ESTETYKA ŚMIERCI

Agnesto

 

 

ESTETYKA ŚMIERCI

Stoi nad krawędzią otworu.
Już raz to kiedyś zrobił, żeby udowodnić sobie, że potrafi, że jest odważny, że nie jest mięczakiem, jak inni. I wtedy faktycznie się nie bał, ale teraz, będąc sam dziwnie się czuł. Kucał na murku studni tyłem do wody. Wstał powoli, a kiedy się prostował, czuł za plecami zapraszającą pustkę. Był niemal pewien, że jeśli się poruszy stopa mu się omsknie, dlatego robił wszystko, żeby utrzymać równowagę. Zaciskał pięści i podkurczał palce stóp, wpatrywał się w twardą ziemię wokół studni. Szukając w sobie dawnej odwagi i tej brawury, która w niego wrosła na przekór dorosłym, znajdował jedynie starcze obawy i wahania. Teraz bał się tego, co było przed nim i tego, co czuł za plecami. Artretyzm usztywnił ciało kiedyś tak giętkie i elastyczne. Zgrzybiałe ręce nie chciały się w pełni wyprostować, a lekko ugięte kolana tworzyły z niego krzywy pomnik starca. Starca stojącego na cembrowinie studni. Choć robił tak, gdy był młokosem. W pełni sił biegł do cembrowiny studni, która zawsze była przysłonięta zbitymi deskami, odsłaniał wodę, wspinał się ma jej murek i kucając na nim powoli, powoli podnosił się.

 

I ponownie tu stał. Nieubłagany czas z małolata ukształtował mężczyznę, dał mu życie w wielkim domu. Dał mu żonę i dzieci, szczęście, by potem to wszystko mu zabrać. Najpierw syna, potem ją. A teraz wrócił do miejsca, w którym się urodził, i w którym dorastał. Znowu stał na cembrowinie studni na tyłach domu.
Nie skoczy. Jeszcze nie teraz. Może jutro, może za miesiąc, ale jeszcze nie dziś. To nie ta pora.

 

Zatoczył osiemdziesięciopięcioletnie koło, by ponownie stanąć na mecie. Na murku studni, która wyglądała, jakby oparła się upływowi czasu. Stabilne omurowanie, takie samo, jak pamiętał. Trwała, jak mało co w jego życiu. A na niej on, stary, siwy, schorowany. Stoi na otaczającym ją omurowaniu i próbując oszukać czas, zachowuje się, jak w młodości. Zamyka oczy. Wyobraża sobie kolegów przyglądających się z bezpiecznej odległości. Słyszy ich szepty, chichoty i urwane zdanie, które wymieniają między sobą. Chyba go podziwiali, marzył. Studnia była głęboka, syta od dwóch ludzkich ciał, które pochłonęła przed laty. Dziecko, mały M., wpadł przez nieuwagę starszych, a alkoholik Z., powiedzmy, że świadomie zszedł po niego uznając to za jedyne rozsądne rozwiązanie. Akurat rozsądku mu wtedy kompletnie brakowało. A ci, co stali i w otępieniu patrzyli na to, co się dzieje, zostali do śmierci naznaczeni poczuciem winy. Nie pogodzili się z tym. Ich dusze też utonęły w studziennej wodzie.
Czy on będzie kolejny? Czy jego ciało zmieści się w wodzie pełnej ludzkich duchów?

 

Studnię oswoił. Po latach wyzbył się strachu. Choć woda szeptała, zapraszała otchłanią w dole, wiedział, że to jeszcze nie jego czas.
Wyobrażenia? Sen? Majaki starucha o dawno przeżytej młodości?

 

Teraz często, zwłaszcza rano leżąc jeszcze w gorącej pościeli i patrząc w sufit nad sobą, widział siebie. Leżąc w pościeli na dnie, widział siebie stojącego u góry. Czas zatoczył koło, przeszłość spotkała się z teraźniejszością. W jednym punkcie koniec i początek. Patrzył i wiedział, że ten mały chłopiec nie ma odwagi skoczyć w dół. Jeszcze nie teraz, przynajmniej nie wtedy. A teraz on, starzec, stoi nad taflą ciemnej wody, którą słyszy za sobą i boi się.

 

Kładzie rękę na sercu, zamyka oczy, wąskim gardłem przełyka ślinę i powoli wstaje.

 

Każdy dzień zaczynał podobnie. W swoim tempie.

 

Bez pośpiechu, powoli.

 

I mimo, że każda pobudka wiązała się z bólem ciała, to wiedział, że żyje. To był sygnał, że jeszcze tu jest, na tym padole. Że jeszcze żyje, serce bije. To był impuls życia, które jeszcze się w nim tliło. Każdego ranka długa celebracja wygrzebywania się z pościeli, siadania na brzegu łóżka i delikatnego prostowania kośćca, który podczas nocy kurczył się i sztywniał. Palce zżarte artretyzmem, plamy na wierzchu każdej z dłoni. Nieuniknione było patrzenie na swoją starość. Na starość, która pozbawiła go godności. Na starość, która była dla niego upokorzeniem. Paskudztwem.

 

 

Wyszedł z budynku na jasność słońca i nagle zobaczył ją. Jasne włosy, szczera twarz, magnetyzm jej uśmiechu. Zakochał się właśnie wtedy. Ona chyba też, choć obydwoje jeszcze o tym nie wiedzieli.
Serce przyspieszyło. Złapała go za rękę, chwyciła prawą dłoń. A on szedł za nią próbując dorównać jej kroku.

 

Łąka. Wysoka trawa ocierała się o buty. Szli razem. Prowadziła go. Zapomniał o walizce. Została na ławce, w mieście. Pewnie już ktoś ją zabrał i przetrzepał zawartość. Nieważne. Nic teraz nie miało znaczenia, bo niczego nie było prócz niej. Ona, jej rozwiane długie włosy i twarz, którą co jakiś czas obracała ku niemu upewniając się, czy tego chce. Jakby trzymana dłoń nie była wystarczającym dowodem. Musiała go jeszcze widzieć. A ona była dla niego zjawiskiem, aniołem, eterycznym uczłowieczeniem, pragnieniem. Szli szybko, razem.

 

Dalej i dalej.
Wiał ciepły wiatr. Wiało życie i nadzieja.
Była ona, ta łąka i on. I nagle zatrzymała się, położyła w trawie pociągając go wraz z sobą. Nachylił się nad nią. Jego twarz przy jej, jego pierś przy jej. Wszystko w nim pulsowało. Ciało wydawało mu się zbyt małe, by pomieścić wybudzone uczucia i emocje.
Zatopili się w sobie.
Zatracili.
Bezwstydnie wycięli się z arkusza życia.

 

Całował ją. Wszędzie. Całował z zamkniętymi oczami. Całował, a ona go przyjmowała. Tak piękna. Tak świeża. Tak spragniona.
I on, jak głodny, tuż nad nią. I on, nienasycony, wiecznie głodny. Całował, jakby bał się, że zniknie. Że ten anioł, to tylko jego chora wyobraźnia. Że to nierealne, że ona nie jest realna. Że to jakiś dziwny nie-byt. Całował ją, całował anioła.

 

A potem usiedli w milczeniu, bo to była pora, do której pasowało milczenie. Siedząc w trawie na środku łąki patrzyli na dryfujące w mroku minuty i oddychając czuli, jak przepływa wokół czas. Chciał pytać, widziała to w jego oczach. I odpowiadała. W milczeniu. W toni jej oczu widział odpowiedzi. Czuł spokój. Razem w milczeniu zrozumienia. Ich serca, dłonie, czas. Potem często tak milczeli, wiedząc o co chodzi. Rzadko rozmawiali o czymś dużą literą. Rozumieli się w ciszy. W bez-słowiu.

 

Kochał ją. Od zawsze. Od tamtego dnia.

 

Byli ze sobą, razem, aż ona umarła, a on do dziś widzi jej twarz w trumnie. Widzi piękno w każdej zmarszczce wyżłobionej przez minione lata, przez ich wspólne lata. Włosy niegdyś jasne, słoneczne, już wypełzły. Posiwiały.

 

Była piękna. Ukochana. Serce jego i życie. Anioł jego życia. Dotykał jej twarzy, ramion, głaskał dłonie, jakby nie mógł uwierzyć w to, na co patrzył, w to, co było faktem.
Mój aniele, szeptał do nie wiadomo kogo. Moja miłości, mówił z twarzą na jej dłoniach. Policzkiem muskał jej dłonie, w których zaciśnięty był różaniec. Biało perłowy. Niewinny, nieskalany innym dotykiem. Perłowy, o grubych koralikach i z misternie wykonanym Jezusem przybitym do krzyża. Tylko ten jeden miała. Całe życie ten jeden. Koraliki niegdyś białe, z każdą kolejną modlitwą stawały się coraz ładniejsze, stały się perłowe. Zawsze potrafiła wydobyć piękno, pomyślał, zawsze wydobywała ukryty blask niewidoczny dla innych. Odsunął policzek, pocałował rozpięte ręce Chrystusa, i ją. Na dobra noc.

 

Swojego anioła.

Swoją miłość.

Swoje życie.

Co teraz ze mną będzie? Pytał gładząc jej sukienkę. Jak mam żyć? Bez ciebie nie potrafię.

 

Był jak nieżywy, jak ona. Dlatego po latach nic nie pamiętał z pogrzebu. Nawet wieczorem tego samego dnia. Przecież on wtedy tam umarł. Wraz z nią. W odrętwieniu zaczął nowy dzień, potem następny, a potem całe miesiące. Wpadł w swoją duchową otchłań i czekał na nią, a raczej na moment aż wreszcie do niej dołączy. Pójdzie. Zjednoczy się z życiem swoim i miłością, które teraz spoczywały pod warstw a dobrze ubitej ziemi. I choć starał się dla innych, dla siebie w nikłej części też, to już nigdy nie był taki, jak kiedyś. Już nie potrafił śmiać się, czy czekać z wewnętrznym rozedrganiem na nadchodzące święta, które ona tak pięknie celebrowała. Wszystko stało się obojętne, a on mdły.

 

Marzył, teraz będąc na skraju życia coraz częściej, marzył o niej. Że leży tuż obok pogodna, promienista tym wewnętrznym blaskiem, uśmiecha się do niego i mówi o kwiatach z ich ogródka, które malują kolorami świat za oknem kuchennym. Albo szeptała mu o codzienności, o krzątaninie przy zlewie i kuchence, o szukaniu przepisu na ciasto z miodem, jakie piekła jej babcia. Mówiła o smakach, rozkoszy, głodzie duszy. O książkach też. Godzinami mógł jej słuchać. Zamykał oczy, odrzucał ból starości i udręki lat, zaczynał projekcję filmu dla jednego tylko widza.

 

Jak ja cię kocham, mówił bezdźwięcznie. Poruszał ustami nie wydając głosu lecz ona go słyszała. Zawsze widział to po jej twarzy, po czułym dotyku. Chłonął ją całą. Nie mógł się nadziwić jej dziecięcej naiwności, którą w sobie pielęgnowała. Chodziła po łące dotykając każdego niemalże kwiatu. Jakby miały zaraz zniknąć. Wyciągała ręce do latających motyli, pozdrawiała fruwające nad nami ptaki. Była jak mała dziewczynka...

 

Jak ja cię kocham, mówił.

Zwlekał się z łóżka i patrząc na swoje stare, schorowane ciało, w którym coraz bardziej zadomawiał się artretyzm, w tych krótkich chwilach poranka dziękował, że go nie widzi. Kochała go innego, a kim się teraz stał? Inkubatorem chorób i powoli kiełkującej śmierci, myślał.

 

Dzień po dniu. Te same rytuały.

Aż stało się inaczej, pewnego ranka. Mokre łóżko, na nim on. Stało się. Zamknął oczy, przełknął ślinę, której prawie nie miał i rozpłakał się.

 

Kolejny etap. Kolejny krok ku śmierci.

Leżał nieruchomo w wilgotnej pościeli bojąc się ruszyć. Wiedział, co go czeka. Upokorzenie, pieluchy, podmywania i słowa. Przerzucane słowa tych, którzy będą go doglądać i podcierać, jak duże dziecko.

 

Słowa do niego, wiele słów do nikogo, bo każdy gada przez niego. Jakby był nic niewiedzącym dzieckiem lub tępym starcem nie z tego świata. Jakby skrupulatnie trzeba było słowami obrazować mu jego własne poniżenie.

 

Zawsze się tego najbardziej obawiał. Trwożył już na samą myśl. Bycie kłodą przekładaną przez innych. Wolał demencję, a najlepiej szybki zgon. We śnie. Bo to było najgorsze. Pobudki były najgorsze. Poranki, gdy w sennym transie wpadał w ręce nadgorliwych. Nie wszystkie. Dziś było normalnie. Nie zrobił pod siebie, nie unurzał się we własnych odchodach. Sam mógł, we własnym tempie zacząć dzień.

 

Powoli.

Każdy ruch ma swój czas, swoją kolejność.

 

Najpierw zaciskanie dłoni. Zgrzybiałe palce i spuchnięte stawy po nocy zginały się tylko nieznacznie, ale bez ich normalnego chwytu nie złapie kołdry i nie zsunie jej z siebie. Potem próba siadania. Na palce u nóg przychodziła pora, gdy nogi zwisały już z łóżka ku podłodze. Spuszczał je naprzemiennie, najpierw prawą, potem lewą i zaczynał poruszanie stopami. Kilka razy. Do momentu aż nie poczuł, że kolana robią się ciepłe, że krew zaczyna krążyć wyżej od łydek.

 

Rytuały.

Wstawanie, śniadanie, leki. Poranek. Południe podobne, wieczór taki sam. Leki. Czasem nie mógł już na nie patrzeć. Te same kolory i każdy na coś innego. Żółta, biała, jasno żółta, czerwona. Gdy brała go dziwna zaduma nad sobą, zastanawiał się ile ich już dotychczas połknął. Nie pamięta, która była pierwsza, pierwsza z tych obowiązkowych. Wedle zaleceń: „proszę przyjmować trzy razy dziennie po jednej. I popijać wodą, najlepiej”. Tych do popijania miał za każdym razem co najmniej pięć. I jak miałby wypić do każdej pięć szklanek napoju? Razy trzy? Ktoś musiał kiedyś chorować na głowę, myślał. I stąd głupi przesąd, by nie łączyć, by popijać osobno, by z człowieka zrobić studnię. Od rana nawadniać i popijać, aż do wodowstrętu. I jak wypełniał wszystko wedle zaleceń, tak z tym połykaniem robił po swojemu. Wrzucał wszystkie tabletki do kubka, z uchem, swojego ulubionego, żółtego, zalewał w połowie wodą i to wszystko łykał po śniadaniu. Następna dawka po obiedzie, ostatnia wieczorem. Która pigułka się rozpuściła, tym lepiej dla niego. Wypijał duszkiem zawartość, dolewał pół kubka wedle zaleceń i już. Starość czasem podsuwa swoje własne rozwiązania. A on z upływem czasu nabierał coraz większego lęku przed własnym starzeniem się. Kurczeniem, zanikaniem, odchodzeniem... z umieraniem. Dotykał swojej starości i nie chciał jej. Nie pogodził się z nią i miał świadomość, że walczy tym, co nieuniknione.
Don Kichot od siedmiu boleści, mówił do siebie, stary rupieć Don Kichot.

 

Wołanie z dołu. Chciała, by zszedł na śniadanie. To go zawsze mobilizowało do wstania, przeczesania siwych włosów, porannej, acz powolnej toalety. Wstawał, choć on bardziej czuł, że się zwleka. Stary człowiek, choć się nim nie czuł.

 

Wołanie z dołu.

 

Cisza.
Nie słychać szurania podeszw nowych kapci, jakie dostał na ostatnie urodziny. Nie słychać kroków, ani ruchów. Nie słychać lania się wody z odkręconego kranu.

 

Wołanie już ze schodów.
- Tato? Tato, nie słyszałeś? Zrobiłam ci omlet. Tak jak lubisz. Z dwóch jajek. Tato?...

 

Leżał w łazience. Grzebień wyleciał mu z rąk. Nieruchome oczy patrzyły na sufit. Kucnęła zakrywając twarz w dłoniach.
Zapamiętała tylko, że kapcie. Kapcie miał na stopach. I nic więcej.
Kilka dni później znalazła grzebień.
Pod pralką.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!