Słona Cena

GUZIKÓWNA

 

 

SŁONA CENA

Pan X to była gruba ryba. Wszystko dlatego, że jako jeden z nielicznych w miasteczku, nie skarżył się na problemy z apetytem. Wyciągał chętnie pomocną dłoń do tych, co nie mieli tyle szczęścia. Ludzie zaczynali jeść mu z ręki i przestawali być niejadkami.

 

X był właścicielem fabryki, produkującej suplementy diety wspomagające apetyt. Prawdziwy kokosowy interes. Żył, dzięki niemu jak pączek w maśle. Wpływowa pozycja. Nic dziwnego, że woda sodowa uderzyła mu do głowy – w końcu uzależnić od siebie całą społeczność lokalną, to nie lada wyczyn. Do szczęścia brakowało mu jedynie ptasiego mleka.
Człowiek nie wielbłąd – pić musi. Jeść również musi. Kiedyś dla wielu mieszkańców wciskanie na siłę w siebie kawałeczków pożywienia było utrapieniem. Jednak po zażyciu suplementu diety, spożywanie przestaje być przymusem, mechaniczną czynnością, lecz staje się doznaniem. Aż chce się smakować świat.
Ta bajka dalej by tak trwała, gdyby pewien mężczyzna nie narobił bigosu. X miał przez niego twardy orzech do zgryzienia.

 

Konkurent nazywał się Y i z wielką przyjemnością patrzył, jak jego autorski produkt stopniowo wypiera z rynku suplementy. Ludzie mieli już dość połykania tabletek przed posiłkiem. Bardziej spodobało im się używanie specjalnej przyprawy, która nadawała potrawom lepszy smak. W ten sposób konsumenci byli w stanie zjadać większe porcje. Konia z kopytami by zjedli. Lokalni sprzedawcy nie posiadali się z radości i chętnie umieszczali na swoich straganikach reklamy przyprawy autorstwa Y. Interes kwitł.

 

X siedział u siebie i czytał raporty. Pod nosem rzucał mięsem – w końcu nie był wegetarianinem. Nie mógł pojąć, jak świeżo upieczony przedsiębiorca jest w stanie wygryźć jego – kogoś, kto przecież zjadł na tym zęby. Coś mu śmierdziało. X najchętniej utopiłby Y w łyżce wody, jednak postanowił zaprosić go na obiad w celu wyciągnięcia informacji. Plan był następujący – wycisnąć konkurenta, jak cytrynę, wypić wszystkie soki, a skórkę najlepiej zetrzeć na tarce i dodać do ciasta.

 

Y nigdy nie pił do lustra. Prowadził bogate życie towarzyskie. Ostatnimi czasy żaden bankiet nie mógł odbyć się bez niego. Nie dość, że zawsze dostarczał gospodarzom darmowej przyprawy swojego autorstwa, to do tego nie był nudny, jak flaki z olejem. Człowiek obyty, światowy, z którym można pogadać na wiele tematów. X wypadał przy nim jak ciepłe kluchy.

 

Mimo to Y przyjął zaproszenie na obiad. Właśnie zmierzał do siedziby konkurenta. Kiszki mu marsza grały, stąd jego chód był rytmiczny. Miał w kieszeni ukryty woreczek z przyprawą. Planował ni z gruszki, ni z pietruszki dosypać jej do talerza X. Tym samym, dostarczyć kubkom smakowym konkurenta nowych doznań i uzależnić od swojego produktu. Liczył, że pójdzie mu to, jak po maśle.

 

Obaj nie pozwalali dmuchać sobie w kaszę. Jednak oboje byli przyczajonymi tygrysami i postanowili nie wykładać od razu kawy na ławę. X herbaty również nie wyłożył, bo na początek podał zupę grzybową w asyście ciężkiego kawałka chleba. Panowie zjedli posiłek bez wspomagaczy. Y naprawdę smakowało albo był świetnym aktorem. Podziękował i szykował się na kolejne dania.
X zaczął z innej beczki i wyjął z niej śledzie. Podał do tego świeże ziemniaczki z masłem posypane koperkiem. Mimo że gospodarz był amatorem kwaśnych jabłek, to do picia przygotował kompocik z malin.
– Wpuszczę go zaraz w maliny – pomyślał, X rozpuszczając w napoju suplement diety wspomagający apetyt.

 

Faktycznie, Y wpadł jak śliwka w kompot i przelał, a następnie wypił ten kielich goryczy. Jednak sam gospodarz nie wiedział, gdzie stoją konfitury i wpadł w pułapkę konkurenta.
Nastała cisza, jak makiem zasiał. Po takim obiedzie pozostała tylko musztarda. Obaj siedzieli i trawili. Próbowali zrozumieć nie tylko zaistniałą sytuację, ale również nowy smak. Siedzieli tak i patrzyli na siebie. Najchętniej jeden zbiłby drugiego na kwaśne jabłko. Ale woleli milczeć. W tej ciszy było coś specyficznego jakby forma respektu dla przeciwnika. Zrozumienie, dlaczego towar tego, co na mnie spogląda, odniósł taki sukces. Wniosek u obu nasunął się ten sam: muszę ulepszyć swoją recepturę.

 

Wtedy dopiero rozpoczęła się wojna. Czy to oznaczało, że wszystkie chwyty dozwolone? X i Y stawali na uszach, aby dogodzić podniebieniom swoich klientów. Prowadzili badania. Konsultacje ze specjalistami. Testowali nowe formuły. Wprowadzili szereg ulepszeń. Konsumentom nie pozostawało nic innego, jak lizać palce oraz talerze po posiłku. X i Y szli łeb w łeb. Jednak nie znali umiaru i posunęli się za daleko...

 

Jak grzyby po deszczu, zaczęły pojawiać się skargi od mieszkańców. Wielu z nich się rozchorowało po regularnym stosowaniu suplementów diety oraz specjalnej przyprawy. Firmy X i Y splajtowały, gdy wyszło na jaw, że w fabrykach dodawane były nielegalne substancje, które w dużych ilościach zagrażają życiu i zdrowiu. Jednak na etykiecie nie było o tym wzmianki. Niezadowolenie społeczne rosło jak na drożdżach. X i Y musieli uciekać, gdzie pieprz rośnie.

 

Obaj dolewali oliwy do ognia, jednak ona sprawiedliwa, zawsze na wierzch wypływa.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial