PASOŻYT

Samuel Serwata

 

PASOŻYT

 

   Jeśli go pytają, to odpowiada, że zrobił to przez strach. Brandon panicznie bał się wszystkiego, co go otaczało. Mieszkał sam w małym dwupokojowym mieszkanku, do którego zawsze wpadało mnóstwo słonecznego światła. Żeby strach go nie dopadł słuchał głośno muzyki i pił mnóstwo kawy. Gdy nie mógł już siedzieć w jednym i tym samym pomieszczeniu, wychodził na balkon zawsze kurczowo trzymając się poręczy. Doświadczał jednocześnie lęku wysokości i lęku przestrzeni, ta ostatnia zdawała się mu bezkresna. Do tego dochodził fakt, że Brandon nigdy nie mógł się rozeznać, które z budynków były bliżej, a które dalej. Czasami zdawało mu się, że ludzie idący po chodniku, idą zaraz przy jego twarzy.
   Najgorszą rzeczą były drzwi wyjściowe, a ściślej biorąc to, co za było nimi. Brandon był wyczulony nawet na najmniejszy szmer, który wydawał mu się porażającym grzmotem. Co chwilę zaglądał przez wizjer na korytarz. Nigdy nikogo się nie spodziewał ale nie wiedzieć dlaczego, zawsze mu się zdawało, że jeśli ktoś idzie, to na pewno do niego.
   Przez te wszystkie nieustające nasilające się fobie uciekł z własnego mieszkania. Naładował do reklamówki rzeczy, które napatoczyły mu się pod rękę. Jakoś nigdy nie mógł się do czegokolwiek przywiązać. Wszystko w jego oczach nie przedstawiało żadnej wartości, zapewne dlatego był sam.
   Idąc chodnikiem patrzył tylko na swoje buty. Bał się spojrzeć w którąkolwiek stronę. Wszystko zdawało się być monumentalne i przytłaczające. Zawsze wyczuwał jakiś nieokreślony ruch, gdy budynki przemieszczały się i skulały nad nim, jakby chcąc go objąć i rozgnieść. Wiedział gdzie idzie, zawsze, niczym ślepiec z wiernym pomagierem. Kierował się zapachem, charakterystycznymi dźwiękami, pęknięciami skorupy chodnika. Jego cel nie był daleko, przynajmniej tak mu się zdawało, bo czas, mimo że płynął nieubłaganie, tracił w jego oczach sens. Nie wyczuwał w ogóle jego upływu, nieustannie rozważając setki milionów nieistotnych chwil, które nie przydarzyły się i nigdy nie przydarzą.
   Nie nosił zegarka, uważał, że życie jest wystarczająco długie aby je skracać i zapętlać w kilkunastu narzuconych godzinach. Omijając lustra i zegarki, nie popada się w depresję. Nie wgłębiał się w wiek swego życia, nie interesowało go, ile ma lat. Nie był też sentymentalny. Zdjęcia zostawiał innym, z resztą rzadko ktokolwiek go fotografował. Wszyscy wiedzieli, że cierpi na fotofobię.
   Doszedł do starego domu, należałoby powiedzieć raczej „ruiny”, na jakie przyczepia się plakietki typu „nie wchodzić, obiekt grozi zawaleniem”. Jeden z ludzi będących wewnątrz wyszedł na powitanie, pewnie zobaczył przez okno jak nadchodzi. Od razu wycedził, że na dzisiejszej sesji z podobnymi problemami były w sumie cztery osoby. On, dwóch innych mężczyzn i czarnowłosa kobieta, mająca coś z urody Azjatki. Gdy weszli, reszta niezbyt się nim przejęła. Mężczyzna zaczął oprowadzać go po domu.
- Imiona nie mają tu najmniejszego znaczenia, one nic nie znaczą – Brandon spojrzał na mężczyznę, próbując zrozumieć sens jego słów – Przybyliśmy tu wszyscy, by pozbyć się naszych fobii. Poza tym jest nas tak mało, że zawsze będzie wiadomo, o kogo chodzi.
   Wszędzie leżał gruz. Cały dom był w stanie rozsypki a sufit był tylko siatką grubszych i cieńszych desek przez które prześwitywało niebo. Cała czwórka weszła po rozklekotanych, przeraźliwie skrzypiących schodach. Przypominały miauczące koty. Weszli na strych. W rogu stał stolik oraz rozłożona wersalka, prawdopodobnie jedyny tutaj nowy mebel. Gdy dotykało się ją, przypominała ciepły, suchy mech. Przynajmniej tak to odczuwał Brandon. Mężczyzna, który go oprowadzał, położył się na niej na brzuchu, pozwalając rozgościć się pozostałym członkom, którzy właśnie do nich dołączali. Brandon usiadł w rogu pokoju przy rozbitym oknie, którego odłamki leżały naprzeciwko. Mieniły się jak zalane brokatem. Czuć było w ustach tynkową wilgoć. Próbując się relaksować, zawiesił wzrok na stoliku stojącym przed nim.
   Względny spokój i cisza trwały do momentu, gdy Brandon poczuł, jak coś kapnęło mu na ramię.  Gdy spojrzał na ciemną, oleistą, zieloną ciecz odskoczył na bok, ściągając z siebie kurtkę. Plama zaczęła się rozrastać. Jeden z mężczyzn skulił się i zakrył twarz rękoma.
 - Co to za zielone gówno? – Spytał jakiś głos. Gdy mężczyzna, który oprowadzał Brandona przykucnął żeby przyjrzeć się temu z bliska, spadła w jej środek kolejna kropla, rozciągając się spływami niczym smoła. Mężczyzna wyciągnął mały spray przypominający odświeżacz do ust i spryskał miejsce na kurtce. Plama pokryta zawartością buteleczki zaczęła się rozpuszczać i spływać skupionymi przypominającymi rtęć kropelkami, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Brandon przeniósł wzrok w górę, próbując namierzyć miejsce skąd sączyła się ta nieznana substancja. Sufit wyglądał jak pokryty bardzo ciemną pleśnią, z której wpływały kolejne pęknięcia starego domu, przypominające rozbryzgi po farbie olejnej. Następna kropla zwisała nieopodal. Próbując dotknąć podłogi, ciągnęła się linią prostą jak roztopiona guma. Mężczyzna zaatakował ją sprayem a następnie wszystkich zgromadzonych, nie pytając o zgodę. Resztę wypryskał w centralny, niemal czarny punkt pośrodku sufitu. Sufit zapadł się do wewnątrz jak mała czarna dziura, wydając z siebie jęk przypominający skrzeczące mewy. Wszyscy odsunęli się a mężczyzna, który wcześniej trzymał twarz zakrytą, patrzył w stronę sufitu w niemym paraliżującym strachu.
- To pasożyt – powiedział mężczyzna odkładając spray na stół. – Strach w swej cielesnej substancjalnej formie wygląda właśnie w ten sposób. Strach jest pasożytem. Im bardziej się go pozbywamy, tym substancja staje się większa. Poza tym domem jest niewidoczna, tylko tutaj można ją zobaczyć. My widzimy ją jeszcze wyraźniej, ponieważ posiadamy wiele fobii. Boimy się niemal wszystkiego, a tutaj, w tym specjalnym miejscu, pozbywamy się strachu. Nabiera on kształtów i szuka w człowieku ujścia, a następnie próbuje do niego powrócić. Nie da się go pozbyć na stałe, nie da się go zniszczyć, jest częścią naszego gatunku. Wszyscy jesteśmy tu z tego samego powodu. Jeśli zaczniemy pozbywać się swojego strachu, stanie się on właśnie takim pasożytem, który będzie polował na słabszych i mniej odpornych. Wtedy musicie być silni. Po tygodniu, spotkam się z wami tutaj jeszcze raz na kilkuminutową rozmowę. Gdy ktoś będzie się bał, nawet samej świadomości tego, że znów będzie musiał przyjść do tego miejsca, wtedy pasożyt zaatakuje z podwójną mocą. Jeśli to zrobi i przegracie atak, będziecie musieli z nim żyć do końca życia. – Brandon przytaknął jako jedyny, czując się trochę zakłopotany. Gdyby usłyszał to wcześniej, nie uwierzyłby i roześmiałby się w twarz. Nie wiedział zupełnie co sądzić o tym wszystkim, ale racja, po to właśnie tu był.
   Plama w rogu sufitu zniknęła, przenosząc się po pomieszczeniu w inne miejsce. Wszyscy podskoczyli na raptowny gwizd czajnika, który wyrwał ich z zawieszenia. Mężczyzna wstawił wodę. Myśli nie dawały spokoju. Co chwilę ktoś spoglądał w tamto miejsce w suficie. Brandon usłyszał bulgotanie. Blondyn zalał wrzątkiem trzy kubki i jedną szklankę, w których była herbata w torebkach. Odstawił czajnik, wymieszał i nalał z porcelanowego lejka mleczko do dwóch kubków. Spojrzał na Brandona z ukosa i spytał czy też chce mleka po czym nalał je do szklanki z herbatą. Oba płyny przenikały się nawzajem jak rozpuszczająca się farba akwarelowa w wodzie.
- Powiedziałeś, że w tym miejscu pozbywasz się swego strachu, ale jak?
- To miejsce, z czasem wysącza go z ciebie.
- A co potem?
- Już wiesz.
- Zielona farba. Pasożyt…
- …. staje się częścią domu, który za dwa miesiące zostanie zburzony.
   Odwrócił się raptownie za siebie. Ciśnienie momentalnie mu podskoczyło przez szmer, który dobiegł jego wyczulone strachem uszy. Niczego nie było. Urojenie. Wszyscy jednogłośnie w milczeniu zaczęli wracać na parter, gdzie było więcej światła.  
   Przy drzwiach stał stary wiejski fotel oblężony przez małe zielone robaczki, a na nim zasiadał drugi mężczyzna, brunet. Wszędzie leżał gruz i śmieci. Brandon chciał poznać cały dom. Nacisnął klamkę i wszedł do ciemnego pokoju. Pod butami poczuł miękki dywan. Okna były zasłonięte, w pokoju malowały się jedynie kontury mebli ale to nie przeszkodziło mu w określeniu czerwieni przypominającej pasożytniczą substancję. Przeszedł dalej, był zaciekawiony rozproszonym światłem na podłodze za meblem zasłaniającym kolejne drzwi. Wyciągnął rękę w kierunku klamki, lecz drzwi same uchyliły się prażąc jasnym światłem. Po chwili wzrok Brandona zaczął się przyzwyczajać. Uśmiechnął się na myśl o tym, że znalazł łazienkę, która była czysta i schludna. Przed umywalką stała kobieta i malowała sobie usta.
   Zauważyła go, przerwała i uśmiechnęła się w jego stronę. Malowała usta w ostrej czerwieni spódnicy. Kiedy skończyła, zgasiła światło i wyszła wraz z nim. Widziała jego zakłopotanie. Nie patrzył na nią ale czuł, że nie spuszcza z niego wzroku. Powróciło cichutkie nasilające się skrzeczenie, niby dźwięki śpiewających mew. Gdy kobieta przełknęła napój, mewy odeszły. Czy to był jej strach? – Spytał sam siebie.
   Drzwi zatrzasnęły się, prawdopodobnie przez przeciąg. Miejsce, które rozpostarło się przed nimi, nie było definitywnie tym, z którego wyszli. Brandon zamknął je i ze strachem w oczach spojrzał w twarz swojej towarzyszce. Przeszła obok niego i ponownie otworzyła drzwi. Poszedł za nią. W pokoju wszyscy milczeli, daleko porozstawiani po pomieszczeniu. Nikt nikim nie był nimi zainteresowany, byli jakby wyłączeni z otaczającego świata i mknęli w samotności w głębokie sfery własnych myśli.
   Chrobot, drapanie, a następnie kroki po skrzypiących drewnianych deskach piętro nad nimi, po raz kolejny przebudziły wszystkich i przywróciły grupie. Każdy spojrzał w pytaniu na każdego, by zorientować się kogo brakuje. Nikogo. Za oknem słońce zbyt wcześnie opadało w toń za lasem. Ściemniło się a Brandon poczuł, że jego słuch wyostrzył się. Usłyszał, jak brunet oblizuje usta na drugim końcu pokoju. To ogromne mlaśnięcie sparaliżowało jego mózg. Coś łamało się nad nimi, próchnica dosięgała drewna. Ponownie czyjeś kroki sunęły długo po ziemi. Mężczyzna dowodzący grupą wszedł pierwszy do pomieszczenia, które kiedyś mogło być przedpokojem. Wszyscy poszli za nim, oprócz najbardziej strachliwego blondyna, który bał się ruszyć z miejsca ale gdy został sam, szybko dołączył do reszty.
   Patrzyli w górę schodów, oczekując czegokolwiek. Mężczyzna zrobił krok w ich stronę. Z górnego piętra toczyło się coś, czego jeszcze nie widzieli. Było coraz bliżej. Zaczęło spadać po schodach. Słyszeli to wyraźnie, lecz nikt nie widział niczego oprócz ledwie dostrzegalnej mgły.  
   Chrupnięcie. Brandon poczuł jakby dźwięk wyrastał z okolic jego karku, przemykając falą dreszczy. Tykanie zegarka gdzieś w oddali było jak stukanie młota. Zaczął się trząść. Okropne uczucie. Rozglądał się wokół. Bał się coraz bardziej. Słyszał ptaki nad sobą, okropnie skrzeczące wrony, całe ich stado, które zazwyczaj okrąża park miejski. Bał się poruszyć by ptaki go nie zaatakowały. To jeden z obłędów którego nienawidził. Wiatr przyniósł zapach spalin. Czy wszyscy to czują i widzą tak, jak on? Kolejny zgrzyt drewna nad nimi zakomunikował, że w dalszym ciągu ktoś tam jest.
   Po powrocie do pokoju jedna z desek przybitych do sufitu zaczęła spadać i przecinać lotem koszącym przestrzeń nad stołem dzielącą Brandona i kobietę. Nie wydobył się żaden dźwięk. Jedynie ruch kazał im zareagować. Brandon wpatrywał się w gwoździe pomiędzy nimi i wijące się tłuste białe larwy okrywające strzęp gnijącego, czarnego mięsa. Nikt nie reagował. Jedynie kobieta wpatrywała się w niego, jakby to on był obiektem, którego się wszyscy boją. Oddech zamarł mu w gardle. Nie mógł wziąć najmniejszego haustu. Włosy jeżyły mu się na całym ciele, płaty skóry zdawały się odchodzić niczym niechciana skóra węża, a ciemna zieleń, niemal czerń zalewała mu oczy. Stawało się coraz ciemniej.
   Brandona stopniowo opuszczały lęki. Jego ciałem targały drgawki. Spod oczu, spowitych ciemnym kolorem, zaczął wylewać się strach, wyglądający jak małe mróweczki biegnące stadem aż pod sufit. Strach wylewał się z niego, niezwykle ciemny i gęsty. Gdy spłynął do góry wzdłuż ścian w szczeliny w suficie, jego ciało bezwładnie opadło na podłogę. Mężczyzna podbiegł i sprawdził mu puls. Nikły ale wyczuwalny. Reszta patrzyła w sufit wchłaniający pasożyta. Oczu Brandona nie okrywała już czerń. Mężczyzna tymczasem próbował go przewrócić na bok. Jego ręka zatopiła się w lepki budyń, którym stało się jego ciało. Odskoczył do tyłu z obrzydzeniem. Kobieta stała sztywno w obawie przed Brandonem, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Obserwowała seledynową maź przypominającą rozgotowany ryż.
   Brunet, który do nikogo się nie odzywał, odważył się spojrzeć w oczy kobiety. Jej wzrok nie zdradzał lęku. Wziął kubek ze stołu i podniósł go do ust. Nie bał się. Wiedział, że zdoła się obronić, a w razie czego, obroni też innych. Gdy oderwał kubek od ust, centralnie przed nim zwisał pasożyt, który odrywając się, wpadł z pluskiem do herbaty. Wszyscy odsunęli się. Herbata przebarwiała się jakby dolano do niej mleczka. Kobieta zaczęła zmierzać w stronę kubka, wtedy mężczyzna rzucił nim w stronę ściany. Pasożyt wypełzł błyskawicznie rozpryskując się po ścianach wokół i zniknął w najbliższych szczelinach, jakie napotkał.
- To twój strach. Próbuje do ciebie wrócić. – Powiedział mężczyzna.– Nie możesz mu na to pozwolić. Strach jest oznaką naszej prymitywności. Jest częścią nas i nigdy się go nie pozbędziemy. Możemy jedynie z nim walczyć lub go okiełznać. – Stół z herbatami zatrząsł się. Brandon tymczasem przebudzał się. Po jego twarzy ściekał pot.
- Odeszło. – Wyszeptał.
- Co odeszło? – Spytał blondyn.
- Mój strach. Wyzbyłem się jego większej części. Teraz musimy być ostrożni by do nas nie wrócił. – Kobieta zerwała się z miejsca i wyszła z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi.
- Boi się? – Spytał blondyn.
- Jest zła, tylko tyle. – Odpowiedział mu brunet. – Poszła na górę. Mężczyzna doznał lekkiego ukłucia w tył głowy. Złapał się za to miejsce i zasyczał. Za oknem panowała nieprzenikniona ciemność. Stali swobodnie odróżniając wszystkie elementy pokoju. Zza ciemnych chmur wyłonił się pomarańczowy księżyc, na którego tarczy malowały się korony drzew, ptaki odlatywały. Dopiero po chwili słychać było jak kobieta wchodzi po schodach, uderzając obcasem o skrzypiące drewno. Wszyscy nasłuchiwali licząc stopnie. Kroki jednak się nie kończyły.
- Ile stopni mają te schody? – Spytał mężczyzna.
- Na pewno nie więcej niż dwadzieścia. – ktoś odpowiedział.
- Czy tylko ja mam takie wrażenie, że zrobiła ich już ponad czterdzieści? – Stąpanie ucichło rozlegając się tuż nad nimi. Każdy miał jakieś wyobrażenie tego, dokąd zmierza. Przystanęła, poczym znów zaczęła iść. Dźwięk był nierówny, jakby kuśtykała. Przystanęła ponownie. Słychać było kolejne kroki, tym razem trzy tupnięcia następujące kolejno po sobie. I jeszcze raz, lecz tym razem byli pewni, że dochodziły jednocześnie z dwóch odległych stron.
- Co to u licha było? – Spytał wyraźnie zdenerwowany mężczyzna. – Wygłupia się?
- Nie. Strach przez nią przemawia. Chce wrócić, wykorzystując jej złość. Jest zła, bo ma świadomość tego, że strach do niej wróci. – Przez cały sufit z jednego miejsca na drugie, zaczęły przebiegać konie. Jeden z mężczyzn ponownie zasłonił oczy i zaczął płakać. Stopniowo zwalniały szukając dogodnego miejsca w centralnym punkcie. Rozległ się skowyt mogącym być rżeniem konia nagranym na taśmie w zwolnionym tempie. Po nim kolejny raz ptaki. Grzmot dzwonu oddalającego się w błyskawicznym tempie. Niczym tysiące piłeczek kauczukowych, odbijających się i spadających po skrzypiących schodach. Uderzały w ścianę, zakręcały się i wpadały do pokoju,  coraz bliżej i głośniej. Drzwi próbowały się same zamknąć okropnie skrzypiąc. Zablokowała je ręka łapiąca futrynę. Mężczyzna krzyknął i rozpłakał się, gdy dostrzegł szare palce z długimi paznokciami. Drzwi wolno otwarły się, przez szparę wkroczyła damska noga na obcasie.
- Coś się stało? – Spytała kobieta. Hałas ustał.
- Być może. – Odpowiedział brunet siedzący w fotelu.
   Powietrze wypełniały tylko nierówne oddechy. Płaczący mężczyzna wstał.
- Idę na górę. Położę się. Jestem cholernie zmęczony. – Gdy zamknął za sobą drzwi, nagle przejechał pociąg ekspresowy. Gdy zniknął, pozostawił po sobie dźwięki zgrzytających kół, wydobywających się z wnętrza pokoju. Migotliwe światła przemknęły za oknem. Brandon przeskoczył przez próg na zewnątrz. Potężny podmuch wiatru odebrał mu na chwilę oddech. Odwrócił się w inną stronę. W oknie wszyscy stali nieruchomo. Gestami namawiali go by wracał. Wrócił frontowymi drzwiami prosto w ciemny przedpokój. Zamknął drzwi rozglądając się w poszukiwaniu światła. Czuł się jakby wcale nie wrócił do domu. Łagodny powiew i szum liści otoczył go ze wszystkich stron. Wyszedł z powrotem na zewnątrz, nic się nie zmieniło.
   Oddech w dalszym ciągu miał nierówny. Takie miejsce może naprawdę zniszczyć człowiekowi psychikę, powodując, że do końca życia będzie się budził z krzykiem. Ścisk w pęcherzu. Tak jak stał, rozsunął suwak w rozporku. Ciepły strumień moczu zaczął strzelać o liście, a opary wznosiły się w górę. Zapiął się i zrobił krok w tył. Wiatr orzeźwiał zmysły, a świerszcze wibrowały w głowie. Noga nastąpiła w miękkie błoto. Z każdym krokiem zagłębiał się w nie coraz bardziej. Zaczął panikować. Próbował się czegoś złapać ale stracił równowagę i upadł w bagno. Oddech ugrzązł w mule. Wyrywając się, próbował wydrzeć się i uciec. Udało mu się. Bluzą przetarł twarz a kolejna wizja zlała mu oczy. Otoczył go impresjonistyczny ściekający po płótnie obraz. Przestrzeń pulsowała, mieniła się i mlaskała jak ohydna rodzina robactwa żerującego na świeżej padlinie przykrytej jego kurtką. Podszedł bliżej. Padlina była ciałem człowieka. Był w pułapce. Omamił go strach i zaczął zataczać nad nim swoje macki. Zatapiał się. Wiedział już, że nie wygra. Za kark złapała go lodowata dłoń. Chwycił ją a ona pociągnęła. Wyrywał się z gęstego błota, zastygającego i przylegającego do ciała. Kobieta całą swoją siłą próbowała mu pomóc. Las zniknął. Byli w ciemnym pokoju na wersalce. Na jej środku była ogromna ciemno-zielona plama wyglądająca jak dziura. Strach chciał wrócić.
   Po plecach Brandona przebiegł dreszcz. Z dołu słychać było przeraźliwe krzyki reszty, cholera wie, co się z nimi właśnie działo. Żadne z nich nie chciało sobie tego wyobrażać. Brzmieli jakby byli rozrywani na strzępy. Padł na nich strach, bali się nieznanego. Brandon złapał kobietę za rękę rzucając się do ucieczki. Kobieta stawiała opór jakby chciała zostać.
- Co jest? Czemu nie idziesz? Co się stało? – Kobieta stanęła i wskazała dom.
- Strachu zaczęło być zbyt dużo jak na jedno miejsce.
- Co to znaczy? Co z nimi? – Drzwi domu zostały wyrwane, a jakaś nieokreślona siła rozerwała je w drzazgi. Z wnętrza wylewał się pasożyt prosto w ich stronę. Tym razem to Kobieta ciągnęła Brandona. Do niego jednak nic już nie docierało. Ze wszystkich stron atakował pasożyt, pożerając całą przestrzeń i zatapiając ich w ciemnościach, mknął do nieba przyciągany księżycem.  
- To nie oni, prawda? Dopadł ich? – Brandon złapał ją za obie ręce. Nie broniła się. Farba zaczynała ich zalewać aż do kolan, uniemożliwiając im jakikolwiek krok. Ręce kobiety wyrwały się z jego objęć. Wysunęła je w górę, a z jej łokci wystrzeliła kolejna para rąk, którymi mogła skrępować jego ręce i kark. – Jej twarz zaczęła się upłynniać i wiązkami oplatała jego twarz. – Próbował krzyczeć ale strach wlewał mu się przez usta prosto do mózgu. Coś bulgotało jeszcze przez chwilę a gdy ucichło, nie było już o czy opowiadać.

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: