SEKRETY WIKTORII

Kamil Grab

 

SEKRETY WIKTORII

 

Gdy się rodzimy, ogarnia nas błoga nieświadomość o otaczających nas niebezpieczeństwach. Dzieciństwo upływa nam szybko, wtedy to właśnie snujemy wielkie plany. Zaczynamy dorastać, nasze poglądy na otocznie oraz przyszłość radykalnie się zmieniają. Przepełnieni siłą, pełni marzeń oraz nadziei na ich realizację dążymy do celu. Wkraczamy w dorosłe życie odkrywamy otaczający nas marazm, pełni rozczarowań i porażek, zapominamy o marzeniach, celach które niegdyś snuliśmy. Nastaje rutyna, z którą nie potrafimy walczyć.

 

Smutne, ale prawdziwe, tak wygląda życie wielu, nie mniej jednak każdy z nas snuje nadal marzenia o lepszym jutrze, o wielkiej przygodzie, która zdarza się niewielu, o prawdziwej miłości oraz spełnieniu w karierze zawodowej, to w starciu z szarą rzeczywistością wydaje się ironiczną abstrakcją, która zawładnęła naszym nic nieznaczącym życiem.

 

Wielu żyje w błogiej nieświadomości, której uwieńczeniem będzie śmierć cielesna jak również zapomnienie. Paradoksalnie wielu próbuje zapobiec tej kolei losu. Jednak to tylko kolejna iluzja, która stwarza namiastkę bezpieczeństwa a jedyne, co po nich zostaje to nekrolog w gazecie. Krótka notka prasowa, a w niej kilka słów o denacie, wyrazy szacunku dla rodziny oraz duży nagłówek namaszczony grubą czcionką o treści: „zmarł”, „odszedł” bądź „nie ma wśród nas”.

 

Nekrologi umieszczane są licznie, można by powiedzieć, że to ostatnia posługa dla denata, dla wielu również egoistyczny gest uciszający wyrzuty sumienia. Osobna rubryka w prasie codziennej wymaga odpowiedniej oprawy oraz osoby, która usystematyzowałaby szereg napływających zgłoszeń. osoby która nie boi się wyzwań, która potrafi reagować w każdej sytuacji, jest wyrozumiała, mimo to utrzymuje spory dystans od wykonywanego zlecenia. Nie chodzi tu oczywiście o pracownika krematorium bądź patologa. Wraz z zapotrzebowaniem na daną usługę stworzono etat, jednak nie myślcie sobie, że chętnych było od groma.

 

Zgłosiła się tylko jedna osoba, absolwent filologii języka polskiego oraz socjologii. Pełen ideałów, traktujący daną pracę jako początek wielkiej kariery dziennikarskiej, jak się okazało ta posada stała się dla niego ślepą uliczką, z której już nie potrafił uciec. Mawiają, że najgorsze są pierwsze dwa lata, potem pracownik się przystosuje. Jednak w jego przypadku było inaczej. Sebastian Wolf, obecnie z pięcioletnim stażem pracy już na samym początku swojej kariery zawodowej zrozumiał, że jeżeli sam sobie nie urozmaici pracy, wkrótce stanie się jednym z wielu biurowych rutyniarzy, którzy pracowali wówczas w dzienniku o jakże wymownej nazwie „Codzienna”.

 

Początkowo przyłożył się do skrupulatnego skatalogowania bieżących zleceń, stworzył olbrzymią kartotekę, która zawierała wszystkie tragiczne zgony z miasta oraz ościennych okolic. Początkowo korzystał z pomocy zaprzyjaźnionych patologów oraz z statystyk policyjnych, wraz z wzrostem swoich umiejętności zyskał spore poważanie wśród współpracowników oraz u naczelnego, nie zapowiadało się jednak na awans. Zaoferowano mu biuro w piwnicy redakcji, która pomieściła wszystkie kartoteki, wycinki prasowe, oraz nagrania. Po pięciu latach pracy w redakcji uzyskał przydomek „Kostek”, nie tyle, od wyglądu, chociaż tu zaznaczę, że był wyjątkowo wątłej postawy, którą podkreślał obcisłymi ubraniami w odcieniach czerni. Przydomek oświadczał, że mamy do czynienia z ekspertem, który wie wszystko na temat przyczyn, zajść i skutków dotyczących wypadków, jak również morderstw oraz samobójstw. Często współpracował z policją, jako jeden z wielu biegłych ekspertów, nie raz padała propozycja, by zostawił dziennikarstwo i został kryminologiem. Jednak on nawet nie chciał o tym słyszeć, obracał się tylko na pięcie znikając w korytarzu mrocznej piwnicy. Po mimo udanej kariery zawodowej, odczuwał spory niedosyt emocjonalny. Starał się być zawsze miły i wyrozumiały.

 

Jednak, gdy unosił maskę normalności podczas wieczornych eskapad nad pobliskie deptaki, chciał krzyczeć, płakać, wyładować złość. Pomimo narastającej samotności praca stała się jego obsesją, spychając na dalszy plan rodzinę, znajomych. Poza kilkoma współpracownikami nie miał nikogo. Każdy wolny czas zatem poświęcał na poszerzanie swojej i tak imponującej wiedzy. 

 

Tej nocy wszystko miało się zmienić, był dwudziesty trzeci grudnia, przed dzień wigilii. Którą jak co roku miał spędzić ślęcząc nad stosami nekrologów, wynikami badań oraz sprawami morderstw, które jeszcze nie zostały rozwiązane. Dochodziła północ, jednak na jego twarzy nie widać było znużenia. Wszyscy z redakcji już dawno poszli do domu, mieli dwa dni wolnego, w budynku zostało tylko trzech stróżów. Mimo to z korytarza prowadzącego do jego biura dochodził stukot cienkich obcasów, krok stonowany, delikatny, jednak ów stukot nasilał się a w jego drzwiach stanęła kobieta. Początkowo jej nie zauważył, jednak w powietrzu zaczął unosić się różany polot kobiecych perfum, co zdecydowanie wyczuł. Wiedział również, że wszyscy już wyszli, bo sam włączał alarm, a strażnicy raczej nie używają drogich na dodatek niezwykle wysublimowanych kobiecych perfum, mogło to znaczyć tylko jedno, w pomieszczeniu znajdowała się klientka, której zależało na czasie…

 

- Przepraszam, że niepokoję o tak późnej porze, ale musi Pan zobaczyć…

 

Wyjęła z torebki swobodnie zwisającej na ramieniu kawałek skrupulatnie złożonego papieru. Po rozłożeniu okazało się, że jest to jedna ze stronnic gazety codziennej, która zawiera właśnie rubrykę z nekrologami…

- Zaraz, ale to nie możliwe, przecież to wydanie, które jeszcze nie zostało oddane do druku, proszę zwrócić uwagę na datę…

 

Oburzony całym zajściem, kilkakrotnie jeszcze zerknął na stronnicę. Choć nic, nie powiedział kobiecie, w głębi czuł, że jest autentyczna, nacechowana jego dziennikarskim kunsztem. Stronnica zawierała osiemnaście nazwisk, zgony osób w różnym wieku i płci. Jednak wszystkie te zgony łączyła data oraz tragiczne zajście, które doprowadziło do zgonu.

 

- Proszę zobaczyć, to moje nazwisko i data urodzenia… „Tragicznie zmarła...” Przecież ja żyję…

 

Roztrzęsiona, wskazała palcem, lekko tylko zerknął na adnotację prasową, jego wzrok przyciągnął ekstrawagancki wygląd nowo przybyłego petenta…

 

- Może ktoś próbuje tylko Panią nastraszyć, gdzie pani to znalazła?

 

Próbował całą sytuacje obrócić w kiepski żart, jednak stwierdzenie raczej nie przekonywało klientki, jak również jego samego…

 

- Jak Pan może, nie boi się Pan… Przecież Pana nazwisko również tam jest, proszę zerknąć… Na samym dole…

 

Na jego czole pojawił się pot a na twarzy zaczerwienienie. Ciśnienie zaczęło rozsadzać mu żyły, które zaczęły się pojawiać na skroni. Nagłym ruchem ręki sięgnął po prasę, zbliżył lampkę biurową do stronnicy, miał nadzieję odkryć mistyfikację.

 

- Dokąd się Pani teraz wybiera w tym stroju?
- Raczej wracam, uczestniczyłam w przedsięwzięciu, coś w rodzaju gry alternatywnej…

 

Zmierzył ją surowym wzrokiem, w głębi zapewne posądzając o wyuzdane igraszki seksualne…

 

- To jak Pani weszła w posiadanie tego wydania?

 

Nieco podwyższył ton głosy, węsząc niesmaczny podstęp ze strony redakcyjnych kolegów…

 

- Musi mi Pan pomóc! Jeżeli mi Pan nie pomoże zabiją mnie, Pan i Pana bliscy również podzielą mój los…

 

Roztrzęsiona chwyciła go za ramię, w jej głosie odczuwalna była trwoga przed przeznaczeniem, które niechybnie tworzyło kolejny podstęp. Po chwili dramaturgicznych zajść nastała chwila ciszy, a w jej oczach pojawiły się łzy. Próbował wezbrać siły, walczył z narastającym napięciem, jednak wciąż ciążyło na jego profesjonalnym podejściu do sytuacji. Na co dzień jednak takie rzeczy nie wzbudzały w nim żadnych emocji. W swoim zawodzie spotykał wielu ludzi i uczestniczył w sytuacjach, w których okazanie jakichkolwiek uczuć okazałoby się słabością, na którą nie mógłby sobie pozwolić. W tym przypadku poddał się uniesieniom chwili, po części zafascynowany blond pięknością, przebywającą w jego gabinecie. Po mimo grożącego mu niebezpieczeństwa zaufał jej, może i chciał pomóc rozwiązać problem, który ciążył na obiekcie jego zainteresowania. Jednak chwilę ciszy przerwał dźwięk telefonu, dochodzący z przepasanej na smukłym ramieniu torebki …

 

- Nie odbierze Pani?

 

Zaniepokojony zapytał od niechcenia, jednak jego pytanie miało wywołać określoną reakcję, miało to przybliżyć nieco postać rozmówcy…

 

- Nie wiem, nie powinnam, wiem, że to on dzwoni…
- Pani mąż?

 

Kolejne pytanie ukierunkowało tok rozmowy…

 

- Nie, jestem samotna… Boję się odebrać, wiem, że powinnam…

 

Drżącym głosem wyszeptała jeszcze kilka niezrozumiałych dla Wolfa słów … Sięgnęła po telefon komórkowy, wciskając zielony klawisz odebrała. W słuchawce odezwał się męski głos. Kobieta nie wydała z siebie żadnego dźwięku, rozmowa trwała krótko, zaledwie kilka słów, po czym wsunęła aparat do torebki. Wyciągnąwszy dłoń, chwyciła za pistolet, skrzętnie schowany w płaszczu, przyłożyła do skroni…

 

- Mam nadzieję, że zrozumiesz… Przepraszam…

 

Wymamrotała z przerażeniem. Wolf wyciągnął rękę w stronę kobiety, chcąc jej wyrwać broń, jednak nie zdążył. Pociągnęła za spust, krew bryznęła na twarz mężczyzny, kawałki skroni spływały po kartotekach, a zwłoki osunęły się bezwolnie na zimną posadzkę. Brodząc w kałuży krwi, próbował otrząsnąć się z szoku, przez chwile również martwe ciało wzbudziło w nim odczucie egzaltacji. Chciał zadzwonić na policję, jednak brakło mu odwagi, nie potrafiłby jednoznacznie wytłumaczyć powstałe zdarzenie. Przypuszczalnie został by przetrzymany na czterdzieści osiem godzin, co by mu skutecznie zabroniło przeprowadzenie prywatnego śledztwa, i mogłoby oczyścić go z zarzutów jak również uratować jego życie. Podejmując niezwykle trudną decyzję kierował się doświadczeniem swoich kolegów oraz konsekwencjami, które mogłyby go czekać po ucieczce z miejsca zbrodni. Taką decyzje nie był w stanie podjąć samodzielnie, chciał poradzić się w danej sprawie, tak jak to miał w zwyczaju podczas trwania poprzednich śledztw dziennikarskich. Wykręcił numer Ryszarda, obecnie emerytowanego reportera, publicysty, który niejednokrotnie przeprowadzał szereg prowokacji prasowych jak również uczestniczył w śledztwach, które obnażały najskrytsze tajemnice polityków i osób publicznych…

 

Rozdział II

  

To była jedna z tych zimnych, grudniowych nocy. Za oknem ciemności spowijają miejskie zakamarki. Kilka minut po północy, dwudziesty czwarty grudnia. Kominek dogasał, chłód zaczął ogarniać pomieszczenie znajdujące się na wyższych piętrach starej kamienicy, wybudowanej tuż przed pierwszą wojną światową. To miejsce stanowiło znakomita ostoję dla emerytowanego dziennikarza, który dwa lata wcześniej owdowiał. Teraz każdy swój wolny czas spędzał w niewielkiej kawalerce Przy lampce koniaku rozgrzewał nękane reumatyzmem kości. Poszerzał zasób i tak już imponującej wiedzy we wszelkiego rodzaju prasie oraz literaturze. Tuż przed emeryturą stał się legendą, dla wielu autorytetem w szczególności młodego pokolenia. Między innymi dla Sebastiana Wolfa, który sprzed laty stał się przyszywanym synem dla bezdzietnego starca. Jak co wieczór i tym razem zagłębił się w literaturze, która skutecznie słała go w odmęty snu, kiedy to w pomieszczeniu rozległ się dźwięk aparatu telefonicznego. Zerwawszy się z antycznego fotela, obitego jedwabnym suknem ruszył w stronę telefonu. Zazwyczaj nikt o tej porze nie odważyłby się przerwać mu spoczynku, chyba że wydarzyło się coś naprawdę ważnego. Gdy podniósł słuchawkę, nie zdążył się odezwać, bo nagle rozległ się podniosły głos mężczyzny…

 

- Panie Ryszardzie, zdarzyło się coś… Nie uwierzy Pan, ale to wszystko wydaje się takie…

 

Rozległ się rozegzaltowany głos mężczyzny, który starał się przekazać bardzo ważną informację, ale nie był w stanie zebrać myśli…

 

- Chłopcze, uspokój się… Opowiedz mi wszystko po kolei, tylko spokojnie…

 

Odrzekł w stonowanej intonacji głosu, niczym szeptem, skutecznie temperując temperament Kostka.

 

- Pracowałem w biurze, już wszyscy wyszli, myślałem, że jestem sam… Nie zauważyłem jej, chciała mi coś powiedzieć… Boże, nawet nie wiem jak miała na imię… Wyciągnęła nekrologii, moje nazwisko też tam było…

 

Przez chwilę zamilkł, w jego głosie pojawiła się charakterystyczna chrypka, która wskazywała na zmęczenie…

 

- Jesteś pewien, że to nie była prowokacja?

 

Od niechcenia zapytał profesor, bowiem w swojej karierze często starano się go ośmieszyć…

 

- Ona nie żyje, popełniła samobójstwo w moim biurze…

 

Znowu przerwał, lecz tym razem było to spowodowane hałasem dobiegają z końca korytarza prowadzącego do biura.

 

- Ktoś idzie…, Co mam robić profesorze…

 

Mógł by spanikować, lecz natychmiast w słuchawce rozległ się głos Ryszarda…

 

- Chłopcze, nie rób nic pochopnego, pewnie to strażnik słyszał strzały, zatrzymaj go, ja zaraz do Ciebie przyjadę…

 

Po czym odłożył słuchawkę. Nie czekając na potwierdzenie, ubrał eleganckie, skórzane półbuty. Odział stary płaszcz zamszowy, który wiele lat wcześniej dostał od swojej zmarłej żony, od tej pory nigdy się z nim nie rozstawał. Szyję przepasał szalem w szkocką kratę a na lekko siwiejącą czuprynę wsunął beret. Tuż przed wyjściem chwycił tylko hebanową laskę, bez której dłuższe dystanse były nie do pokonania. Trzasnął drzwiami, co zwróciło uwagę wścibskiej sąsiadki, zamieszkującej piętro niżej. Rzuciła tylko okiem przez judasz w drzwiach, widziała profesora jak wybiega z kamienicy, co ją bardzo zainteresowało, lecz nie zdążyła dojść do okna. Ryszard szybko odjechał autem, które parkował od niepamiętnych czasów tuż pod jej oknem. Gdy ruszał z piskiem opon po oblodzonej nawierzchni, nie przypuszczał że od kilkunastu godzin jest obserwowany. Był jednak na tyle wytrawnym kierowcą jak również doświadczonym dziennikarzem, że szybko spostrzegł, jadącego za nim ciemno-zielonego Ford’a. Przeczuwał, że ma to związek z jego przyjacielem a najlepszym sposobem na pozbycie się ogona będzie bezpośrednia konfrontacja. Gdy wyjechał po za miasto w jedną z miej uczęszczanych dróg, mógł sobie pozwolić na śmiały manewr. Ryzykował przy tym sporo, jednak w danej chwili najważniejsze było bezpieczeństwo Wolfa. Gwałtownie zaciągną hamulec do oporu, redukując przy tym bieg i kręcąc kierownicą w lewo. Spowodowało to miraż odwracając pojazd o sto osiemdziesiąt stopni. Porażając przeciwnika nadjeżdżającego z naprzeciwka długimi światłami. Pojazd się zatrzymał. Nie czekał na reakcję kierowcy, ruszył w stronę Forda. Wokół nie było zabudowań, księżyc oświetlał pokryte szronem pola, z jego ust uchodziła para, skraplając się na jego dorodnym zaroście który był jego chlubą od piętnastu lat. Nie zdążył podejść na tyle blisko, by zauważyć kogokolwiek. Nagle kierowca wyłączył silnik, zgasił światła, pozostawiając pojazd na środku drogi. Ryszard zwolnił kroku, jego serce zaczęło szybciej bić a na czole pojawiły się oznaki zmęczenia...

 

- Kto tam jest? Pokarz swoją twarz...

 

Krzykną, miał przy tym nadzieje nieco zdezorientować napastnika. Niestety nie wywołało to przez dłuższy czas żadnej reakcji. Zatrzymał się tuż przed pojazdem, próbując wypatrzeć kierowcę oraz ewentualnych pasażerów. Ku jego zdziwieniu wnętrze Forda było puste, zbliżył się do auta od strony kierowcy, w stacyjce znajdowały się klucze a na tylnim siedzeniu leżał zimowy, damski płaszcz. Napastnik musiałby być kobietą, bądź jedna z pasażerek zostawiła odzież wierzchnią w samochodzie swojego chłopaka. zatem kierowcą mógł być mężczyzna. Przez chwilę w myślach próbował ułożyć czarny scenariusz przebiegu całej sytuacji, w której obecnie się znajduje. Nagle jednak odczuł czyjś dotyk na lewym ramieniu. Zamarł w bezruchu, by w ułamku sekundy odwrócić się w stronę napastnika, chwycić za dłoń i skutecznie obezwładnić...

 

- Proszę tego nie robić...

 

Usłyszał delikatny kobiecy głos, który skutecznie przyspieszył mu bicie serca, bowiem jego słabością a zarazem przekleństwem zawodowym były kobiety...

 

- Kim Pani jest?

 

Zapytał stanowczo zachrypniętym głosem...

 

- Zapraszam na rozmowę, w końcu to Pan mnie zatrzymał a nie ja Pana...

 

Odezwała się głosem typowo kobiecym, który przybrał na tonie. Poniekąd zabrzmiało to jak flirt z nieznajomym...

 

- A gdzie...

 

Nie zdążył dokończyć, gdy jego wzrok został przykuty przez smukłą sylwetkę kobiety w świetle reflektorów, zmierzającą do jego pojazdu. Bez chwili zastanowienia podążył, wraz z pierwszym krokiem poczuł bardzo bolesny skurcz podudzia, który skutecznie utrudnił mu poruszanie. Zachowując powagę oraz pozory, utykając na prawą kończynę udał się za kobietą. Zanim doszedł dziewczyna już się rozgościła w samochodzie, zasiadła na tylnim siedzeniu, próbując się nieco ogrzać. Zauważył, że ściągnęła trzewiki, kuląc się we wnętrzu wyczekiwała na Ryszarda.

 

- Pani pozwoli, że wejdę...

 

Zaniepokojony, nieco speszony wsunął się do pojazdu siadając za kierownicą...

 

- Proszę jechać przed siebie!

 

Krzyknęła…

 

- Ale dokąd?

 

Zapytał, czekając na rychłą odpowiedź...

 

- Proszę jechać przed siebie, musimy pozostać w ruchu, nie możemy się zatrzymywać... Muszę...

 

Przerwała w połowie, jej uwagę przykuł nadajnik telefonii komórkowej... Ryszard zerkając w lusterko automatycznie to wychwycił, jednak nie chciał prowokować kobiety...

 

- Muszę Panu tyle rzeczy powiedzieć, nie wiem od czego zacząć, tak mało czasu....

 

Roztrzęsiona sięgnęła ręką do kieszeni, otworzywszy okno wyrzuciła telefon komórkowy... Po tym fakcie zaczęła drżeć...

 

- Wszystko w porządku? Może zawiozę Panią na pogotowie?

=====

End….

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: