ICHIRIN NO HANA III

Krzysztof Zimorski

 

ICHIRIN NO HANA III

 

— Siemka Mati. — powiedziałem do idącego w moją stronę kolegi
— Siemka, czekaj, telefon. — Mateusz odebrał — Halo? Tak, już w szkole. Ty masz zawsze wyczucie, o której zadzwonić. Tak. Też cię kocham. Pa. — Mateusz schował komórkę do kieszeni — No co tam słychać u ciebie? — powiedział do mnie jakby nikt w ogóle do niego nie dzwonił

 

ROZDZIAŁ 0
NOWY POCZĄTEK


— Siemka Mati. — powiedziałem do idącego w moją stronę kolegi
— Siemka, czekaj, telefon. — Mateusz odebrał — Halo? Tak, już w szkole. Ty masz zawsze wyczucie, o której zadzwonić. Tak. Też cię kocham. Pa. — Mateusz schował komórkę do kieszeni — No co tam słychać u ciebie? — powiedział do mnie jakby nikt w ogóle do niego nie dzwonił
— Nudy, jak zwykle. — powiedziałem — A co u ciebie? Jakieś nowe akcje były?
— Żebyś wiedział! — Mateusz usiadł i zaczął opowiadać, co jego niezbyt rozgarnięci umysłowo koledzy robili, gdy on rozmawiał z nimi na Skypie. Około dwudziestu minut później, gdy przestałem się śmiać, Mateusz zapytał
— No, a jak tam Twoje opowiadanie?
— Skończyłem je. Dokładnie dwadzieścia rozdziałów epickiej historii. — wyciągnąłem komórkę — I to zapisaną na fonie w formie stronki. Chcesz przeczytać?
— Włączę blutufa i mi wyślesz.
Gdy wysłałem plik Mateusz zaczął czytać na swojej komórce te opowiadanie. W pewnym momencie zrobił dziwną minę i powiedział
— Czy według ciebie wyglądam jak Ishida z Bleacha?
— Wiesz, gdybyś troszkę zapuścił włosy i inaczej je uczesał… — powiedziałem trzymając dłonie ułożone jak to robią reżyserowie, gdy patrzą na czyjąś twarz — I założył białe szaty i miał ogromny łuk, to normalnie kropla w kroplę.
— Spoko. — zaśmiał się Mateusz i wrócił do lektury, by po chwili znów na mnie dziwnie spojrzeć — JA nie ma długich włosów.
— To Bartek. Kiedyś mi mówił, że sobie zapuści jak Ichigo. O, pani od szatni idzie.
Mateusz na te słowa schował komórkę do kieszeni, a ja szybko wyjąłem legitymację. Później zeszliśmy do szatni, gdzie odebrałem kluczyk do naszej szatni numa fynf in dojczland, namber fajf in inglisz, go po japońsku i pienć po polskiemu. Gdy odwiesiliśmy kurtki, Mateusz wrócił do lektury, a ja odpaliłem po cichu muzykę ze swojej komórki. Minęło kilkanaście minut, a może i więcej, gdy nagle usłyszałem za sobą „BU!”, co spowodowało u mnie podskok.
— Kurde, Oski. — mruknąłem — Skończyłem opo.
— O, fajnie. Poczytam sobie na jakieś wolnej lekcji. Dzisiaj chyba mamy relę i godzinę, nie?
— Nom. — potwierdził Mateusz
— No to super. O, cześć Patrycja. — Patrycja powiedziała cicho „cześć” i zaczęła ściągać kurtkę — Krzysiek skończył opowiadanie.
— To świetnie. — powiedziała Patrycja
— Wiesz, miałem pomysł, by dodać na końcu wycięty kawałek z jedynki… — Patrycja spojrzała na mnie wystraszona i wkurzona jednocześnie — Ale specjalnie dla ciebie tego nie zrobiłem.
— Mam nadzieję… — mruknęła Patrycja
***
W końcu, po kilku godzinach szkoły, cała nasza piątka wyszła z budynku i skierowała swe kroki ku przystankowi na Zachodniej. Oczywiście Oskar i Patrycja pojechali jednym tramwajem, Mateusz drugim, a ja z Bartkiem poszliśmy na przystanek autobusowy, oddalony o… nie wiem ile, ale troszkę z buta trzeba przejść.
— No, to teraz czekamy aż napiszesz trzecią część opowiadania, nie? — Bartek zmienił temat rozmowy
— Taa… — mruknąłem — W dwójce załamałem trochę czasoprzestrzeń i będę musiał troszkę ją nastawić w trójce, hehe. (mowa tu o zakończeniu Ichirin no Hana II)
— Ale wiesz, czego mi szkoda?
— Że nie pukałeś Alexis i Valeski?
— Ta…
— Spoko… może w trójce sobie popukasz…
— Hehehehehe — zaśmiał się Bartek
— Ty, stary! — doznałem nagłego olśnienia (także z racji padających na moją twarz promieni słonecznych) — Mam zarąbisty pomysł na urozmaicenie trójki!
— No, jaki? — zaciekawił się Bartek
— Mniej więcej co rozdział idziemy w kimę, nie? („iść w kimę” to znaczy spać, jakby ktoś nie wiedział)
— No…
— A gdybym tak wstawił to, co będzie mi się śnić? Nasza piątka w innych światach: Sonica, Minecrafta, CSa… i czegoś jeszcze…
— Dobre… Budzisz się, patrzysz na rękę i ła da fak, czemu ona jest kwadratowa. — Bartkowi wyraźnie mój pomysł przypadł do gustu.
— Tylko będę musiał wyciągnąć od reszty info do snów. Na przykład jaką postacią furry (antropomorficzne zwierzę) byliby i jakie mieliby moce, lub czym walczyliby w CSie, kumasz o co mi biega?
— Mówiąc furry masz na myśli ten komiks co pokazałeś mi na necie?
— Tak, ale nie w formie pornosa, tylko historii pełnej akcji.
— Spoko, bo już się bałem, że wszyscy przeczytają jakie ty masz fetysze.
— To nie są fetysze. Czytam dla fabuły, której…
— Nie opowiadaj mi o niej.
— Spoko. Tak czy siak, ty też będziesz furry… i mam problem, czy na pewno chcesz być nietoperzem.
— Lepszej opcji nie ma.
Jeśli kogoś to ciekawi to ten komiks znajdziecie na palcomix.com pod tytułem School Days. I nie, nie jestem zoofilem. I dodatkowo zapraszam do lektury opowiadania na podstawie tegoż komiksu mojego wykonania pt. „School Days: Old friends, New world”
I tak zaczęło się (dość toporne w przypadku postaci furry) zbieranie informacji do snów. Skończyło się, gdy Bartek wszedł do domu, a ja poszedłem na stację kolejową. Drogę do domu umilało mi wymyślanie scenariuszy do snów i powrotu do świata Lineage’a. Będąc już w domu, rzuciłem plecak obok kompa, wcisnąłem palcem u nogi duży guzik, odsunąłem trochę klawiaturę, przysunąłem sobie talerz z zupą i zacząłem jeść obiad. W międzyczasie komputer się uruchomił i po chwili przywitał mnie miły widok przewróconej dziewczyny z anime w skąpym świątecznym stroju. Odpaliłem programik do przyśpieszenia kompa i uruchomiłem grę. Szybkie logowanie się i wbijam do miasta moją płaską jasną elfką. Przy okazji mała ciekawostka: to dzięki niej powstało powiedzenie: „z przodu plecy, z tyłu plecy, pan Bóg stworzył cię dla hecy”, ale mniejsza. Pograłem trochę i poszedłem spać. Oczywiście leżałem jeszcze kilkanaście minut próbując zasnąć, gdy nagle usłyszałem huk przed domem. Wystraszony wyskoczyłem z łóżka i spojrzałem przez okno. Niestety dym zasłaniał mi widoczność, więc szybko ubrałem buty i zarzuciłem cienką kurtkę na siebie i zbiegłem na dół. Tam, zobaczyłem krater, który jeszcze się dymił. Obszedłem go z drugiej strony i ręką zdmuchnąłem część kłębów, bym mógł zobaczyć, co przyrżnęło tak mocno. Między kłębami połyskiwało jasne światełko. Gdy z moją pomocą, dym przestał się ulatniać, zobaczyłem, że w środku krateru znajduje się świecący kamyczek. Sprawdziłem, czy jeszcze jest gorący, szybko go dotykając. Kamyk był zimny. Wyjąłem go z krateru i obejrzałem. Wyglądał jak ładnie oszlifowany diament, tylko był jasnoniebieski i się świecił. W pewnym momencie zauważyłem, że w tym diamenciku coś siedzi. Przybliżyłem kamyk do oka, by dokładniej zobaczyć. To coś w środku zaczęło rosnąć. Z czasem zaczęło wyglądać znajomo. Coś jakby trzy liście, których łodygi, rozdzielając się i łącząc ponownie, skupiały się na dole.
— Eva’s Saint. (nazwa mojej profesji na najwyższym poziomie) — pomyślałem i znak błysnął. Nagle cały kamyk zaczął bardzo mocno świecić, więc zasłoniłem oczy. Z kamyka „wypłynęła” srebrna ciecz, która uformowała się w formę kobiety, w długich białych szatach.
— Krzysztof. Elficki Starszy. — usłyszałem jej głos. Był taki piękny i pełen spokoju.
— Skąd znasz moje imię? — mruknąłem otwierając lekko jedno oko, by spojrzeć na nią
— Znam każdego elfa i każdą elfkę.
— Kim jesteś?
— Wy, moje kochane dzieci, nazywanie mnie Drzewem Matką, gdyż taką formę mogę przyjąć w naszym świecie. Ale naprawdę zwę się Ewą.
— Zara, chwilunia. Ty jesteś tym drzewkiem w mieście elfów?
— Tak, moje dziecko.
— Dobra, spoko. A co chcesz od człowieka takiego jak ja?
— Człowiekiem jesteś tylko w tym świecie. Ja widzę cię jako młodego elfa.
— Ale co chcesz?
— Chcę, abyś dołączył do reszty. Gdy tam będziesz bezzwłocznie udaj się do mnie, a odpowiem na wszystkie twoje pytania.
— Masz na myśli…? — zacząłem, a Ewa skinęła głową
— Chodź. — powiedziała i wysunęła swoją rękę do mnie. Stałem tak chwilę, patrząc to na jej twarz, to na rękę.
— Szybko, nie mamy wiele czasu. — ponagliła mnie, a ja już chciałem ją złapać za rękę, ale zatrzymałem się i zapytałem
— Ile będę musiał tam być według tutejszego czasu?
— Nikt nie zauważy, że zniknąłeś. A teraz chodź. — powiedziała i złapałem jej dłoń. Ewa zaczęła nagle mocno świecić. Świeciła tak mocno, że musiałem zamknąć oczy. Chwilę później coś mnie pociągnęło i straciłem grunt pod stopami.

ICHIRIN NO HANA III

ROZDZIAŁ 1
MISJA

 

Po około minucie, moje stopy, znów poczuły grunt, a światło przestało razić mnie w oczy. Gdy je otworzyłem zobaczyłem polanę. Spojrzałem na siebie.
— Mam szaty Dark Crystal, a obok mnie leży mój stary obuch. — pomyślałem
Podniosłem go, a głowica natychmiast zapłonęła niebieską aurą. Rozejrzałem się wokół. Byłem sam jak palec. Pamiętając słowa Ewy postanowiłem działać. Chwila buszowania w pamięci i w następnej chwili rzuciłem czar powrotu. Pojawiłem się w mieście, którego nie mogłem sobie przypomnieć. Pokręciłem się chwilę bez celu i w końcu zaczepiłem krasnoluda z młotem na ramieniu.
— Przepraszam, mogę o coś zapytać?
— Wal śmiało, elfie.
— Gdzie jestem?
— W południowej części Aden.
— Dziękuję, a na północną część, to którędy?
— Widzisz tych dwóch ludzi? — krasnal wskazał wartowników po mojej lewej — Idziesz obok nich i jesteś na północnej części.
— Dzięki. No to do zobaczenia, miły krasnoludzie!
— Na razie! — krzyknął za mną krasnal, a ja pobiegłem do wartowników. Przeszedłem obok nich bez problemu, obaj spojrzeli tylko po mnie i nic więcej. W końcu zobaczyłem ładnie zdobioną kolumnę i długie schody. Minąłem ją i pobiegłem na górę. Tam zobaczyłem kobietę w białych szatach i dziwnym kapeluszu, która czarowała nad kolejnymi osobami. Szybko oklepałem swoją szatę w poszukiwaniu kasy. Wyjąłem z ukrytej kieszeni małą sakiewkę i ściskając ją w lekko spoconej dłoni podszedłem do kobiety.
— Kolejny do Giran? — zapytała
— Nie. Ja chciałbym się przenieść do miasta elfów.
— Dobrze. Ale najpierw zapłata.
Podałem jej sakiewkę, a kobieta szybko przeliczyła pieniądze i oddała mi część, poczym mruknęła zaklęcie. Chwilę później pojawiłem się w mieście elfów. Rozejrzałem się i nigdzie nie widziałem placu z wielkim drzewem. Postanowiłem znaleźć je sam. No, prawie, sam. Szedłem za grupką elfów noszących pierwsze ekwipunki. Niektórzy mieli łatwiejszy start, gdyż mieli drewniane laski albo pomarańczowo żółtą książkę w ręce. Nieświadomie elfy wyciągnęły mnie na główny plac. Tam szybko znalazłem cel mojej krótkiej podróży. Podszedłem do drzewa i spojrzałem na liście. Wyglądało jak zwyczajne drzewo. Nagle obok mnie usłyszałem szepty. Młoda elfka trzymała dłoń na drzewie i wyraźnie z nim rozmawiała. Po krótkim namyśle, postanowiłem pójść w jej ślady. Położyłem dłoń na korze i w umyśle usłyszałem
— Szybki jesteś.
Rozejrzałem się niepewnie, czy nikt sobie jaj ze mnie nie robi.
— Rozmawiam z tobą, gdy mnie dotykasz.
— Mhm… — mruknąłem
— Spróbuj powiedzieć coś w myślach. — usłyszałem
— Tarararara… — zanuciłem w myślach i głos zaśmiał się
— Śmieszny jesteś, moje dziecko. Ale teraz na poważnie… mogę cię o coś prosić?
— Hmm… Raczej tak. O ile jestem w stanie tego dokonać. — pomyślałem
— Myślę, że jesteś. — usłyszałem — Moje dziecko, chcę abyś wyruszył w podróż.
— Jaką podróż?
— Podróż, która ma pomóc ci stać się Świętym Ewy.
— Rozumiem. A co z resztą, o której mówiłaś zanim mnie tu przeniosłaś?
— Miałam na myśli tę czwórkę osób, z którymi się przyjaźnisz. Ork, dwoje ludzi i czarny elf.
— Tym razem Oskar jest człowiekiem… Lepiej dla mnie, będzie mógł mnie chronić.
— Ale teraz skup się na swojej podróży. Ale zanim będziesz Świętym Ewy, musisz przejść trzy testy.
— Jakie testy?
— Test, który teraz nazywacie subklasami. Będziesz musiał ukończyć wszystkie trzy subklasy, a wtedy staniesz się Świętym Ewy. Wtedy wróć do mnie i opowiedz mi o swoich przygodach, a ja dam ci kolejną misję.
— Dziękuję… o, pani.
— Nie musisz mówić do mnie „pani”.
— Dobrze. A czy może… — chwila niepewności — …sz mi powiedzieć, gdzie teraz mam iść?
— Wróć do miasta zwanego Giran. Tam spotkasz swoich przyjaciół. Wspólnie udajcie się w swoje podróże. A teraz żegnaj.
Niewidzialna siła odsunęła moją dłoń z kory drzewa, a ja stałem jeszcze chwilę, próbując poukładać wszystko w myślach. Tamta szepcząca elfka także się odsunęła i poszła w swoją stronę. Ja postałem jeszcze chwilkę i zdając sobie sprawę z tego, że wyglądam głupio tak stercząc, obróciłem się na pięcie i udałem do elfki, która przeniosła mnie do Giran. Tam połaziłem trochę po mieście, szukając reszty. Dziwnym trafem nikogo z pozostałej czwórki nie było. Zmęczony chodzeniem, wróciłem do karczmy, gdzie zamówiłem pokój na jedną noc. W pokoju obuch wsadziłem pod łóżko, obszedłem pokój, szukając ewentualnych dziurek do podglądania, rozebrałem się i poszedłem spać.

 

ICHIRIN NO HANA III

ROZDZIAŁ 2
GDZIE ONI SĄ?

 

Obudziłem się, gdy pierwszy promień słońca zgwałcił mi oczy.
— Kurde… od dziś przestaję grać w Sonica i słuchać muzy z jego gier… to seryjnie ryje mi mózg. (miałem dość dziwny sen o nim, bez skojarzeń) — pomyślałem i wstałem z łóżka. Szybko się ubrałem, zabrałem obuch, wyszedłem z pokoju i zamknąłem go na klucz. Klucz oddałem kolesiowi w portierni, zapłaciłem i spokojnie wyszedłem z karczmy.
— Teraz muszę znaleźć tych oszołomów. — mruknąłem do siebie rozglądając się wokół
— Kogo nazywasz oszołomem? — usłyszałem za sobą i aż podskoczyłem ze strachu. Szybko się odwróciłem i…
— Hehehe… o wilku mowa… — powiedziałem do dwójki ludzi, jednego orka i jednego czarnego elfa
— Zapomniałeś, że mamy zamek? — spytał człowieczek ubrany w konserwę (czyt. ciężką zbroję), w którym poznałem Oskara
— Yyy… myślałem, że będziecie siedzieć w mieście i mnie szukać. — powiedziałem
— Dobra tam, ważne że jesteśmy razem. — powiedział optymistycznie Bartek
— A tak w ogóle to jak wy się tu dostaliście? — zapytałem
— Mnie objawiła się bogini śmierci. Szilen czy jakoś tak. — powiedział Bartek
— Mnie przeniósł ten bóg orków, Pa’agrio. — powiedział Mateusz
— Mnie i Oskara przeniósł kamyczek. — powiedziała Patrycja
— Ta, a mnie teleportowała Ewa. — reszta popatrzyła na mnie dziwnie — To drzewko w mieście elfów pokazało mi się w formie kobiety.
— Skoro jasna elfka to pewnie płaska. — powiedział Bartek
— A ty tylko o jednym. — skomentowałem
— No co?
— Nico. — powiedział Mateusz — Teraz mamy wbić te subklasy, nie? — reszta kiwnęła głowami — A subki się robi na siedemdziesiątym…
— Piątym. — dokończyła Patrycja — Patrzyłam w gildii ludzi i powiedzieli mi, że brakuje mi jeszcze siedmiu poziomów.
— No to gdzie idziemy? — zapytał Oskar
— Skoczmy na chwilę po skille, muszę sobie przypomnieć, jakie mam buffki sypać. — powiedziałem i cała nasza piątka się rozdzieliła. Piętnaście minut później spotkaliśmy się ponownie, ale przed klasztorem w Giran.
— No. Możemy spokojnie iść potrenować. — powiedziałem
— A nie poexpić? — zapytał Bartek
— W tym świecie używamy troszkę innego języka, zapomniałeś? — powiedział Mateusz
— Chodźcie już, bo się ściemnia. — zawołał Oskar i piątką ruszyliśmy do teleporterki, która wysłała nas na znane nam katakumby.
***
— Wreszcie wbiliśmy ten siedemdziesiąty… — powiedziałem wesoło do reszty, gdy wyszedłem z klasztoru
— Jutro dobijamy siedem jeden, pojutrze siedem dwa… — Bartek podliczył szybko na palcach — To powinniśmy mieć pierwszą subkę za niecałe dwa tygodnie.
— No tak, siedemdziesiąte ciężko się bije, zwłaszcza na siedem pięć. — powiedział Oskar
— Dobra, ludziska. — powiedziałem — Teraz wracamy do zamku coś wszamać i jutro rano koksimy dalej.
Reszta się zgodziła, każdy w swój sposób. Żeby się nie męczyć (i nie tracić kasy) każdy z nas użył zwoju powrotnego do zamku. Kilka sekund później pojawiliśmy się w na głównym placu w zamku, skąd skierowaliśmy się ku stołówce, by zjeść kolację. Po skończonym posiłku, cała nasza piątka wróciła do pokoi (Patrycja zrobiła wcześniej specjalne wizytówki na drzwiach, tak by nikt nie pomylił pokoi) i poszła od razu spać.

 

ICHIRIN NO HANA III

SEN 1
CS: LETKA BAŃKA

 

Kliknięcie magazynku w karabinie. Zawieszenie granatów na pasku. Poprawienie kamizelki. Szybka narada bojowa. Jesteśmy gotowi. Pierwszy ruszył Mateusz z M4 w rękach. Po nim biegł Oskar, także z M4. Ja byłem trzeci niosąc w rękach AVG (karabin z lunetką), Patrycja miała MP5, a Bartek osłaniał nam tyły niosąc snajperkę (z racji posiadania niewielkiej wiedzy o tejże broni, uznajmy, że lata z AWP). Wchodzimy do budynku biurowego, w którym grupa terrorystów przetrzymuje ważnych biurokratów. Wbiegliśmy szybko po schodach. Mateusz od razu odbezpieczył granat oślepiający i rzucił za murek z szafek biurowych. Błysk. Mateusz wpada za murek i słychać kilka strzałów.
— Dwóch nie ma. — powiedział krótko i z naprzeciwległego korytarza poleciał ku nam granat odłamkowy. Skoczyłem do przodu z Oskarem, przeturlaliśmy się i zatrzymaliśmy w pozycji do strzału klęcząc na jedno kolano. Spojrzałem przez lunetkę. Zza otwartych drzwi widziałem kawałek czarnej kominiarki.
— Szyszka. — powiedziałem i Oskar rzucił granatem w stronę drzwi. Rozległ się huk i kłęby dymu pozwoliły mi na szybką zmianę miejsca do strzału. Znów patrzę na drzwi przez lunetę. Czapka zniknęła.
— Otori, Lena idźcie naokoło. — rzuciłem komendę i Bartek, wraz z Patrycją, oddzielili się od grupy — Nabi, sprawdź mi winkle, ja pilnuję drzwi. — Mateusz mnie minął i szybko sprawdził korytarze — Derba, siedź tu ze mną. — Oskar powiedział tylko „okej”. Cisza. Sekundy trwały w nieskończoność. Nagle słyszę strzały w dali. Mateusz pobiegł pomóc, a ja szybko się przeturlałem i zatrzymałem się tuż koło drzwi. Dałem znak Oskarowi by rzucił granat dymny o ściany. Oskar to zrobił, a ja ruszyłem za granatem. Pierwsze odbicie. Drugie odbicie. Trzecie odbicie. Wyskoczyłem zza rogu i szybko ustrzeliłem kolesia, który zasłonił sobie oczy ręką. (granat dymny i błyskowy wydają ten sam dźwięk przy odbijaniu się) Po chwili dołączyli do mnie chłopacy.
— Lena wyciąga dwóch zakładników. — powiedział cicho i szybko się przegrupowaliśmy. Ja i Mateusz ustawiliśmy się przy głównych drzwiach do pokoju z rzutnikiem, a Bartek i Oskar poszli przez kanciapę. Mateusz zaczął liczyć. Raz. Dwa. Trzy. Za moim granatem odłamkowym ruszył Mateusz i w brawurowy sposób zneutralizował jednego kolesia, a Oskar, który z Bartkiem ruszyli po usłyszeniu strzałów, trafił w głowę ostatniego terrorystę.
— Letka bańka. — zaśmiałem się i rozciąłem sznur, którym terroryści związali ręce zakładnikom.
— Lena, mamy resztę, odbiór. — powiedział Mateusz przez krótkofalówkę, z której słychać było tylko trzaski i strzały — Cholera. — zaklął — Derba, idziesz ze mną. Musimy jej pomóc.
Oskar dołączył do Mateusza i obaj wybiegli z pokoju. Bartek pomógł wstać zakładnikom i poradził im, by trzymali się jego. Ja ruszyłem przodem, sprawdzając zaułki, w których mogli się skryć przeciwnicy. W końcu dotarliśmy do punktu zbiórki, gdzie Mateusz opatrywał rękę Patrycji. Na szczęście nie krwawiła mocno i po kilku minutach, opancerzony wóz zabrał nas z obrębu budynku.

 

ICHIRIN NO HANA III

ROZDZIAŁ 3
NOCNA ESKAPADA, NO I KOKS

 

Sen przerwała mi Patrycja, będąc jeszcze w koszuli nocnej.
— Co się stało? — zapytałem przecierając oczy
— Ktoś wrzeszczał na cały zamek.
— I…?
— I chcę byśmy to razem sprawdzili.
Popatrzyłem na nią. Jej twarz była poważna jak nigdy. Postanowiłem to olać.
— Wiesz, co? Pójdę z tobą. — złapałem kołdrę i narzuciłem ją sobie na głowę — Ale rano, dobra? Teraz chcę spać.
Patrycja cmoknęła cicho i zerwała ze mnie kołdrę.
— Śpisz… w skarpetkach? — spytała zdziwiona
— Zimno mi w stopy. — wyjaśniłem i zrezygnowany podniosłem się z łóżka — Już idę z tobą, tylko daj mi się ubrać.
— Dobrze. — powiedziała i wyszła z pokoju. Ja w tym czasie szybko założyłem spodnie, buty i rękawice, a bluzę zostawiłem nie zapiętą. Złapałem jeszcze stojący obok obuch i wyszedłem z pokoju. Patrycja czekała już na mnie i z nudów zaczęła machać mieczami.
— To gdzie był ten krzyk? — zapytałem, a Patrycja wskazała na schody mieczem. Pobiegłem za nią, mrucząc po drodze zaklęcia wspomagające, czyli buffy. Gdy byliśmy na dole zobaczyłem straszną scenę. Na środku korytarza jakiś człowieczek stał obok zakrwawionej krasnalki.
— Fuj. Nekrofilia. — powiedziałem, a Patrycja powiedziała
— Ten kretyn zapłaci za to.
Patrycja powiedziała to trochę za głośno, gdyż człowiek nas usłyszał i szybko wymamrotał zaklęcie. Po chwili za nim pojawiła się zjawa z ostrzami zamiast rąk, która wyraźnie chciała pokazać je nam z bardzo bliska.
— Cholerni summonerzy (postać, która walczy przy użyciu przywołanych istot)… — mruknąłem i stanąłem w pozycji do rzucenia czaru. Zjawa popatrzyła na swojego mistrza, który wskazał palcem na nas i powiedział coś cicho. Widocznie była to komenda, gdyż zjawa rzuciła się na mnie, ale w odpowiedniej chwili Patrycja zablokowała ostrza swoimi mieczami. Ja natomiast wymamrotałem kilka klątw i błyskawicznie użyłem przemiany w inkwizytora. Rzuciłem dwie boskie klątwy i ruszyłem z mamrotaniem tego samego zaklęcia ofensywnego. Połączenie magii i dwóch ostrzy miecza było zbyt potężne dla zjawy, która po chwili rozpłynęła się, a Patrycja ruszyła ku człowiekowi. Kilka cięć później człowiek leżał w kałuży krwi, a Patrycja stała nad nim. Ja powróciłem do normalnej formy i szybko uleczyłem krasnalkę. Krew z niej zniknęła (przynajmniej z ran ciętych), a sama dziewczynka (kobiety krasnaludzi wyglądają jak małe ludzkie dziewczynki) wstała i podziękowała nam. Patrycja mruknęła tylko „nie ma za co”, a ja uniosłem kciuk do góry i oboje wróciliśmy na nasze piętro. Zanim wszedłem do swojego pokoju, Patrycja zatrzymała mnie
— Dzięki za pomoc.
— Nie ma sprawy. A tak na marginesie, fajna koszula nocna.
Patrycja się lekko zarumieniła, a ja wróciłem do siebie i kochanego wyrka.
***
Następnego ranka wstałem jako ostatni. Przeciągnąłem się, ubrałem i zszedłem na stołówkę. Gdy wszedłem do wielkiej sali, reszta kończyła swoje śniadanie. Patrycja wyraźnie zjadała drugie, ponieważ obok niej leżał pusty talerz. Ja spokojnie wziąłem swoją porcję jakieś papki o dziwnej konsystencji i usiadłem do reszty.
— Siemka. — przywitał się Mateusz — Fajnie się spało?
— Bardzo. — powiedziałem wypełniając to słowo mnóstwem sarkazmu i spojrzałem na Patrycję — Bardzo.
— Pati już nam wszystko wyjaśniła. — powiedział Bartek
Przetarłem oczy i dźgnąłem widelcem swoją breję.
— A gdzie tamta młoda kucharka? — zapytałem nabierając trochę żarcia i przyglądając się mu
— Zachorowała. Ale mimo wyglądu smarków, smakuje całkiem nieźle. — powiedział Oskar i wylizał swój talerz
— Jak smarki? Wygląda jakby stado gołębi dostało biegunki w tym samym miejscu. — odsunąłem talerz i opierając głowę na rękach, położyłem się na stole
— Jedz, stary, bo nie będziesz mógł nas leczyć. — powiedział Mateusz szturchając mnie w łokieć
— Sorki, ale tego gówna nie zjem. W szkole się zahartowałem i mogę spokojnie nic nie jeść cały dzień. Najwyżej po drodze upiekę sobie jakiegoś zająca, czy cuś. — powiedziałem, spokojnie czekając aż reszta skończy konsumpcję. Gdy wszyscy zjedli, ja tylko zakosiłem kromkę chleba jakieś elfce i wcinając go ruszyłem do wyjścia. Minęło kilkanaście minut i tym razem śmigaliśmy w jakieś nowej miejscówce. Dokładnie były to ulepszone katakumby, ponieważ kolory były żywsze, a niektóre potworki miały kretyńskie imitacje kostki Rubika, które latały im nad głowami. Napędzany energią z jednej kromki chleba uznałem, że czas się zabawić i dołączyłem do grupy bijących jako mag ofensywny szalejąc z nadmiaru mocy.
— Wreszcie jakaś odmiana. — powiedziałem zadowolony, gdy po kilku godzinach ostrego karczowania komnat, wokół nas wybuchły słupy światła plus kilka świetlnych kulek, które wesoło powirowały i zniknęły
— No, ta klątwa, która rani potwory przydała się, gdy gonił cię ten aniołek z dwuręcznym mieczem. — zaśmiał się Oskar
— Dobra, oszołomy. — powiedział Bartek — Lejemy dalej, czy wracamy?
— Wracamy. — powiedział Mateusz, przekrzywiając głowę, aż strzykało
— Łeeee. — powiedziałem smutno — A już zaczynałem się bawić…
Ale niestety reszta domagała się powrotu, więc niezbyt chętnie anulowałem przemianę i użyłem zwoju powrotu do zamku. Kolacja na szczęście wyglądała w miarę normalnie, jeśli można by tak ocenić trochę spaloną jajecznicę, ale mniejsza. Po kolacji poszliśmy na główny plac, by wysłuchać nudnego ogłoszenia (który został urozmaicony kilkoma dowcipami Oskara, Bartka i moimi) i lekko „uhahani”, czyli rozbawieni, wróciliśmy do swoich pokoi. Ja odłożyłem obuch i zamiast zacząć szykować do spania, wyjrzałem przez okno i oglądałem daleki zachód słońca, wspominając słowa Ewy w postaci drzewa.
— Własna podróż, tak? — pomyślałem — Trochę dziwnie to widzę, ale dobra. Zaraz, my niedługo zaczniemy subki. Patrycja pewnie już dawno ma coś upatrzone, Bartek też… Oskar i Mateusz pewnie wezmą radę od Patrycji, ale ja mam ciężko. Ona zna się na wojownikach, a ja jestem magiem… — zmarszczyłem brwi i westchnąłem głośno — Chyba wezmę Śpiewaka Mieczy. — powiedziałem do siebie uśmiechając się — Z tego co pamiętam, to Śpiewak i Tancerz Ostrzy są klasami suportu i ich buffy są liczone osobno. (w grze zapełniają one osobny pasek buffów i nie nakładają się na siebie, czyli taniec podnoszący atak nie zastąpi pieśni o podobnym efekcie) A obstawiam, że ktoś weźmie Tancerza Ostrzy, bo zmieni się ustawienie buffujących. No, to jesteśmy o krok naprzód.
Zadowolony z wyboru zdjąłem szatę i położyłem do łóżka. Leżąc, zrobiłem sobie plan, co do dwóch pozostałych subklas i wkrótce zasnąłem.

 

ICHIRIN NO HANA III

SEN 2
S4: PIĘĆ DO ZERA

 

— No… gotowy jesteś, czy nie? — zapytał Mateusz, krzyżując ręce na piersiach i tupiąc nogą
— Wiesz, że jestem słaby, nie? Muszę coś sobie wybrać, by mieć przynajmniej szansę, by cię choć raz trafić. — powiedziałem buszując w wirtualnym ekwipunku i oglądając kolekcję broni
W końcu wybrałem trzy bronie: miecz z opancerzoną rękawicą, przenośne automatyczne działka i dwa pistolety maszynowe. Dodatkowo wybrałem sobie umiejętność latania, bym mógł ustrzelić kogoś z góry. Gdy zaakceptowałem wybór, stanąłem na podeście na środku małej areny przygotowawczej. Mateusz spojrzał na mnie i powiedział
— Żadnych forów. Po prostu walka na sto procent. I, jak się umawialiśmy, do mojej śmierci…
— Lub do pięciu moich. Masz to jak w banku! — powiedziałem i obaj zniknęliśmy z areny. Pojawiliśmy się na arenie w kształcie budowy jakiegoś magazynu oddzielonego od świata polem siłowym. Ja miałem szczęście i pojawiłem się w domku, między kilkoma pudłami. Na dzień dobry w mojej prawej ręce pojawił się krotki mieczyk, a lewą rękę ochraniał pancerz z rękawicą. Siłą woli zamieniłem tę broń w dwie latające białe kule. Złapałem jedną z nich i rzuciłem o ziemię, po czym szybko wyciągnąłem pistolety maszynowe. Konkretnie te pistolety waliły jak nasze uzi, ale miały inny wygląd. A rzucona kula przylepiła się do podłogi, a później zmieniła w automatyczne działko robiąc dźwięk jak Transformersy.
— Za wolno, stary! — usłyszałem nad sobą i chwilę później, będąc oślepiony przez rozbłysk plazmy z miecza Mateusza, spokojnie obrywałem kombinacją cięć, by w końcu upaść i zmienić się w dym zer i jedynek. Teraz chwilą przerwy, chcę wszystko wyjaśnić: w grze S4 każdy po śmierci pojawia się po pewnym czasie na planszy w nienaruszonym stanie. Tak więc czytana przez Was walka będzie kilkukrotnie przerywana moją śmiercią (tak, niezbyt ogarniam strzelani, zwłaszcza S4, czy CSa). Wracając do walki…
Pojawiłem się na placu znajdującym się naprzeciw domku. Drogę do niego zapewniały deski ustawione nad szerokim kanałem. Szybko postawiłem kolejne działko (z każdą śmiercią mam pełny ekwipunek) i wracając do pistoletów, wzbiłem się w powietrze używając mecha skrzydeł. Przeleciałem nad kanałem (La’ Manche) i wylądowałem na dachu. Wystrzelałem sobie dziurę w dachu, poczym wskoczyłem do niej z mieczem w ręku. Gdy znalazłem się w powietrzu dostałem w plecy serią z pistoletów Mateusza. Kolejna śmierć trochę mnie wkurzyła. Pojawiłem się tuż obok wejścia do domku. Tym razem wbiegłem do środka, strzelając na oślep, wierząc, że Mateusz gdzieś jest. Trzydzieści szybkich strzałów później, zmieniłem magazynki i w tym momencie zza pudeł wyskoczył Mateusz. Szybko wycelowałem i zacząłem strzelać, ale on użył umiejętności tarczy, która zbierała wszystkie moje pociski. Teraz mocno wkurzony szybko postawiłem działko i zacząłem szarżować na niego z mieczem. Mateusz, chcąc, jak zwykle, się pobawić, także wyjął miecz i ruszył na mnie. Nasze miecze spotykały się ze sobą tworząc chmury iskier. Po którymś zderzeniu użyłem rękawicy, która wytworzyła falę energii, która zwykle wyrzuca wroga w powietrze, ale Mateusz znów zablokował to tarczą i dobił mnie kilkoma szybkimi cięciami mieczem.
— Trzy do zera… Muszę wreszcie go ogarnąć. — pomyślałem lądując na dachu domku. Stanąłem na krawędzi i rzuciłem kulę-działko. Przeleciałem na drugi koniec dachu i poczekałem na Mateusza. Gdy ten wybiegł z domku, ja skoczyłem na niego, wyciągając w jego stronę ostrze miecza. Drań, zapewne mając jakiś siódmy zmysł (bo szósty to jego „skill”, czyli w tym przypadku ogarnięcie sytuacji), szybko zwęszył podstęp i wykonał kilka piruetów w bok, poczym wypełnił moje myśli ołowiem, dosłownie. Czwarta śmierć za mną. Tym razem cholerny pech chciał, bym pojawił się przy wyjściu z domku, gdzie przed chwilą dostałem serię w głowę. Teraz wyciągnąłem pistolety i pełen desperacji, nacisnąłem spust do oporu. Tarcza zebrała większość strzałów, ale przynajmniej kilka trafiło Mateusza. Z lekkim uśmiechem, że chociaż go drasnąłem, zmieniłem magazynki lecąc do tyłu. Schowałem się za drzwiami i postawiłem już ostatnie działko. Wyjrzałem za krawędzi. Mateusza nie było. Szybko się odwróciłem i zobaczyłem fiolet plazmy miecza Mateusza. Wkurzony klęczałem z powrotem na małej arenie, a Mateusz stał nade mną.
— Musisz więcej trenować, a może znajdziesz sposób na moją tarczę.
— Heh. — zaśmiałem się — Może, partnerze. — powiedziałem i podałem koledze rękę.

 

ICHIRIN NO HANA III

ROZDZIAŁ 4
IMPREZKA

 

Następnego ranka, jak zwykle, mieliśmy się udać na kokszenie, wybijanie potworów, karczowanie głów, czy jak kto tam woli. Oczywiście, jak zwykle, zesłałem nas niedaleko rynku w Giran, gdzie wszędzie były wywieszone plakaty. Zaciekawiony podszedłem do jednego z nich przeczytałem na głos
— Impreza. Dziś o siedemnastej. Wstęp bezpłatny… jak zawsze — przeczytałem treść nawiasu lekko go akcentując — Do zobaczenia w karczmie „Pieczone z dzika”. — zaśmiałem się — Fajna nazwa, ciekawe gdzie to jest…
— To niedaleko. — powiedziała nasza skarbnica wiedzy objawiona pod postacią kobiety, czyli Patrycja
— Pewnie będzie mnóstwo mrocznych elfek… — powiedział Bartek, poczym doznał bananogębozy
— Zboczeniec! — zawołałem wskazując na Bartka palcem jednocześnie udając strach przed nim (i jego cholernie kosmatymi myślami)
— Dobra, spokój. — huknął Mateusz — Pójdziemy na tą imprę po wybiciu kilkudziesięciu potworów.
— No to chodźmy. — powiedziałem i udałem się w stronę Gatekeepera (kobiety, która teleportuje w różne miejsca; z lenistwa będę używał angielskiej nazwy częściej niż polskiej)
Kilka minut później cała nasza piątka zbierała doświadczenie w zastraszająco szybkim tempie. Każdy chciał, byśmy szybko wbili ten siedemdziesiąty czwarty poziom, by wreszcie zacząć bić te nudne subklasy. Po kilku godzinach szybko ewakuowaliśmy się do miasta. Patrycja zaprowadziła nas pod karczmę, gdzie miała odbyć się impreza. Z daleka słychać było głośną muzykę. Gdy stanęliśmy pod drzwiami, dwa wielkie orki zmierzyły nas wzrokiem i wpuściły bez żadnych problemów. Gdy zobaczyłem wnętrze i masę dziewcząt tańczących na parkiecie, aż zagwizdałem z wrażenia. Bartek od razu pobiegł między stolikami, by dosiąść się do trzech bardzo ładnych czarnych elfek. Patrycja usiadła przy barze, gdzie stał przystojny człowiek serwujący drinki. Pozostała trójka, czyli ja, Mateusz i Oskar zajęliśmy stolik gdzieś pod ścianą, gdyż inne były zbyt zajęte.
— No, panowie, co pijemy? — powiedział Mateusz zacierając swoje ogromne łapska
— Ja wezmę to drugie piwo od dołu. — powiedział Oskar i spróbował przeczytać nazwę — Aso-thermo-poli-bum-bum-glebos.
— Hehehe, dobre. Bum-bum-glebos. Ja wezmę zwykłe piwo beczkowe. — powiedziałem — Oczywiście w Elfickim kuflu.
— Dobra. — powiedział Mateusz i krzyknął na dziewczynę z tacą w rękach — Kelnereczko! Chodź na sekundkę.
Mateusz złożył zamówienie i po minucie każdy z nas upajał się nektarem z chmielu, czy czegoś tam innego. Kilka łyków i dwa toasty później do naszego stolika podeszła przedstawicielka rasy orków.
— Witam mężnych panów. — powiedziała
— Witaj. Cześć. — posypały się witania
— Można się dosiąść?
— Spoko. — powiedział Mateusz odsuwając wolne krzesło — Jak masz na imię… Yyy… kobieto orku? — spytał
— Znana jestem jako Język Ognistego Ostrza, ale naprawdę nazywam się Kuro.
— Język Ognistego Ostrza? Kurde, ile podtekstów można wyciągnąć… — powiedziałem wesoło i wziąłem kolejny łyk piwka
— Na przykład jakich? — spytała Kuro przysuwając się do mnie
— Różnych. Od bojowych po erotyczne. — odpowiedziałem i rozejrzałem się — Kurde, dziabnęło mnie.
— Nieźle stary, hehe. — zaśmiał się Mateusz i sam pociągnął duży łyk swojego piwa
Nagle do stolika podszedł Bartek otoczony „towarzystwem”.
— Panowie, możecie zapomnieć o mnie na co najmniej godzinkę. Idę zaznajomić się z tymi oto paniami.
Dziewczyny zachichotały i poszły z Bartkiem na pięterko. Ja w tym czasie dopiłem resztę piwa, wstałem i powiedziałem
— Wracam za minutkę. Idę tam, gdzie król piechotą idzie.
Po tych słowach, trochę chwiejnym krokiem udałem się do wspomnianej wcześniej lokacji. Otworzyłem drzwi i chwilę później usłyszałem kobiecy pisk, dostałem serię ciosów torebką i kopa między pośladki, poczym grzecznie przeprosiłem i skorzystałem z drzwi obok. Po skończonej sprawie wyszedłem z zadowoloną miną i wpadł mi do głowy szalony pomysł. Jako, że część alkoholu magicznie została ze mnie wydalona (nie uwierzycie, ale najprostszy czar leczniczy pomógł mi wytrzeźwieć) mogłem iść prosto na parkiet. Grzecznie i kulturalnie wcisnąłem się gdzieś blisko środka parkietu i zacząłem się gibać w rytm muzyki. W pewnym momencie usłyszałem za sobą
— Nieźle tańczysz, elfie.
Odwróciłem się i zobaczyłem dwie elfki: jedną jasną, a drugą ciemną.
— Dzięki. Ale to zaledwie ułamek moich umiejętności. — powiedziałem i rzuciłem kilka ruchów ukradzionych od Michela Jacksona. Dziewczyny zaczęły klaskać, co zwróciło uwagę części osób, która nagle zrobiła mi miejsce na parkiecie.
— Dawaj! Dawaj! Dawaj! — skandował tłum, a ja tylko wzruszyłem ramionami i wykonałem Księżycowy Krok, zataczając okrąg, w którym miałem tańczyć. Zatrzymałem się na środku i wykonałem kilka podstawowych ruchów breakdance’owych. Kolejne owacje zachęcały mnie do dalszego działania. W końcu, po kilku zakreśleniach nogą okręgów, pokręciłem się chwilę na posadzce i ułożyłem na boku puszczając oczko do jasnej elfki.
— Rządzisz stary! — krzyknął ktoś z tłumu, a ja spokojnie wstałem, wykonałem ten gest z wskazującym palcem i zszedłem z parkietu.
***
— Było super! — powiedziałem, wchodząc po schodach zamku
— Nie mówiłeś, że umiesz brejka. — powiedział Mateusz
— Bo nikt nie pytał. — odpowiedziałem i otworzyłem drzwi do swojego pokoju — Branoc, ludziska! — powiedziałem do reszty i zamknąłem drzwi. W końcu wylądowałem w ciepłym wyrku i szybko zasnąłem.

 

ICHIRIN NO HANA III

ROZDZIAŁ 5
PIERWSZA SUBKA

 

Minął tydzień. Tydzień pełen lejącej się krwi, latających ostrzy i mamrotanych inkantacji czaru leczniczego. Gdy nasza piątka zdobyła ten upragniony siedemdziesiąty piąty poziom doświadczenia postanowiła zmienić profesję następnego dnia (było późno w nocy). Jako pierwsza wstała Patrycja. Spokojnie się przebrała, zliczyła szybko swój majątek z postaci złotych monet zwanych adeną i wyszła z pokoju.
— Wreszcie… — powiedziała do siebie i zaczęła pukać do naszych pokoi — Wstajemy! Subki bierzemy!
Jej wesoły i pogodny głos dotarł do mojego snu, psując epicką walkę w stylu Dragon Balla (wystrzały promieni energii o średnicy równej szerokości Wrocka i kupa mięśni z złotymi włosami do pięt), co spowodowało otwarcie oczu i…
— Pierdzielę… Czas nauczyć się klepać wojem…
Leniwie wstałem, ubrałem szatę, złapałem obuch i wyszedłem z pokoju. Na zimnym korytarzu stała Patrycja z bananem na twarzy. Zaraz po mnie z pokojów wyszli panowie, każdy w innym stopniu zaspany. No, może oprócz Bartka, który po ostatniej upojnej nocy z losową przedstawicielką płci pięknej był rześki i gotów do bicia.
— Siemka. — powiedziałem trąc lewe oko
— Joł! — zawołał Bartek — Lecimy po subki?
— A może najpierw tak zjemy? — powiedział Mateusz, rozciągając się mocno
— Patrz, gdzie machasz tymi łapami! — krzyknął Oskar uchylając się przed kastetem Mateusza
— Sorki. — odpowiedział ork, a ja skrzywiłem głowę
— Weszło. — mruknąłem zadowolony, gdy z mojej szyi dobiegł cichy trzask
Teraz, gdy byliśmy wybudzeni do końca, poszliśmy na stołóweczkę. Śniadanie tym razem było ładnie przygotowane.
— Ktoś się postarał. — powiedziałem patrząc na swoją porcję płatków z mlekiem — I ciekawe, skąd mieli kornflejksy…
— To długa opowieść. — powiedział Bartek podnosząc kanapkę, na której ktoś keczupem namalował serduszko
— Nie musisz nam jej przytaczać. — powiedziałem, poczym wsadziłem łyżkę płatków do ust
Po pysznym śniadanku teleportowaliśmy się prosto ze stołówki (po prostu nie chciało nam się biegać na główny plac) do miasta. Już mieliśmy lecieć, gdy przypomniałem sobie o czymś
— Kurde. Mam siedem pięć, nie? Na tym poziomie zwykle dostajemy wyższą klasę. — reszta spojrzała po sobie z lekkim szokiem — BIEGIEM DO KOTKA!
Tu chcę coś wyjaśnić: na prywatnych serwerach można znaleźć kota, który zmieni profesję na wyższą, jeśli go nie ma, musimy zrobić długi quest (zadanie) na zmianę profesji. Ja gram na serwerze z kotkiem, więc go tu wstawiłem.
Cała nasza piątka pobiegła na środek rynku, gdzie stał biały kot. Na szczęście był wolny, więc szybko do niego podeszliśmy.
— O, widzę, że macie wysoki poziom. — przywitał nas kot
— Heh, nie wiedziałem, że ten kot mówi. — zaśmiał się Oskar
— Mówię i to płynnie jak słyszysz, młody człowieku. A zatem, od kogo mam zacząć? — zapytał zacierając ręce
— Może ode mnie. — powiedziałem i zrobiłem krok do przodu — Krzysztof, Elficki Starszy. — przedstawiłem się, tak dla pewności
— Dobrze, Krzysztofie. Uklęknij. — zrobiłem to, a kot zaczął machać rękoma by odsunąć resztę, poczym wypowiedział inkantację — Iruki Uririu…
Nagle otoczyło mnie światło a nad głową pojawił się znak Świętych Ewy. Wstałem i moje miejsce szybko zajął Oskar.
— Kihidanke Otorig… — nad głową Oskara pojawił się symbol Piekielnego Rycerza, a na dźwięk inkantacji zacząłem chichotać
— Co jest? — spytał się Bartek
— Kot powiedział Kihidanke Otorig. — widząc niezrozumienie na twarzy elfa dodałem — W środku inkantacji są podziękowania dla ciebie.
— Jakie podziękowania?
— Danke to, z niemieckiego, dziękuję. A Otori to twój Nick w grze.— wyjaśniłem
Patrycja była trzecia, a kot wypowiedział identyczną inkantację. Patrycja została naznaczona symbolem Duelistów (nie mylić z Yu-Gi-Oh!).
Czwarty był Mateusz. Uklęknął a kot zawołał
— Iszha Rabuzan Hajarhan… — Mateusz dostał znak Wielkiego Khavatari
Na końcu był Bartek. Kot spojrzał na niego dziwnie, tak jakby nie lubiał wymawiać inkantacji, ale trochę smutnym głosem powiedział
— Ikruinmi Inju…
Bartek otrzymał znak Widmowych Tancerzy nad głową, poczym wstał i wrócił do szeregu.
— A teraz idźcie… muszę jeszcze rzucić wiele razy te same inkantacje…
Tak oto cała nasza piątka zdobyła najwyższą rangę w swojej profesji.
— Wiecie, co? — zacząłem — Zastanawiam się, gdzie jest gildia elfów w Giran, bo z tego co wiem, to raczej jej nie ma, nie?
— A po co ci gildia elfów? — spytał Mateusz
— Chcę wziąć Rycerza Klasztoru jako pierwszą subklasę i nauczyć się walczyć jako wojownik.
— Czekajcie. — powiedział nagle Oskar — Przecież w mieście kamaeli są wszystkie gildie!
— O! — Mateusz użył wołacza — Idziemy tam?
Ja, Bartek i Patrycja spojrzeliśmy po sobie i w końcu kiwnęliśmy głowami akceptując propozycję. Tak oto nasza piątka wesoło podreptała do Gatekeepera, by po „przesiadkach” (Gatekeepera ma wyznaczone lokacje, do których może teleportować) dotrzeć do miasta kamaeli, która znajdowała się na wyspie położonej niedaleko miasta czarnych elfów. Miasto było ogromne, ale kolory jakoś nie zachęcały do zabawy. W końcu to miasto arystokratów.
— No, skoro już jesteśmy w mieście kamaeli możemy iść po subki, nie? — powiedziałem i wesoło skierowałem swe kroki ku gildii elfów. Gdy tam się znalazłem moim oczom ukazał się widok kilku starszych elfów.
— Hm? Święty Ewy tutaj? — powiedział elf stojący na środku pomieszczenia ubrany w jaskrawo czerwone szaty — Co cię tu sprowadza, młody elfie?
— Chciałbym wybrać pierwszą subklasę. — odpowiedziałem
— Pierwszą subklasę, mówisz? Od wielu lat nikt mnie nie prosił o subklasę. Ale myślę, że jeszcze mam zwój z zaklęciem zmiany subklasy. — elf poszperał chwilę w kufrze, który stał za nim i wyjął stary i trochę zniszczony zwój
— Eee… A wykonywałeś już zmianę subklasy na kimś? — widząc dziwne miny reszty szybko dodałem — Starszy elfie?
— Tak, ale to było dawno temu. Na szczęście zaklęcie pozostało to samo, więc wystarczy tylko go sobie przypomnieć. — elf otworzył zwój i przeleciał kilka razy wzrokiem po inkantacji — Dobrze… to jaka ma być twoja subklasa?
— Myślę, że dobry będzie Śpiewak Mieczy (Swordsinger).
Elf spojrzał na mnie szybko i wymawiając głośno zaklęcie ze zwoju wycelował we mnie palcem. Z palca wystrzelił mały pocisk energii, który wykonał kilka okręgów wokół mnie i trafił mnie w czoło. To trafienie wywołało u mnie lekkie oszołomienie i zaczęło mi się kręcić w głowie. Elf czarował dalej, a ja w pewnym momencie zemdlałem. Obudziło mnie szturchanie w rękę.
— Nic ci nie jest, młody? — powiedział elf w czerwonych szatach
— Co jest? Czemu zemdlałem?
— Wybacz. W pewnym momencie źle odczytałem znaki i niechcący rzuciłem na ciebie czar uśpienia.
— Super. Więc z subklasy nici?
— Nie do końca. Mój uczeń — rozmówca wskazał na elfa pod ścianą, który trzymał zwój — rzucił poprawnie zaklęcie. Teraz jesteś Śpiewakiem Mieczy.
Wstałem spokojnie i poprawiłem szaty. Nagle zaczęły wydzielać dziwną energię. Zrozumiałem, że to coś w rodzaju klątwy, by ktoś o zbyt niskim poziomie, nie mógł w pełni korzystać z mocy przedmiotów. Podziękowałem elfom i wyszedłem z gildii. Przed wejściem czekała reszta, już w swoich subklasach.
— Jak się czujesz? — zapytał Mateusz
— Spoko, nic mi nie jest. To co, idziemy koksić?

 

ICHIRIN NO HANA III

ROZDZIAŁ 6
D JAK D-GRADE

 

— Witajcie ponownie! To ja, wasz ukochany krasnal-prezenter i dziś opowiem Wam o zbrojach jakie założyła nasza piątka bohaterów po zmianie subklasy. A więc zaczynajmy! — zapowiedział krasnal i odsunął się na bok, by każdy mógł oglądać każdą wchodzącą osobę w pełnej krasie. Tymczasem za kulisami…
— Skąd się on tu wziął? — spytałem zaglądając na scenę zza kurtyny, czy jakiegoś innego badziewia, które ma ukryć zestresowanych uczestników
— Dorobił sobie chłopaczyna w karczmie jako miejscowy dj… — mruknęła Patrycja poprawiając ciuchy
— Kolo daje radę… jak spaliście to wbiłem na chwilę i słyszałem go. — pochwalił się Oskar
— To dlatego taki padnięty byłeś! — Mateusz uniósł oskarżycielsko palec na Oskara
— Też… — zachichotał Oskar
— Dobra, łat ewer. — strzeliłem angielskim — Kraś tu idzie. — powiedziałem i odskoczyłem od kotary, by po chwili zza niej wynurzyła się brodata głowa krasnala
— Mam zapowiadać tak jak ostatnio?
— Może być… — mruknęliśmy jednogłośnie, poczym spojrzeliśmy po sobie ze zdziwieniem

 

ICHIRIN NO HANA III

EPILOG, CZYLI
KILKA SŁÓW OD AUTORA

 

Tak. To koniec Ichirin no Hana, opowiadania o piątce przyjaciół „uwięzionych” w świecie Lineage’a. Na wstępie wyjaśnię, dlaczego nie ma dalszego końca. Nie, to nie jest wersja demo czy trial. To w 100% oficjalna i pełna wersja Ichirin no Hana 3. Po prostu to opowiadanie znudziło mi się, podniecenie minęło (nie, nie TO podniecenie, zboczuchy) i ogólnie słabo mi szło pisanie, jak sami czytaliście. Po za tym w moim życiu wiele się pozmieniało. Koniec roku się zbliża, poprawa jedynek stoi w miejscu, często mam braki Internetu i ogólnie rządzi mną lenistwo. A, zapomniałbym o postaciach furry, którymi zacząłem się ostatnio interesować. Tak czy siak, teraz mogę Wam opowiedzieć o moich planach, co do opowiadania. Przede wszystkim miało być:
- sen, co rozdział, który byłby swoistym „fillerem” (zapychaczem takim)
- nawiązanie do Oskara/Derby jako kamaela (FallenAngel miał zostawić każdemu mnóstwo kasy)
- Ichirin no Hana III ver. B, czyli to samo, tylko z oczu kamaela Derby (jako osobną postać)
- wiele cytatów, żartów etc. z prawdziwego życia mojego i moich przyjaciół
- „okładka” do opowiadania (już szykowałem wyglądy ogólne postaci)
- wiele więcej rzeczy, których nie mogę sobie teraz przypomnieć…
Ale koniec Ichirin no Hana nie oznacza końca opowiadań ode mnie. Otóż jestem w trakcie pisania innego opowiadania, z znaną wam ekipą, ale w innym świecie. Ogólnie mogę zdradzić, że to opowiadanie o tematyce furry, czyli występują tam humanoidalne koty, lisy, czy inne zwierzęta oraz seksu. Pewnie ci, co nienawidzą furry wrzasną „Yiff in hell, fur fag” (dymaj się w piekle, futrzasty poje**e), ale mi to wisi. No i akcja będzie odbywać się na terenie szkoły St. Lovejoy w mieście Pouncefield, gdzie seks jest bardzo powszechny (tzn. jak chcesz to go uprawiasz). Ale akcja później się trochę zmieni i w zależności od relacji dwóch moich przyjaciół, zobaczycie jeden z przygotowanych wcześniej zakończeń. Myślę, że to wystarczy, jak na słowa od autora więc poczytajcie sobie listę podziękowań.

Dziękuję:
- Mateuszowi, Bartkowi, Oskarowi i Patrycji za wystąpienie w moim opowiadaniu, pomoce w wszelkiej postaci, bardzo miło spędzony czas i za akceptację mnie takiego jaki jestem.
- Panu Bernackiemu i Pani Ratajczak za przeczytanie moich wypocin, ocenienie ich i publikację w szkolnej gazetce.
- Firmom Microsoft i NCSoft za stworzenie, odpowiednio, Worda i Lineage’a.
- Mojej rodzinie za to, że was mam, mimo złych chwil, które często się zdażają.
- Wszystkim graczom za wspólną grę.
- Mojej wenie, ze to, że była ze mną przez tyle czasu (i nawet dłużej).
- Wam, czytelnikom, że zechcieliście oddać część swojego cennego czasu na lekturę tegoż opowiadania.

 

Do zobaczenia
Krzysztof Zimorski

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: