ICHIRIN NO HANA

Krzysztof Zimorski

 

ICHIRIN NO HANA

Rozdział 1 - Przejście

 

— TA JEST! — wrzasnąłem uradowany — I leż dalej, dziadu, hehe!
Po chwili fala wrogów zderzyła się ze ścianą tarcz, broni różnego rodzaju i morderczej ilości różnorakich zaklęć.


— Te, buffer. Rzuć no buffki. — krzyknął głos w słuchawkach
— Weź mnie podlecz! — jęknął drugi
— Daj Recharge! Plis! — błagał trzeci
— Spokojnie, powoli! Ludzie to, czy bydło jakie? — odpowiedziałem
Tak, efekty uboczne bycia jedynym leczącym w party z trzema wojownikami od siedmiu boleści, ganiającymi wszędzie jak kot z pęcherzem. Ale przynajmniej dużo doświadczenia jest.
— Śpisz chłopie, czy co? Zaraz tu padnę! — zaczął wrzeszczeć pierwszy
— To zdychaj. Jak uleczę twoich kolegów, to dam ci resa.
Nagle usłyszałem dzwonek w komórce. Szybko ją odebrałem.
— Halo?
— Siemka, Krzysiek, tu Oski. Idziesz z nami na koks?
— Spoko, a kto idzie?
— Ja, ty, Nabi, Patrycja, Batman i jeszcze 3 osoby z klanu.
— Dobra, dodajcie mnie, a ja lecę do miasta kupić nowe skille i szoty.
— OK, to nara.
Rzuciłem telefon na poduszkę obok i szybko teleportowałem się do miasta. Zaraz po tym wcisnąłem Alt i Tab jednocześnie i przestawiłem kanał w Team Speaku, po czym wróciłem do gry. Kupowanie zajęło mi tylko minutkę (szoty szybko znalazłem) i rzuciłem hasło „winda” na czat. Po paru sekundach byłem w jakichś katakumbach razem z resztą party.
— Witam wszystkich — rzuciłem.
— Elo! Siema! Cześć! Joł! — sypnęły się powitania.
— Dobra, panowie — Batman przerwał na chwilę — i pani… — rozległ się cichy chichot — to kto dziś chce polurować mobki?
— Może ja? — wyrwał się Oski
— A czy ktoś jeszcze chce polurować? — powiedziałem udając Shreka
— Ja! Ja! Wybierz mnie! Ja chcę! JA! — Oski dołączył się do odegrania tej świetnej sceny. Dodatkowo zaczął używać różnych gestów w grze, co wyglądało bardzo komicznie.
— Dobra, Oski, uspokój się. — powiedział Batman
— Spoko. To co, mogę?
— Leć, tylko najpierw weź buffy. — rzekł Nabi
— Oski, jakie ustawienie: duale czy shield?
— Oczywiście, że duale.
— Widzicie, jaki dobry kolega? Manę pozwoli zaoszczędzić…
— Mango, mango, mango… — śpiewnie przerwał mi Nabi kolejną tak głupią, że aż śmieszną piosenką usłyszaną na necie.
— Jak jesteś głodny, to idź. — powiedziała Patrycja.
Ja w tym czasie rzuciłem najpotrzebniejsze czary wspomagające i rycerzyk z dwoma mieczami o wdzięcznym nicku Derba, kierowany przez Oskiego, ruszył na wielką grupę różnych ogrów, orków, zmutowanych szczurów, pająków, kapłanów Szatana i innego tałatajstwa, by po chwili wykonać taktyczny odwrót, ciągnąć za sobą to, co zdecydowało się (po części dzięki czarowi Oskara) zrobić z nim to, co kilku polskich dresów ze słabiutkim dzieckiem i jego nową komórką. Na pomoc rzucili się mrocznie pomalowany dark, elf Batmana o nicku Otori (jap. Maniak) i wojownicza księżniczka Xenna… Żartowałem, jej nick to Lenalee i gra nią Patrycja. Ja i reszta drużyny patrzyła na to wielkie mordobicie.
— Prawie jak Tekken. Tylko tam nie ma tak fajnych postaci. — skomentowałem.
— Zamiast gadać, uleczył byś nas! — upomniał się Oski
Natychmiast zacząłem maniakalnie tańczyć palcami po klawiaturze (mam ustawione skróty, by wybrać daną osobę z party i ją szybko uleczyć) i patrzeć jak w zastraszającym tempie znika mi mana.
— Kurde, muszę kurę wyjąć, trzymajcie się! — krzyknąłem
Moja elfka o blond włosach zamachnęła się wielkim czerwonym mieczem i, mimo ustawionej płasko ręki, zatrzymała miecz nad głową i po chwili z ziemi, wśród blasku światełek i jakiegoś znaczku na ziemi, wyskoczył dwugłowy struś i zaczął rzucać na mnie swoje buffy.
— Od razu lepiej. Już was leczę! — powiedziałem i wróciłem do gwałcenia klawiszy.

 

Tymczasem na dworze szalała burza. Pioruny waliły we wszystko, co się da. Ludzie próbowali biegać między strugami deszczu, nie wiedząc, że potrafi to tylko Chuck Norris. Tyle się naopowiadałem, a Wy, czytelnicy, nic nie wiecie o mnie i reszcie. Tak więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od „tak więc”, ale mniejsza z tym) jestem Kurisu (jap. Krzysiek) i mam 17 lat. Jak każdy „normalny” 17-latek chodzę do szkoły. Jak każdy „bardzo normalny” 17-latek chcę być informatykiem programistą. Jak każdy „bardzo bardzo normalny” 17-latek gram w MMORPG (ang. Massive Multiplayer Online Role Playing Game lub Monotonna Masówka Oparta na Rozwijaniu Postaci Godzinami), w tym przypadku Lineale II. Tak się składa, że wciągnął mnie w to Nabi, który wcześniej wciągnął w to Oskiego i Patrycję. Batmana ja wciągnąłem (mieliśmy grać w bardziej znane Polakom MMORPG) i w ten sposób wszyscy (pewnie dzięki znajomościom Nabiego) znaleźliśmy się w tym samym klanie. Skoro już jesteśmy przy temacie klanu i Lineage’a, to opowiem o postaciach, jakimi gramy. Zacznę od siebie. Nick w grze to GonnaBuffYa (czyt. „gona buff ja”, nie „gona bufija”, a znaczy to tyle, co „rzucę ci buffa”). Moja postać to elficki starszy, a raczej starsza, bo gram żeńską postacią (MMORPG może znaczyć Many Men Online Role Playing as Girls, czyli Wielu Ludzi Online Grający jako Dziewczyny), a ta klasa specjalizuje się w czarach wspomagających, tzw. buffach i leczeniu swoich. W skrócie takowe klasy mianuje się jako buffer/healer. Aktualnego poziomu i ekwipunku nie zdradzę (czas wszystko zmienia). Jedynie zdradzę, że moją bronią jest Miecz Homunkulusa (Homonculus’s Sword), czyli duży, czerwony miecz. Teraz opowiem o koledze Bartku, a.k.a. Batman. Gra on mrocznym elfem o nicku Otori (jap. Maniak). Jego klasa to Blade Dancer (Tancerz Ostrzy) i biega, jakby lizał podłogę. Jego orężem są tzw. duale, czyli podwójny miecz (jeden na rękę). Zdolności Tańczącego Przy Porannym Goleniu z Mieczem Większym Od Niego Samego to właśnie tańce wspomagające wydajność członków party. Tak wiem, tańczę sobie a kumplowi obok rośnie masa. Ogólnie nawet sam Batman nie wie, dlaczego wybrał tę klasę. Takich wojowników określamy mianem support. No, dosyć o Batmanie. Teraz opowiem o Patrycji. Nick: Lenalee, rasa: człowiek, a klasa to Gladiator. Czasami zastanawiam się, czemu akurat Gladiator, a nie jakaś „łagodniejsza” klasa. Tak czy siak, podobnie jak Otori, Lenalee gania z dualami. Tak, duale są świetne dla wojowników. Najszybciej z nas znalazła „pomoc” u ludzi z naszego klanu. A to ją brali na expienie w party (Lena nazywa to koksem, co się u nas przyjęło), a to dawali itemki za friko, a to coś tam jeszcze. Dobra, teraz opowiem o Oskarze. Nick to Derba (prawdopodobnie od Destruction Derby), a klasa to Dark Avenger. Mimo jakże mrocznego nicku (w końcu to Ciemny Zemściarz) jest to człowieczek. I biega z tarczą i mieczem (dzięki Bogu, mam buffy na tarczę), ale woli odkrytą niedawno przemianę i lata z dualami. Jego zaletą jest BARDZO duża obrona, zarówno psychiczna jak i magiczna, co w skrócie mianuje takowe postacie jako tanki. Naprawdę szlag mnie trafia, gdy kupuję skill na tarczę TYLKO dla siebie, ale cóż, live is brutal and full of zasadzkas and sometimes kopas w dupas. Ale się rozpisałem. Teraz mała przerwa na reklamę. Po reklamie dalszy ciąg tej epickiej do bólu oka, palca, mózgu i zwieraczy opowieści.

 

REKLAMA

 

Masz grypę żołądkową? Weź Srakostop.
Boli Cię głowa? Weź Sp********aj.
Boli Cię ręka? Przestań walić.

 

PO (żałosnej) REKLAMIE

 

Deszcz wali mi w szybę, a ja siedzę wygodnie na łóżku z moim laptopem na kolanach, słuchawkami na uszach i Lineage’em na ekranie. Expi się miło, klawisze gwałci się jeszcze milej, a pełne strachu i zdenerwowania wołania o uleczenie delikatnie pieszczą moje bębenki. W pewnym momencie gra nagle się zacina i wyskakuje mi komunikat o przerwanym połączeniu.
— Cholera, akurat teraz! — zakląłem — Mamo!
— Co?
— Tobie też net padł?
— Tak. Dostawcy trzepnął piorun w antenę.
— No to pięknie. Jak ja mam tu expić… to znaczy „uczyć się” bez neta?
— Normalnie.
— Dzięki za pomoc. — mruknąłem i wstałem, by podłączyć laptopa do ładowania. Nagle, w chwili gdy kontakt wszedł w kontakt z wtyczką, piorun uderzył w linie wysokiego napięcia (przedmiesiączkowego), przeskoczył do mojego domu, rozwalił korki, doleciał jakoś to wspomnianej wcześniej wtyczki i bez ostrzeżenia zrobił ze mną to, co potrafił najlepiej. Dalej była tylko ciemność.

ICHIRIN NO HANA

Rozdział 2 - Początek Przygody

 

*Kurde, ale mnie wszystko boli. Zaraz, gdzie jestem? I czemu widzę tylko ciemność? Ciemność, widzę ciemność. Ciemność widzę.*
— I co? Jak się czuje nasz pacjent?
*Ten głos wydał mi się znajomy. Cholera, nie mogę nic zrobić. Jakby w ogóle nerwy mi wysiadły, czy coś w ten teges.*
— Spokojnie. Jest w ciężkim stanie, ale się trzyma. Jak się czuje reszta? — drugi głos był delikatniejszy.
— Chłopaki jeszcze śpią. Zdrowo nami trzepnęło, nie?
— Ta burza wydawała mi się dziwna, ale wiesz…
— Miałaś ważniejsze rzeczy na głowie. Tak samo jak ja.
*Oho, mogę ruszyć palcem! Oto wielki krok ku działającemu ciału. I nawet słyszę tę dwójkę lepiej, kimkolwiek jest.*
— Ale ja nie mogę zrozumieć, jak to się stało? Przecież… to chyba niemożliwe, by pięć piorunów uderzyło w nas JEDNOCZEŚNIE!
*Ten chłopak naprawdę jest mi znajomy. Kurde, nie mogę sobie przypomnieć, kto to jest… coś tu nie jest w porządku. A jeśli…*
— Czekaj, chyba się budzą. Lecę!
*O, chłopak poszedł… Hmmm… bardzo bym chciał się ruszyć…*
— AAAAAA! To niemożliwe!
Ten krzyk obudził moje ciało i mogłem otworzyć oczy.
— Co jest? Co się tam dzieje?
Powoli się podniosłem i przetarłem oczy.
— E? Czekaj, nie możesz jeszcze wstawać. — powiedziała dziewczyna kładąc mnie na siłę. Zabrałem rękę i zobaczyłem dziewczynę z pomarańczowymi włosami i dwoma kucykami z tyłu.
— Nic, nic. Chłopaki się obudzili i zobaczyli mnie.
Spod ręki dziewczyny zobaczyłem chłopaka o ciemnej skórze, włosach i ze spiczastymi uszami.
— Nic dziwnego, że tak wrzeszczeli.
— Przepraszam. — Podniosłem rękę. — Ale może mi ktoś wyjaśnić, co tu się, do jasnej Anielki, dzieje?
— Wiesz co? Dobre pytanie. — odpowiedział elf — Sami nie wiemy, jak znaleźliśmy się w tym miejscu.
— A najgorsze jest to — dorzuciła dziewczyna — że nie wiemy, jak wrócić.
— Dobrze. — westchnąłem i odwróciłem głowę do dziewczyny — Mogę wstać? Muszę iść tam, gdzie król chodzi piechotą.
Dziewczyna mnie puściła, a ja spokojnie wstałem i zobaczyłem swoje odbicie w lustrze naprzeciwko łóżka. To co zobaczyłem, wstrząsnęło mną do głębi.
— Jestem… elfem.
— Ciesz, się, że nie orkiem. Strasznie śmierdzą.
Na dłuższą chwilę zapadła cisza, w której ja oglądałem swoje ciało.
— Nie miałeś iść do kibla?
— Co? — obudziło mnie to — Już idę.
Minąłem elfa i wyszedłem z pokoju na cichy korytarz.
— Eee… dobra, a którędy do wychodka? — zapytałem się rozglądając po korytarzu
— Idziesz w lewo i piąte drzwi na prawo.
Poszedłem za wskazówkami i zrobiłem co trzeba. Gdy wróciłem, w pokoju był tylko ten elf.
— O, fajne wdzianko. — powiedziałem
— Dzięki, swoje masz na łóżku. — odpowiedział elf.
Złapałem za ubranie i przyjrzałem mu się. To była ładna, biała szata, pięknie zdobiona, z której biła dziwna energia. Gdy zmieniałem ubrania, zauważyłem na swoim ciele trzy dziwne znaki: dwa zielone, a między nimi jeden czerwony. W końcu byłem ubrany i oglądałem się w lustrze, gdy przyszła ta dziewczyna, niosąc kilka mieczy i tarczę.
— Panowie, musicie się uzbroić. Niedługo zaatakują ten zamek. — powiedziała, wyciągając parę identycznych mieczy
— Kto? — zapytałem.
— Nie ma czasu na to. Idziemy! — dziewczyna wybiegła, a elf wziął miecz i tarczę i podszedł do mnie. Następnie wcisnął mi te rzeczy w ręce mówiąc: „Masz” i chwycił miecze ze stołu, które były identyczne jak te, które zabrała dziewczyna. Zapewne były to najlepsze dla nich miecze.
— Chodź już. Nie ma czasu! — powiedział i wybiegł z pokoju w sposób dosyć dziwny – jakby chciał zlizywać podłogę w biegu. Nie rozumiejąc co się dzieje, postanowiłem ruszyć za nimi.

 

ICHIRIN NO HANA

Rozdział 3 - Wojna O Zamek

 

— Słuchaj, elfie! — powiedziałem w biegu
— Elfie? Co ty, nie pamiętasz mnie? — elf zrobił dziwną minę — To ja, Bartek!
— Że jak? — zapytałem zszokowany
— Z niewiadomych przyczyn jestem w ciele Otoriego. Wszyscy jesteśmy w swoich postaciach, poza tobą, bo jesteś facetem.
— Ja cię sunę. Od początku miałem myśl, że to ktoś znajomy i proszę. To… gdzie reszta?
— Na dole. Nabi dowodzi naszą grupą. Szybko się znalazł w tym świecie.
Zbiegliśmy po schodach i znaleźliśmy się na wielkim placu. Było tam mnóstwo… osób, każda w pełnym opancerzeniu i większość z broniami świecącymi się jak psu jajca. Normalnie jakby ktoś zapalił światełka (same niebieskie i czerwone) na ogromnej, bezkształtnej, kolorowej choince.
— Krzysiek! Tu jesteśmy!
To wołał jakiś człowiek, wymachując niebezpiecznie mieczem koło głowy jakiegoś orka. Podszedłem z Bartkiem do niego i stojącej obok Patrycji.
— Widać wszyscy są gotowi do walki. — zauważyłem
— Tak. Ale musimy uważać na siebie. — powiedziała Patrycja
— A tak w ogóle — przerwał Bartek, rozglądając się — gdzie Nabi?
— Nabi? A, Mateusz! Poszedł coś załatwić. — odpowiedziała Patrycja
— Wiecie, mam pytanko. — zapytałem — Czy wy opanowaliście już swoje umiejętności? Bo ja nie mam zielonego pojęcia, jak rzucać jakikolwiek czar.
— Z racji tego, że jesteś jedynym magiem w naszej drużynie masz trochę gorzej. Musisz wykonywać mniej więcej te same ruchy, co w grze. — powiedziała Patrycja
— I dziwnie gadać? — zapytałem mając przed oczyma widok siebie machającego mieczem nad głową i gadającego jak małe dziecko
— Nie wiem. Spróbuj. — odpowiedziała Patrycja
— OK. Hmmm… — zacząłem przypominać sobie jakiś czar z gry — Chyba mam.
Zamachnąłem się, jakbym trzymał w rękach wielką kulę i zacząłem cytować inkantację. Nagle z moich rąk wystrzeliła powietrzna kula i przewróciła przebiegającego krasnala.
— Cholera! Patrz, gdzie czarujesz, fajtłapo! — zaklął.
— Sorki! — zawołałem i odwróciłem się do reszty — Dobra, to działa, ale… nie pamiętam za bardzo jak szły inkantacje buffków.
— Nie martw się, z czasem sobie przypomnisz, a jak nie, to podejdziesz do nauczyciela od magii i poprosisz o pomoc. — pocieszył mnie Bartek
— Dzięki.
Nagle rozległ się dźwięk rogu.
— Atakują.— powiedziała Patrycja — Chodźcie za mną.
— Dokąd? — zapytaliśmy razem z Oskarem
— Do głównej bramy. — powiedział Bartek — Trzymajcie się blisko!
— Zaraz, a co z Nabim? — zacząłem się rozglądać
— Zna plan. Dojdzie. — powiedziała Patrycja i całą czwórką pobiegliśmy w stronę bramy. Po drodze próbowałem sobie przypomnieć inkantacje, ale nie mogłem ich przypisać danemu buffkowi. Po prostu nie przywiązywałem uwagi do tego co mamrocze moja elfka w grze. I teraz bardzo żałuję. Nagle coś walnęło w bramę tak, że aż się zatrzęsła i wszyscy, jak na komendę, przygotowali się do ataku. Łucznicy pobiegli po schodach na mur, by zacząć ostrzał z góry. Po chwili było kolejne uderzenie, a za nim następne. Brama wydawała się bardzo solidna, ale martwiło mnie to, ile wytrzyma. W pewnym momencie poczułem, jak moje ciało przeszywa wiele fal ciepłem energii. Rozejrzałem się i zobaczyłem jak Bartek wykonuje dziwne ruchy. Pamiętałem, że to jego tańce i uśmiechnąłem się pod nosem.
— O cholera! — usłyszałem daleko za sobą. To biegł ogromny ork z dwoma wielkimi ostrzami w łapach.
— Nabi! Gdzieś ty był? — krzyknął Oski
— W kiblu. — powiedział ork, którym widocznie był Nabi — Teraz kobiety mogą mi naskoczyć! Ich ciąża jest niczym z moim zatwardzeniem, ha!
Rozległ się gromki śmiech. Nabi, z racji bycia orkiem, gadał bardzo głośno, co poniosło się echem po całym placu. Ja z zaciekawieniem patrzyłem na jego broń.
— Ty, co to jest? — zapytałem
— Kastety. — odpowiedział Nabi
— Nie wyglądają jak kastety, które znam z prawdziwego świata…
— Może i nie wyglądają, ale mają zajebisty damage.
— Oł… kej. Batman. — zwróciłem się do elfa — Rzuć no tańce.
— Z przyjemnością. — i elf znów zatańczył kilka razy, a w tym czasie brama znów przyjęła cios czegoś potężnego i wielkiego, a sypiące się z niej kawałki drewna nie wróżyły nic dobrego. W końcu przez grubą warstwę mocnego drewna (dąb jakiś pewnie) przebiła się wielka, mechaniczna łapa. Za nią na plac wgramoliła się reszta ogromnego bojowego robota. Jak na komendę wszyscy walczący na odległość, w niemal tym samym momencie, wystrzelili swoje ataki wprost na robota i pięknie zmasakrowali jego brzydką gębę. Niestety, brama została otwarta i ku nam pędziła chmara napastników. Pod wpływem ogromnej dawki adrenaliny wykrzyczałem zaklęcie i jeden z biegnących wrogów został rozdeptany przez kamratów, gdyż rzucony przeze mnie czar zatrzymał go w miejscu.
— TA JEST! — wrzasnąłem uradowany — I leż dalej, dziadu, hehe!
Po chwili fala wrogów zderzyła się ze ścianą tarcz, broni różnego rodzaju i morderczej ilości różnorakich zaklęć.
— Do ataku! — ryknął Nabi i całą piątką rzuciliśmy się w wir walki. Ja w tym czasie biegłem z tyłu, osłaniany przez Oskara, i próbowałem różnych inkantacji czarów, co wyraźnie poskutkowało, gdy chuderlawy elf odleciał od ciosu Nabiego. Kiedy wszyscy już walczyli, ja zacząłem mamrotać zaklęcia, które same, nie wiadomo skąd, cisnęły mi się na usta. Przy ostatnim zaklęciu moje ciało otoczyła pomarańczowa aura, która falowała jakby ktoś wrzucił kamyk w niewidzialną wodę. Moje doświadczenie z gry podpowiedziało mi, iż to moja własna transformacja i że mam pewien ciekawy czar. Natychmiast go wypróbowałem na magu, który stał obok. Biedaczka aż powaliło na ziemię, która świeciła się wokół niego. Widok ten wywołał u mnie lekki uśmiech i po chwili upadały kolejne osoby. Niestety, tę jakże miłą zabawę, przerwał mi czyjś krzyk.
— Krzysiek! Patrycja padła! — to wołał Nabi, siłując się z jakimś orkiem
— KU**A MAĆ! — wrzasnąłem i niewiele myśląc, ominąłem Oskara i pobiegłem w miejsce, gdzie walczyła Patrycja — KTÓRY TO? — ścisnąłem mocno miecz w dłoni i szybkim ruchem odciąłem stojącemu obok krasnoludowi łeb.

— To był ten kolo. — powiedział Nabi i wykonał serię szybkich ciosów na orku. Rzuciłem się na pomoc: najpierw go unieruchomiłem, a potem uderzyłem równo z Nabim. Czując, jak ciepła krew cieknie mi po ręce, skupiłem się i rzuciłem czar. Ciało Patrycji otoczyło pomarańczowe światło i po chwili znów stała na nogach.
— Dzięki. — powiedziała, a ja uniosłem kciuk do góry i rzuciłem jej parę buffów. Wojna trwała jeszcze jakieś dwie godziny. Na szczęście mieliśmy przewagę liczebną i skończyło się zwycięstwem. Po wszystkim wskrzeszaliśmy poległych sojuszników, a ciała wrogów spaliliśmy poza zamkiem.

 

ICHIRIN NO HANA

Rozdział 4 - Samotny Kwiat

 

Gdy wróciliśmy do swoich pokoi, cali we krwi i ziemi analizowaliśmy przebieg tejże wojny.
— No, i jak się czuje nasz Elficki Starszy? — zapytał Nabi.
— Pytasz o to już piąty raz. — odpowiedziałem.
— Wiem. — po głosie poznałem, że nie da mi spokoju.
— Wiecie co — zacząłem — przydałby mi się nowy miecz. Ten miecz Homunkulusa jest już za słaby jak dla mnie.
— Przecież mówiłeś, że nie zmienisz Homo dopóki nie będziesz w S grade. — przypomniał Bartek
— Tak, a ty miałeś odpuścić sobie B grade i co? — zwróciłem się do Patrycji — Wiesz, może gdzieś jest tu sklep z bronią?
— Zaprowadzę cię tam, ale później. Musimy się umyć i wyprać ciuchy. — odpowiedziała
— Racja. — potwierdził Nabi, który był najbardziej zakrwawiony z naszej piątki.
Od tego momentu rozeszliśmy się do swoich pokoi i po kilku minutach siedzieliśmy na brzegu rzeki płynącej obok zamku i pucowaliśmy nasze ekwipunki.
— Kurde — mruknąłem przerywając pranie — Ta krew nie chce zejść!
— Mnie też — powiedział Oski, drapiąc swoją tarczę
— Uważaj, żebyś sobie jej nie porysował. — zaśmiałem się — Wiecie, jak patrzę na te bronie A i S grade to czasami mi ich szkoda. Są tak ładnie zdobione i w ogóle.
Kiedy chciałem namydlić szatę, mydło wyślizgnęło mi się z ręki.
— Kurde. — szybko za nim skoczyłem i po chwili wynurzyłem się, plując wodą i trzymając w garści zdobycz.
— Cha cha cha cha! Skoczyłeś jak ryba do tej wody. — śmiali się wszyscy.
— I jakie noty dostanę za ten skok? — zażartowałem.
— 10.0 — powiedział Oski i podniósł tarczę jak tabliczkę z punktacją.
— Dobra, panowie, spokój. — powiedziała Patrycja polerując swoje miecze.
Wylazłem z wody i wziąłem się za pranie. Co jak co, ale szatę z delikatnego materiału ciężko się pierze ręcznie. Ale w końcu mi się udało i oddałem się miłemu opalaniu, a szata suszyła się na wietrze. Nabi wykonywał Fitness no Jutsu, czyli robił pompki, brzuszki i inne ćwiczenia. Oski i Bartek zajęli się polerką zbroi, a Patrycja siedziała na rosnącym opodal drzewie i zrywała jabłka. Normalnie żyć, nie umierać. Po parunastu minutach i kilku dorodnych jabłkach na głowę, ubraliśmy się w swoje ciuchy, broń wzięliśmy do rąk i całą piątką stanęliśmy blisko siebie. Po ustaleniu celu podróży, wypowiedziałem inkantację i przeniosłem nas razem do jednego z miast. Na miejscu się rozdzieliliśmy i ja udałem się do tamtejszego kościoła. Tam znalazłem pewnego elfa, który uczył grupę młodych elfickich dziewcząt. Poczekałem aż dziewczyny odejdą i wtedy podszedłem.
— Witam. — ukłoniłem się.
— Witam. — odpowiedział elf — Czy potrzebujesz pomocy?
— Tak. Chciałbym nauczyć się kilku umiejętności Elfickich Starszych.
— Dobrze trafiłeś. Pomogę ci.
I elf zaczął mnie uczyć nowych umiejętności i przypomniał mi stare. Tymczasem Patrycja poszła do sklepu z bronią. Akurat na miejscu był Bartek.
— O, Bartek. Dobrze, że jesteś.
— Tak? O co chodzi?
— Chcę kupić Krzyśkowi nowy miecz, ale nie pamiętam jaki on chciał.
— Pewnie coś z szybszym rzucaniem czarów.
— Chcecie kupić koledze miecz? — wtrącił sprzedawca
— Tak. Jest magiem i chce taki, który pozwoli na szybsze rzucanie czarów.
— Niestety, nie mam już ulepszonych. Kolega będzie musiał dokonać tego sam.
— W takim razie niech pan da nam najlepszy, nieulepszony miecz.
Sprzedawca znikł na chwilę na zapleczu i wrócił z mieczem o długim i wąskim ostrzu, zakończonym gardą w kształcie skrzydeł skierowanych ku czubkowi klingi.

 

— To jest najlepszy, jak na razie, miecz dla waszego kolegi.
— Bierzemy — powiedział Bartek i wyjął wielką sakiewkę.
— Czekaj, ja chciałam zapłacić. — upomniała się Patrycja.
— Spoko. Nie musisz oddawać. — uspokoił ją Bartek.
Patrycja wzięła miecz, zapakowała w ozdobny, gruby papier i pobiegła z Bartkiem na miejsce zbiórki. Po paru minutach byliśmy z powrotem w zamku. Po kolacji wszyscy zaczęliśmy opowiadać o spędzonym dniu. Rzuciłem kilka czarów wspomagających na resztę, a Patrycja wręczyła mi nowy miecz. Wieczorem umówiliśmy się na wspólny trening i oczyszczanie świata ze zła, potem rozeszliśmy się do swoich pokoi i poszliśmy grzesznie… to znaczy – grzecznie spać.

 

ICHIRIN NO HANA

Rozdział 5 - Trening

 

Rano cała nasza piątka spotkała się, jak zwykle, na śniadaniu. Wcinając jajecznicę na bekonie dyskutowaliśmy, gdzie pójdziemy trenować. W końcu Patrycja przekonała nas, byśmy poszli na katakumby. Po śniadaniu skoczyliśmy po ekwipunek i teleportowałem nas do miasta na małe zakupy. Oskar pobiegł na rynek, by z pomocą Patrycji, znaleźć sobie nową zbroję i broń za rozsądną cenę, natomiast ja, Bartek i Mateusz poszliśmy do pobliskiej karczmy. Jak to w karczmach bywa, było mnóstwo osób. Zajęliśmy szybko ostatni wolny stolik i zamówiliśmy coś do picia. Dosłownie sekundę po odejściu elfki kelnerki, do naszego stolika podeszła mroczna elfka. Po rozmiarze miseczki biustu wyglądała na wojowniczkę. Elfka podeszła do Bartka i, kładąc mu swoje cuda na jego głowie, przywitała się słodko.
— Hej, mężni wojownicy.
— Witaj, piękna wojowniczko. — powiedziałem.
— H-Hej. — wydukał Bartek wyraźnie zadowolony z zaistniałej sytuacji.
— Siema. — powiedział swoim gromkim głosem Mateusz.
Oczywiście, reszta odwiedzających powitała się z naszym orkiem, a on, mocno rozbawiony, pomachał wszystkim swoją wielką łapą.
— Wy, orkowie — zaczęła elfka — zawsze potraficie przyciągnąć uwagę tłumu.
— Taa… — rzuciłem — czasami nawet szybciej niż mroczna elfka w świecącej zbroi.
— Dobre. — zaśmiał się Mateusz — Muszę to zapamiętać.
— Sekundę — przerwał Bartek — nie przedstawiliśmy się! Jestem Otori, Tancerz Ostrzy.
— Jestem Kurisu, Elficki Starszy.
— Jestem Nabi, Tyrant.
— Ja też jestem Tancerką Ostrzy, a me imię to Haku. — Elfka usiadła na krześle, co zasmuciło Bartka.
— Co cię tu sprowadza, Haku? — zapytałem
— Nudzę się i szukam drużyny do treningu.
— O. — znów huknął Nabi — To może potrenujesz z nami?
— Czy ty uważasz, że jestem słaby? — zdenerwował się Bartek, a elfka zachichotała
— Nie, ale przyda się dodatkowy tancerz.
— Ty rzucisz tańce wojowników, a Haku, tańce dla magów dla mnie.
— Świetny pomysł — powiedziała Haku
— To co? Idziemy? — Nabi wstał i przewrócił tamtą kelnerkę — Wybacz, ale chcemy cofnąć zamówienie. — powiedział podnosząc ją jak lalkę i stawiając na nogach.
— Dobrze. I dzięki — powiedziała.
— Nie ma za co, na razie. — pożegnał się Nabi i dołączył do nas na zewnątrz.
Chwilę postaliśmy w ciszy i Haku zapytała:
— To dokąd idziemy?
— Na katakumby — powiedziałem — Ale poczekajmy na Mrocznego Mściciela i Gladiatorkę.
— To jeszcze dwie osoby są z wami?
— Tak. To nasi przyjaciele.
— Rozumiem — powiedziała elfka i przeciągnęła się.
Poczekaliśmy paręnaście minut i do naszej czwórki dołączyła Patrycja. Akurat wszystko jej wyjaśniliśmy, gdy dołączył Oskar z wiadomością, że nie było odpowiedniej dla niego zbroi w stosownej cenie. W końcu mogłem przenieść naszą drużynę na katakumby (jako pierwszy przeniosłem się do pobliskiego miasta i ściągałem resztę). Po małym spacerze i nurkowaniu (dzięki Bogu, że mogę dać buff na oddychanie) stanęliśmy przed komnatą z potworami.
— Dobra, ludziska. — powiedziałem. Ork i oba elfy spojrzały na mnie — I orkowie, i wszystkie elfy! Rzucamy czary wspomagające.
Zaczęło się masowe czarowanie. Bartek rzucił tańce dla wojowników. Haku – tańce dla magów. Ja rzucałem każdemu po kolei wiązankę defensywnych czarów. Mateusz, Oski i Patrycja rzucili swoje własne czary. Kilka minut później, zarówno Oskar, jak i ja, użyliśmy własnych transformacji (Oskara transformacja nazywa się Vanguard, moja to Inquisitor) i mogliśmy rzucić się w wir walki. Oczywiście, z racji bycia magiem, spokojnie atakowałem potwory, nie wchodząc do komnaty. Co jakiś czas ktoś przybiegał do mnie, a ja cofałem transformację i uleczałem delikwenta lub delikwentkę. Szło nam całkiem nieźle. Po drodze ubiliśmy jakiegoś człowieczka, gdy tylko rzucił hasło, że to „jego teren”. Nie mógł przeżyć zmasowanego ataku pięciorga wojowników i maga. W pewnym momencie kilkorgu z naszej drużyny udało się wejść na wyższy poziom. Poznałem to po nagłym wybuchu światła spod nóg danej osoby. W końcu wyszliśmy stąd z plecakami pełnymi kolorowych kamyków. Szybki teleport do miasta, sprzedaż kamieni i powrót do zamku zajął nam łącznie kwadrans. Haku nie przyjęła zaproszenia do klanu twierdząc, że to nie dla niej. Widać woli zawsze z kimś innym (bez skojarzeń). Tak czy siak, po kolacji, weszliśmy piątką do sali tronowej, by wysłuchać lidera. Gadał o planach na przyszłe oblężenie, nowych strategiach walk i o rekrutacji nowych. Ponad godzinę później mogliśmy wrócić do łóżek i zasnąć. To był całkiem miły dzień.

 

ICHIRIN NO HANA

Rozdział 6 - Powrót?

Kolejne dni mijały bardzo szybko. Nim się obejrzałem, minęły całe dwa miesiące życia w tym świecie. Ale nie ma co narzekać. Ja stałem się już bardzo dobrym bufferem. Reszta także podniosła swoje umiejętności ścinania głów tym, którzy się nawinęli pod ostrze mieczy. Nawet podczas oblężenia zamku udało mi się pozbawić kilku magów przywołujących ich stworów. Cała nasza piątka wyraźnie zżyła się ze swoimi awatarami z gry. Niestety (a może i stety), od pewnego czasu zacząłem przez sen słyszeć realny świat. Gdy opowiedziałem o tym reszcie, byłem zaskoczony. Wszyscy zaczęliśmy wracać do siebie. Któregoś popołudnia, gdy wybrałem się na samotny spacer, zobaczyłem Patrycję siedzącą nad rzeką. Podszedłem bliżej i zauważyłem, że jest smutna. Usiadłem obok i zapytałem:
— Hej. Co się stało?
— Hm? — podniosła głowę — A, to ty, Krzysiek. Nic takiego. — spuściła głowę. — Szkoda, że musimy wracać.
— Mnie trochę też. Tak tu pięknie. — powiedziałem.
— Tyle się tu nauczyłam.
— Wszyscy się czegoś nauczyliśmy. — zauważyłem.
— Tak… — powiedziała Patrycja i położyła się na zielonej trawie.
Popatrzyłem przez chwilę na nią i nagle cały mój umysł zaczął wirować. Ona to zauwarzyła.
— Co?
— Nic, nic. Po prostu myślę nad czymś.
— Nad czym?
— Jakbyś wiedziała, to wbiłabyś mi ten miecz w serce aż po samą gardę.
Patrycja zachichotała widocznie wiedząc, co mi biega po głowie. Nagle syknęła z bólu i złapała się za głowę. Ułamek sekundy później ja też dostałem dziwnej migreny – aż się ciemno przed oczami robiło. W końcu pociemniało całkowicie. Nastała cisza i uczucie jakbym na czymś leżał. Szybko się zerwałem i zobaczyłem białą ścianę.
— Nie śpicie już? — usłyszałem znajomy głos.
Przetarłem oczy i odwróciłem głowę, a po mojej lewej stały łóżka, a w nich reszta naszej zgrai.
— O, siema. — powiedziałem, udając zaskoczenie.
— To był sen, czy co? — zapytał Oskar
— U pięciu osób na raz, tylko z innych punktów widzenia? Niemożliwe. — skomentował Mateusz.
Tydzień później zebraliśmy się po szkole w grze, we wcześniej umówionym miejscu. O dziwo, byliśmy tam, gdzie dopadła nas migrena, z pełnym ekwipunkiem i mnóstwem kasy. Od tej pory mamy zupełnie inne podejście do Lineage’a. I wciąż marzymy, by znów, choćby na chwilę, wrócić do tego pięknego świata elfów, orków, krasnoludów, ludzi, jednoskrzydłych kamaeli i mnóstwa potworów do wybicia.

 

KONIEC

 

Czy aby na pewno?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: