Iskierka Nadziei

STALOWA MAGNOLIA

 

 

 ISKIERKA NADZIEI

 

1.
Ta data dla mnie nie istnieje. Nie istnieje i już. Nie pytaj dlaczego. On też już nie pyta. Piję kolejną filiżankę espresso z podwójną dawką kofeiny i cukru. Ostatnią. Chyba. Czuję, jak serce szaleńczo łomocze mi w piersi, dłonie drżą a czoło soczyście zalane jest zimnym potem. Śmierć na pełnych obrotach. Siedzę. Z oczami czerwonymi od płaczu, aranżuję spotkanie dwóch koleżanek. Jedna i druga mają na imię ŚMIERĆ. Tyle, że ta druga jest słodka. Słodka śmierć - brzmi absurdalnie, ale taki właśnie koniec czeka moją sponiewieraną osobę. Ewidentny obraz tragizmu i rozpaczy. Zmęczona twarz bez cienia uśmiechu, potargane w artystycznym nieładzie włosy. Artystycznym? Więc chyba ten artysta musiał mieć tak jak ja dziś - poważne problemy sam ze sobą. Wzdycham żałośnie. Sunę jak duch po panelach do pomieszczenia obok. Od niechcenia wyjmuję z dwumetrowej szafy pomięte dżinsy i bez życia zakładam je na siebie. Cholera. Zepsuty rozporek. Nie mogę w nich iść. Czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Wybucham histerycznym, głośnym płaczem. Ubieram spodnie z dresu świeżo wyprane i wyprasowane. Ale to jednak nie dżins. Znalazłam nawet czystą bluzę z dresowego kompletu. Zakładam ją na siebie i ... nie mogę. Zdejmuję ją pospiesznie chociaż jest mi w niej przyjemnie ciepło. Ona pachnie jego perfumami a ten zapach przywołał w mojej głowie najpiękniejsze wspomnienia. Niedbale ciskam ubraniem gdzieś w kąt pokoju, rzucam się nerwowo na łóżko i zaczynam płakać. Płaczę z bólu i tęsknoty. Tęsknoty za nim. Za wariatem, który sprawił, że ostatnie pół roku mojego życia było bajką. Bajką, która skończyła się wraz z jego odejściem. Jego życie pękło jak mydlana bańka. Na biurku mam jego fotkę - zielonooki rudzielec szeroko szczerzący się do aparatu. Dziś go już ze mną nie ma. Cholera. Był dwudziesty pierwszy grudnia dwa tysiące dwunastego roku. Miał nastąpić koniec świata, lecz nastąpił inny koniec, którego przepraszam, ale nie potrafię sobie wybaczyć. Rudy to wariat. Wiedział, że jest wyjątkowy. Z nim nigdy nie było nudy. A dziś? Ze smoczymi łzami w oczach, potwornym ściskiem w gardle i poczuciem wewnętrznej pustki w sercu, prawie siłą wciskam na siebie nowe, czarne, materiałowe spodnie, szarą bluzkę z czarnym motywem nuty i żałobną marynarkę. Dziś po raz ostatni zabrzmią dla Ciebie dźwięki organów i kościelnej trąbki. Z trudem udaje mi się uczesać. Włosy splatam w jeden warkocz, aby moje myśli choć na chwilę przestały krążyć wokół niego. Nie potrafię przestać myśleć. Myśli w mojej głowie są ciężkie i ciemne, niczym gęste kłęby dymu wydobywające się z kopalnianego komina. Rudy na pięć minut przed Świętami Bożego Narodzenia postanowił odebrać sobie życie. Dlaczego?! Gdzie był wtedy nasz Bóg?! Nie zdążyłam mu złożyć życzeń świątecznych. Jego telefon był wyłączony a ja planowałam się do niego wybrać dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Ubierając czarne kozaki do ciepłego, zamszowego płaszcza uświadamiam sobie, że to będzie ostatnia podróż. Jego i moja. Rudy w białej, drewnianej trumnie ze złotymi uchwytami, jego rodzice kroczący tuż za konwojem, ja obok nich a za nami pozostałe tłumy żałobników. Tego dnia moje serce umarło wraz z nim. Nie mam sił nawet płakać. Wiem, że powinnam, ale autentycznie nie mam na to sił. Wczoraj widziałam się z jego rodzicami i siostrą. Jego mama nie ma praktycznie kontaktu ze światem. Bierze takie proszki, iż wątpię, że wie jaki mamy dzień tygodnia. A to sobota - najgorszy dzień mojego życia. Dziś na zawsze pożegnam swojego przyjaciela, bo jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że już niedługo może go nie być obok. Kto w wieku lat dwudziestu myśli o śmierci? Ludzie zdają maturę, wybierają studia, uprawiają namiętny seks, imprezują, zdają egzamin na prawo jazdy, niejednokrotnie wychodzą za mąż lub się żenią. Po prostu zachłystują się życiem i czerpią z niego pełnymi garściami. A Rudy? Rudy nie żyje. W tym momencie nie dbam o swój wygląd i o to co czuję. A czuję się podle. Nic już nie przywróci życia Rudemu. Rudy nie żyje, a bluza z dresu jeszcze pachnie jego perfumami, po ostatniej wizycie u mnie. Brzydzę się sobą. Brzydzę się tym, że w takim momencie przychodzą mi na myśl przeróżne lubieżności z jego udziałem, ale to jest ostatnie moje wspomnienie o nim, jakie mam. Odkąd pamiętam, był totalnym świrem. Wariatem. Znamy się od dzieciństwa. Kurwa. Znów się na tym przyłapuję. Mówię o nim tak, jakby wyszedł tylko po chleb. Jakby miał zaraz wrócić. Od dziś muszę uczyć się żyć na nowo i mówić o Rudym w czasie przeszłym. To takie trudne...
A wracając do kwestii jego różnych wariactw, ja starałam się mu nie ustępować, ale zawsze przekonał mnie do wszystkiego swoim uroczym spojrzeniem i ciepłem swojego ciała, kiedy mnie przytulał.
Pamiętam wieczór, nasz wspólny wieczór, który spędziliśmy razem, na kilka godzin przed Twoim wyjazdem. Konfetti, świece i niedokończona kolacja..., bo nagle ni stąd ni zowąd po kilku lampkach toskańskiego wina wylądowałam w Twoich ramionach i ... nie pamiętam co było dalej. Nazajutrz budzi mnie jakieś dziwne, przemiłe uczucie. Otwieram oczy. Mój mózg wskakuje na coraz wyższe obroty, a moje ciało zdaje się być bezwładne. A więc to nie sen. Rudy? Po chwili czuję na swoim ciele ciepły oddech i orientuję się, że nie dokończył chyba tego, co zaczął. Co zaczęliśmy razem. Do tanga zawsze przecież trzeba dwojga. W Twoich ramionach czułam się jak królowa świata krocząca po perskim, czerwonym dywanie. Czym ja sobie zasłużyłam? Nie mam pojęcia, ale jest mi niebiańsko, Rudy...''. - czytam w notesie, który znalazłam robiąc porządki w swoich szpargałach, aby odsunąć myśli. Przyciskam do piersi ten mały kajecik i zalewam się potokiem łez. Za kilka chwil na zawsze już - pożegnam Rudego. Po raz ostatni. Przysłaniam twarz czarną woalką, aby nikt nie był w stanie dostrzec wciąż lejących się łez z moich oczu. Rzucam w kąt swoimi zapiskami i szykuję się do wyjścia. Zakładam czarne buty i już mnie nie ma. Nie ma Rudego, więc i mnie nie ma. Idę. Myślami jestem setki tysięcy kilometrów stąd. Przy Rudym? Niekoniecznie. Na chwilę próbuję oszukać mózg i skierować myśli na inne tory. Próbuję się zresetować. Idę za tłumem, potężnym tłumem czarnych, cichych cieni - to żałobnicy. Ciągle słyszę raz głośne, raz ciche odgłosy rozpaczy. Ja nie płaczę. Nie mam siły płakać. Jestem zupełnie spokojna. Zachowuję się trochę tak, jakby po zażyciu psychotropów. Idę ze spuszczoną głową, pogrążona we własnym świecie. Po kilku, a może kilkunastu minutach marszu docieramy z pozostałymi zebranymi pod małą, drewnianą kapliczkę, mieszczącą się tuż obok kościoła. Wybudowana została najprawdopodobniej w szesnastym wieku jak głosi przytwierdzona do jej przedniej ściany biała tabliczka dla zwiedzających i podróżnych. Co kilka lat proboszcz parafii zleca renowację obu budynków i przynajmniej parafianie wiedzą jak spożytkowane zostają datki na rzecz kościoła. Drzwi kapliczki są otwarte i wiem, że znajduje się tam trumna z ciałem mojego Przyjaciela. Przystaję na chwilę nieopodal wejścia i zastanawiam się czy powinnam tam wchodzić, czy dam radę wytrzymać jego widok emocjonalnie. Przywiewa nieprzyjemnym chłodem, więc zakładam na głowę czapkę i decyduję się wejść do środka. Oglądam się za siebie i widzę, że nikt inny nie jest zainteresowany ostatnim spojrzeniem na Rudego więc cichutko, prawie bezszelestnie zamykam za sobą drzwi. Z sekundy na sekundę w pomieszczeniu robi się coraz cieplej od mojego oddechu. Pocieram dłonie jedna o drugą, aby szybciej się rozgrzać. Delikatne, ciepłe oświetlenie kaplicy rzuca kilka smug światła na twarz Rudego. Jest piękna – jasna, gładka, bez najmniejszego defektu z delikatnym uśmiechem na ustach, które były słodkie jak miód. Uwielbiałam te kilka piegów wokół jego nosa, bo go wyróżniały wśród tłumu I co najważniejsze – wśród naszych znajomych i w moim sercu. Stojąc obok, nieśmiało i ostrożnie kładę swoją oblaną zimnym potem dłoń na jego splecionych jak do modlitwy dłoniach. Spoglądając na jego twarz, mam wrażenie, że gdy głaszczę jego dłonie – jego uśmiech staje się coraz bardziej wyraźny. Być może jest to nietaktowne z mojej strony w takiej sytuacji, ale będąc z nim przez te kilka krótkich chwil sam na sam, wyobrażam sobie, że w tym samym garniturze stoi teraz ze mną na ślubnym kobiercu, trzyma moją dłoń w swojej dłoni I wspólnie przysięgamy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską, dopóki śmierć nas nie rozłączy. Niemalże natychmiast pod wpływem tych wyobrażeń czuję, jak wilgotnieją mi oczy I w ciszy przerywanej jedynie pociągnięciami nosa, zalewam się łzami, które bezwstydnie leją mi się po policzkach. Praktycznie przestaję oddychać, kiedy jak grom z jasnego nieba dociera do mnie świadomość, że go KOCHAM. Zastygam I jestem przekonana, że I moje serce zaraz przestanie bić. Ale to niemożliwe. Moje serce już nie bije – beznamiętnie tłoczy tylko krew do żył I komórek, dzięki czemu fizycznie jeszcze jako tako egzystuję. Dlaczego nie zdążyłam mu tego powiedzieć? To wszystko jest takie niesprawiedliwe. Po chwili czuję czyiś dotyk na swoim ramieniu I do ostatniego pożegnania przy trumnie Rudego dołącza jego mama. Obejmuje mnie ramieniem ostatni raz spoglądając na twarz syna, drugą ręką gładzi go po zimnym policzku tak czule, jakby on tylko spał I wypuszczając mnie z uścisku, składa ostatni, troskliwy pocałunek na jego czole. Emocje I uczucia oraz mnóstwo wspomnień niczym klatki filmu tańczą w moich wnętrznościach szaleńczy taniec. Zalewa mnie potworna fala mdłości I jak najszybciej muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyswobadzam się z objęcia niedoszłej teściowej I wypadam z kapliczki. Ostre światło słońca bije po oczach oślepiając mnie na moment. Przed wejściem do kościoła widzę kilka znajomych mi twarzy. Delegacja pięciu uczniów z klasy Rudego trzyma dwa ogromne wieńce białych lilii. Niedaleko na uboczu stoi dwoje nauczycieli, w tym jego wychowawca I każde z nich trzyma małą wiązankę pogrzebową z kwiatami w kolorze ecru. W pewnym momencie znów ktoś mnie obejmuje ramieniem I widzę, jak czworo rosłych mężczyzn w śnieżnobiałych koszulach I eleganckich, gustownych marynarkach wchodzi w milczeniu do kaplicy, zamyka trumnę z Rudym I przykręca jej wieko srebrnymi, metalowymi śrubami. Dwoje z nich ustawia się po jednej stronie, a dwoje po drugiej stronie trumny, jednocześnie I harmonijnie jak na wojskową komendę unosząc ją do góry I kładąc na swoich barkach. Delikatnie, ale zręcznie obsługa pogrzebu stawia trumnę na katafalku I znika za drzwiami kościoła. Chcę pozwolić mamie Rudego I jego siostrze ustawić się bezpośrednio za trumną sama oddalając się, ale obie wiedzą, że byłam ważną osobą w życiu Rudego I przyciągają mnie do siebie więc jesteśmy zaraz za nim: Jego mama, siostra I ja. W tym samym momencie rozlegają się głośne dzwony nawołujące wszystkich zainteresowanych nabożeństwem do zebrania się w jednym miejscu. Ludzie gromadzą się I zasiadają w ławkach, zapełniając nawet zewnętrzne brzegi. Wewnątrz kościoła rozbłyskują światła a kościelny trębacz w asyście organistów przygrywa melodię Ciszy. Kiedy docierają do mnie pierwsze dźwięki pieśni - mam uczucie mnóstwa kamieni w żołądku a głowa pulsuje mi od nadmiaru bodźców wzrokowo-słuchowych. Idę i mam wrażenie, że ziemia dzisiejszego dnia zaraz rozstąpi się pod moimi nogami. Nie zjadłam śniadania? Możliwe. Widzę, jak wszystko wokół mnie wiruje i czuję, że zaraz zemdleję. Do moich uszu dobiega znikąd przeraźliwy chichot. Czarne sylwetki tańczą wokół, a ja się czuję jakby ktoś przybił mnie gwoździami do podłogi. Podnoszę głowę, aby zachłysnąć się świeżym powietrzem. Czuję, że zaczynam się dusić. Ktoś ze zgromadzonych spytał, czy potrzebuję lekarza, bo widok mnie z bladą jak ściana od emocji twarzą, nieobecnymi oczyma, łamiącym się głosem i duszącą się autentycznie osobowością - nie napawał optymizmem. Zgon na pogrzebie? Po chwili uświadamiam sobie, że nie wolno mi odwracać uwagi od Rudego i kierować jej na siebie. Wykrzywiam więc delikatnie usta na kształt taniego uśmiechu i oddalam się nieznacznie od zebranych. Zaczynam widzieć ogromne, czarne plamy i na wpół przytomnym umysłem zdaję sobie sprawę, że nie jest dobrze. Mam ochotę się rozebrać, bo mimo mrozu i sypiącego bez ustanku śniegu - jest mi potwornie gorąco. Po raz kolejny zachłystuję się powietrzem, czuję, że tracę przytomność i bezceremonialnie osuwam się na ziemię. Nie żyję? Jak mi dobrze. Za kilka chwil spotkam się z Rudym.
– Rudy! Zaczekaj na mnie! Już do Ciebie biegnę! Rudy! Zaczekaj!
Sunę ogromną, bezkresną polaną wśród nasączonych późnowiosennym słońcem śnieżnobiałych narcyzów, słoneczników i różnobarwnych gerberów. Zroszona porannym deszczem trawa, w jednym pasie przeplatana warkoczem dorodnych topoli, z drugiej zaś bujnymi koronami dumnie rozłożystych kasztanowców, delikatnie, ale przyjemnie łaskotała moje stopy. Spomiędzy zbratanych ze sobą drzew, które w rytm wiatru kołysały się to na prawo, to na lewo - nieśmiało wyłaniały się ciepłe promienie słońca. Nieznacznie koncentrując umysł i wytężając słuch, można było wychwycić kojący śpiew słowików, wesołe kukanie kukułek, czy żywiołowe postukiwanie dzięciołów. Rzucam się w półśnie jak opętana. Z ogromnym trudem próbuję złapać oddech...

2.
Budzę się. Przez kilka minut rozglądam się wokół. Ostry blask nowo wymienionych jarzeniówek agresywnie i bezlitośnie igra z moim wzrokiem, który nie nadąża rejestrować rozgrywającej się wokół mnie sytuacji. Leżę na niezbyt wygodnym, skrzypiącym łóżku i półprzytomna orientuję się, że nie mogę się podnieść.
Kolejnym wrażeniem, które szturmem wdzierało się w moje oszołomione jeszcze zmysły, był cudowny, pierwszej świeżości, miętowo – różany zapach pościeli. W momentach silnych, nieprzyjemnych dreszczy zimna, doraźnie, ale delikatnie koiła moją skórę. Jako jedyna była moim sprzymierzeńcem w tym pomieszczeniu. Miałam wrażenie, że pragnie ukryć mnie pod swoim pancerzem przed całym tym szaleństwem związanym ze śmiercią Rudego. Wierzyłam, a może tylko bardzo chciałam wierzyć, że stałyśmy się najbliższymi przyjaciółkami i że tylko ona mnie rozumie. Niestety – im bardziej chciałam się pod nią ukryć i powierzyć jej żal, który czułam do całego świata, tym bardziej drażniła mi skórę. W kulminacyjnym momencie tego obłędu byłam przekonana, że moja skóra pali się żywym ogniem. Bardzo boli mnie głowa. Czuję się jak w najbardziej rygorystycznym więzieniu bez możliwości rozmowy z adwokatem i przedterminowego zwolnienia. Mam na sobie coś na wzór piżamy po starszej siostrze. Co to ma znaczyć?!
- Gdzie ja jestem?! - dociera do mnie, że krzyczę.
Ludzie jak opętani biegają wokół mnie. Budzę się całkowicie. Jestem szczelnie poprzypinana do różnych dziwnych urządzeń i muszę leżeć. MUSZĘ LEŻEĆ?! KTO MI KAŻE?!
Jakaś czarownica z szerokim uśmiechem na twarzy i szaleństwem w oczach robi coś przy mojej ręce. Kątem oka dostrzegam, że sprawnie, ale delikatnie otwiera mały zaworek. To wenflon! Rozmazuje mi się jeszcze obraz przed oczyma, więc mój organizm musi być bardzo osłabiony. W powstałą szczelinę czarownica wsuwa strzykawkę z tajemniczym, bezbarwnym płynem. Chcę uciekać. Nie wiem co to za substancja. Może trucizna? Zawsze byłam grzeczną dziewczynką, która na lokalnych imprezach rozlewała do plastikowych kubków lemoniadę ze świeżych owoców, dzień wcześniej zerwanych z drzew I krzewów pobliskiego, bezpańskiego ogrodu. Myśli ciężko krążą po mojej głowie. Im bardziej próbuję zmusić się do myślenia, tym bardziej nic mi z tego nie wychodzi. Kompletnie nie podoba mi się zamieszanie, które się tu rozgrywa i mam nieodpartą ochotę się zbuntować. Z ogromną niecierpliwością czekam, aż wszyscy opuszczą ten lokal i w tym samym momencie rozlega się donośny dźwięk pagera jednej z osób w białym fartuchu oraz twarzowych okularach. Słysząc go, wszyscy jak na wojskową komendę w popłochu wybiegają z sali nie domykając za sobą drzwi. Oglądam sporo medycznych filmów I seriali, czytam też dużo książek I wiem, że dźwięk tego urządzenia nie zwiastuje nic dobrego. Najczęściej oznacza niedopilnowanego przez matkę poparzonego gorącym olejem kilkulatka, odciętą rękę emeryta z demencją, który sam chciał skonstruować drewniany domek dla wnucząt I nieporadnie postanowił wspomóc się piłą mechaniczną, albo miejscowego narkomana, który desperacko próbował odebrać sobie życie, decydując się na złoty strzał. Postanawiam nie tracić ani chwili i uciec stąd jak najszybciej. Muszę się wyswobodzić z tych wszystkich bliżej nieokreślonych dobrodziejstw, które mi tu zaserwowano i wiać jak najprędzej. Czuję niesamowity przypływ adrenaliny i determinacji. Wstaję z łóżka z przypiętą do ręki kroplówką i ciągnąc ją za sobą na stojaku, nieśmiało wysuwam głowę za drzwi. Widzę w oddali salę reanimacyjno-operacyjną, nad którą jaskrawym czerwonym kolorem świeci się napis: TRWA OPERACJA NIE WCHODZIĆ. Oznacza to, że przywieźli kogoś z wypadku, kto od razu kwalifikował się na stół operacyjny. Z sali dla pacjentów naprzeciwko, ktoś usiłuje wezwać lekarza, nieudolnie sięgając po dzwonek wiszący na kablu za łóżkiem. Współczuję człowiekowi, ale sama nie czuję się ani na siłach, ani na tyle kompetentna, by jakkolwiek mu pomóc. Wsuwam się z powrotem do sali razem z moim balastem na kółkach, gorączkowo rozglądając się wokół. Waniliowy kolor ścian wcale nie sprawia, że czuję się lepiej. Po raz kolejny bardzo chciałabym wymknąć się stąd niepostrzeżenie, ale co chwila ktoś z personelu wchodzi do dyżurki lub wychodzi z pokoju socjalnego. W jednej chwili gwar z korytarza jakby ucichł. Jako że na oddziale ani żywego ducha, postanawiam wkraść się do dyżurki I połknąć trochę proszków na ból. Nie myślę o tym, czy zgubny, czy zbawienny wpływ na mój organizm będą mieć te pastylki. Liczy się tylko to, że je połknę I już. Niewiele myśląc, po raz kolejny podchodzę do progu sali, szybko robię rozeznanie terenu i stwierdzam, że to co planuję ma szanse się udać. Jestem tak bardzo zdesperowana, że nie zważam już na nic. Bezczelnie ignoruję kolejny, kilkusekundowy napad silnych mdłości, który prawie przyprawia mnie o wymioty. Zdecydowanym, zamaszystym ruchem, próbuję wyrwać rurkę, ale kończy się tylko potwornym bólem, wskutek którego łzy napłynęły mi do oczu a usta wykrzywił nieznośny grymas cierpienia. Zaciskam zęby jak najmocniej potrafię, aż czuję, że zdrętwiała mi szczęka. Strużki krwi wypełniają moje usta. Przegryzłam wargę I bardzo mnie piecze, ale nic bardziej się teraz nie liczy, niż to by jak najprędzej stąd prysnąć. Ocieram wargi ręką, ale krew zdaje się lecieć jeszcze mocniej. W całym ferworze dziwnego samopoczucia i sytuacji, w której tkwię, nie zauważam, że silikonowy przewód częściowo wypełniony krwią a częściowo przezroczystym lekiem zaplątuje się o klamkę drzwi. Robię gwałtowny krok na przód i w tym samym momencie z impetem wyrywam wenflon przymocowany trzema plasterkami do mojej bladej jak pergamin, odwodnionej skóry. Czerwona ciecz automatycznie rozbryzguje się po całym korytarzu i kilka sekund później dociera do mnie wstrętny, piekąco-palący ból przedramienia. Odruchowo zaciskam zęby w nieznośnym grymasie bólu, z gardła ostatkami sił wydobywam słyszalny syk, a w moich oczach połyskują łzy. Drugą ręką nieporadnie próbuję walczyć z krwotokiem, ale ten zdecydowanie przybiera na sile. Z sekundy na sekundę jasne linoleum coraz bardziej przypominało arenę po hiszpańskiej corridzie niż szpitalny, sterylny hol. Z jednej strony biały pas ściany ozdobiony pracami Pabla Picassa w rozkwicie kariery, z drugiej zaś w oczekiwaniu na kolejne dzieła wielkich artystów został upstrzony brunatnym bohomazem. Całym ciężarem swojego ciała opieram się o ścianę i bezwładnie osuwam na zakrwawioną posadzkę. Po kilku minutach tracę wszystkie siły i czuję wszechogarniającą niemoc. Zasypiam. A może umieram? Mam złudne wrażenie, że spadam ze znacznej wysokości. Czuję się zupełnie tak, jakby ktoś odebrał mi możliwość podejmowania decyzji a całe życie przeżywa za mnie. Jestem więźniem własnego istnienia. To nie jest prawdziwe życie. Biorę głęboki wdech. Zasysam orzeźwiające powietrze do płuc i o dziwo - nie duszę się. Szybko oddaję naturze tlen i w tym samym momencie plastik przylegający do mojej twarzy wypełnia się parą od wewnątrz. Nie mam już wątpliwości, że to maska tlenowa, która wspiera mój oddech. Nie mogę wypowiedzieć słowa. Znowu mam ochotę krzyczeć. Nie potrafię. Wiem już, że jestem w szpitalu a czarownica, która jak wcześniej niesłusznie mi się wydawało próbowała zepchnąć mnie ze stromej skały zwanej życiem, okazała się moim wybawcą. Dowiedziałam się, że lek, który wstrzyknęła w moje krążenie, ureguluje pracę mojego serca. Patrzę w górę. Spojrzeniem naćpanym od medykamentów nieznanego mi pochodzenia - kształtuję sobie widnokrąg. Moją przyćmioną uwagę przyciąga wisząca, przezroczysta buteleczka połączona z moją ręką. To w tej buteleczce jest płyn, który sprawia, że czuję się tak a nie inaczej. Kropelka po kropelce wdziera się w moje ciało. Niech tak będzie. Nie mam siły z tym walczyć. Odwracam głowę. Dostrzegam zarys postaci pochylającej się nade mną. Drugą ręką niedbale przecieram twarz. Mama! Wstępuje we mnie życie. Chcę tańczyć! Śpiewać! Skakać! Jestem teraz autentycznie szczęśliwa. Bo mama jest obok. A ja? Zostałam uwięziona we własnym ciele i w tym przeklętym miejscu bez kolorów. Znów odwracam głowę. Chce mi się płakać. Przypomniałam sobie sen, który przyszedł w czasie, gdy byłam nieprzytomna. Rudy, mój słodki Rudy. Czekam na niego. Najbardziej wtedy, gdy jawa przegania się ze snem. Lecz jego nie ma. Jest tylko kamienne epitafium i niezliczone stosy kwiatów z różnymi dopiskami na pogrzebowych wstęgach.
Z powodu ostatnich wydarzeń, zarówno ilość jak i jakość mojego snu pozostawiały wiele do życzenia. Mój organizm był już tak rozregulowany i wycieńczony, że powoli traciłam rozeznanie czy w danej chwili za oknem panuje półmrok z powodu wschodu czy zachodu słońca. W ciągu kwadransa, co najmniej kilka razy spoglądałam na zegarek i usilnie, lecz bezskutecznie próbowałam zapamiętać, która jest godzina. Zaczęłam podejrzewać, że ktoś przywrócił moje funkcjonowanie do ustawień fabrycznych, bo wydawało mi się niebywałym, żeby nie móc zapamiętać jednego, krótkiego polecenia, wskazania smartwatcha sprzed chwili czy chociażby zakodować aktualny dzień tygodnia. Żeby tego było mało, aura za oknem szalała jak wściekła: jesienne, gęste krople na przemian z delikatnymi, subtelnymi płatkami białego puchu agresywnie uderzały w zewnętrzny, blaszany parapet i powodowały hałas, który bezlitośnie wybudzał mnie z letargu.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial