AWARIA

Samuel Serwata

AWARIA

 

Po ośmiu godzinnym siedzeniu na wykładach i wysłuchiwania bzdur, powracałem znudzony do domu, myśląc, że nic okropniejszego mnie już dzisiaj nie spotka. Po drodze kupiłem kurczaka z rożna, spełniającego moje wymogi obiadowe. Docierałem wolno do domu. Miałem ochotę obejrzeć film bez konkretnego sensu. Wszedłem na drugie piętro. Wyższe by mnie chyba zabiło. Otworzyłem drzwi mojego mieszkanka, wszedłem do środka, zamknąłem je i pyknąłem przełącznik światła w przedpokoju. Nic. Żadnej reakcji. Musiała przepalić się żarówka.
Zaniosłem kuraka do kuchni, i wziąłem się za błyskawiczne rozwiązywanie problemu, bo jakby nie patrzeć, człek był głodny. Wyciągnąwszy i rozpakowawszy świeżą żarówkę, podniosłem obracane krzesło na kółkach, (które po wielu latach nie obracało się, a kółka nie jeździły). Dolna część tego krzesła odpadła z łoskotem prosto na moją stopę, rozgniatając ją. Krzyknąłem i przekląłem, (jak to bywa w zwyczaju każdego człowieka). Gdy tylko zdołałem opanować ból, zacząłem przytwierdzać obie części do siebie. Wziąłem śrubokręta, który miał mi pomóc dokręcić śrubkę, ale ten gad zjechał po metalu i skaleczyłem się przebrzydle. Przekląłem ponownie. Dokręciłem i odstawiłem śrubokręta, kładąc go na małym stoliku. Podstawiłem krzesło pod żyrandol i wspiąłem się na niego modląc by nie rozpadł się pod moim ciężarem. Wlazłszy na niego, próbowałem złapać stabilność. Wykręciłem ostrożnie żarówkę i zszedłem z krzesła. Położyłem ją obok śrubokręta, zastanawiając jednocześnie, gdzie dałem tą nową na wymianę. Byłem lekko zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Bolała mnie noga i piekła ręka. Obszedłem cały przedpokój w jej poszukiwaniu, po czym wszedłem do kuchni. Zbadałem wzrokiem całe pomieszczenie. Moje oczy zawiesiły się nad parującym kurczakiem powodując drżenie kubków smakowych. Postanowiłem najpierw się posilić, a dopiero później zająć się pracą. Podchodząc do stołu, na którym stał kurczak, mimowolnie trąciłem coś ręką, co upadło i się stłukło. Żarówka. Jak by się mogło wydawać, żarcie musiało poczekać. Wyciągnąłem zza śmietnika zmiotkę i szufelkę, i zrobiłem porządek, uważając by jeszcze czegoś nie spieprzyć. Gdy skończyłem, wyciągnąłem ostatnią zapasową żarówkę, jaką miałem, i powróciłem do przedpokoju by ją tylko wkręcić i zapomnieć o problemie do końca wieczoru.
Wspiąłem się na krzesło i wkręciłem żarówę, zszedłem, pstryknąłem przełącznikiem. Dalej nic nie świeciło. Sprawdziłem czy to na pewno ten włącznik światła. Był właściwy. Przekląłem obficie wypluwając potoki niecenzuralnych słów, za które każdy polonista by mnie chyba ukrzyżował. Jednak musiałem przyznać, że miałem niezmiernie dość tej podłej sytuacji. Poszedłem do kuchni, olewając zupełnie problem, i zabrałem się do krojenia, jeszcze ciepłego kurczaka. Tłuszcz wylałem do zlewu, a sreberko, którym był owinięty ostrożnie wrzuciłem do śmietnika. Wziąłem widelec i nóż, zdając się na moje manualne zdolności krojenia, wbiłem widelec w mięso. Strumień tłuszczu trysnął obficie okrywając nim świeżo umalowaną ścianę.
- Ja pierdolę.
Namoczyłem kawałek zdezelowanej szmatki ścierając wszystko, ale mimo tego, i tak zostały plamy. Wrzuciłem ją do zlewu umywając przy tym ręce. Odechciało mi się tymczasowo jeść. Zastanowiwszy się, co dalej. Uznałem, że wszelakie prace miło by było zakończyć przed zmrokiem. Z tej szafki, co miałem w niej żarówki, wyciągnąłem latarkę. Wyłączyłem korki w mieszkaniu. Wlazłem na krzesło i poświeciłem w głąb otchłani elektrycznej czeluści. Odchyliłem trochę blaszki, myśląc, że są zbyt odchylone do środka i nie stykają się z metalem od żarówy. Wsadziłem śrubokręta głębiej próbując znaleźć sensowniejsze wyjaśnienie. Coraz głębiej i głębiej. Aż czarny pył zakotwiczony w środku rozsiał mi się na twarzy. Zapiekły mnie oczy, zacząłem kaszleć, i spadłem z krzesła. Obiłem sobie tylko tyłek. Wstałem i nieugięty wspiąłem się znów na krzesło.
Pierwsze, co to postanowiłem zdjąć ten szklany abażur i rozkręcić całą tą maszynerię, która po widoku, w jakim jest stanie, była stara, zniszczona, przepalona i najwyraźniej cholernie długi czas nie wymieniana. A najbardziej gnębiła mnie myśl, że w ten sposób szykują mi się pierwsze wydatki.
Próbowałem wzrokowo odnaleźć miejsce, do którego przymocowany był szklany korpus z resztą sufitu. Odnalazłem pierwszą blaszkę, odgiąłem ją i zaraz szukałem następnej. Gdy odgiąłem już je wszystkie. Szklany korpus dalej się trzymał, zupełnie nie wiedziałem, na jakich zasadach grawitacyjnych. Szukałem jeszcze jakichś dodatkowych uchwytów zabezpieczających, i znalazłem jakieś śruby przytwierdzające to do sufitu. Pochwyciłem śrubokręt, i zacząłem dłubać. Śruby były zardzewiałe, ale trzymały się solidnie nie chcąc za diabła puścić. Gdy tak się mocowałem, szklany klosz zesunął się z jednej blaszki nie dopatrzonej przez mnie i przeleciał tuż przed moją twarzą i runął na ziemię, rozbijając się z głuchym dźwiękiem na wykładzinę. Szklany abażur był tak stary, że rozbił się na niezliczone małe fragmenty, rozsiane na wszystkie możliwe strony świata. Tym razem nie miałem już siły czegokolwiek powiedzieć.
Zszedłem z krzesła i poszedłem do kuchni po szufelkę i zmiotkę. Zacząłem zbierać te większe fragmenciki na nią, potem wyrzucając je do śmietnika. Ale nie był to koniec. Pozostawało mnóstwo małych szklanych cząsteczek, które wsiorbałem odkurzaczem. Odkurzałem brawurowo, jakbym całe życie nic innego nie robił. Może po prostu chciałem być porządny. Po zakończonej operacji, schowałem wszystko i patrzyłem na obraz po bitwie. Na razie, będę się musiał obyć bez ochrony na żarówkę, która nie chciała świecić. Postanowiłem wtedy, że nie będę miał światła w przedpokoju. Odstawiłem krzesło i całą resztę na swoje miejsce, zrobiłem ogólny porządek i zmęczony, mając wszystkiego dość, wstawiłem wodę na kawkę, modląc się by nic dzisiaj więcej się nie spieprzyło.
Poszedłem do pokoju. Zasiadłem na fotelu, wziąłem pilota i próbowałem włączyć telewizor. Nie włączał się. Odsunąłem zasuwkę, pod którymi były baterię. Uznając, że może ich tam nie być, włączyłem telewizor ręcznie. Był to telewizor, który dała mi przed przeprowadzką tutaj, moja babcia, która ma dwa telewizory. Miała. Już ma jeden, bo drugi dała mnie. Obraz włączał się wolno, ale dźwięk wylatywał szybko, lekko zniekształcony, przypominający bełkot starego szaleńca. Dopiero po kilku sekundach okazało się, że to tasiemcowa telenowela, którą wolałbym jednak słuchać jako obłąkańczy bełkot. Przynajmniej wniosłoby to jakiejś świeżości do życia bohaterów, którzy to wchodzą po schodach przez trzydzieści odcinków. Telewizor wyłączył się niespodziewanie. Myślałem, że coś przycisnąłem. Włączyłem go ponownie. Dwa lwy pożerały padlinę, spikerka zaczęła coś
mówić. Odłożyłem pilota na meble, na wyciągnięcie ręki. Znów się wyłączył. Więc go włączyłem. Tym razem lwy pożerały spikerkę. Wtedy postanowił przerwać mi spokój, i nastręczał natarczywym dzwonieniem, mające wymusić na mnie podejście do drzwi. Mogło oznaczać to „otwieraj, wiemy, że tam jesteś”, a jeśli bym nie otworzył, to bym dostał kota od świergoczącego dzwonka. Postanowiłem szybko to załatwić.
- Dzień dobry, jesteśmy świadkami jechowymi, i zbieramy…
- Jestem niewierzący. – Przerwałem, po czym dodałem – spieprzać -   i zamknąłem drzwi. W tym żesz momencie zaczął piszczeć gwizdek od czajnika. Poszedłem do kuchni i mu ulżyłem, bo robiło mu się, jak na mój gust, trochę za gorąco. I aż zaczął wrzeć ze złości od tego gorąca. Nalewając wody z dziurawego czajnika do kubka, poparzyłem sobie rękę, ale nie mogłem go upuścić by nie narobić większych szkód. Odstawiłem czajnik, wytarłem stół szmatką, a rękę zmoczyłem w zimnej wodzie. Usłyszałem wystrzeloną petardę. Przestraszyłem się jak jasna cholera, i wyjrzałem przez okno w poszukiwaniu gówniarza, który tak mnie wystraszył. Ku mojemu zdziwieniu, nikogo nie było. „Szybko zwiewa” – pomyślałem. Poczułem drażniący swąd dymu. Odwróciłem się i zacząłem drążyć mieszkanie, zastanawiając się, co się stało i skąd dociera ten smród. Wszedłem do zadymionego pokoju i zobaczyłem palący się telewizor. Podleciałem do tego rozpalonego cholerstwa i wyciągnąłem wtyczkę z gniazdka. Wbiegłem do kuchni, po szafkach szukałem czegoś, do czego mógłbym nalać wodę. Znalazłem starą misę i podstawiłem ją pod kran. Odkręciłem kurek, ale woda nie leciała.
- Noż kurwa! Nie w takiej chwili!
Postawiłem miskę na stole, pochwyciłem czajnik i nalałem wrzątku do niej. Plastik zaczął się powoli topić. Nie wiedziałem, co zrobić. Przełamałem się i złapałem miskę tak by się nie poparzyć. Doszedłem do pokoju i oblałem wodą telewizor. Ogień zmalał nieznacznie. Wróciłem na wpół roztopioną miską do kuchni, włożyłem ją do kranu i raz jeszcze spróbowałem odkręcić kran. Strumień lodowatej wody wytrysnął, odbił się od dna i trafił prosto we mnie. Przekląłem i o mało, co a nie rozwaliłem tego głupiego kranu. Nalałem wody i nie zakręcając go, pobiegłem gasić pożar. Ogień zgasł. Telewizor dymił się, co prawda, ale nie było już zagrożenia. Wróciłem do kuchni i zakręciłem kran.
Jak nie trudno się było domyśleć, byłem ostro wkurzony. Bałem się już nawet siąść na własnej dupie, myśląc, że coś spierdolę. Musiałem wyjść z domu. Włączyłem sekretarkę. Zabrałem wszystko, co mogłoby być mi potrzebne. Upewniłem się, czy zamknąłem drzwi i modliłem się by nikomu nie zechciało się włamać do mego mieszkania. Na powietrzu poczułem się swobodny. Kierowałem swoje giry tak, by prowadziły mnie do elektryczniaka. Żyrandol i żarówa. Telewizor. Kiedyś to ludzie wymyślali jakieś znikome rozrywki, jak szachy czy inne cholerne gry na intelekt, wyobraźnie, i myślenie. Ale gdyby wynalazek zwany telewizją był wymyślony w tamtych czasach, to by nie istniały prawdopodobnie kółka śliniących się szachistów. Zresztą to łatwo wytłumaczyć, bo w tamtych czasach ludzie nic absolutnie nie robili, albo się pieprzyli albo napierdzielali jak nie z całym światem, to z samymi sobą. I z nudów wymyślali takie gry. Dziś nikt nie wymyśla niczego takiego, wystarczą nam teleturnieje.
Wszedłem do tego sklepu elektrycznego. Nic specjalnego, każdy był w czymś takim, więc nie muszę opowiadać co tam było. A pamięta się takie rzeczy, te najgorsze gówno, powiem wam, i wierzcie mi, ono naprawdę zostaje w pamięci. Nie ma też co tu opowiadać, bo każdy chyba kupował cokolwiek w jakimkolwiek sklepie. Kupiłem najtańszy i najbardziej bezgustny żyrandol, jaki tylko można sobie wymarzyć. I dwie żarówki. Wyszedłem z lepszym nastawieniem do świata, myśląc, że może być jeszcze lepiej, ale definitywnie nie może być, gorzej. Teoretycznie.
Wróciłem. Położyłem zakupy na wersalce. Cisza mogła utwierdzać mnie w przekonaniu, że coś mnie czekało. Na automatycznej sekretarce świeciła się czerwona lampka od zwiastowania wiadomości. Odsłuchałem. Dziewczyna. Chciała się dziś o dziewiątej spotkać w jednej z restauracji, która do najtańszych nie należała. Bo jakoby nie patrzeć, biedny ze mnie student z gatunku tych, co to nie mają nawet na ksero. Miałem jeszcze trochę czasu. Podsunąłem krzesło do odstającego kikuta z sufitu. I zacząłem majstrować z żyrandolem. Po chwili cały arcyskomplikowany system został prawidłowo, według mnie, zmontowany. Pyknąłem światło. Hasa. Zgasiłem. Oznajmiłem.
- Ach. Jestem Boski.
Widok tak rozradował moje serce. I myśl spotkania się nie była od niego o wiele gorsza. Zgliszcza cywilizacji, zwanymi poprawnie, roztapiające się części mojego byłego telewizora, tkwiły dalej na swoim miejscu. Chciałem zakończyć jeszcze dzisiaj tą serię nieprawdopodobnie chujowych zdarzeń, i wyszedłem w poszukiwaniu uciechy. Pozostałość dźwigałem do najbliższego śmietnika, ale tuż przy nim poległem i się rozsypały te nieszczęsne pozostałości nowoczesnej kultury. W sumie to i dobrze, bo zawsze może się do niego dobrać, albo jakiś znawca sztuki awangardowej, którego natchnie ta ofiara z metalu i plastiku. Albo jakiś podrzędny menel będzie miał z tego uciechę, i znajdzie coś dla siebie, co będzie mógł mieć na handel wymienny.
Wszyscy spieprzyli z ulic do domów. Mimo tylu tysięcy lat, ci debile wciąż boją się ciemności. Pozostali tylko niemi romantycy rozkoszujący się tym pięknym wieczorem z dziewczyną, którą nie mogą zaciągnąć do łóżka, bo gdyby mogli, nie spacerowali by tak po ciemku.
Dotarłem do butwiejących, drewnianych drzwi. Był to lombard. Rozglądałem się po półkach zawalonych rupieciami. Chyba wtedy do mnie dotarło, kto odkupuje od tych meneli śmiecie, które min. ja wyrzucałem.
- Czym mogę pomóc. – Powiedział żółty podkoszulek śmierdzący potem.
- Szukam taniego, sprawnego telewizora.
Nic się nie odezwał. Patrzył się w ekran kolorowego telewizora, wyraźnie zniechęcony moim gadaniem.
- Czerń i biel czy kolor?
- Kolor.
Przeklął. Podniósł dupsko, które wyglądało jak olbrzymia szafa grająca, i właśnie leciała z niego symfonia złożona z samych pierdnięć. Wszedł na zaplecze i po chwili przyniósł średniej wielkości telewizor. Postawił na stole. Wyglądał nieźle. Zapłaciłem. Podniosłem draba i wyszedłem.
Przysłowiowe schody zaczęły się zaraz przy wejściu na klatkę schodową. Pieprznąłem się drzwiami frontowymi w miednicę i myślałem chyba, że skonam z bólu. Musiałem jednocześnie uważać by nie upuścić moich ostatnich pieniędzy. Wczołgałem się wolno. Stanąłem przed drzwiami i zacząłem szukać kluczy od mieszkania. Z mieszkania obok wypełzł sąsiad. Ohydny stary wysuszony dupek. Dusza towarzystwa. Podszedł. Wyciągnął mi klucze z kieszeni. Myślałem, że zaraz upuszczę tego nowo zakupionego sukinsyna.  
- Dziękuję. Będę dozgonnie wdzięczny. – Powiedziałem, chcąc być miły.
- Trzymam za słowo. – I w tym momencie przekląłem w myślach. Tylko jeszcze tego mi brakowało. Długów u ludzi. Kopnąłem za sobą drzwi. Przeszedłem jeszcze kawałek i położyłem telewizor na miejsce starego.
- O! Zakupy?
Krzyknąłem w przestrachu.
– Ja jeszcze muszę jeszcze poczekać na nowy. Czai pan, że nie mogę od dwóch lat roboty dostać? Jestem za stary na pracę, a jednocześnie za młody na emeryturę.
Cholerny nieudacznik i zafajdany alkoholik – pomyślałem. Żółte papiery sobie pan lepiej załatw. Kup se mózg. Oczywiście zostajemy przy tym, że wszyscy jesteśmy dalszym
stadiumem ewolucji człowieka. Zignorowałem jego gadulstwo, i podłączyłem go do prądu. Telewizor oczywiście. Powłączałem jakieś byle jakie przyciski i nic. Ekran ciemny.
- Kurwa jego pierdolona mać!
Sąsiad przerwał monolog i wytrzeszczył oczęta ze zdziwienia.
- Gdzie pan kupił ten telewizor. – Spytał z racji tego, że nic innego nie mógł wymyślić.
- W lombardzie na schodkach. – Odpowiedziałem, bo co innego miałem zrobić.
- Przykro mi. Towar nie podlega zwrotowi. Chyba pieniądze panu przepadły.
Wkurzyłem się jeszcze trochę bardziej. Najgorsze było w tym wszystkim to, że ten stary dziad miał niewątpliwie rację. Na jego nieszczęście, na nim wyładowywałem swoją złość.
- Nie wtrącaj się cholerny krwiopijco! Zjeżdżaj z mojego domu zanim wyśle na ciebie moich kumpli z mafii i całe piekło i podatkobiorców!
Stary truchcikiem przebiegł przez mieszkanie, a drzwi zamknął wyjątkowo cicho.
Wsysałem i wysysałem powietrze próbując się uspokoić. Nie na wiele się to zdało. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, dlaczego cały świat przeciwstawił się przeciwko mnie. Wmawiałem sobie, że to tylko okres przejściowy, że wszystkie najgorsze rzeczy spotykają mnie w jednym czasie, i w późniejszym życiu za to spotkają mnie same sukcesy. Tylko zastanawiało mnie ile ta zła passa będzie jeszcze trwała. Wziąłem się w garść, a że do spotkania miałem jeszcze trochę czasu, wziąłem gruchota z nadzieją, że zdołam go oddać, i ponownie wyszedłem z mieszkania, uprzednio sprawdzając po sto razy czy na pewno je zamknąłem.
Szedłem dłuższą chwilę, że aż mi mięśnie zaczęły się męczyć od zbyt wielkiego wysiłku. Dotarłem, naciskam klamkę. Zamknięte. Upuściłem telewizor na ziemię. Drań potłukł się, co innego miałby zrobić. Zastanawiałem się. Podniosłem draba i zacząłem iść do pobliskiego lombardu, których w tej części dzielnicy jest całkiem sporo. Ten za to był otwarty. Brzydotą wewnętrzną nie ustępował od tamtego. Przywitałem się z wydepilowanym młodym krasnalem. Położyłem mu telewizor na stole. Chłopak spojrzał na model i zerknął na mnie. Spytał czy działa. Powiedziałem, że tak. Rzucił kolejnym pytaniem, brzmiącym, czy to kolorowy odbiornik. Odburknąłem tylko, że kolorowy. Dodałem jeszcze, że kosztował sześć stów, i jest świeżo, co po spłaceniu ostatniej raty, ale muszę go sprzedać, bo potrzebuje gotówki. Chłopak dał mi dwie i pół stówy, co było dwa razy większą sumą, niż zapłaciłem. Wziąłem pieniądze i wyszedłem uradowany.
Nim wyszedłem, wiedziałem, co zrobię z pieniędzmi. By zacząć serie szczęśliwych zdarzeń, wypolemizowałem, że udam się do sklepu RTV zakupić tani, nowy odbiornik. I tak też zrobiłem, bo ten stał po drugiej stronie ulicy. Wszedłem, rozejrzałem się, powiedziałem „dzień dobry” i po paru minutach wyszedłem z nowym, kolorowym telewizorkiem, za 180. Pognałem do domciu, podłączyłem do kontaktu modląc się by znów coś się nie zjebało. Działał, piękny krystaliczny obraz. Popłakałem się ze szczęścia, myślałem, że nic piękniejszego mnie w życiu nie spotkało, niż ten niewątpliwy dar niebios.
Po kilku minutach gapienia się, nadszedł rychły czas, by zacząć się przygotowywać na dzisiejszą randkę. Ubrałem się, uczesałem i umyłem zęby. A potem prze bite pięć minut uśmiechałem się do własnego odbicia, mówiąc sobie, jaki to jestem boski, zajebisty i w ogóle. Założyłem marynarkę, zgasiłem telewizor i zamknąłem drzwi. Miałem dwadzieścia minut, z czego do tej restauracyjki idzie się jakąś połowę czasu tego, którym dysponowałem. Szedłem wolno relaksując się spacerem, podziwiając latarnie i wdychając powietrze.
Nim świat zdołał mnie czymś jeszcze zaskoczyć, ja byłem już w restauracji i prosiłem o stolik. Byłem spięty i lekko zdenerwowany. Kelner ustawił mnie w dwuosobowym stoliku, zaraz przy estradzie, na którym stał luksusowy fortepian. A na nim pielił nieśmiertelne nokturny Chopinowskie, wylizany chłopczyk, w ciasnym fraku i spodniami ściskającymi genitalia. Poza tym podniecał się tym swoim graniem do tego stopnia, że myślałem, że zaraz
dostanie orgazmu. A jak widać, byłem najbliżej siedzącym tego instrumentalisty.
Zacząłem nerwowo miętolić kartę menu. Wysoki stojący w rogu zegar zaczął wybijać dziewiątą. Kelner po jakichś dwóch czy trzech minutach przyniósł mi espresso w bezgustnej filiżance z wymalowanymi niebieskimi krabami, na styl niby orientalny. Roztopiłem dwie kostki cukru. Wymieszałem. I nim miałem powrócić do dalszego miętolenia karty menu, zobaczyłem ją przekraczającą próg i rozglądającą się za mną. Skinąłem ręką. Zaczęła podchodzić. Nie uśmiechając się i w ogóle nic nie mówiąc usiadła, w czymś pomiędzy lawirowania a opadaniem. Jednak wybitnie nie miało to nic wspólnego z wirującym seksem.
- Witaj. Co byś chciała zjeść? – Spytałem chcąc rozpocząć rozmowę.
- Nie jestem głodna.
- Coś się stało?
- Właściwie tak. To może być trudne dla nas obydwu.
- Dlaczego? – Po całym ciele przeszedł mi spazmatyczny dreszcz rozdzierający mnie od środka, a serce zaczęło kołatać jak elektryczny obierak do ziemniaków. Przełknąłem kartofla, znaczy ślinę i spytałem niepewnie. – Jesteś w ciąży?
- Niezupełnie.
- To, o co chodzi.
- Zamierzam od ciebie odejść.
- Ale, dlaczego?
- Po pół roku spotykania się z tobą, uznaję, że nie jesteś mężczyzną odpowiednim dla mnie, jesteś zbyt płytki, nieciekawy i nudny.
- Zdziwiłabyś się jakbym ci opowiedział przygody z dzisiejszego dnia. Zresztą to nieprawda!
- I tak to właśnie sobie tłumacz.
- Ale czy te wszystkie chwile razem spędzone, nic dla ciebie nie znaczą?
- Coś tam znaczą.
- Coś tam?! A nasze plany?
- Zdaje mi się, że ulegną pewnym zmianom, nieprawdaż?
- Ale powiedz mi chociaż dlaczego?
- Poznałam naprawdę wyjątkowego mężczyznę.
- Wyjątkowego? Kto to taki, mogę spytać? Znam go?
- No niezupełnie. Właśnie słuchasz jego gry na fortepianie.
I tutaj przeżyłem szok. Popatrzyłem się odruchowo na piegowatego wieśniaka śliniącego się na klawiaturę, wielce przeżywającego muzyczne uniesienie. Popatrzyłem na nią.
- Ty chyba oszalałaś?!
- Przykro mi.
- Mi też, nawet nie wiesz jak cholernie mi przykro. – Wstałem, wyciągnąłem z portfela
dyszkę dla kelnera za kawę plus napiwek.
- Możesz wypić moją kawę, jestem jak na razie wystarczająco mocno pobudzony. I tak przy okazji, obyśmy się już nigdy więcej nie spotkali.- Powiedziałem i udałem się ruchem przyśpieszonym do wyjścia.
Szlochając szedłem wzdłuż muru, które zaprowadziły mnie wzdłuż schodów, do podziemnego pubu. Miały one żółto niebieskie tapety, a na nich poprzybijane były czarno białe zdjęcia w ramkach, poroztrzaskiwanych fortepianów. Usiadłem przy najbliższym stołku i czekałem na barmana. Spytał się, co podać, to mu powiedziałem, że piwo, a on, powiedział „aha” i spytał czy mam osiemnaście lat, ja powiedziałem, że mam, tylko, że muszę poszukać. No to on mi mówi, że nie trzeba i mi nalał pół litra. Zapłaciłem, wydał resztę. Schowałem resztę. Wypiłem. Szybko poszło, więc zamówiłem następną szklanicę. Szybko poszło, więc zamówiłem kolejną.
W pewnym momencie zwróciłem uwagę, że ktoś na mnie zwraca uwagę, ale jednocześnie nie zwracałem na niego uwagi, by nie pomyślał sobie przypadkiem, że zwracam na niego uwagę. Niestety zwrócił na mnie uwagę, podszedł i się dosiadł przy barze, obok mnie. Wypiłem swoje, i zamówiłem następne. Lekko będąc podchmielony, ten lumpiasty jeżyk siedzący obok mnie zresztą też. Odezwał się. Przynajmniej się dowiedziałem, że umie mówić.
- Postaw mi.
- Nie.
- To dobry chwila na zapoznanie się. Postaw mi.
- Mam wystarczająco dużo znajomych.
- Ale nie takich jak ja.
- Każdy omija takich jak ty.
- W takim razie ja ci postawię.
- Nie chcę ci być nic winien, poza tym sam potrafię za siebie zapłacić.
- To forma grzecznościowa. Nic nie będziesz mi winien.
- Powiedziałem nie.
- Ale…
- Słuchaj stary, miałem dzisiaj kurewsko zły dzień i rzecz jasna mam prawo być trochę źle nastawiony do świata. A teraz, gdy chce się w spokoju upić, jakiś cholerny stary pedał zawraca mi dupę, podczas gdy piwo mogłoby się wlewać we mnie szybciej.
- Nie mów tak do mnie, bo ci przyłożę.
- Żeby ci żyłka nie pękła.
- Naprawdę to zrobię, walnę cię.
- Kto ci rączkę rozbuja?
- Nie przeciągaj struny koleś, bo zaraz mi nerwy puszczą i dostaniesz wpierdziel.
- Skąd ty taką armię weźmiesz.
- No to stary przegiąłeś pałę.
- Mówiłem, że pedał.
- Złaź z tego stołka, bo cię zaraz z niego zrzucę.
- Ale się boję, ho ho, aż mi się jaja w miednicę schowały ze strachu.
    Facet zamachnął się ciosem w momencie, gdy przystawiałem szklankę do ust. Skutek był taki, że szkło pękło mi w ustach, a liczne jego fragmenty pokaleczyły mi palce i twarz. Zlazłem ze stołka, na szczęście przez alkohol nie za wiele bólu czułem, ale ten miał dopiero nadejść. Zamachnąłem się pięścią jako ostatecznym argumentem i wyładowałem
na nim cały skumulowany we mnie stres z całego dnia.
Nie pamiętam, co było dalej, ale chyba wygrałem, bo obudziłem się w jednym kawałku we własnym łóżku. Zaczynało świtać. Byłem cały obolały. Wszedłem na balkon, chcąc zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Oparłem się o metalową balustradę i podziwiałem gorzki wschód słońca. Coś trzasnęło. Nim się zorientowałem, co się dzieje, zacząłem spadać, i krzyczeć jednocześnie. Kurczowo trzymałem się balustrady. Lot był szybki, upadek piorunujący. Karetka, zdecydowanie za wolna.
Niewiarygodne, ale przeżyłem. I po roku rehabilitacji, od tamtego wydarzenia, teraz spisałem wszystkie te wydarzenia, które doprowadziły mnie do owego, cało życiowego kalectwa. Spisuje swoje dzieje, by wszyscy mieli czarno na białym napisane, i wyjaśnione, dlaczego zrobiłem to, co zrobię. Zrobiłem to by uniknąć durnych pytań w stylu, „dlaczego on to zrobił?” Bo jakby się zastanowić być sparaliżowanym to wcale nie taka fajna rzecz, zwłaszcza, że mogę poruszać tylko nieznacznie dłonią. Więc jako jedyny sprawny w pełni mój organ w pełni wykorzystując, mordowałem się z tym listem do wszystkich, kilka ładnych dni. Tak się kończy wszakże historia jednej głupiej awarii. Mam tylko nadzieję, że ta swoista spowiedź zostanie odczytana jako tym, czym jest. Prawdą, a nie durnowatą komedyjką podrzędnego, nikomu nieznanemu, marnemu pisarzyny.

 

Sparaliżowany mężczyzna odłożył długopis. Odepchnął się dłonią od biurka, siedząc na wózku inwalidzkim, i odsunął jedną z szuflad. Wyciągnął z niej pistolet nabity dwoma nabojami. Włożył lufę do ust, i modlił się, by wystrzeliła i zabiła go za pierwszym razem, by nie czuł zbyt długo bólu. Pistolet wystrzelił. Krew trysnęła z tyłu głowy prosto na ścianę za nim. Wózek inwalidzki przewrócił się, a starzec wraz z nim. Nastąpiła cisza. A po dłuższej chwili, soczyste, przytłumione „kułwa”. Mężczyznę sparaliżowało jeszcze bardziej. Tym razem jednak nie napisze on już ani słowa. Życzmy mu jednak wszyscy dużo szczęścia, i rychłego powrotu do zdrowia.

 

 *** 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: