeszył moje ciało. Krzyknąłem nie mogąc wytrzymać bólu i momentalnie postanowiłem ripostować. Odpowiedziałem kontratakiem, tym razem jemu wgryzając się w szyję tak głęboko jak pozwalała mi moja żuchwa. Usta wypełnił mi słodkawy smak jego krwi. Zacząłem mechanicznie poruszać zębami rozszarpując jego skórę. Strużki krwi tryskały na wszystkie strony z rozerwanych przeze mnie żył. Gdy tylko przestały się wić w moich ustach, zwolniłem uścisk i je wypuściłem. Gad padł martwy.

Wstałem, splunąłem resztkami jego krwi i pewnym krokiem podszedłem do Izydora. Próbowałem, o ile było to możliwe, przybrać bojowe nastawienie. Byłem żądny krwi. Potwór jednak był naprawdę wystraszony i prawdopodobnie obmyślał w jaki sposób wykaraskać się z zaistniałego problemu. Podszedłem i zacharczałem mu prosto w twarz  i splunąłem mu w oko flegmą wymieszaną ze wszystkimi innymi wydzielinami około żołądkowymi. Będąc pod presją, nie mógł z siebie wydusić żadnego słowa. Niemal błagalnym tonem, na granicy histerii, przetarł oko palcem i powiedział.
- No, co mi zrobiłeś?…
- No już, nie płacz. Namyśliłem się, co do twojej propozycji. Na warunkach, które postawiłeś zgadzam się. Świętuj. Christine, będzie mi ciebie brakować. – Powiedziałem sam do siebie. – Przez kilka pierwszych tygodni.

Procesy życiowe monstrum uległy natychmiastowej degradacji i na jedną krótką chwile zatrzymały się. Po jego twarzy popłynęły strużki łez. Mógł jedynie wyjęczeć:
- Dziękuję ci. Jestem taki szczęśliwy! – Teraz to się rozpłakał jak dewotka przy brazylijskiej telenoweli. Podałem mu swoją dłoń, którą on bez wahania uścisnął.
- Masz o nią dbać. A jak ci się znudzi, możemy odświeżyć umowę i przybądź wtedy do mnie.
Uśmiechnął się na znak, że podoba mu się taka koncepcja.

 

I tak dobrnęliśmy do końca tej debilnej historii, która wyjaśnia o moim obecnym położeniu, na tym cholernym zadupiu. 140 Km do najbliższej osady ludzkiej, cuchnąca rudera, do której nie można wejść. W dodatku mam na karku siedem gadających ptaków różnych gatunków.

Siedzę na ganku w podartych łachach i chowam się przed gorącym słońcem.
- Nie bluzgaj tyle misiu, masz 10 metrów od domu oddalony sklep spożywczy z zapasem pożywienia na cały miesiąc. – Zaskrzeczała wrona, chcąc być miła. I na dodatek te cholerne ptaki dosyć, że gadają to w dodatku są nieśmiertelne.
- Nie skrzecz tyle, bo dostaniesz w dziób. – Wronisko skrzywiło się chowając urazę.
- Ajajaj. Nieszczęśnik. – Wtrącił sęp. Siedzący na drewnianym płotku otaczający ganek.
- Chcesz w mordę? Co?! No gadaj?! Chcesz się bić?!!
- Dobra kochasiu uspokój się.
Kryłem się pod zadaszeniem tego spróchniałego ganku, była to jedyna rzecz, jaka osłaniała mnie przed usmażeniem, ale i tak się pociłem jak kurczak na patelni. Odkąd tu jestem, od miesiąca, nie znalazłem sobie żadnego konstruktywnego zajęcia i chyba nie znajdę. Przynajmniej nie tutaj, bo jest to raczej niewykonalne, chyba, że moi gadający przyjaciele wymyślą jakieś zajęcie. Ale jak na razie, miałem ochotę odnowić zawartą umowę.
- Mój boże, jeszcze tylko 299 lat i 333 dni. Chyba popełnię harakiri.
- Przepraszam bardzo, według moich kalkulacji 299 lat i 334 dni, akurat wtedy wypada rok przestępny. – Pragnęła zauważyć sowa.
- Nie bądź taka mądra, bo dostaniesz w czachę i skończy się twoje filozofowanie.
- No, tylko proszę bez wulgaryzmów. – Oczytany debil, myśli, że jak doczytał do końca teorię względności Einsteina i czyta Hawking’a to myśli, że jest geniuszem.
- Wiesz, że wszyscy ludzie pochodzą od małp, a Polacy od słonia?
- Ta? Zajebiście! Ale co ma jedno do drugiego i zarazem do obecnej sytuacji?
- Wspólny element. Ludzie.
- Srudzie. Nie myśl tyle, bo twój mały ptasi móżdżek się przegrzeje. Zresztą boli mnie głowa, więcej przestań łaskawie skrzeczeć tyle.
- Akurat.                                                                       
- Ostrzeżenie: Zaraz ciebie będzie bolała, jeśli się nie zamkniesz, zrobię z ciebie ptasie piure.
- Wiesz jak się nazywa najstarszy przejaw wielogłosowości w muzyce?
- Do dupy mi to potrzebne wiedzieć!
- Niedouczony, zdegenerowany kawał wieśniaka.
- Tak jasne, zaraz moja pięść wyśle cię do ciepłych krajów.
- Ple, ple, ple, ple, ple… - po chwili dodając. – Polly chcieć krakersa. Żreć krakersa!
- Wiesz, znam jeden dowcip o sowach. Posłuchaj. Siedzą trzy głuche sowy na gałęzi, i jedna mówi: „wy się na sztuce nie znacie”. Po chwili druga przemawia: „a wy się na sztuce nie znacie.” A po chwili ostatnia: „A ja was w dupie.”…

Oczywiście moją życiową dewizą jest umiej śmiać się z siebie samego, jednak sowa nie popierała mojego geniuszu.Za to ja i reszta ptaków śmialiśmy się do rozpuku, oczywiście oprócz gołębia, który był głuchy i nie wiedział, o czym mowa. A z płotu na ziemięziemię spadł dodo, nie mogąc pohamować śmiechu.

Moje ręce robola, zdobiły paznokcie. Długie na cały centymetr, były nawet wbrew pozorom czyste. Mimo, że na tym pustkowiu trudno o wodę. Tu chodziło o coś więcej. Ja, nie lubiłem obcinania paznokci, ten dźwięk, dziwaczne uczucie. Poza tym to całe zamieszanie z tymi kurduplowatymi nożyczkami lub obcinarkami do paznokci. Nie lubiłem tego i już. Spojrzałem na swoją lewą rękę jakby była czymś niezwykłym i podniosłem ją do góry. Wyprostowałem palce i przejrzałem dłoń w słońcu, jakby była przeźroczysta. Wszystkie ptaszydła również zwróciły z zaciekawieniem wzrok na nią. Zacisnąłem pięść, pozwalając aż moje nazbyt przydługawe paznokcie powbijały mi się w środek dłoni. Przedarły się przez skórę i wbiły jak najgłębiej tylko mogły. Poczułem pieczenie i ból, ale był on znośny i nie wykrzywiał tak bardzo moich mięśni twarzy. Byłem wytrwały, cierpliwy, wytrzymały, inteligentny, przystojny, odważny…
- Przestań sam do siebie bredzić tylko do rzeczy. – Powiedział jastrząb, który się niecierpliwił. Posłałem mu gniewne spojrzenie, na które wyszczerzył zęby, wprost idealne.
- Nie podsłuchuj mojego monologu wewnętrznego!

Po dłoni popłynęły strużki krwi, na przegubie zlewające się w jeden. Pod miejsce gdzie krew miała zaraz skapnąć podłożyłem chińską miseczkę. Nie wiem, u nich pije się z takiego czegoś sake albo herbatkę, ale tutaj służy jako popielniczka. Jednak jak na popielniczkę była czysta, rzekłbym nawet, ze w ogóle nieużywana.

Ściskałem rękę żeby popłynęło jej na tyle by wypełniła się cała swoją objętością. Gdy już była pełna, zwolniłem uścisk, wyjąłem z rany paznokcie, wtedy czując ostry, piekący ból. Chwyciłem prawą ręką naczynie i podniosłem w stronę słońca, wykonując gest „dziękuję” i zanurzyłem w niej usta, delektując się smakiem własnej krwi. Niczym delikatnym, wytrawnym, słodkim winem. Odprężyłem się wygodnie i odstawiłem ją. Wtedy wszystkie ptaki poderwały się do lotu latając we wszystkie strony, śpiewając i krzycząc „Niech żyję William niech żyję nam tysiąc lat!”
- No, tylko bez takich mi tu durnych życzeń.
I tak miało się to toczyć jeszcze długo… Cholernie długo.Definitywnie miałem dość.
- Dobrze, że nie targowałem się z nim o nieśmiertelność.
- Kwa, kwa, kwa, kwa… -  powiedział jastrząb.
- Zamknij się durniu, próbuję myśleć.
- Dodooo…- Powiedział, zaciągając ostatnie „o” ptak dodo.

Patrzyłem na płaską, biało-czerwono-niebieską miseczkę, Patrzyłem na nią, a ona na mnie. Najbardziej wkurzający jednak był napis na spodzie, który przypominał mi o mojej ostatniej misji.

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: