Błękitny Ptak

Leszcz

 

BŁĘKITNY PTAK

 

On. Dzik. Król lasu. Dumny i szlachetny. Przechodził właśnie po swoich włościach, patrolując każdy zakamarek puszczy. Przez niesamowicie rozłożyste korony drzew co jakiś czas przedostawało się światło, które oświetlało łany mchu i innej flory leśnej, nigdy nie skażonej żadnym pierwiastkiem ludzkim. Jego teren był święty, a rolą Jego było pilnowanie by nikt nieproszony się nie pałętał bezkarnie po tej okolicy. Po jego ziemi, jego mchu, sosnach i wielkich tysiącletnich dębach, to pod nimi tak lubił wypoczywać i kontemplować nad boskim dziełem stworzenia, które było również jego zasługą. Owoce tych drzew, które raczył spożywać, umożliwiały mu przechodzenie z boskiego świata do ludzkiego. Żył bowiem na pograniczu obydwu światów, balansując na ich cienkiej krawędzi, która była nieprzekraczalna dla śmiertelników.

 

On. Wielki Dzik. Król lasu. Był o wiele większy od jego śmiertelnych pobratymców, a tężyzną fizyczną przeważał nad innymi bóstwami lasu o ciałach niedźwiedzi, czy wilków. To nie oni, lecz On był Królem lasu. Jego sierść była koloru śnieżnobiałego, co było jej zaletą w przypadku ukrywania się wśród gęstwiny lasu. Jako normalny dzik mógłby być łatwym celem. Ale On nie miał się czego bać. Nikt mu nie zagrażał. Gdzieniegdzie wetkane w tę sierść były pojedyncze nitki boskiej przędzy, wykonanej przez driady wodne, które wyrobiły je z wcześnie zebranej rosy w Dolinie Tysiąca Kwiatów. Dzięki temu zdawało się jakby Wielki dzik emanował niesamowitym mistycznym blaskiem, rozsiewając wokół siebie tajemniczą aurę. Jego kły obite były złotymi ornamentami, co zapewniało dodatkowe wzmocnienie i budziło większy podziw.

 

On. Wielki Dzik. Król lasu. Bóstwo. Budził strach wśród ludzi i szacunek wśród innych bóstw. Był strażnikiem lasu. Chronił Matkę Ziemię i krainę bogów przed ludzką ingerencją. Las - miejsce sacrum wielu plemion, tych nędznych ludzkich szczeniąt. Wielki Dzik budził strach wśród nich i jak najbardziej był z tego dumny. Ludzie darzyli go wielką czcią, składali mu ofiary z żołędzi, warzyw i owoców, niekiedy również z krwi i mięsa. Nie można powiedzieć, że ofiara z ludzi miała dla niego jakiekolwiek inne korzyści, prócz rozsiewania strachu. Dzięki temu ludzie bali się wchodzić do lasu w obawie przed żądnym krwi bogiem. Nie raz już Wielki Dzik dopuścił się do wymierzenia kary śmierci na nieszczęśnikach, którzy odważyli się przekroczyć próg Świętego Lasu, mitycznego sacrum silvam. Nie odnajdywał w tym przyjemności, była to jedynie czysta konieczność. Nie znał litości, bo kto choć raz go ujrzał już nigdy więcej nie pojawiał się w wiosce. Ludzie znajdowali tylko truchło gdzieś na skraju lasu, położonego na świeżo zrytej wielkimi kłami ziemi, obok zawsze leżał pojedynczy kwiat zawilca gajowego - symbol śmierci i snu, jako wyraz szacunku do ofiary.

 

On. Wielki Dzik. Król lasu. Był ukochanym pierworodnym dzieckiem Matki Ziemi. Kochała Ona wszystkie swoje dzieci, ale tego umiłowała sobie szczególnie. Jako jedyny z bóstw miał moc zobaczenia jej prawdziwej postaci i prowadzenia z nią długich rozmów. Inne bóstwa, driady i nimfy, a nawet nieznośne skrzaty, z zazdrością obserwowały jak Wielki Dzik wędrował wzdłuż świętego strumienia. Często zdawał się rozmawiać z kimś, kto jakby szedł tuż koło niego. Ramię w ramię. Nigdy jednak nie widzieli z kim. Nie mogli. Nie mogli ujrzeć własnej Matki, gdyż to właśnie Królowi Lasu przypadła największa dawka miłości z jej strony i to Jemu pozwalała na siebie patrzeć. Zrodził się on z ziemi. Wyłonił się spośród gród gleby, którą rozerwał swoimi kłami. W miejscu, w którym się narodził wykiełkowały pierwsze na Ziemi Dęby. Drzewa życia i siły, dające mu pokarm, dzięki któremu Wielki Dzik czerpał siły i moce. Prawdopodobnie dlatego uwielbiał przebywać pod nimi. Było to miejsce jego narodzin, symbolizowało dla niego jedność ze światem jaki stworzyła dla Niego Matka Ziemia.

 

On. Wielki Dzik. Król lasu. Właśnie skończył swój codzienny obchód włości i wypoczywał pod jednym z Dębów. Wsłuchiwał się w trel słowików i łapał promyki słońca, które majaczyły na jego wielkim potężnym ryju. Wielki Dzik czuł się tu szczęśliwy.
Ale co to?

 

Na jednej z gałęzi Wielkiego Dębu, usiadła niebieska ptaszyna. Nie widział jej tu wcześniej. Jak śmiała nieproszona wkroczyć do sacrum silva? Niepokój w nim wzrósł, wydał więc z siebie potężny ryk, który miał wystraszyć przybysza. Cała ziemia zadrżała od jego ryku, powodując zatrzęsienie całej powierzchni lasu. Ryk ten był tak potężny, że słowiki siedzące na drzewie, w mig je opuściły. Błękitny ptak tylko przekrzywił małą ptasią główkę i uważnie obserwował Wielkiego Dzika. On wyraźnie zirytowany zachowaniem nieproszonego gościa wstał spod dębu. Wtedy błękitny ptak otworzył mały złoty dziób i zaczął śpiewać. Był to piękny trel, niepodobny do żadnego innego ptaka. Melodia hipnotyzowała i jednocześnie była kojąca dla serca. Wielki Dzik rozpoznał w nim głos Matki Ziemi. Poczuł się więc spokojniejszy. To był dar od niej. Prezent, który miał umilić mu dzień. Wyraźnie odprężony usiadł więc z powrotem na miękkim soczystym mchu, na którym położył swój łeb. Leżał tak, pogrążony w melodyjnym transie. Był szczęśliwy.
Wtedy ogromna strzała przebiła mu grzbiet. Haczykowaty grot strzały wystawał z drugiego boku. Wielki Dzik zawył z bólu. Niebieska ptaszyna szybko odleciała, a Wielki Dzik zrozumiał, że to była pułapka. Wstał z ogromną szybkością, zdawałoby się, że strzała wcale go nie zraniła. Jego ruchy były równie płynne i działał z równie wielką siłą co wcześniej. Spojrzał w miejsce, z którego przyleciał pocisk i rozpoczął szarżę w tamtą stronę. W nozdrzach miał okropną mieszankę smrodu ludzkiego potu. Wyczuł w nim strach i podniecenie, i co go najbardziej zaniepokoiło - satysfakcję. Biegł w stronę drzew, gdy usłyszał świst. Zaatakowali z boku. Wielki Dzik wiedział jednak o ich obecności i z wielką gracją uniknął ataku. Tym razem już go nie zaskoczą. Umykając trzymetrowej strzale, wskoczył w zarośla skąd wystrzeliła pierwsza. Dostrzegł pięcioro ludzi wspólnie obsługujących wielką konstrukcję łuku, która przewyższała ich dwukrotnie a jednocześnie będącą prawie wzrostu Wielkiego Dzika. Rozzłoszczone bóstwo uderzyło racicami o ziemię, która poj jego siłą zatrzęsła się. Ludzie poupadali nie mogąc złapać równowagi. Konstrukcja przewróciła się, raniąc dwóch z nich. Wtem zza zarośli wystrzeliła kolejna strzała. No tak. Było ich więcej. Przecież wiedział o tym. Strzała przebiła mu płuco. Ta rana była o wiele poważniejsza. Wielki Dzik zachwiał się na swych potężnych nogach i prawie już upadł… ale to jest przecież Wielki Dzik. Pierworodny Matki Ziemi. Nie tak łatwo było go pokonać. Wtem trzecia strzała wypuszczona z wysoka trafiła w grzbiet, przebijając ciało Dzika na wylot. Ten cios przybił bóstwo do ziemi. Następne strzały sypały się spośród drzew niczym śmiercionośny deszcz. Raniły ciało, z którego zaczęła tryskać srebrna krew. Spływała ona po białej sierści, chlapiąc ludzi. Srebrny płyn wsiąkał w mech, w święty las. W las który go zrodził. Wielki Dzik umierał. Strzały przeszywały żebra, łamały kości, raniły narządy wewnętrzne. Ta sama ziemia co go zrodziła, teraz wchłaniała jego cząstki. Strzała, która odebrała mu życie trafiła w oko i przebiła czaszkę. Wielki Dzik spojrzał ostatni raz na Święte Dęby. Pod nimi stała Matka Ziemia, a po jej policzkach spływały gorzkie czarne łzy. Chciał coś powiedzieć, lecz tylko zachłysnął się własną srebrną krwią, po czym odszedł w nicość.

 

Ludzie, którzy dokonali tego barbarzyńskiego czynu, zabrali ciało ze świętego lasu. W miejscu, w którym skonał, w którym mech wsiąknął srebrną krew Wielkiego Dzika, wyrosły Zawilce Gajowe. Kwiaty śmierci i snu. Żaden człowiek jednak nie doceniał ich piękna. Zabili strażnika Świętego lasu. Przekroczyli granicę, która na zawsze miała pozostać dla nich niedostępna. Truchło Wielkiego Dzika zostało poćwiartowane, gdyż żadne ognisko nie byłoby w stanie ogarnąć swoimi ognistymi językami całego ciała bóstwa.
Ogień płonie. Matka Ziemia stoi na skraju lasu i wylewa czarne łzy, które kapią na delikatne płatki zawilców gajowych.
On. Dzik. Król lasu. Upieczony i pożarty.

 

Oni. Ludzie. Łapczywie chwytają ciało bóstwa i spożywają grzejąc się przy ognisku. Żaden z nich jednak nie świętuje. Żaden z nich jednak nie tańczy wokół paleniska, jak to ich plemię miało w zwyczaju od stuleci. W zwyczajnej sytuacji z największego namiotu z wioski wyszedłby szaman, który na twarzach wojowników namalowałby symbole odpowiadające największemu talentowi, jakim dany witeź zasłużył się w polowaniu. Były to oczywiście najbardziej pożądane przez młodych mężczyzn cechy: Siła, Męstwo, Odwaga. Starsi członkowie klanu liczyli na odznaczenie talentu Sprytu i Przebiegłości. Był jeszcze jeden talent, którego przyznanie zdarzało się niezwykle rzadko. Średnio raz na dwa pokolenia ludzkie trafiała się osoba, która otrzymywała na swoim pierwszym polowaniu na twarzy znak Mądrości i Pokoju. Był to znak oznaczający, że wojownik przestał być myśliwym. Symbol ten oznaczał, że młodzieniec poczuł z otaczającym go światem niezwykłą więź. Będąc w lesie na polowaniu nie skupiał się na celu. Całą swoją uwagę skupił na świecie jakim się otaczał. Widział każdy liść, każdą mrówkę. Wówczas napływała do niego mądrość, która była początkiem szkolenia na szamana. Każde życie jest święte - tak zdawał się śpiewać las w całym swym jestestwie, gdy wojownik upuszczał na zawsze broń. Wiatr szumiący w koronach drzew, śpiew ptaków i szmer strumyka, wszystko zdawało się głosić jedną i tą samą prawdę.

 

On. Szaman był już stary. Właśnie pod jego okiem rodziło się już trzecie pokolenie, a on dalej nie znalazł następcy. Dobrze wiedział, że zostało mu mało czasu. Teraz jednak siedział w swoim namiocie i płakał. Nie godził się na czyn, którego dopuścili się jego pobratymcy. Zgłosił wyraźny sprzeciw, a oni go nie uszanowali. Okazali brak szacunku jemu, jego przodkom, mieszkańcom lasu oraz samej Matce Ziemi. Szaman wiedział, że ten czyn będzie miał swoje konsekwencje. Głupi, żądni władzy ludzie. Myśleli, że zjadając mięso bóstwa sami otrzymają cząstkę jego mocy. A przecież ciało jest fizyczną formą, moc bierze się z ducha, który nigdy nie zginie.

 

Wtem do namiotu wbiegł zdyszany chudy mężczyzna. Twarz miał bladą i wystraszoną. Szaman rozpoznaje go i szybko domyśla się z jakiego powodu przybył do niego w takim momencie. Oboje czym prędzej wybiegli z namiotu i ruszyli do jurty mężczyzny. Szaman odwrócił wzrok od ogniska i zatkał nos, by nie czuć zapachu pieczonego mięsa. Obaj szybko dotarli do celu. Szaman wszedł pierwszy.

 

Ona. Kobieta. Matka. Leżała właśnie na ziemi z szeroko rozłożonymi nogami. Wokół niej zgromadziło się kilka innych dziewcząt i matek, które trzymały ją za rękę i ocierały skrawkiem materiału twarz, na której mieszały się pot i łzy. Kobieta rodziła. Ojciec dziecka czekał przed namiotem, nie mogąc patrzeć na cierpienie żony. Szaman podszedł do kobiety i położył jej rękę na brzuchu jednocześnie patrząc w oczy kobiety. Trwało to dłuższą chwilę, po czym kobieta gestem ręki kazała wyjść z namiotu pozostałym zebranym. Ci posłusznie wykonali jej polecenie. Szaman i przyszła Matka patrzyli na siebie w milczeniu. Kobieta, w końcu zapłakała i kiwnęła głową na znak zgody. Szaman nie zmuszał jej. To była jej dobrowolna i świadoma decyzja. Oboje wiedzieli, że tak trzeba i że to ostatnia szansa. Szaman wyjął z kieszeni saszetkę z ziołami i zamoczył ją we wrzątku, a powstały napar podał kobiecie. Gdy ta już wypiła miksturę, pozwolili reszcie wejść do namiotu. Szaman pomógł przyjąć poród.

 

Ono. Dziecko. Dziewczynka. Przyszła na świat we śnie. Ojcu dziecka, który z wielką nadzieją w sercu czekał na dobrą nowinę, powiedziano, że dziecko urodziło się martwe. Matka trzymająca śpiącą dziewczynkę na rękach ucałowała ją w czoło i oddała w ręce szamana. Jej mąż przytulił ją i oboje zaczęli gorzko szlochać.

 

Szaman nie miał ani chwili do stracenia. Trzymając małe dziecko owinięte w lniane materiały ominął Wielkie Ognisko i ruszył w stronę lasu. Z maleństwem w środku nocy przemierzył kilkanaście kilometrów, prowadząc je pod Święte Dęby. Wędrowca prowadził blask okrągłej tarczy księżyca. Była pełnia.

 

Dotarli do świętego miejsca chwilę przed północą. Szaman pierwszy raz widział na oczy te piękne drzewa. Były ogromne. Przy nich czuł się jak okruch świata. Pod Dębami rósł mięciutki mech, na którym szaman położył dziewczynkę. Malutka dopiero wtedy otworzyła oczka. Okazało się wówczas, że mają one barwę nieba. Szaman wiedział, że im dłużej przebywa w świętym miejscu, tym mniejsze są szanse na powodzenie tej misji. Podszedł więc ostatni raz do dziecka i pogładził pomarszczoną ręką po jej malutkiej główce. Potem odszedł zostawiając dziecko same sobie w lesie.

 

Ona. Dziewczynka. Została sama. Leżała tak pod Wielkimi Dębami kilka godzin płacząc z głodu. Na początku nie wzbudziła wśród mieszkańców lasu żadnego zainteresowania. Wszystkie zwierzęta i bóstwa chciały, aby ludzkie dziecko zginęło tak jak zginął Wielki Dzik. Z czasem jednak coraz więcej Sworzeń zaczęło ubolewać nad cierpieniem małej, niewinnej istotki. Pierwsze zaczęły współczuć wszelkiego rodzaju driady, które wokół dziewczynki wspólnie utworzyły okrąg z kwiatów Zawilców Gajowych. Boginki były zupełnie nieświadome macierzyństwa i nie znały potrzeb niemowlęcia. Usiadły więc wokół niej tworząc ciasny krąg i zaczęły śpiewać. Śpiew driad dyktowany był płaczem dziecka, wspólnie unosiły głosy do wyżyn i opadały w niziny, dzięki czemu zdołały uspokoić małą dziewczynkę. Nie wiedziały jednak co mają robić dalej. Wszystkiemu zaczęły przyglądać się oczy innych mieszkańców lasu. Sądzili, że driady rozgniewają Matkę Ziemię swoim współczuciem do ludzkiego dziecka. Wśród tej grupy było również bóstwo Amaszy pod postacią czarnego wilka. Amasza był bogiem opiekującym się Luną, czyli księżycem. Czarny Wilk był zakochany w Lunie, co okazywał śpiewając i wysyłając w niebo swoje wilcze pocałunki.

 

Dzisiaj Luna była w pełni swej okazałości. Mimo to Czarny Wilk nie miał czasu na wyznawanie jej swoich uczuć, jego głowę zaprzątała myśl o dziecku.
Amasza tak jak każde inne bóstwo kochał Wielkiego Dzika. Nie dziwne jest więc to, że jego serce przepełnione było po dzisiejszym dniu czarną mazią żalu, goryczy i złości. Nie był w stanie myśleć o tym do czego zdolni są jeszcze ludzie. Nienawiść w nim rosła z każdą chwilą jak patrzył na małą dziewczynkę, którą opiekowały się boginki. Czy ci ludzie naprawdę myśleli, że są w stanie zastąpić Króla Lasu jakimś nędznym niemowlęciem. Wściekły Czarny Wilk napędzany żałobą po zmarłym bracie, ruszył do ataku na niewinne niczemu dziecko. Wystraszone niespodziewaną szarżą Wilka driady uciekły zostawiając Amaszy prostą drogę do celu. Czarny Wilk biegł prosto na dziewczynkę i już był kłami na odległość liścia dębu od główki niemowlęcia, gdy wtem coś go uderzyło w głowę. Wilk poleciał kilka metrów dalej ugodzony czyjąś silną ręką.

 

Ona. Matka Ziemia. W końcu ukazana wszystkim swym dzieciom trzymała na rękach niemowlę, wszystkim dosadnie dając do zrozumienia, że dzisiaj na tej ziemi nie będzie więcej przelewana krew.

 

Pierworodne dziecko za miejsce pierworodnego. Oko za oko. Ząb za ząb. Ludzie spłacili swój dług, choć nigdy już nie odzyskają zaufania. To co zostało zniszczone trzeba naprawić. To co zostało rozdzielone trzeba na nowo połączyć.

 

Matka Ziemi zdecydowała, że dziewczyna przybierze imię Venia, na znak przebaczenia. Dziewczynka trafiła pod opiekę Amaszy i Luny, którzy stali się jej przybranymi rodzicami. Amasza na początku zły na Matkę Ziemię za powierzone mu zadanie z czasem zaczął być jej za to wdzięczny. Wraz z Luną Amasza pokochał przybraną córkę, którą wychowywał wedle prawa Świętego Lasu. Uczył ją, że każde Życie jest święte. Razem spędzali czas pod Wielkimi Dębami tak jaki kiedyś czynił to Wielki Dzik. Nikt przed Venią nie ukrywał jej pochodzenia i historii znalezienia się w lesie. Czas swój spędzała często na zabawie z leśnymi zwierzętami, wielką przyjemność sprawiały jej również lekcje śpiewu u driad, które stały się jejprzyjaciółkami. Od bóstwa Riszny pod postacią Niedźwiedzicy z sześcioma łapami Venia szkoliła się w walce i przetrwaniu. Poznawała od niej tajniki życia i śmierci. Riszna pomogła jej zrozumieć jak cienka jest granica pomiędzy bytem, a niebytem. Dziewczynka z biegiem lat wyrosła na mądrą kobietę, która rozumiała poświęcenie swojej biologicznej matki i misję jaką ma do spełnienia. Czarny Wilk przekazał jej całą mądrość lasu, Luna natomiast pokazała jej sekret piękna tego świata. Gdy dziewczyna dorosła, była gotowa do pełnienia powierzonej jej funkcji.

 

Przyszedł więc Wielki Dzień. Była to rocznica śmierci Wielkiego Dzika i dzień urodzin Veni.

 

Młoda kobieta ruszyła z błogosławieństwem Amaszy, Luny i co najcenniejsze Matki Ziemi na wędrówkę do wioski skąd pochodziła. Kroki miała pewnie. W głowie nie miała żadnych wątpliwości. W niedługim jak na tak długą wędrówkę czasie dotarła do swojego rodzinnego plemienia.

 

Dziewczynę pierwszą zauważyła kobieta piorąca ubrania w rzece, ta sama, która kilkanaście lat wcześniej poświęciła swoje dziecko Świętym Dębom. W mgnieniu oka rozpoznała w Veni swoją córkę i pobiegła jej na spotkanie. Królowa Lasu przytuliła swoją biologiczną matkę i powitała ją pocałunkiem w czoło, tak jak ona przed laty ją pożegnała. Uradowana starsza kobieta zaczęła wykrzykiwać, że oto po wielu latach powróciła jej pierworodna córka, jako znak przebaczenia i symbol pojednania świata boskiego z ludzkim. Bardzo stary już szaman wyszedł ze swojego namiotu. Wspierając się o lasce podszedł do młodej kobiety. Przywitał ją z pełnymi wyrazami szacunku według tradycji ich klanu, po czym wyciągnął z kieszeni szaty czerwoną farbę. Namalował na czole Veni symbol Mądrości i Pokoju.

 

My. Świat. Odzyskaliśmy równowagę.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial