MASTER OF PUPPETS

Anna Rybkowska

 

MASTER OF PUPPETS

 

 

    Starzec miał na sobie zgrzebny, miejscami popruty sweter z wełny o nieokreślonej barwie przędzy. Dymitr zwykł określać ten odcień kolorem kupy. Gówno też bywa rozmaite, czasami intrygujące. A on był artystą i umiał segregować walory i światłocienie, posługiwać się wieloma technikami i środkami wyrazu artystycznego. Wybierał te najodpowiedniejsze i dumy był, bo tak go postrzegała jego publiczność. Nie jacyś tam fani z fejsbuka, tylko szerokie rzesze oddanych mu ciałem i duszą wyznawców. Dzisiaj też potrzebował siły napędowej, swoistej iskry zapalającej lont ku ekspresji talentu. Tego co w nim stwarzało nowe światy i zespalało w niezwykle ujmujący sposób piękno i porywczość jego natury.

 

- Witam szanownego gościa, czym mogę służyć tym razem?
- To się okaże - Dymitr rozejrzał się niespokojnie po ciemnej, nisko sklepionej norze. Ilekroć tu wchodził czuł zmaganie ducha z materią. Oto szukał natchnienia w miejscu tak nędznym, zapomnianym przez Boga i ludzi, na dodatek gospodarz przybytku był równie przebiegły co odrażający. Chyba nie miał innego domu niż ta ponura piwnica, gdzie wszystkie zakamarki oświetlała skąpym blaskiem cuchnąca karbidówka. Wszechobecny smród smażonej cebuli uderzał w nozdrza już od progu! Dymitr powinien niezwłocznie omówić co trzeba, bo jego płaszcz od Diora wchłonie zapach prostactwa i kompromitującej nędzy. Stary przeliczał pieniądze, leżące na pokrytym zniszczoną ceratą blacie stołu. Zupełnie jak lichwiarka, której student Raskolnikow przywalił siekierą…  Nie dbał o nic, mieszkał i pracował w okropnym poniżeniu, gromadząc fortunę w sienniku, jak miejscowy hycel noże i tasaki.
- Wiesz co lubię… - Dymitr pochylił się, przezwyciężając wstręt, nad kontuarem; z bliska dostrzegł okazy zdechłych myszy, zalęgających w kącie, jak suche liście w parkowych alejkach. – Nie możesz tu czasem posprzątać?!

 

Zaschnięte, zmumifikowane naturalnie trupki rozczulały widokiem malutkich, różowych łapek.
- Nigdy nie wiadomo co się może przydać. Pan pozostaje wierny swym upodobaniom ale inni? Ewoluują! - uśmiechnął się obleśnie staruch. Na jego purchawkowatym nosie wykwitały czarne wągry. Zarażał swoim ohydnym, serowym oddechem otoczenie i najhumanitarniej byłoby po prostu go zabić, gdyby nie fakt, że… był upokarzająco przydatny. Za to, po jego naturalnej śmierci trzeba będzie tu wietrzyć wiele tygodni bez przerwy.
- Obiekcik z blond włoskami i niewinna buzia?
- Włosy długie, najlepiej pukle loków. Wyraziste oczy, twarz senna, nieobecna, jak u tych japońskich lalek – podsunął fotografię – dokładnie taka. Płacę i wymagam, jasne? Perfekcyjna, jeżeli kojarzysz dobrze to słowo, starcze.

 

Ten podrapał się za uchem, wytrząsając na ramię pokłady suchego łupieżu. Sterty płatków, przypominające rybie łuski.
- Niebieskie, ogromne oczy – kontynuował opis swego zamówienia Dymitr, rozkojarzony widokiem  osypującej się  pudrowej kaskady nie wiadomo czego –usta jak dziób kaczuszki, takie niedomknięte – fascynowała go ostatnio Lana del Rey, nie tyle śpiewem co wyglądem – ma mieć alabastrową skórę, nie! Woskowo- perłową. Tak.  Zimną w dotyku, jak porcelana.
- Ma się rozumieć, jak zawsze, panie hrabio… - temu zapewnieniu towarzyszył uniżony, padalcowaty ukłon – na kiedy szanowny pan sobie życzy?
- Na wczoraj! – Dymitr był wściekły, bo trawiąca go gorączka sprawiła, że zanadto się odsłonił. Oto stracił panowanie wobec tego starucha, cuchnącego uryną i wszelkimi odpadkami swojej wegetacji. Okazał słabość, bo nie mógł osiągnąć własnymi siłami tego czego pragnął, musiał się zniżyć do takiej pomocy. Co więcej, szukał tu inspiracji!
 – Na dzisiejszy wieczór, wrócę o dwudziestej – zamierzał na tym zakończyć wizytę. Cholera wie, dlaczego ten dziadyga nazywał go hrabią? Może myślał, że mając takiej rangi klientów, dowartościowuje tym samym i siebie? W dodatku wahał się, jakby wyświadczał szczególną łaskę!
- Co? Nie dasz rady? Pojdę gdzie indziej! - zagroził Dymitr.
- Wątpię, by pan hrabia znalazł lepszego fachowca ode mnie.
- Pytam czy zdążysz?
- Tak, lecz wolałbym gotówkę do ręki. Czasy mamy niepewne.
- Czasy, powiadasz? – Dymitr skrzywił się, jakby nieznośny zapach  dostatecznie udręczył jego zmysł powonienia, po czym wycedził przez zęby pytanie:
- Tyle co zazwyczaj?
- Dopraszam się łaski szanownego pana, ale… niestety! – załamał ręce staruch, a potem szybko splótł palce na brzuchu i począł nimi kręcić młynka - Dalibóg, wszystko drożeje, moje materiały także! A nade wszystko w cenie jest… dyskrecja, że o punktualności nie wspomnę!

 

Klnąc w duchu bezczelność tego łotra, Dymitr wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza kopertę z plikiem banknotów. Stary rozejrzał się bojaźliwie, jakby w kątach, prócz pająków i zdechłych myszy mogły się czaić jeszcze jakieś pazerne potwory lub zgoła złodzieje, poślinił paluchy uzbrojone w długie pożółkłe pazury i począł przeliczać, mamrocząc pod nosem. Zawsze to czynił.
- Ile chcesz? Dostaniesz resztę jak wrócę i ocenię twoją robotę.
- Chyba do-cenię – starzec wiedział swoje i wydawał się z tego zadowolony – jeszcze z dziesiątkę dorzuci pan hrabia i będzie git.
- Dziesięć tysięcy? Oszalałeś!? – Dymitr chwycił go za gardło – ty świński pomiocie!! Na co ci tyle kasy?!? Żyjesz w tej norze jak trup!!
- Ja, uczciwszy uszy pana hrabiego, nie pytam o nic a jeśli jestem świńskim pomiotem, to komu służą moje, że tak powiem, praktyki? Cena jest jedna i wóz albo przewóz.

 

Dymitr musiał ustąpić. Poczuł pod palcami zjełczałą maź. Szyja starego lepiła się od potu i brudu. Osobliwe. Z kudłów sypały mu się płatki suchej skóry a w bliższym kontakcie dłoń ślizgała się na tłuszczu. Był wilgotny, nasączony czymś obrzydliwym, jak jego osobliwe wytwory…
- Ja nigdy nie skrewiłem. Do usług szanownego pana! Szacunek i zaufanie to podstawa w biznesie. I nie obchodzi mnie co taki elegancki dżentelmen robi w mojej trupiarni.
- Dostaniesz ile żądasz! O dwudziestej – Dymitr unikał kontaktu wzrokowego z ostrymi jak szpileczki, przenikliwymi źrenicami, osadzonymi w żółwio zmarszczonych powiekach. Miał wrażenie, że czaił się w nich ogień piekielny. I czuł, że patrząc w oczy temu potępieńcowi, traci po kawałku wątłą duszę. Podpisuje z nim wszeteczny cyrograf. Zostawia ekwiwalent swojego pożądania. Przychodził tutaj jak do źródła. Przenikał go wstręt i wściekłość a jednak czołgał się, wracał. Zawsze. Nie potrafił już z tego zrezygnować. Był jak narkoman, unurzany w ekskrementach po szyję, chociaż nadal, poza tym okropnym miejscem, udawał, że jest inny. Ten staruch, jak strażnik jego najskrytszych, najbardziej wstydliwych tajemnic… On wiedział, że ile by od niego nie zaśpiewał - dostanie to na co czeka. I z każdym nowym podejściem robił się bardziej zuchwały, widząc słabość swego klienta, który, oplątany zdradliwym i chorym pragnieniem, właśnie tu przychodził, by je zaspokoić. Zanurzał ciało w grzechu i bezwstydzie, topił w gorszącym akcie, wierząc, że nigdy, nikt nie dowie się o jego skłonności. Pogrążał się w majestacie otchłani. Nie zważając na sakrament śmierci.

 

***

 

Freud miał rację! Na stan zdrowia większy wpływ mają neuroprzekaźniki niźli podświadomość…  Nastrój  i pozytywne emocje stymulują nasz układ odpornościowy. Zasłyszał tę teorię przypadkiem, w kuluarach, gdzie goście wiedli ze sobą rozmowy, nie tylko o sztuce. Stan emocjonalny i zaspokajanie potrzeb wyższych inicjowały talent, były odpowiedzialne za ujawnianie inwencji artysty, wyrażały jego credo. Dążył do swobody! Jednocześnie, zupełnie poza głównym  nurtem życia, niewolniczo wprzęgał do swego świata wyobraźni obrazy zniewolenia i wykorzystania. Wiedział, że w jego umyśle co rusz powraca ten sam przekaz bezwzględnego panowania nad materią, nieważne, żywą czy martwą. Na próżno wmawiał sobie, że pobudza swą kreatywność, dąży do doskonałości, do osiągnięcia stanu boskiej potęgi tworzenia! Ogarniały go wątpliwości. Czas zdawał się kurczyć pod stopami, jak topniejący śnieg. Patrzył na siebie z boku, z perspektywy zwykłego śmiertelnika i …czuł odrazę. Nie był bowiem w niczym lepszy od starucha, który mu tę kreatywność pozwalał osiągnąć…  Gdy odkrył co naprawdę w nim drzemie, przyznał się przed sobą do tego kim w istocie jest, zaczął malować inaczej, nowocześniej, jego indywidualizm wybujał jak dorodny owoc. Wraz z posuwaniem się coraz dalej w spektaklach jednego aktora, w sekretnym błądzeniu po ciele martwej, bezbronnej istoty, nabywał nowych olśnień i targały nim sprzeczności. Co początkowo wydawało się jedynie wewnętrznym, dziecinnym strachem przed złamaniem tabu, stało się jego osobistym problemem autokreacji. Już nie istniał bez ulegania żądzy. Żył fizycznie, pobierał tlen i pokarm, wydalał i regenerował się przez sen. Ale i tu napotykał na koszmary, które łamały go i niszczyły, zżerając od środka jak podstępny mikrob, niewidoczny gołym okiem ale skuteczny i zdeterminowany! Może wszystko co czuł i podejrzewał było tylko bełkotem, strumieniem  opętanego chorą magią zboczeńca? Umysł zdołał dogiąć do ziemi jego silne dotąd, niepodległe ciało. Uczynił zeń ofiarę skłonną do ulegania najniższym instynktom.

 

Dwudziesta nadeszła szybko. Tego dnia miał wernisaż. Zgromadził na nim swoich wrogów i przyjaciół, zbyt dobrze wiedząc, że zamiana miejsc może być tylko kwestią czasu. Karmił się ich zaskoczeniem i tym, że nie znajdowali słów by wyrazić podziw dla  jego talentu! Na płótnach królowały lalki. Nagie i wyuzdane. Cudacznie przebrane i niepokojąco ludzkie w swoich czynnościach i fizjologii. Wyidealizowane rysy kryły w sobie piętno szaleństwa, w jakim pogrążał się portrecista. Starannie upozowane, senne i mroczne. Ich oczy wydawały się puste. Zamieszkiwał je jednak strach, podstępny i nikły, z pozoru niegroźny. Poczucie osaczenia. Przerażająca samotność. Wołanie o pomoc, ciche i nieskuteczne. Woal z pastelowych światłocieni otulał twarze tylko z pozoru do siebie podobne. W każdej igrała osobna tajemnica. Pulsowała dawno zastygłą krwią. Delikatne, sine żyłki zdobiły skronie a nozdrza zdawały się poruszać impulsywnie. Wszystkie były antropomorficzne. Każda miała do opowiedzenia swoją sekretną historię. Nikt ze zgromadzonych nie wnikał jak bardzo przygnębiającą… Duża część obrazów znalazła nabywców, miał dalsze zamówienia. Dziennikarze byli zafascynowani. Pytali kiedy postanowił, że przestanie malować ludzi. I co nim kierowało? Wszak człowiek jest od stuleci najtrudniejszym i zarazem najbardziej inspirującym obiektem dla artystów! Jego niedoskonałości czynią sztukę bogatszą i predestynują do wieczności. Tymczasem on maluje lalki? Co zatem sprawia, że są tak intrygujące? Jakimi środkami wydobywa z nich ten abstrakt udręczenia?

 

Miał dość udzielania wywiadów, błysków wszędobylskich fleszy. Nie pałał chęcią wyczytania wszystkich jutrzejszych gazet a przynajmniej ich działów kulturalnych. Chciał oddzielić jak najprędzej sukces od jego przyczyny. Wypadł z galerii jak złodziej, któremu policja depcze po piętach, oglądając się za siebie milion razy, nim wsiadł do samochodu. Zbliżając się do jaskini potwornego starucha podejrzewał, że pewnego dnia sfora wściekłych paparazzi wyśledzi jego tajemnicę. Zyskał uznanie, miał nazwisko i swoich naśladowców, nieudolnych lecz składających mu cześć bałwochwalczą. (Epigoni są zawsze nieudolni.) Mógł odcinać kupony od swoich osiągnięć. Dzisiejszy wernisaż przypieczętował jego obecność w panteonie sławy. Po jaką cholerę przybłąkał się tu znów? To co było drogą do sukcesu stało się zaspokajaniem życiowej konieczności? Bez tego ponurego miejsca tracił autentyczność. Teraz był wolny, mógł malować jak chciał! Nie musiał zadręczać kolejnych płócien posępnym urzeczeniem, bezwładem i śmiercią. W dodatku odczuwał irracjonalny lęk przed zemstą swoich modeli…

 

Staruch już czekał, zacierając łapska. Odliczył sprawnie banknoty. Zawsze, po dokonaniu transakcji prowadził go do innego pomieszczenia. Krętymi schodami wiódł na górę, do zdumiewająco jasnego pokoju. Tu, w rażącym świetle lamp jego szpetota brutalnie konkurowała z naturalnym urokiem świetnie ubranego, pociągającego Dymitra. Ale ten ostatni nie zważał na takie sprawy. Patrzył jak urzeczony na swój suto opłacony obiekt pożądania.
- Doskonała. Takiej właśnie potrzebowałem…  Śniła mi się taka właśnie. Obsypana ryżem, jak nowo poślubiona…
- To nie ryż, tylko robaki -  staruch charknął flegmą na ścianę przybytku. Plwocina powoli osuwała się w dół, przykuwając na moment wzrok Dymitra, nim zauważył co innego.
- Na Boga! Dlaczego umieściłeś ją w… trumnie?!!
- Coraz trudniej szanownemu panu dogodzić! A niby gdzie miałem umieścić? Jestem grabarzem a nie stworzycielem świata! Obejmij ją czule i zanieś na katafalk, panie hrabio. A jak skończysz, to odnieś na miejsce i koniecznie poprzykręcaj wszystkie śruby, jeśli łaska - wręczył Dymitrowi śrubokręt  z wyrozumiałym uśmiechem. - Nie będę przeszkadzał… Ostrożnie z korpusem, zapadła jej się trochę klatka piersiowa. A zresztą… Jej i tak wszystko jedno!!

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: