Dziesiątka

HERETYK WACH

 

 

DZIESIĄTKA

ciepło jest i jest wiatr, spacer na most teatralny lub kaponierę nie wydaje się głupim pomysłem skoro już i tak przegapiłem sześć dziewięć. korki po szesnastej stoją w apogeum niczym słoneczna tarcza w zenicie. zastanawiam się przez chwilę, którędy pójść, czy bezpośrednio, czy na około. opcja druga jest bardziej odpowiednia, dłuższa, w sumie bardziej jasna, ale do domu Mi nie spieszno. nikt nie czeka, nikt nie tęskni, więc się wybrałem. odpaliłem odtwarzacz, w uszach Rotting Christ 'Rituals' penetruje pobolewającą czaszkę. jakieś niezrozumiałe jest zmęczenie, lekkie poirytowanie zdrowia stanem, ale przejdzie, najpewniej po śmierci, teraz nie ma co się za bardzo martwić. zapaliłbym, jednak zapalniczka skonała ostatnią iskrą już jakiś czas temu, muszę poczekać, nie zapalę, prosić się obcych nie będę, nie lubię. czuć jakąś ciężkość, deszcz, wiosnę, lato, kumulującą się duchotę. średnio przepadam za taką pogodą. samochody snują się wolno, przystają na dłuższą chwilę, aby znów ruszyć w nieskończoną drogę donikąd. w powietrzu można poczuć nagość, seks i zniewalającą ekstatykę. pomrukuję pod nosem dźwięki i dalej idę przed siebie, robi się za ciepło w tej wędrówce, podciągam rękawy bluzy, lekko odsuwam suwak, nie lubię się pocić, śmierdzieć, jak niejedni. niemyje, śmierdziele, brudasy. woda jeszcze nie jest na wagę złota, przynajmniej nie tutaj. w połowie drogi zacząłem rozmyślanie, ciężkie jak deuter, frywolne, lubieżne, poważne, i tak dalej, i tak dalej. ból głowy nasilił się, jak zawsze pewnie to zatoki zapchane ropą zawsze w tej porze roku i po sobie następujących miesiącach, od klimatyzacji, od chłodnej jak rozkosz egzystencji. tak to jest jak wieje ci w czoło przez osiem godzin, aczkolwiek w sposób jakiś przyjemniej jest, można jakoś wytrzymać. lepiej tak niż duchota i smród niedomytych ciał maskowanych perfumem. powracam z niedokończonej dywagacji, wśród tematów jest śmierć, życie, kanibalizm, przemoc jestestwa, rozpusta, erotyka, wysublimowane kulinaria. zastanawiam się, czy mam ochotę gotować dziś tę zupę, nie oponuję, w końcu mięso już rozmrożone. przekrzywiam usta w uśmiechu na przypomnienie tekstu 'kocham cię, już posmarowałem tobą chleb' i zdjęcie Lecter'a w czułości skrzywiającym wargi, w dłoni dzierżył nóż do masła. czuję zmęczenie, topię myśli w bezdennym oceanie odrzucenia, nie teraz, nie tak, pogłaśniam dźwięki, zagłuszone myśli może w końcu odejdą. słońce zaczepnie próbowało przedrzeć się przez osłonę przeciw słońcu okularów, przymrużyłem lekko oko chowając się w skąpym cieniu kamienicy na przeciw przystanku most teatralny. chwilę musiałem zaczekać, tramwaj jak zwykle nie przyjechał o czasie, do tego za szybko byłem, jest trochę przed siedemnastą. jak zwykle obolały życiem motłoch pchał się niemiłosiernie w walce o miejsca siedzące, przepychali się jeden przez drugiego, a Ja czekałem. na tym samym przystanku wsiadł również i dres, w przykrótkich portkach, koszulce z napisem A I R, w bejsbolówce, na oczy założone stylowe przeciw słońcu okulary zakupione za ciężkie pieniądze, które dostał od mamy, z telefonem kurczowo zaciskanym w ręce. co ci ludzie mają z tymi telefonami, nie mają kurwa kieszeni, chwalą się, czy co, jakaś paranoja ja pierdolę. kontynuując, dres stał zaraz w przejściu blokując wysiadających i wsiadających, bo jemu to nie przeszkadzało, a inni to już ich problem. tramwaj ruszył z oporem, gdy kreska z poziomej przeskoczyła na pionową. kolejna garść pasażerów wysypała się na kolejnym przystanku i na następnym luzując przestrzeń tramwaju numer dziesięć. dres zauważywszy możliwości skoczył sprawnie i zajął miejsce od przejścia blokując drugie, wolne miejsce starszemu panu. był sporo po sześćdziesiątce. pan starszawy złapał za uchwyt i chyba miał w poważaniu chama i proszenie go, by go przepuścił. kulturalna, inteligentna, wychowana młodzież. typ rozsiadł się wygodnie nie zwracając uwagi na otoczenie, oburącz ściskając telefon gapił się tępo w odbicie ekranu, stukając weń, i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, iż równocześnie ruszał ustami niemo czytając, istny obłęd. jegomość wysiadł na drugim przystanku, no tak wiek, zmęczenie i inne takie. pierdoleni wygodnisie, tałatajstwo, chamstwo, obłudnicy. w głowach miast mózgu mający szambo. wysiadłem na następnym przystanku wpadając przypadkiem do monopola po dwa piwa perła export, fajki były, więc nie musiałem kupować.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial