Bestia Znad Kabompo

PATRYK GUJDA

 

 

BESTIA ZNAD KABOMPO

 

 

Łodzie wolno sunęły rzeką Kabompo. Artur podróżował wraz z profesorem i Łucją oraz przywódcą czarnych najemników, którzy płynęli trzema innymi łodziami. Belaj i jego grupa byli doświadczonymi przewodnikami po dżungli, dobrze znanymi Arturowi. Tym razem jednak ten smukły, dobrze zbudowany tubylec oświadczył:
– Rozbijemy obóz przy rzece i dalej nie idziemy. Szukasz śmierci, Szalony Arturze, my nie. Zaś twoi goście są lekkomyślni.

 

Wyglądało na to, że Afrykanie rzeczywiście wierzą w legendy, których źródła poszukuje profesor Adam Jesionowski. Był to przystojny mężczyzna, który nawet z dala od naukowych salonów zachowywał niemal arystokratyczny fason i elegancję. To on wynajął Artura, za prywatne pieniądze, jako głównego przewodnika wyprawy w poszukiwaniu legendarnej rośliny ludojada.

 

Czwarta pasażerka, Łucja, była drobną i ładną blondynką o dużych oczach. To ona pomogła Jesionowskiemu dostać się do Afryki, przy czym uparła się aby uczestniczyć w wyprawie. Mimo że, z tego co mówiła, na co dzień służyła w korpusie ekspedycyjnym armii, Artura niepokoiła jej obecność. Kobiety w jego towarzystwie zbyt często wpadały w tarapaty, tym większe i bardziej mu się podobały. A Łucja podobała mu się bardzo.

 

Zarówno ją, jak i Adama w miarę upływu czasu ogarniała ekscytacja. Profesor cieszył się z faktu, że Belaj i jego grupa odmówili uczestnictwa w końcowym etapie. Sądził, że strach przed rośliną, której poszukiwał był pewnym dowodem na jej istnienie. Wyjaśniał też rozmaitość i fantastyczność przekazów na jej temat: tubylcy raczej nie zapuszczali się na ten teren, więc nie widywali jej na co dzień tak jak widuje się lwa, czy słonia. Według legend miało to być drzewo, przerośnięta rosiczka, czy zwykły gąszcz, z którego jednak nikt nigdy nie wychodził.

 

Ekscytacja Łucji miała nieco inny charakter. Dla samej botaniki zapewne nie poświęciłaby wojskowego urlopu. Sama wypatrywała śladów działalności człowieka w tym, zdawałoby się, dziewiczym terenie. Jej pasją bowiem była archeologia. W czasie rejsu rzeką bardzo dużo rozmawiała z Belajem, starając się wydobyć wszelkie informacje o legendarnych miejscach i opowieściach jego ludu. Wszystko co powiedział skrzętnie notowała w swoim notatniku, który wypełniała także rysunkami charakterystycznych punktów krajobrazów oraz mapami terenu.

 

Artur, który czasem przysłuchiwał się tym rozmowom, któregoś dnia zapytał:
– Beli, czy ty przypadkiem nie zmyślasz tego wszystkiego na poczekaniu?
Najemnik wyszczerzył wtedy zęby do starego przyjaciela mrugając porozumiewawczo. Artur roześmiał się głośno. Łucja jednak nie podzielała rozbawienia tym żartem. Zmusiła Belego aby siedział z nią potem, czytał notatki i przyznawał się do każdego jednego kłamstwa. Fragmenty te opatrzyła jedynie stosownymi uwagami, oświadczając:
– Nawet jeśli zmyślone, te historie są pomnikiem wyobraźni afrykańskiego ludu!
Ta reinterpretacja spotkała się z uznaniem Jesionowskiego, zaś Artura i Belego rozbawiła jeszcze bardziej.
Do miejsca gdzie mieli rozstać się z miejscowymi przewodnikami dotarli o tuż przed zachodem słońca. Dalej Adam i Łucja mieli być zdani tylko na Artura.
– Beli, zostańcie w obozie kilka dni – prosił Artur wręczając Afrykańczykowi część pieniędzy, które otrzymał od profesora. – Może cztery, co? Postaram się, żeby ci dwoje przynajmniej przeżyli. Zabierzesz ich z powrotem.
– Nie wpadłeś na łatwiejsze sposoby samobójstwa? – prychnął Beli z wyraźnym niezadowoleniem.
– Nie – powiedział Artur zupełnie poważnie.
– Jesteś szalony – odparł tamten.
– Tak mnie czasem nazywają – uśmiechnął się tamten.
– Nazywają cię też szczęśliwym – Beli klepnął go po ramieniu. – Postaraj się przeżyć.
– Czyli zaczekacie?
– Zaczekamy.

 

Rozbili obóz. Łucja znalazła w tym czasie pierwszy zabytek, który pochłonął ją na cały wieczór. Był to petroglif umieszczony na skale stojącej na skraju dżungli. Długi czas spędziła dokładnie przenosząc go na kartki swojego notesu. Później jeszcze dłużej zastanawiała się co może oznaczać. Były tam sylwetka człowieka i coś co wydawało się symbolem solarnym.

 

– Na północ stąd płynie wartka rzeka – wyjaśnił Beli. – Demon, którego szukacie musi być tam, bo zza rzeki jeszcze nikt nie powrócił.
Ruszyli następnego poranka.
Droga wiodła przez gęsty, acz widny las wypełniony drzewami z rodziny Cryptosepalum. Poruszali się stosunkowo powoli, jako że profesor Jesionowski uparł się przy dokładnym spisywaniu napotkanych gatunków zwierząt. Artur miał wątpliwości co do tego pomysłu, jednak Łucja gorąco go poparła. Przegłosowany poszukiwacz przygód musiał ustąpić.
Obserwowali głównie ptaki, spośród których perlice i turaki były stosunkowo liczne. W wielu przypadkach Adam musiał zadowolić się opisem „prawdopodobnie nieznany gatunek”, jako że obserwacja szczegółów umaszczenia czy fizjologii z dużej odległości była niemożliwa.

 

Choć bezkręgowce nie leżały w centrum zainteresowań profesora, to jednak nie przepuścił okazji zbadania okazu motyla z gatunku, który licznie występował w tych lasach. Owad ten bowiem upodobał sobie włosy Łucji, co umożliwiło jego złapanie. Miał żółte skrzydła wyrastające z jasnobłękitnego ciała. Ich końcówki zdobiły regularne, czarne plamki. Adam poświęcił całą godzinę na oddanie szczegółów zwierzęcia w swoim rysunku, po czym wypuścił je na wolność.

 

Łucja tymczasem znalazła jeszcze dwa kamienie z petroglifami. Były bardzo podobne to tego stojącego obok obozu Belego, choć różniły się szczegółami.
Na szczęście, jak stwierdził Artur rozmyślając nad spowalnianiem marszu przez dwoje uczonych, rzeka była stosunkowo niedaleko. Wpierw dało się ją słyszeć, bowiem płynęła wąskim, głębokim i kamienistym wąwozem, a jej nurt był wartki. Oznaczało to, że była niemożliwa do przejścia.
Artur rozejrzał się więc za jakimś zwalonym drzewem, przez które można by przejść na drugą stronę. Początkowo nie było takiego w zasięgu wzroku. Zdecydowali, że pójdą w górę rzeki w nadziei odnalezienia przejścia. Intuicja ich nie zawiodła. Natknęli się w końcu na pień, który upadł na drugą stronę wąwozu, tworząc naturalny most. Był jednak dosyć wąski i lekko spróchniały.

 

– Pójdę pierwszy – oświadczył Artur. – Kiedy dotrę na drugą stronę, ruszycie pojedynczo na czworakach za mną. Bądźcie ostrożni.
On sam, mimo że nie raz w ten sposób przeprawiał się przez rwące rzeki, musiał zachować czujność. Drewno skrzypiało pod jego ciężarem i uginało się złowróżbnie. Artur łamał słabo trzymające się gałęzie, opierając ciężar ciała na innych częściach drzewa, aby zdradliwe miejsca nie zwiodły później jego towarzyszy.
Kiedy dotarł na drugą stronę, pomachał pozostałym, że mogą ruszać. Zasygnalizował też palcem, że powinni iść pojedynczo. Pierwszy ruszył profesor.
Ledwie jednak chwycił dłońmi pień, jak potężny ryk rozdarł powietrze. Profesor odruchowo odskoczył od drzewa. Okazało się to słuszną decyzja.
Oto z nurtem rzeki płynął potężny stwór o długiej szyi, małej głowie i potężnym cielsku. Zwierzę wyraźnie nie mogło poradzić sobie z rwącym nurtem. Wierzgało i próbowało zaczepić o brzeg. Bez skutku. Rzeka przerzucała je całą swoją potęgą z jednej ściany wąwozu na drugą, dotkliwie raniąc. Potwór w końcu uderzył w drzewo-most, z którego korzystali podróżnicy. Siła zderzenia złamała pień i pociągnęła obie jego części za sobą, wyrywając nawet ostatnie tkwiące jeszcze z ziemi korzenie.
Podróżnicy i ich przewodnik znaleźli się rozdzieleni po dwóch stronach rzeki. Łucja i Artur wymienili z daleka spojrzenia pełne szoku i przerażenia.

 

Profesor Jesionowski niemalże skakał z radości.
– To mokele mbembe! – wykrzykiwał. – Legendy o nim krążą w dorzeczu Kongo, ale najwyraźniej żyje i tutaj!
Nikt nie zwracał na niego uwagi.
– Spróbujemy znaleźć inne przejście! – Łucja próbowała przekrzyczeć ryk rzeki.
– Nie – odkrzyknął tamten. – To coś na pewno zerwało wszystkie pnie na rzece. Wracajcie do Belego!
– Dobrze – zgodziła się. – Zetniemy jakieś drzewo. Ale rozbij obóz dokładnie tam gdzie jesteś, żebyśmy mogli cię znaleźć.
Artur jednak nie tylko nie odpowiedział, lecz odwrócił się i po prostu poszedł w głąb lasu.

 

Zdało mu się bowiem, że słyszy piękny śpiew. Oznaczało to jedno: w pobliżu musi być cywilizacja. Sprowadzi więc pomoc dla Łucji i Artura.
Gdy tak szedł przez las spostrzegł, że staje się on coraz piękniejszy. Oto wypełniły go różnokolorowe kwiaty, a zieleń zdała się przyjazna, ucywilizowana, jakby układał ją ogrodnik. Zapachy kwiatów wypełniły nozdrza Artura. Był teraz pewien, że za rzeką zamiast dzikiej dżungli znajdowały się ogrody jakiegoś miejscowego ziemianina, a za ogrodami pałac.
Śmiał się do siebie, kiedy wspominał jak Beli bał się przekraczać rzekę i jak on sam błagał go aby został nad Kabompo aby ocalić Łucję i Adama gdyby on sam nie przeżył. Jak wielkie będzie ich zaskoczenie gdy wróci w towarzystwie tego bogacza i zaprosi ich na ucztę. Z drugiej strony profesor pewnie będzie zawiedziony, że nie znalazł swego kwiatu.
Szedł tak długo, a ogród stawał się coraz piękniejszy. Niemniej jednak po pewnym czasie poczuł zmęczenie w nogach. Szczęśliwie złożyło się, że natknął się na urocze miejsce z wąskim, miękkim siedziskiem wśród kwiatów i mchów. Właściciel tego ogrodu zapewne sprowadzał tu młode panny na wieczorne schadzki.
Artur ułożył się pośród kwiatów i wtulił w ich wonne objęcia. Zamknął oczy i pozwolił aby muskały jego policzki, powoli obejmując i zaplątując się na twarzy i ciele. Drzemka wśród nich wydawała się doskonałym pomysłem.

 

– Co on robi? – krzyknęła Łucja kiedy spostrzegła, że ich przewodnik się oddala.

 

Profesor, wyrwany z ekstazy spowodowanej zaobserwowaniem kryptydy, teraz dopiero zdał sobie sprawę, że zostali sami w dżungli.
– Wygląda na to, że Artura wabi ten mięsożerny kwiat, którego szukamy – odpowiedział głosem spokojnym i chłodnym, za którym to tonem dało się wyczuć przerażenie. – Przekazy, które zbadałem świadczą o tym, że zwabia on do siebie ofiary zapachem. Być może wywołuje halucynacje.
– Musimy go ratować! – zawołała Łucja.
– Ale jak? – wzruszył ramionami Jesionowski.
– Wracamy do tubylców, tak jak mówiłam – powiedziała. – Zetniemy drzewo i przejdziemy na drugą stronę.
– Możemy spróbować – odparł Adam. – Ale żadna roślina nie roztacza zapachu na tak wielką odległość żebyśmy zdążyli. Beli i reszta są kilka godzin drogi stąd. Nawet jeśli zaryzykowalibyśmy wędrówkę nocą, Artur może już nie żyć.

 

Łucja ze złością kopnęła zarośla. Profesor miał rację: jedyna deska ratunku była bardzo chwiejna.
Chodzili później w kółko, zastanawiając się nad lepszym sposobem przeprawy. Adam podchodził do drzew i próbował wyczuć czy nie są przypadkiem na tyle chwiejne, że dałyby się przewrócić nad rzeką. Trudno powiedzieć, czy wierzył w powodzenie tych poszukiwań, czy był to wyraz desperacji.
Łucja z kolei opanowała panikę i skierowała swój umysł na bardziej rygorystyczne tory. Skoro w okolicy krążyła legenda o tej krwiożerczej roślinie, to ludzie musieli w łatwy sposób przeprawiać się na drugi brzeg rzeki. Kiedy wcześniej pytali tubylców, nikt nie chciał im powiedzieć jak dostać się na drugą stronę. Zamiast tego po prostu odradzali wyprawę. Z powodu niepowodzenia wywiadu, obrali drogę na przełaj.

 

Wtedy coś ją tchnęło. Wyjęła swój notes, przyjrzała się rysunkom petroglifów i mapom jakie sporządziła. Rysunki naskalne przedstawiały koło z promieniami, które wzięła z początku za symbol solarny. Wizerunek człowieka znajdował się w pod różnymi kątami nad tym symbolem. Mapy zaś wyraźnie sugerowały, że ten kąt wyznacza pozycję następnego kamienia.
– Profesorze – zawołała. – Chyba znalazłam sposób na przeprawę!
Jesionowski przyskoczył do niej. Wyłożyła mu swój sposób rozumowania.
– Poprzedni kamień był, zdaje się, całkiem niedaleko – powiedział.
– Nie dalej niż kwadrans – odparła.

 

Ruszyli biegiem. Rzeczywiście wkrótce dotarli do ostatniego kamienia, na którym widniał petroglif wskazujący zupełnie inną drogę niż zdecydowali się obrać ze względu na niedaleki szum rzeki. Tym razem ruszyli zgodnie z drogowskazem.
Przewidywania Łucji okazały się trafne. Kamienie prowadziły ich wzdłuż rzeki, lecz zupełnie w drugą stronę niż obrali wcześniej. Po chwili ich oczom ukazał się kamienny most. Był sporych rozmiarów i choć zniszczony, wydawał się wciąż dosyć solidny. Kiedy się zbliżyli, zauważyli, cielsko martwego stworzenia, które wcześniej pozbawiło ich przeprawy, a które to zatrzymało się na moście, najwyraźniej wyrządzając przy okazji uderzenia jakieś szkody.
– Obejrzymy je wracając! – zawołała Łucja widząc moment wahania profesora. Kiwnął tylko głową.
– Poczekaj – powiedział, kiedy opuszczali most. – Przewiążmy usta i nos kawałkami materiału, żeby zabezpieczyć się przed halucynogennym odorem.
Zdarli więc płaty materiału ze swoich koszul i obwiązali twarze. Tak zabezpieczeni ruszyli dalej.
Szli dalej, podążając za petroglifami.

 

Łucja spostrzegła, że las zamienia się w gęstą puszczę. Wśród gęstych zarośli i splotów drzew jedynie pojedyncze kolorowe kwiaty urozmaicały naturę. W gąszczu dało się jednak dostrzec zarysy starych budowli oraz posągi nieznanych bogów porośnięte mchem i ukruszone przez upływający czas. Szła coraz wolniej, przypatrując się okolicy.
Wtem wpadł na nią profesor. Szedł również rozglądając się wokół, ale odruchowo starał się trzymać blisko towarzyszki, jakby bał się tego, co go otacza.
– O co chodzi? – zapytała.
– Jak to? – zdziwił się. – Pełno tu zwierzyny i to fascynujące jak wiele nieznanych gatunków, ale nie wiem czy nie zaatakują. Być może są terytorialne.
Łucja zmarszczyła brwi i rozejrzała się po gęstym lesie, ale nie zauważyła nawet drobnego ptaka, nie wspominając o czymś co mogłoby ich zaatakować.
– Ja widzę tylko ruiny starożytnego miasta kryjące się w zaroślach – powiedziała.
– Jakiego miasta? – zdziwił się tamten. Wtedy do niego dotarło. Odsunął się od towarzyszki, chociaż niepewnie. – To halucynacje. Nie zwracajmy na nie uwagi. Trzymajmy się drogowskazów.
Łucja była, prawdę powiedziawszy, nieco zawiedziona tym stwierdzeniem.
– Co jeśli one też są halucynacją?
– Może – odparł profesor – ale widzieliśmy je tak samo po tamtej stronie rzeki. Poza tym o dotarcie we właściwe miejsce nie mamy się co martwić. To jednak tylko roślina i zapewne nie jest na tyle przebiegła, żeby wodzić nas po lesie aż nie spożyje Artura. Będzie nas próbowała zwabić prosto do siebie.

 

Szli dalej obserwując dokładnie okolicę. Kamienie za którymi podążali układały się w ścieżkę, którą zdawały się wskazywać także halucynacje. Łucja bowiem widziała w tamtym kierunku centralną część swojego zaginionego miasta, a Adam jeszcze większe zagęszczenie nieznanych zwierząt i roślin.
Dotarli wreszcie do petroglifu, który pokazywał człowieka wpisanego w koło.

 

Łucja widziała tam porośnięte pnączami sanktuarium, pełne pięknych posągów, które wznieść mogła tylko zaawansowana cywilizacja. U ich stóp stał obrośnięty kwiatami ołtarz, na którym spoczywało ciało Artura. Wydawał się tam taki bezradny, ale i pociągający. Łucja po raz pierwszy dostrzegła, że ten wagabunda jej się podoba i miała ochotę podejść, ułożyć się obok niego i przytulić.

 

Adam z kolei znalazł się przy życiodajnym wodospadzie, gdzie rozmaite zwierzęta znajdowały swój azyl i panowało swoiste zawieszenie broni w wyścigu zbrojeń natury. Artur spoczywał spokojnie, wtulony w ciała łań i dzikich kotów. Wszystkie one spoczywały na kwietnym kobiercu. Profesor odczuł wobec tego obrazu coś, do czego później nigdy się nie przyznał.

 

Oboje z Łucją spojrzeli na siebie.
– Co widzisz? – zapytał Adam.
Łucja opisała mu swoją wizję. On opisał jej swoją. To upewniło ich, że są to kolejne halucynacje i teraz muszą zabić kwiat.
– Ale skąd mam wiedzieć gdzie ciąć? – zapytała Łucja.
– Spróbuj w pnącza oplatające Artura – odparł tamten. Sam był w gorszej sytuacji: niewiele w jego halucynacji wskazywało gdzie może znajdować się roślina, czy raczej gdzie leży granica między Arturem a rośliną. Zadanie ciosu zwierzętom budziło zresztą wewnętrzny opór.
Łucja podeszła i choć jej ochota wejścia na ołtarz tylko wzrastała, skupiła się i zaczęła odcinać oplatające Artura pnącza.

 

Tymczasem profesor wpatrywał się w majaczący przed nim kształt. Widział Łucję, która znęcała się nad niewinnymi, słodko śpiącymi zwierzętami. Słyszał ich kwilenie. Mówił sobie jednak, że to zmysły go mamią, a to jęczące stworzenie to w istocie mordercza roślina. Spostrzegł też, że cała kompozycja istotnie przypomina wyrastające z ziemi pędy. Artur był wyraźnie we wnętrzu kwiatu, który to był reprezentowany przez zwierzęta. Barwny kobierzec pod spodem musiał reprezentować korzenie. Podszedł więc i zaczął je niszczyć, jako że to mniej konfliktowało z jego wrażliwością.

 

Po chwili takiej pracy, wizje obojga zaczęły blednąć i przekształcać się w rzeczywistość. Na powrót byli w widnym lesie, który niewiele różnił się od tego zza rzeki. Pracowali jednak przy wielkiej, czerwonej roślinie, której kwietne szczęki zaciskały się na ciele Artura. Tam, gdzie Łucja oderwała pnącza, ukazywały się powierzchowne rany, zaś spod kwiatów oparzenia spowodowane sokami trawiennymi. Artur był nieprzytomny.

 

Profesor zbadał go kiedy tylko obraz rzeczywistości stał się wyraźny.
– Żyje – oświadczył. – Niedługo powinien się ocknąć. Niemniej dobrze zrobimy jeśli wyniesiemy go stąd w kierunku mostu. Część jadowitych oparów może jeszcze unosić się w powietrzu, a jego organizm jest osłabiony, więc mogą mieć na niego wpływ.
– Chodźmy – powiedziała Łucja, która zmęczyła się uśmiercaniem rośliny o wiele bardziej niż wędrówką.
– Odetnijmy jeszcze trochę korzeni – poprosił Adam. – Pół godziny stąd możemy rozbić obóz na noc, a ja z rana wrócę zabrać okaz.
Łucja westchnęła, ale wiedziała że gdyby to był jej obiekt badań, sama by o to poprosiła.
– Zgoda – odparła.

 

Dokończyli dzieła, a później przenieśli wciąż nieprzytomnego Artura z dala od kwiatu. Jako, że dzień chylił się ku końcowi, nazbierali drewna i rozpalili ognisko. Prowizoryczny obóz składał się też z ogrodzenia z gałęzi, które miało zabezpieczyć go przed nieproszonymi gośćmi. Wyznaczyli warty i rozpoczęli odpoczynek i czuwanie przy Arturze.
Ten budził się powoli, z wyraźnie wysoką gorączką. Kilkukrotnie w nocy próbował wstawać, jednak czuwająca osoba powstrzymywała go i namawiała do odpoczynku. Ten mrużył tylko oczy i posłusznie układał się z powrotem na posłaniu. Leżał skulony i drżący.

 

Do rana jednak polepszyło mu się na tyle, że mógł iść, chociaż kulał i krzywił się z bólu. Adam dał mu dodatkowe półtora godziny na odpoczynek, kiedy udał się zebrać okazy.
Później ruszyli wzdłuż kamieni z petroglifami w kierunku obozu Belego. Jako, że Artur potrzebował pomocy w marszu, Łucja zrezygnowała z dokładnej dokumentacji petroglifów, na którą liczyła. Adam nie mógł się z kolei pogodzić z rezygnacją z opisania mokele mbembe, więc ustalili niewielką przerwę w wędrówce przy moście.

 

Ku rozżaleniu profesora okazało się jednak, że nurt do tego czasu porwał ciało zwierzęcia. Arturowi jednak potrzebny był odpoczynek, więc to Łucja miała chwilę czasu na opisanie mostu, który zdawał się być zabytkiem tej samej cywilizacji, która namalowała petroglify.

 

– To doprawdy niezwykła zagadka – mówiła później. – Dlaczego ci ludzie wyznaczyli drogę do kwiatu i wybudowali most na rzece. To sugerowało, że chcieli do niego często i bezpiecznie wędrować. Dlaczego? Wyobrażam sobie, że być może traktowali kwiat jako swego rodzaju bóstwo i składali mu ofiary, może nawet z ludzi. Albo może to oni zasadzili go, a trasą podążali ogrodnicy dbający o roślinę. Można sobie wyobrazić, że przebiegała tędy granica ich królestwa i chcieli dodatkowo zabezpieczyć się przed najeźdźcami. Zdaje się, że tego nigdy się nie dowiemy.

 

Beli był niezwykle szczęśliwy, że widzi wszystkich troje żywych. Nie wydawał się zbytnio przejmować stanem Artura.
– To u niego normalne – oświadczył. – Musimy zawieść go do wioski, kobiety się nim zajmą.

 

Oznaczało to, że muszą wyruszyć natychmiast. Nie było więc czasu na dodatkowe badania. Podczas rejsu opowiedzieli Arturowi co się wydarzyło. Zdawał się nie być zadowolony z przebiegu wydarzeń. Wyrzucał sobie głupotę i naiwność. Towarzysze próbowali go pocieszyć.

 

Artur był zmuszony zostać z rodziną Belego, aby wyleczyć rany. Profesor zdecydował się również zostać jeszcze kilka tygodni, aby dokończyć badania nad kwiatem, zanim nie zabezpieczy okazów w słojach z formaliną. Łucja jednak musiała wracać do kraju, jako że jej służba wojskowa, w przeciwieństwie do pracy profesora, nie przewidywała przymykania oczu na przedłużone badania naukowe. Była z tego powodu wyjątkowo przygnębiona, jako że mimo niebezpieczeństw, lubiła przygody. Nie potrafiła jednak zdobyć się na nagięcie zasad panujących w armii.

 

 

Więcej opowiadań tego autora tutaj: www.ayavia.pl

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial