COŚ ZŁEGO

Samuel Serwata

 

COŚ ZŁEGO

 ******

GRZYBIARZE

 

Kiedy wahadło starego zegara zwalnia. Pomiędzy jego jednym uderzeniem a drugim, dzieją się rzeczy niepojęte, a przydatne. Już samo mówienie o nich zakrawa o szaleństwo. Z ziemi bowiem wtedy, rosną pofałdowane pąki. Potem rozrastają się one w kulki, które wyrastają wzwyż. Potem z tej kuli wyrastają kolejne trzy białe pąki, będące szyjami, zrodzonego z białego mięsa, z krwi i żył. Z szyi tej, w stronę nieba wyrasta reszta ciała, rosnąc nogami do nieba. Gdy już dojrzewa, następuje kolejne uderzenie starego wahadła i wtedy już, ciała te, zrodzone z bieli kwiatów, dojrzewają. Opadają na kępy zroszonej trawy. Następnie wstają. Ich ciała nie mają żadnych szczegółów. Są jak manekiny. A ich twarze to skupisko rozległych, symetrycznych fałd skóry.
Trzej grzybiarze dokonują pierwszych poszukiwań w lesie. Ale nie starają się zbytnio no nie ma tam tego, czego szukają. To czego szukają, ukazuje im się w monitorach ich własnych umysłów. Radar wyprowadził ich z lasu. Szukają ich gdzie indziej. Grzybów.
Dotarli do miasta w blasku kałuż. Obserwują budynki wokół, szukając tego najwłaściwszego. W ich umysłach miasto wygląda jak szklana konstrukcja, pełna sztywno śpiących ludzi. W pewnym momencie stanęli. I jeden z nich wskazał jedno z okien. Weszli do niego i udali się schodami aż do niby przypadkowego mieszkania. Weszli do środka, mimo, że były zamknięte na klucz. Oni mieli już na to swoje sposoby, o których nikt nie wie. I się nie dowie. Mimo, że było ciemno, oni widzieli wszystko jasno, jak w dzień.
Podeszli do starego mężczyzny i ściągnęli z niego kołdrę. Zgasili małą lampkę, stojącą tuż przy nim, żeby lepiej widzieć. Jego stopy były zarośnięte nieuleczalnym grzybem.
Przykucnęli pod łóżkiem i zaczęli drapać jego stopy. Zeskrobywali grzyb i wkładali go, wyskrobując spod paznokci, do małego, szklanego pojemniczka. Warstwa pod spodem odklejała się od jego skóry, jak naklejka, bezboleśnie i bez oporów. Grzyb rozciągnęli i jeden z nich przyłożył go sobie do jakiegoś miejsca na swoim ciele, gdzie akurat miał ubytki. Gdy skończyli, wyszli z jego mieszkania z powrotem je zamykając. Zaczęli szukać dalej. Mieli mnóstwo pracy i niezmierzoną ilość czasu, poza czasem. Chcieli się w ten sposób jak najbardziej upodobnić do ludzi. Będą mogli żyć nie tylko w nocy, ale i w dzień. Był to jeden ze sposobów.

 

EXCELLENT CAFÉ

 

Było poło godziny przed otwarciem. Jazz Bebop zaczął pierwszą nocną zmianę w mającej sześćdziesięcioletnią tradycję kawiarni. Już pierwszego dnia, miał zostać sam. Mimo znudzenia w słuchaniu tłumaczenia, oddawał sięświętej zasadzie – być grzecznym i robić wszystko, by kierownik go polubił.
- Masz obsługiwać wszystkich klientów jednakowo i przede wszystkim nie oceniać i nie wywyższać się nad nikim. Być neutralny do granic możliwości. Jazz odetchnął i odpowiedział tylko:
- Tak jest panie Gino.
Przy ostatnich wymienionych między nimi zdaniach,  po otwarciu drzwi, wkroczył pierwszy klient. Był ubrany w coś w rodzaju roboczego skafandra. Jego zęby w uśmiechu były szare i poniszczone, a nad nim unosiła się woń alkoholu. Patrzył na nich obu wrednym uśmiechem. Właściciel wkładając marynarkę przedstawił pierwszego gościa.
- To jest Arnold. To dzięki temu panu to całe ustrojstwo działa. – Gino objął ramieniemArnolda jak kumpla, któremu zaraz wraz z nim mają pyknąć zdjęcie. – W takim razie, nie mam nic więcej do dodania. Pilnuj interesu. W razie kłopotów mój numer znajdziesz w czarnym notesie pod barem. Pod barem jest przycisk antywłamaniowy.
Za barem stały różnego rodzaju kawy, ekstrakty oraz alkohole. Gino przyglądał się z bliska różnym specyfikom i roztworom.
- Nigdy nie mogę się na to napatrzyć.– Ściągnął małą buteleczkę z czarnym, smolistym płynem, uśmiechnął się, rzucił okiem na Arnolda siedzącego w kącie i wyszedł.
Światło nad barem było tak ostre, że oświetlało cały lokal pokryty czarnymi listwami. Ostatnie dwa z sześciu stolików, ginęły w intymnym półmroku. Dla kontrastu sufit był czerwony. Po kątach na małych stoliczkach stały rozstawione małe lampki w abażurach. Bar opleciony był różnymi kablami i rurami. Na samym jego środkustała wielka machina, będąca ekspresem do kawy.
Jazz usiadł na stoliku za barem. Czuł jakiś zgniły zapach. Rozejrzał się wokół zastanawiając się skąd może dochodzić. Jego wzrok spoczął na niedomkniętych drzwiach od ubikacji. Wstał i zamknął je. Arnold stał przy barze paląc. Patrzył na niego szczerząc zęby.
- Tylko niczego nie spieprz i nie dotykaj czegoś na czym się nie znasz, albo nie wiesz do czego służy, bo inaczej dostaniesz nauczkę tak jak ten poprzedni. – Jazz dopiero po chwili
- Jaki poprzedni? –  Arnold w odpowiedzi obdarzył go jedynie zepsutym uśmiechem.
Ekspres do kawy włączył się sam, automatycznie. Bebop dotknął urządzenie próbując wymacać wyłącznik. Jego palce wtopiły się w metalową strukturę ekspresu. Spojrzał  w stronę Arnolda, który odchodził do swojego stolika, a gdy usiadł patrzył się znacząco na niego. Czerń desek za nim zdawała się rozciągnąć na całą przestrzeń pomieszczenia pochłaniając go mimo światła. Jazz spojrzał na zegar ścienny. Zostało sześć godzin do zakończenia jego zmiany, a on już czuł się zmęczony. Stanął przed ekspresem i obserwował szklane wnętrze i małe dźwignie upstrzone plątaniną kabli. Przejechał po metalowej skorupie palcem pragnąc ich użyć. Nim opuszek ledwo ich dotknął, usłyszał:
- Nie dotykaj jej, jeśli nie masz zamiaru jej użyć. Tylko kilku ludzi na świecie potrafi ją dobrze naprawić.” – Jazz zacisnął zęby, jednak chęć odgryzienia się była silniejsza.
- Masz zamiar uprzykrzać mi pracę aż do zamknięcia? Bo jeśli tak, to zaczekaj chwilkę, a ja pójdę się wyszczać. – Arnold przejechał językiem po zębach i odpowiadając:
- To bardzo nieodpowiedzialne i nie mądre posunięcie. –  Kierując się do drzwi toalety odpowiedział nie patrząc na niego
- Jak na razie nikogo tu nie ma, a jak przyjdzie, to powiedz mu by poczekał.
- Postaram się by potrącono ci to z pensji. –  W myślach jedynie powtarzał słowo „dupek”.
Gdy wyszedł, Arnolda nie było. Jazz oparł się o blat baru i obserwował nieruchomy ekspres. Przez chwilę zdawało mu się, że jeden z boków zapada się do wewnątrz  i powoli pęczniejąc na zewnątrz, w procesie przypominającym oddychanie. Jazz powstrzymał się od zaśnięcia. Zamknął oczy na kilka sekund, a gdy je otworzył, przed nim stał Arnold pucujący szmatką ekspres w miejscu, gdzie on go wcześniej dotknął.
- Jesteś człowieku nazbyt upierdliwy. Może byś poszedł do domu. Przeszkadzasz mi. – Arnold odstawił szmatkę i zasiadł przy stoliku odpalając kolejnego papierosa.
-Tutaj nie można palić. – oznajmił.
- Nie widzę nigdzie zakazu palenia. – Jazz zmierzył go wzrokiem mając nadzieję, że ten zrozumie ciężar tego spojrzenia.  
Czerń desek zdawała się połykać stojące pomiędzy nią stoliki. Nie było żadnych okien bo kawiarnia mieściła się pod ziemią. Przynajmniej tak mu się zdawało. Odór ponownie stał się wyraźny.Tym razem jednak mógł go określić mianem rozkładającej się padliny. Próbował namierzyć miejsce z którego wydobywał się smród.Nie udało mu się.Gdy podniósł wzrok, stwierdził, że Arnold zniknął. Fakt tego, że nie słyszał jak wychodzi zrzucił na zmęczenie. Wyciągnął wszystkie pieniądze jakie miał w kieszeni i przeliczył je, uzgadniając sam ze sobą, na co go stać. Siedzenie w takim miejscu jak to przez tyle godzin, w porach nocnych, dosłownie kusi do wypicia chociaż jednej filiżanki, chociażby najzwyklejszej czarnej i mocnej kawy. Był to jednocześnie pretekst do włączenia ekspresu, który go dziwnie fascynował.
Wzrok spoczął na espresso z koniakiem. Uruchomiony ekspres szumiał i warczał jak odkurzacz, trzęsąc całym barem. Przez chwilę, gdy oglądał puszkę po kawie, sypiąc ją do filiżanki, zdawało mu się że słyszy rechot żab. Dotknął ekspres sprawdzając czy jest ciepły. Zauważył, że jedna ze śrubek była poluzowana.
- No Arnoldzie – powiedział na głos – nie zbyt dobrze się spisałeś, może to tobie trzeba to potrącić z pensji. –  Jazz podniósł szklany dzbanek i wlał kawę do filiżanki. Płytka z obluzowaną śrubką odpadła w momencie, gdy Jazz wsadzał dzbanek z powrotem. Spojrzał do wnętrza ekspresu z niedowierzaniem. Zamiast zobaczyć plątaninę kabli i metalowych części, dostrzegł strzępy mięsa. Obserwował jego falowanie wewnątrz urządzenia. Szklany dzbanek, wydawał się być wypełniony gęstą wiśnią. Mimowolne skojarzenie z krwią wprawiające go w niepokój. Powątpiewając w to co miał przed oczami, postanowił podnieść klapkę. Mięso wewnątrz zaczęło pulsować rytmicznie tak wyraziście, że tym razem nie miał co do tego wątpliwości. Znad sufitu dobiegały niesprecyzowane odgłosy.
- Jak ten poprzedni?
Spod maszyny zaczęła wypływać krew. Poczuł ponownie, tym razem ostrzej, smród zgnilizny, przez którą ostrą woń,  jęknął z obrzydzenia, a następnie krzyknął, gdy coś szarpnęło go za nogę. Odskoczył na bok widząc cofające się pod bar kształty przypominające mu na wpół żywego, pozbawionego  skóry człowieka wyciągającego w pół przeźroczyste pomarańczowe macki z pęcherzykami próbujące go skrępować. Mięso zaczęło wypadać płatami bezpośrednio z lejka ekspresu. Jego ściany wiłysię jak pod wpływem dreszczy. Widok zahipnotyzował go do tego stopnia, że nie wyczuł ruchu wokół siebie. Pojawiła się kolejna macka. Zaczęła oplatać jego tors, kolejno obezwładniając mu ręce. W jednej chwili padł na ziemię. Macki zaczęły go wciągać do ciemnego miejsca pod barem. Kable wewnątrz urządzenia pochłaniały go bez reszty. Jego mózg poczuł wszechogarniający ból fizyczny i psychiczny, gdy mimo obserwowanego zdarzenia, umysł zrozumiał, że zostaje mielony.
*
Po kilku minutach wszedł kolejny klient. Ekspres stał nietknięty. Z dzbanka parowała  świeża kawa którą serwował Arnold zachęcający klienta:
- Może chciałby pan spróbować naszej nowej kawy, którą właśnie kilka minut temu nam przywiózł prywatny dostawca ? …

 

WILKI ZE ŚNIEŻNEGO WZGÓRZA

 

Nad ośnieżonym lasem unosił się księżyc w pełni. Z drugiej strony rozlegał się rozprysk zorzy polarnej. Niebo wyglądało jak o zmroku, tyle, ze ta pora panowała tu przez kilkanaście tygodni. Las wydawał się być czarną plamą z tuszu. Tylko kontury było pełne barw. Pod lasem stał mały drewniany domek z palącym, się światłem w oknach. Zanim natomiast wznosiły się ogromne góry lodowe. Księżyc płynął po niebie, oświetlając wszystko prócz lasu, które zapewniało im mięso, zioła, owoce i warzywa przez cały rok. Wiatr niósł wycie wilków.
Światło w kominku paliło się. Piętnastoletnie małżeństwo spało po uczczeniu swej rocznicy. A przynajmniej jedno udawało że śpi. Księżyc w pełni działał dziwnie pobudzająco. Mary nie mogła mieć dzieci, a żadnego nie adoptowali, myśląc, że skoro bóg nie chciał by je mieli, nie będą mieć żadnego i samotnie będą cieszyć się tylko sobą. Po kolejnej godzinie Jack wstał. Nałożył kalesony i wyszedł przez okno do ogrodu. Przeszedł kawałek, dając się oskalpować wiatrowi. Widział watahę wilków pod lasem. Jeden z nich wydawał się go obserwować. Nie chciał żadnego z nich spotkać bliżej. Wilki zawyły ponownie. Jeden z głosów był niedaleko.
Jack zrobił parę kroków. Gdy wilk zawył ponownie, ze strachem uświadomił sobie, że to nie wilki, tylko on sam. Blask księżyca zdawał mu się zawsze w tym miejscu najjaśniejszy na całym świecie. Jack poczuł w żołądku niemiłe pieczenie w żołądku i klatce piersiowej. Ścięło go i padł na śnieg. Jego twarz zaczęła go boleć i piec. Spojrzał na ręce, które okrywały się gęstymi, ciemnymi włosami. Czuł jak skóra zaczęła się rozciągać na jego twarzy. Gdy jej dotknął, nie dopuszczał do umysłu przerażającego faktu, że zamienia się w wilka.
Wilk wyszedł spod sterty ubrań człowieka i przeskakując płot, zniknął w lesie.
Mary obserwowała ogień w kominku. Obudziło ją wycie wilków. Spoglądała na drzwi wejściowe, tłumiąc w sobie chęćwyjścia na zewnątrz w poszukiwaniu Jacka. Zarzuciła coś na siebie i wyszła ostrożnie by nie obudzić Jacka, gdziekolwiek jest. Wyszła przed furtkę i ubrała rękawiczki. Przeszła dom naokoło, a gdy znalazła jego ubrania pod oknem jego pokoju, zauważyła, że go w nim nie ma a ono samo jest otwarte. Zastanawiała się jaki znowu żart chce jej spłatać tym razem.
Podnosząc jego ubrania, znalazła ślady na śniegu wychodzące od jego ubrań. Ślady nie należały do człowieka. Prowadziły od jego ubrań aż pod drzwi z których wyszła. Wypowiedziała drżącym głosem jego imię. Odpowiedziało jej tylko leniwe echo. Wiatr zaczął wyć. Przeszła przez ogrodzenie. Ponownie wymówiła na głos jego imię, tym razem ciut głośniej. Stanęła między drzewami w ogrodzie. W oddali, pod lasem dostrzegła watahę wilków, obserwujących ją w milczeniu. Stały skupione i patrzyły na nią. Gdy tylko się odwróciła z zamiarem zawrócenia do domu, one ruszyły pędem wprost na nią.

 

Minęło kilka godzin. Na tyle długich by ogień w kominku zupełnie zgasł. Mary obudziła się cała spocona. Wstała rozgorączkowana i bez pukania weszła do pokoju męża. Jack siedział i czytał gazetę. Mary podeszła do okna, otworzyła je  i spojrzała na śnieg pod nim. Nie było tam żadnych śladów czegokolwiek.
- Coś się stało moja droga ? – Spytał się.
- Wychodziłeś gdzieś dzisiejszej nocy ?
- Nie. Spałem jak zabity. Coś nie tak ?
- Słyszałeś coś w nocy ?
- Raz mnie obudziły wilki.
- Chyba miałam po prostu zły sen.
Mary wyszła. Jack wrócił do czytania.
          Niebo było takie samo jak w ciągu nocy. Noc od dnia różniła się tylko tym, że księżyc był bardziej wyrazisty. Minęło kilkanaście nocy, gdy zapadła w nocy zupełna czerń. Mary zastanawiała się dlaczego przybrała na wadzę. Stanęła przy lustrze i podziwiała brzuch.
- Co się mu tak przyglądasz ?
- Brzuch mi rośnie.
- Widocznie zaczęłaś więcej jeść na zimę.
- Albo jestem w ciąży.
- Kochanie, wiesz dobrze, że coś takiego jest niemożliwe.

 

Minęło kilka kolejnych tygodni, a brzuch w dalszym ciągu się rozrastał. Mary nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć. W ostatnim czasie faktycznie dużo jadła. Od tamtego spotkania z watahą wilków, ani razu nie poruszyli tematu który najwyraźniej się rozwijał.Kiedy księżyc znów lśnił w pełni, obydwoje nie ukrywali zdenerwowania. W którąś z kolei noc, znów pojawiły się wilki. Obydwoje nie mogli wtedy zasnąć. Leżeli w osobnych pokojach i skupiali się na cieniach, na suficie. Gdy Jack zaczynał w końcu przysypiać, wyrwał go przerażający krzyk Mary. Zerwał się momentalnie i pobiegł do niej. Mary stała półnaga, wsparta o ścianę. Jej okrągły i duży brzuch pulsował. Świadomość że Mary musi być w ciąży dopiero w tym momencie dotarła do obydwojga, że mimo niedowierzania, nie mogli zaprzeczyć istotnym faktom. Jack momentalnie przypomniał sobie sen, gdy poprzedniego razu odwiedziły ich wilki. Śnił wtedy, że staje się jednym z nich i gwałci swoją żonę. Zastanawiał się czy to był tylko sen. Miał nadzieję, że tak. Jeśli nawet, to było to niemożliwe.
Jack rozejrzał się wokół, czując czyjąś obecność. Za oknami stały wilki i obserwowały ich. Mary upadła. Jej brzuch wydawał się że zaraz ją rozerwie. Wilki próbowały dostać się do wnętrza domu. Mary krzyknęła. Po jej nogach spłynęła krew, a z jednego miejsca wydostała się zwierzęcia łapa rozrywająca jej brzuch. Wilki za oknem wyły przeraźliwie. Łapa rozerwała brzuch Mary. Przez otwór wylazła główka małego wilka, ze świecącymi czerwonymi oczami. Wilczek cały wydostał się z brzucha, taplając się we krwi. Jack wybiegł z pokoju i po chwili wrócił ze strzelbą w dłoni. Uniósł ją i wycelował w okno. Strzelił. Wilki na chwilę rozbiegły się. Jeden z nich padł z kwikiem. Rozległo się szuranie i wycie coraz głośniejsze. Otaczały cały dom. Zaczęły wbiegać przez każdą szparę. Rozwalając okna. Otaczały ich. Jeden za drugim rzucały się na Jacka, który nie mógł nic zrobić, mimo, że miał strzelbę. Pożerały go żywcem, a reszta, pożerała jego żonę. Jeden z wilków złapał szczękami małe szczenię i wybiegł wyskakując przez okno. Po obgryzieniu ich do kości, uciekły.

 

Wilcze dziecko, zrodzone z krwi ludzkiej matki,. Schowane w pajęczynie, w cieniu księżyca. Rozmawia wraz z drzewami, zasiadając w konarach ich. Nawoływując. W powietrzu rozpływają się, obrazy górskich szczytów, wzgórz i miast. Płynie on z flamingami, płacząc i drżąc. Rozmawia z nocnym niebem w nowiu. Wysłuchuje jej pieśni, bystrej rzeki, płynąc z jej falami, odpowiada jej. Niczym echo, wilcze dziecko pije mleko setki wilczych kłów. Smutne dziecko, stoi na rozwidleniu dróg. Nikt nie chce mu powiedzieć, kim on jest. Nie ma go kto poinstruować, którą drogą iść...

 

ZEMSTA BABY JAGI

 

To był las. Ciemny i pusty w środku nocy. Wypełniony najprzeróżniejszymi dziwacznymi dźwiękami. Pora przypominała trochę świt, ale było to tylko pozorne złudzenie. Było południe. Wokół kłębiła się mgła, a nad koronami drzew świergotało coś przypominające ptaki. Wokół rosło pełno grzybów, a liściaste drzewa utrudniały poruszanie się i tym samym uniemożliwiały jakąkolwiek orientację w terenie.
Beatrycze znalazła się w tym lesie. Była w piżamie i błądziła po omacku. Budził w niej lęk każdy dźwięk. Wszystko wyglądało nierealnie. Jak każda chwila przed mgielnym świtem. Gdy dostrzegła przed sobą dwie białe, bezkształtne postacie, schowała się za krzakiem. Dwie postacie o pofałdowanych twarzach, zbierały grzyby. Gdy odeszli, Beatrycze błądziła dalej poprzez plątaninę ogromnych drzew, które zasłaniały niebo. Usłyszała kroki i towarzyszące im mlaskanie. Wspięła się na jedno z drzew w strachu, myśląc, że to ją uchroni od czegokolwiek czym było. Liście zaczęły szumieć, ale nie za sprawą wiatru. Czuła kroki za sobą. Schowała się za liśćmi i nasłuchiwała głośne, dudniące kroki. Gdy to dostrzegła przed sobą, wiedziała, że śni, lecz coś ją blokowało i nie mogła się przebudzić. Patrzyła na wielkie kurze łapy stąpające jedna za drugą. Gdy całość wyszła zza drzew wstępując na polanę, kiedy w otwartej przestrzeni spojrzała w górę.Na samym szczycie kurzych nóżek, znajduje się wiejski domek, mający w sobie coś niepokojącego. Kurze łapki zatrzymały się w dogodnym dla nich miejscu. Beatrycze nie miała dokąd uciec. Czuła, że domek ją obserwuje.
Z drzwi chatki wypadła wyrzucona drabina na sznurkach, a przez nie przeleciał okrągły metalowy rondel, kręcący się w kółko. Siedziała w niej stara niska kobieta, ubrana jak wdowa lub żebraczka, z garbem, chustą na głowie i okropnie pomarszczoną twarzą, całą w krostach i we włochatej brodawce. Odpychała się metalową łyżką od powietrza, niby wiosłując. Zleciała na dół i wyciągnęła lniany worek. Krążyła wokół zaglądając pod krzaki.
Beatrycze poczuła się, jakby ktoś jej opowiadał straszną bajkę, jednak teraz dopiero uznała, że bajki z dzieciństwa są naprawdę przerażające.
Czarownica Jaga jednak tylko udawała, że zbiera zioła. Co rusz zerkała ukradkiem na nią, wiedząc, kiedy nie patrzy. Ścinała dalej aż w pewnym momencie nie wytrzymała.
- Ile ja bym dała, by ktoś mi pomógł zbierać te zioła. Własną wątrobę bym oddała komukolwiek by mi pomogła i spędziła ze mną jeden dzień. – Beatrycze zastanowiła się i uznała, że tylko groźnie wygląda, a tak naprawdę jest zupełnie nieszkodliwa. Zeszła z drzewa i powoli podeszła do niej. W tym momencie się do niej odwróciła, niby wpadając na nią.
- Ach dziewico, przestraszyłaś mnie na amen. Czyżby jesteś spełnieniem mojego życzenia?
- Chyba tak szanowna pani, pomogę pani i spędzę z panią jeden dzień jeśli tak bardzo tego pani potrzebuje. Ale czy naprawdę oddasz mi swoją wątrobę ?
- Ależ oczywiście moja droga, kobiety mojego wieku, nie rzucają słów na wiatr. Bowiem spędzenie czasu z jakąś inną duszą, jest ważniejsza niż jakiś nieużywany od stuleci organ w ciele.
- Ależ babciu, na cóż mi twoja wątroba ?
- O tym porozmawiamy później, teraz zabierzmy się do pracy, póki rosy nie wydziobały upiory a mgły nie spiły topielce.
Baba Jaga wsparta o kij, chodziła od krzaka do krzaka i pokazywała młodej dziewczynie, które ma zbierać. Beatrycze nie miała pojęcia co zbiera, ale Jaga wszystko jej mówiła.
- To jest moja droga melisa, nazbieraj jej dużo, pozwala ona na naprawdę głęboki sen. To jest natomiast szałwia wieszcza, tego także nazbieraj, to naprawdę niesamowite, ale nie mogę ci powiedzieć do czego służy. Te oto zioła babci Maryśki wycinaj całymi krzakami. Takie zioła szybko ubywają z lasu i są dość rzadkie w tych terenach.  – Baba Jaga wskazywała następne i następne, aż w pewnym momencie Beatrycze wyparła się.
- Ależ babciu, przecież to oset.
- Tak moja droga, wiem doskonale. Owoce tej rośliny są bardzo ważne w przyrządzaniu wielu wywarów.
- A co to są za wywary ?
- A to już moja droga, nie twoja sprawa. Nie ładnie się pytać o cos takiego, nie należy nigdy pytać wiedźmy o czary, którymi włada. Lecz tym razem ci wybaczę, bowiem jesteś młoda. Proszę cię jednak, byś o nic więcej nie pytała. To tajemne receptury, przekazywane z pokolenia na pokolenie, trzymane w diabelskiej tajemnicy. – Staruszka zamilkła i obserwowała prace młodej dziewczyny, która uważała by nie pokaleczyć sobie palców.
- A niech cię - rzuciła w końcu zniecierpliwiona – w takim tempie to do wieczora tego nie zbierzemy. Pośpiesz się, proszę, moja droga, czas nagli.
- Dobrze proszę pani.
Beatrycze pośpieszyła się zanadto i lekko się nakłuła. Zacisnęła jednak wargi i zrywała dalej, drapiąc się lub kalecząc jeszcze bardziej. Gdy obie skończyły, starucha podeszła do niej i powiedziała, żeby poszła za nią do domku i że tam opatrzy jej rany.
- Ja przygotuję drabinę, a ty moja droga zerwij za ten czas jeszcze kilka liści tamtych oto roślin pod drzewami.
- Ależ to są pokrzywy!
- Wiem moja droga, są bardzo zdrowe na skórę i na krążenie. No dobrze. Obejdzie się. Zerwę je następnym razem, pewnie mam jeszcze ich spory zapas. I tak już mocno dostałaś dzisiaj w kość na łonie natury. – Obydwie poszły gęsiego w stronę domku na kurzych łapkach. Weszły po drabinie ostrożnie, by nic im nie wypadło z wiklinowego kosza. Na górze. Baba Jaga zaklęciem przywołała swój rondel i łyżkę, które schowały się w kominie.
Cały dzień rozmawiały o nieistotnych rzeczach, o których się rozprawia zaraz po zakończonej rozmowie. Razem gotowały i przyrządzały wywary. Dzień zleciał niezwykle szybko, aż starucha rzekła do Beatrycze.
- Moja droga, znakomicie się przy tobie bawiłam. Naprawdę przednio umiliłaś mi ten dzień swoimi rozmowami i obecnością. Od kilkunastu lat z nikim nie rozmawiałam i czasami nawet zapominałam jak to się robi. Zatem czas na zapłatę. W życiu nie ma nic za darmo.
- Ależ nie musi mi pani niczego dawać. Byłam tu bo chciałam z własnej nieprzymuszonej woli. Nie liczyłam na nic w zamian. Naprawdę.
- Słowo się rzekło moja droga, a ja nie jestem z tych, które słów nie dotrzymują.
Starucha wzięła ostry nóż, ściągnęła sweter i rozcięła sobie bok, wycinając wątrobę ze swoich wnętrzności. Położyła ją krwawiącą i pulsującą na tacce, po czym zaczęła zaszywać swoją ranę drutem. Beatrycze nieśmiało zapytała.
- Ale, co ja mam z tym zrobić ?
- Myślę, że należałoby to zjeść zanim się zepsuje.
- Zjeść ?! Ale, to przecież ludzkie…Nie umiem gotować! – Beatrycze przygryzła wargi.
- No dobrze. Zatem ja ci ją przyrządzę, pokazując jak to się robi, ale zapamiętaj tą lekcję. Wy dzisiejsze dziewczyny, nie macie pojęcia o obowiązkach kobiety. Wątroba jest niesamowicie zdrowa. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że zjadasz cząstkę mnie, wraz z moją wiedzą. Bo wątroba ta spędziła ze mną ponad trzysta lat. Robiłam najprzeróżniejsze rzeczy. Dziwne, szalone, straszne, niemożliwe i nie chciałabym by ta wiedza gdzieś przepadła. Za jej pomocą mogę ją ofiarować tobie, mojej uczennicy…
Staruszka cały czas tak gaworząc, kroiła wątróbkę, doprawiała ją i smażyła, mówiąc dokładnie co robi i dlaczego. W kuchni unosił się wyśmienity aromat, przez który Beatrycze dopiero wyczuwając zapach, uświadomiła sobie jak bardzo jest głodna. Zaczęła patrzeć w inną stronę niż jedzenie, by nie ukazywać tego, jak bardzo jest głodna. Dostrzegła coś, czemu nie przyjrzała się wcześniej. Że ściany kuchni, jak i całego domu są jakby płatami mięsa, które pulsowało i lśniło. Na znak Jagi, obie zasiadły do stołu, gdzie zaraz miała podać półmiski z jedzeniem. Beatrycze zasiadła do stołu i powiedziała niewyraźnie, że chwilkę odpocznie przed podróżą do domu.
Beatrycze obudził ból w brzuchu. Wokół ściany zaczęły się napinać jak mięśnie. Wokół niej nie było ani jedzenia ani Baby Jagi. Ściany pulsowały i bulgotały jak żołądek, który domaga się jedzenia. Zaczęły się nieznacznie do niej przybliżać. Wstała z krzesła, ale zaraz padła na kolana, bo ból w boku był nie do wytrzymania. Uniosła koszulę i krzyknęła na widok rozcięcia w okolicy wątroby. Ściany wokół zaczęły się zaciskać, pochłaniając ją. Domek stał się jej jedynym organem, pochłaniającym pokarm. Staruszka siedziała natomiast w swoim pokoju na strychu i pałaszowała posiekaną wątróbkę młodej dziewicy.

 

CZŁOWIEK Z BULIMII

 

Mężczyzna chodził po nierównych wzgórzach, chcąc gdzieś dojść, mając cel. Bo gdyby go nie miał, nie szedł by z taką zawziętością. W pewnym momencie stanął na jednym z pagórków i obserwował wioskę leżącą w dole doliny. Światło księżyca rozpływało się na ziemi. Biła z dołu nieznana melancholia. Z jednego z domków unosił się dym. To był właśnie cel jego podróży. Mężczyzna schodzi w dół zbocza, czując przenikliwy głód. Jednak magicy z jego wsi zakazali mu jeść. Żeby przeżyć, musiał się do  ich nakazów ustosunkować. Poza samym faktem, że nie lubił jeść.
Gdy znalazł się pod skarpą, zajęło mu  tylko kilka minut by dojść do właściwego domku. Wszedł między plątaninę uliczek, które były bardziej zagmatwane, niż się wydawały z góry. Zapach poprowadził go do właściwych drzwi. Zapukał. Gdy się otworzyły, między nogami przeleciał mu czarny kot. Przed nim stanął wysoki mag w czarnym płaszczu. Przedstawił się jako Choi. Zaprosił go do środka, mówiąc, że czekał na niego. Pomieszczenie w którym się znalazł ginęło w dziwnym świetle, a powietrze przesiąknięte było osobliwymi zapachami. Z garnków wypływały kolorowe dymy, a półki z książkami zdawały się mieścić niezliczoną ilość ich. Między nimi były dziwne postacie zakonserwowane w formalinie. Niektóre słoje skrywały coś jeszcze, ale kurz uniemożliwiał dostrzeżenie tego. Sam Choi chodził w cylindrze i białych, skórzanych rękawiczkach. Jego oczy były białe, a twarz przyozdobiona była kolczykami i meksykańską bródką.
Choi usiadł na dywanie po turecku i nakazał gestem usiąść swojemu gościowi.
- Skąd przybywasz młodzieńcze ? Jesteś głodny? Spragniony ? A może niepotrzebnie cię o to pytam, bo znam wszystkie odpowiedzi.
- Wiesz dlaczego tu jestem ?
- Gdybym nie wiedział, nie mógłbym nazwać siebie magiem.
- Zatem wiesz jak mi pomóc ? Jestem z Bulimii, to nienormalne, by ktoś z nas odczuwał głód.
- Tak, słyszałem trochę o was. Jednak muszę cię zasmucić. Bo za tysiąc lat, nikt nie będzie o was pamiętał, a niektórzy będą się wspierać, czy rzeczywiście istnieliście.
- Czy coś złego grozi mojemu kraju ?
- Czy potrafię ci pomóc ? Tak. Czy wiem co się stanie z twoim narodem ? Tak. Wiem. Czy potrafię go ustrzec od niechybnej zguby ? Nie. Przykro mi. Nie mogę ingerować w skutki natury ani tym bardziej w jej decyzje.
Choi wstał i zaczął mieszać miksturę w kotle. Z jednej z szafek wyjął buteleczkę i łyżką napełnioną miksturą z kotła wypełnił ją. Podał ją swojemu gościowi. Gość ją zaczął pić małymi łyczkami. Mag usiadł i obserwował go. Młody człowiek ściskając się za brzuch upadł na plecy. Poczuł niesamowitą wolę jedzenia.
- Idącą wraz z naparem duszność oraz zwartość, wyprowadzi z twego ciała to, co jest w nim niepożądane. Jesteś inny. Masz organizm odmienny niźli reszta ludzi, więc jedzenie jest dla ciebie nieprzyjemne. Jednak odżywiacie się czymś innym. W twoim prawie ludzkim ciele, znalazł się tasiemiec, który zazwyczaj pokazuje się ciele ludzi jedzących. Jego chęć przetrwania jest tak ogromna, że na człowieku który nigdy w życiu niczego nie jadł, wymusza wolę jedzenia.
Młodzieniec leżał dygocząc. Z jego ust i nosa, a także uszu i odbytu wypełzło kilkanaście, jeden za drugim, tasiemców, które Choi łapał i zamykał w workach. Gdy to się skończyło, młodzieniec był nieprzytomny. Gdy się zbudził, był wycieńczony, lecz nie odczuwał głodu. Przeleżał u niego cały dzień i całą następną noc.
Wraz z kolejnym świtem wyruszył w drogę powrotną. Choi jednak przed tym rzekł.
- Jesteś istotą ludzką, jednak anomalią. Jeśli jeść od dziś wy nie będziecie, zostaniecie dewiantami spożywczymi i umrzecie tuż przed rokiem. Bowiem czy żeś, głodny czy też nie, syty, czy wygięty w pół. Jeść potrzeba bo inaczej zginiesz razem z twoim ludem. A jak nie jest, to cię inne te robaki, nieboraki pożrą skrycie, bo i one jeść coś muszą.

 

KOMAR

 

Noc była parna i upalna. Dziwne powietrze też brzęczało co chwilą jak jakiś dziwny nocny owad. Brandon słyszał je aż zbyt wyraźnie. Jakieś dziwne stworzenia muchy i najbardziej chyba okrutne z nich, komary. Były chyba to najbardziej przebrzydłe stwory, które nigdy nie ustąpią. Niemożnością było spać o drugiej w nocy, gdy one koczowały potajemnie w pustce. Najbardziej jednak dziwiło Brandona, dudniące basowe brzęczenie jakiegoś dziwnego, nieznanego mechanizmu, rozlegającego się co jakiś czas. Bo żadnego podobnego, o tym dźwięku, urządzenia w domu nie miał. Gdy brzęczenie ustało, pomyślał, że dranie w końcu dały za wygraną i poszły spać. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zapalić światła i nie ubić ich wszystkich bestialsko we śnie. Ale z drugiej strony w każdej chwili mogły by się przebudzić. Błogo zaczął zasypiać. Przez jakiś czas było mu dobrze.
Obudził go bełkot, niezrozumiały i senny. Trwożne buczenie nieznanej maszyny. Brandon nie włączył światła. Z chwili na chwilę dźwięk był coraz donośniejszy. Zaczęło go to niepokoić. Na plecach poczuł czyjś dotyk. Nad sobą, poczuł przerywany oddech. Odwrócił się i pod kołdrą malowała się jakby postać ludzka. Jednak nie wszystkie kształty pasował. Brandon wstał wolno z łóżka, choć bał dotknąć podłogi bosą stopą. Odsłonił kołdrę i patrzył na niego resztkami światła w pomieszczeniu. Pod nią leżał ludzkich rozmiarów komar. Cały czarny i owłosiony. Z ogromną rurką którą celował w niego, chcąc wyssać mu krew. Gdy poruszył skrzydłami, Brandon wiedział już, że to nie były odgłosy maszyn.
Na komodzie leżały resztki kolacji. Uniósł w górę nóż i cofał się w stronę drzwi. Komar nie reagował. Nie poruszał się. Brandon nie wiedział jak ma to odebrać. Miał tylko nadzieję, że wie do czego służy to, co ma w ręce. Gdy lekko się poruszyło, Brandon wyprowadził cios. Głęboko zagłębił ostrze w brzuchu potwora. Jego żądło skierowało się w jego stronę. W ostatniej chwili odciął mu je, nie zastanawiając się czy chciał wyssać jego krew, czy też połknąć go w całości.
Brandon zapalił światło. Zobaczył, że komar nie jest prawdziwy. Że to tylko kostium. Pod którym kryje się zapewne jego młodszy brat...

 

PIASEK NA PUSTYNI

 

Choi siedział na łajbie z fajką w ustach i rozmyślał. Płynął z jednego wybrzeże na drugie, gdzie robaki jeszcze nie dotarły. Gdy dotrą, będzie musiał uciekać dalej. Zbierać ludzi i w pewnym momencie zaatakować. Jednak widział nikłe szansę. Robactwo jest lepiej zorganizowane niż ostatnim razem. Działają z większa rozwagą i precyzją. Czaiły się w cieniach i tworzyły niesamowite konstrukcje zrodzone z ludzi i maszyn. Gdzie maszyny były organicznymi pasożytami, mające rozbić ludzką egzystencję. Choi obserwował pełzające w chmurach mechanizmy, które dobrze znali wszyscy ludzie na świecie. Tyle, że teraz nabierały pewnego niebezpiecznego znaczenia i pewnego rodzaju prymitywnej drapieżności
Do Choi’a dosiadł się młody chłopak imieniem Brandon. Wyczuwał, że Choi coś wie o tym, że coś się niedobrego dzieje ze światem. Obserwowali wypływające z cienia robaczywe maszyny. Choi rzekł, że to zapowiedź wojny ostatecznej. Choi mu wszystko wyjaśnił. Gdy skończył, obydwaj palili opium. Płynęli wolno obserwując ocean. Choi postanowił przerwać ciszę i zaczął opowiadać.
Dawno temu, zanim świat nabył jakiegokolwiek sensu. Zanim wybudowano miasta, zanim narodzili się bogowie, zanim wymyślono koło i ukrzyżowano Jezusa, na ziemi istniał raj. Prawdziwy, niezłomny. Nikt nie wiedział, kto go stworzył. Ale na początku nic nie jest nigdy wiadome. Na ziemi stało ogromne miasto, a było to za czasów, gdy wszystkie kontynenty były jedną całością, nie było grzeszników, biedy ani pracy. Jeden z ludzi, pewnego dnia, wymyślił bożka, którego tylko on widział i słyszał. Człowiek ten był dumny z tego, że coś niematerialnego, przemówiło do niego.
Razem spędzali długie godziny na rozmowach. Wtedy ludzie uznali, że jest szalony. W pewnym momencie, nie robił nic innego, tylko rozmawiał z nim. Kilka jemu pokrewnych ludzi, zainteresowało się nim, bowiem uznali, że nie może przez tak długi czas gadać sam do siebie. Chyba, że naprawdę oszalał. Bożek przybierał na sile. Stawał się powoli bogiem, otoczonym coraz najniezwyklejszymi legendami. Powstały mity. Coraz więcej ludzi wierzyło w niego. Po kilkunastu latach, człowiek, który go wymyślił zmarł. Lecz bożek żył nadal w umysłach ludzi. Pośmiertnie sam jego stwórca, został uznany za świętego. Wyznawców było coraz więcej. Zaczęli uczyć o nim w szkołach, które dopiero co powstawały. Aż w pewnym momencie, któryś z tych głupców orzekł, że to on stworzył świat. Wszystko co ich otaczało. Nie ludzie, bóg. Nazwali go Afryka. Ludzie chcieli, by to on sprawował nad nimi władzę, uznając go za nieomylnego geniusza. Jednak bóg, nie chciał. Uznali, że jest słaby i nie ma nic do zaoferowania. Wygnali go ze swej ziemi, ze swoich umysłów, negując wszystko co wymyślili. Bóg tak się zezłościł, że przybliżył do nich słońce i spalił ich na piach. Tak powstała Sahara.
Brandon słuchał i się zastanawiał nad kitami jakie wciska mu jego towarzysz. Zastanawiał się czy historię wymyślił na poczekaniu, czy też miała nieść za sobą jakiś morał adekwatny do zaistniałem sytuacji. Maszyny nad nimi coraz bardziej się spoufalały.

 

ROZBITEK

 

Asfaltowy plac sięgał aż po horyzont. Rozlegały się po nim dźwięki podskakującego młodzieńca. Podskakiwał w jednym miejscu lekko przechylając się przy tym na boki. Trwało to niespełna godzinę. Potem usiadł w tym samym miejscu co skakał. Z oddali zaczął wiać letni wiatr. Mówił coś do siebie. Jego głos jakby falował nagrany na uszkodzoną taśmę. W oddali coś płynęło. Statek roztapiał pod sobą twardy asfalt, spokojnie dopływając do młodzieńca. Boki statku parowały. Ten ponownie zaczął podskakiwać, by co go dostrzegli. Cieszył się tak, że aż zaczął przeskakiwać z jednej nogi na drugą, aż zaczął się obracać. Statek zaczął jeszcze bardziej zwalniać. Hamował aż utknął. Z niego zaczęli wychodzić rozbitkowie. Stanęli obok niego i zaczęli się rozglądać we wszystkie strony po asfaltowej pustyni. Wszyscy zaczęli podskakiwać.

 

BĘKARTY

 

28 lat temu, świat robaków miał sens tylko wtedy, kiedy było ciemno. Całe miasta wyglądały jak wylęgarnie. Z góry jak osmolona skorupa, z wejściami tylko co parę kilometrów. Wokół nic nie rosło. Ziemia była czerstwa i wysuszona. Chyba, że owady potrzebowały kilka plantacji, do których zaganiały ludzkie istoty, które tworzyły dla nich wszystko czego potrzebują. Robactwo żyło według własnych rządów przez prawie rok. Świat był podzielony według hierarchii i rodzajów, tam gdzie sprzyjał klimat do rozrodu każdego osobnego gatunku. Stworzyli własny rząd, który rozprawiał tylko nad zamieszkałymi terenami i rozrodem. Lecz wciąż było im mało.
Historia dotyczy larw pewnego gatunku dżdżownic, które zamieszkiwały błotniste podziemia. Były przerośnięte, kilkumetrowe i być może najinteligentniejsze ze wszystkich. Żyły tak jak dawniej, lecz bez oporów i strachu, który nabyły wraz z rozwojem.
W jednym z podziemnych robaczych nor, żyła para dżdżownic. Wszystko co potrzebowali mieli w zapasach, dlatego nie wychodzili na powierzchnie przez bardzo długi czas. Jedynie dwa razy w ciągu swego całego życia. W pewnym momencie samica urodziła. Robaki żyły dalej, w ciemności i ścisku, w wilgotnym gruncie posilając się gnijącymi zapasami. W pewien dzień, samica poroniła. Niewyrodka, który wykluł się zaraz po nim, wyrzucili, bo nie posiadali ludzkich uczuć. Zapomnieli. Po jakimś czasie, robak znów był w ciąży. Żyli dalej czekając na narodziny. Aż przyszedł ten dzień. Z łona wykluła się larwa. Dojrzewała przez kilkanaście godzin. Aż matka w dogodnym momencie sama zdjęła osłonę. Robacze przerażenie otępiło ją, gdy zobaczyła, że jej robaczywe dziecko, ma ludzkie ręce i nogi i twarz. Robaki postanowiły zabić mutanta i to samo zrobić z ich rodzicami. I tak zrobili.
Robaki wypełzały na powierzchnie. Ciągnęli ciała kilometrami by pokazać innym co się stało. Dziecko wrzeszczało i płakało ludzkim głosem. Rodzice nie odczuwali niczego poza wolą przetrwania. Jednak im się nie udało. Dziecko wrzucili do tysiąc kilometrowego rowu przygotowanego właśnie na tą czarną chwilę.
Dziecko leżało pośród wilgoci, gnoju i tłuszczu. Wszędzie ogarniała go ciemność. Słyszał ptaki nad sobą, lecz nie mogły mu zrobić krzywdy. Malec próbował płakać i drzeć się w niebogłosy aż ktoś go usłyszy. Jednak nikt nie nadszedł. W miejscu płaczu, pojawił się gniew, skierowany do wszelkiej maści którym życzył tylko śmierci. Dziecko rozwijało się nader szybko. Po niespełna miesiącu, miało już wygląd dziesięciolatka, który pożywiając się glebą wokół, pełzło do wyjścia. Minął kolejny miesiąc, jak malec ujrzał światło dnia.
Wyczerpany i oślepiony na zawsze przez słońce, bał się ruszyć. Nad nim latały ptaki, które były na tyle inteligentne, że nie pożarły go od razu, lecz zaczęły wychowywać. Robakom groziła zagłada zapoczątkowana przez jednego człowieka, którego sami byli stwórcą. Wokół niego zebrali się inni, podobni jemu. Zagłada odeszła, po niecałym roku...

 

MARTWE RYBY

 

Młoda dziewczyna o imieniu Lisa była już po pracach zaliczeniowych. Dorabiała sobie pracując w sklepie. Była kasjerką. Była zmęczona i nieubłaganie liczyła minuty do końca pracy. Przez palce przeskakiwał jej towar, odbijając echem kod kreskowy i wybijając cenę. Kasowała martwe ryby. Nie wyłupione oczy spoglądały na nią z bólem i przerażeniem. Kasowała dalej. Kolejny klient, kolejne ryby. Złapała jedną z nich i przez chwilę wydawało jej się, że się poruszyła. Przestraszona wypuściła ją z rąk i po chwili podniosła. Była lekko zaniepokojona, ale uznała, że pewnie jej się folia obsunęła wzdłuż zmęczonych palców.
Mijąły kolejne minuty. Myślała o różnych rzeczach, które zrobi po przyjściu do domu. Uwagę skupiała dopiero przy następnej rybie, z pozoru, zanim ją złapała, wydawała się jej martwa. Gdy złapała kolejną, ta zaczęła się miotać jak oszalała. Zastanawiała się czy ryba faktycznie jest żywa. Czy wszyscy to widzą, czy tylko ona. Ale nie przypomina sobie, by sprzedawali w tym sezonie żywe ryby. Patrzyła ukradkiem na ludzi, czy też to widzieli. Przełknęła ślinę i kasowała dalej. Kolejny klient, jeden za drugim. Wzięła do ręki kolejny towar, którymi był znów ryby. Tym razem zamrożone filety i płaty rybne. Lisa uznała, że nie ma się czego bać, oprócz zimna. Złapała ją i podłożyła pod skaner, kiedy, martwy, zmrożony płat, zaczął jej się poruszać wolno pod palcami. Upuściła go z wyraźnym szokiem. Ryba się poruszała. Klienci nachylili się nad nią i patrzyli w zdumieniu. Na jej środku, wyrosło duże rybie oko, spoglądające na wszystkich wokół. Zamknęło się jakby zmęczone i już się nie poruszyło. Lisa zeszła z kasy nie wracając już na nią ponownie.

 

PLANTACJA

 

Nastał kolejny poranek. Cały świat zmienił się nie do poznania. Wszystko się zmieniło. Wszystko było realne i do pojęcia przez wszystkich. Nudne zakłamanie. Bo owady wiedziały, że muszą tak robić, żeby ludzie niczego nie podejrzewali. Ten inny, nowy świat, pozostawał w umysłach tylko szaleńców i tych, którzy spali za dnia.
Plantacja była ogromna i nie sposób było jej nie zauważyć. Leżała nad morzem martwym. Jej właściciel był pochodzącym pod sześćdziesiątkę Francuzem, po którym nie widać było wieku. Uprawiał on na swej plantacji prawie wszystkie gatunki kaw, które zasilały sklepy w całym regionie. Poza tym, zajmował się połowem ryb. Ludzie zatrudnieni tutaj, pracowali solidnie i ciężko, za godziwe pieniądze. Przez co byli chętni do roboty. Wszystko było dorodne i nieskażone robactwem. Spryskiwał on swoje pola, różnego typu chemikaliami, które nie do końca były zalegalizowane. Jednak dna niego liczył się tylko skutek i zysk. Nieświadomie powtarzał on błąd pewnego innego plantatora w zachodnim regionie, sprzed trzydziestu lat. Dziś ludzie jednak pragną zapomnieć o tamtych złych chwilach, które zmieniły ludzkość nie do poznania. Mogło to bowiem wywrzeć znaczący wpływ na ewolucje, co pewnie wywarło, tylko o włos oddzielając nas od tego by stać się archaizmem.
Wysoko postawieni ludzie, zatuszowali tą sprawę, choć większość starszej daty, pamiętała i była świadoma. Reszta uwierzyła w bajdurzenie polityków. Ten plantator był jednym z tych co uwierzył.
Pewnego dnia, zdarzył się wypadek. Było to interludium do tego wszystkiego. Było to właściwie dzisiaj. Parę godzin temu. Tak mnie więcej mogło się zdarzyć już dawno. O zachodzie słońca pewna grupka, która plewiła ostro, o mało nie umarła. Pośród gąszczu trawy, jeden z nich zauważył, że coś się porusza. Wiedzieli, że to jakieś zwierzę. Jeden z nich motyką odsunął połacie liści, a to co było między nimi, o mało nie doprowadziło ich do rychłej śmierci. W trawie buszował olbrzymi, zmutowany konik polny. Wielki jak pies. Owłosiony, z ciemnymi i tłustymi nogami. Obserwował ich, gotowy do ataku. Wysunął język i oplótł głowę jednego z najbliżej stojących. Pociągnął go niespotykaną siłą i zatopił zęby w jego głowie. Reszta w panice, zaczęła uciekać. Ktoś z tłumu rzucił w nim kijem kalecząc w bok. Zielona gęsta maź zalała ziemię. Po kilku chwilach, przybiegł właściciel. To, co zobaczył posłużyło mu za wyjaśnienie.
Owady właśnie czekały na tą chwilę. Czekały na kogoś takiego, jak on.

 

RÓJ

 

Owady przed świtem zapełniły całą plantację. Całe potężne pole wyglądało jak niesamowity, groźny dywan. Pełen mlasków, bzyczeń i odgłosów ich niezwykłej mowy. Owady pożerały wszystko wokół. Całą uprawę. Miało im to pożywienie starczyć na wiele tygodni. Gdy skończyły się pożywiać, ruszyły w stronę miasta. Lecz nie bezmyślnie, acz z pewnym planem, który został przez nich wprowadzony jeszcze zanim się narodziły. Tkwiło to w ich przodkach. Poprzednich pokoleniach. Dokonają w końcu one ostatecznej zemsty na ludziach. Teraz przeszły do ofensywy. To one zaczęły spryskiwać chemikaliami miasto, tak jak to ludzi robili z plonami, gdzie mieszkały.
Zaraz za nimi wypełzły z morza ryby. Ohydne kreatury, odganiające ziemię płetwami, odkrywając na nowo swe pierwotne, nieznane pochodzenie. Miała wrócić przeszłość. Ostatnia ich klęska. Lecz teraz wygranej były pewne. Nie popełnią błędu. Nie są tak dumne i głupie jak swoje poprzedniczki. Działały z rozwagą.
Jednym z tych, którzy wiedzieli dokładnie co się miało stać, był Choi. Obserwował atak z okna mieszkania na strychu. Owady przepędzały wszystkich atakując, zabijając, zaganiając ich w metalowe rośliny. Ryby zajęły się kanałami, wchodząc do nich przez kanalizację. Obawiał się, że nic co zrobił by się przygotować, nie zadziałało. Nie zadziałały ani wizje które rozesłał różnym przypadkowym ludziom. Ani snom, ani majakom. Nikt się nie zorientował że paru różnych ludzi, ma te same wizje. Historia o tym, że już się coś takiego zdarzyło wielokrotnie, została wyparta z pamięci. Pozostały tylko bajki i mity. Fragmenty zawarte w biblii, które fragmenty w niej spisane, przeinaczają doszczętnie ten fakt. Nawet rozesłał i podyktował wizję kilku pisarzom by ci opisali to, co widzieli. Jednak to także na nic się nie zdało. Zostało to uznane za czystą fikcję. Pisarze nie są wiarygodni. Niektórzy z nich oszaleli. Są zbyt podatni. Jednak teraz, już za późno było by myśleć o błędach.

 

POPIELAKI

 

Księżyc ustał, a gwiazdy zaczęły blednąć. Przecznice rozrastały się niczym pasożyt, okrywając budynki. Echo niosło za sobą pomruki konających psów. Excellentcafe było otwarte. Wyobraźcie sobie krainę w sepii, przeobrażającą się w ponury obraz w kolorze, które znów przeobrażały się w ponury obraz w sepię. Wnętrze było lepkie i wilgotne. Niby zrodzone ze skrzeku. Chodniki ciągle nieruchome, bez końca, prowadzące do nikąd. Prowadzące tylko tych, którzy nie zważają gdzie i kiedy. Powietrze niosło ze sobą zapach kropli do nosa. Słychać było tylko elektryczne, urywane brzęczenie. Nazwa baru była nieuchwytna. Każdy kto do niego przychodził, nazywał go inaczej. Każdy widział inny neon przed wejściem. Każdy był przekonany o swojej racji. Jednak co do jednego się zgadzali.
Dzisiejszego wieczoru było w nim pełno rybaków. Zawzięcie rozmawiających w różnych dialektach, każdy z każdym. Rozmawiali o rybach chodzących po wodzie za pomocą okrągłych macek. O rybach które własnoręcznie zabijali, a po śmierci, i tak się miotały i uciekały. Jeden z nich, cały brudny i poobdzierany, opowiadał, że cała mgławica ryb, wyrzuciła jego łódź gdzieś daleko na ląd. Gdy uciekał, widział jak wokół jego łodzi zbierają się zwierzęta, których wcześniej nie widział na oczy. Napomknął, że przypominały owady.
Przy barze stało dwóch mężczyzn ubranych w podobne brązowe płaszcze. Twarz jednego z nich ginęła pod cieniem kapelusza. Drugi zaś z nich był ślepy. Wokół oczu miał opaskę. Pod nią skrywała się roztopiona stal zamieniona w mgłę. Przynajmniej on tak sądził. Ślepiec wyciągnął cygaretkę i zaczął ją spalać. Po jego ruchach, pewnych i wyraźnych , nie widać było, że jest ślepy. Obraz za oknem był tak nienaturalnie ciemny, że nie udawało się odróżnić ulicy od nieba. Ślepiec strzepnął popiół do popielniczki. Jego ciągły uśmiech niepokoił wielu gości.
Wszyscy zdawali się myśleć o tym samym. Postać w płaszczu łapała się co chwilę za brzuch. Jeden z przyglądających się nawet sądził że widział pajęcze nogi wystające spod jego płaszcza. Podmuch wiatru wyważył drzwi. Kilku najbliżej siedzących, zamknęło je.
- Dlaczego zamknęliście drzwi ? – spytał ślepiec strzepując popiół do popielniczki.
- Zaraz zamykamy.
- A dacie nam wyjść ?
- Jasne. Nawet pomożemy wam wyjść
- Wyczuwam groźbę. Czyżbym zrobił coś nie tak ?
- Podobno jesteś ślepy!
- Czy potrzeba oczu żeby widzieć ? Ja widzę wszystko. Nie jestem ślepy. Mam tylko ślepe oczy.
- Co ty bredzisz koleś ?
- Robactwo w moim ciele podsuwa obrazy wprost do mojego mózgu. Widzę że jest was sześciu. Dodatkowo barman. I co najmniej dwie osoby poza wami wszystkimi, które nie są ludźmi.
- Co to kurwa ma być?
- Widzicie robaki w popiele, który strzepuję ? - Kilku z rybaków nachyliło się nad popielniczką próbując coś dostrzec. - Nazywają się popielaki...

 

POŻERACZ

 

W czerni skryta postać zerkała na siedzącego obok pijącego martini człowieka w płaszczu, wyglądającego jak detektyw. Jego twarz tkwiła pod kapeluszem. Pożeracz zamówił kolejną kawę, specjalność zakładu. Spojrzał ukradkiem w oczy, chcąc dowiedzieć się, czy nim jest. Jednak któryś z niezbadanych zmysłów podpowiedział mu, że jest taksówkarzem. Zarechotał sam z siebie. Pod kapeluszem widać było tylko połyskujące kwadratowe, ogromne zęby. Pożeracz zdjął rękawiczki ukazując czarne, od włosów, palce. Poły jego płaszcza rozwarły się od wewnątrz. Taksówkarz zmierzył go wzrokiem. Obserwował jego ręce. Usłyszał syczenie i chrobot rozrywanego materiału. Wpatrywał się w jego twarz. Niemal ją widział. Kilkanaście oczu, ust i nosów, w abstrakcyjnym zlepku na twarzy obserwowało go i śmiało się z niego. Do taksówkarza doszło, że tylko on to widzi. Płaszcz został rozerwany. Nad Pożeraczem uniosło się sześć pajęczych odnóży. Postać pochyliła się nad nim. Usta wysuwały się w jego stronę, dotykając go. Jego cienkie języki oplątywały go całego. Pożeracz pochylił głowę i zaczął go rozpuszczać językiem, wchłaniając. Przeżuwał go w żołądku, każdy osobny fragment, wieloma komorami. Nikt się nawet nie zorientował, że jednego z gości Excellentcafe ubyło niespodziewanie.
Pożeracz siedział w zamyśleniu. Czekał. Aż podszedł do baru jakiś człowiek.
- Przepraszam, szukam pana RandalfaIthumana.
- To ja mój drogi, siadaj. – Powiedział Pożeracz. Zdjął kapelusz ukazując mu starą łysą głowę. Uśmiechnął się jakby od niechcenia. – Pan w sprawie pracy tak ?
- Jasne. Zależy mi na niej. Zwłaszcza, że jest w porze nocnej.
- Trudno o takich ludzi jak pan, może mi pan wierzyć. Praca jest w zasadzie prosta. To najzwyklejszy w świecie handel powiązany z czymś jak pracą w terrarium. Wszystko jak do tej pory jasne ?
- Najzupełniej. Jestem gotowy do pracy.
- Świetnie. Zatem jeśli pan pozwoli, zaprowadzę pana na miejsce pracy.
Obydwaj wstali i wyszli niezauważeni.

 

ŁOWCY  TŁUSTEJ EGZYSTENCJI

 

Miasto opuszczało swoją powłokę z której wylęgały się żyjące maszyny stworzone przez owady. Kilku ludzi piło w ExcellentCafe. Zalewali się, choć nie wiedzieli dlaczego. Było to zakodowane w ich strukturze genetycznej, które kłamstwo ich poprzedników zakorzeniło się w ich mózgach. Od dwóch dni panowała ciemność. Nikt nie przyjmował już do wiadomości tego co się działo wokół nich. Starsi wiedzieli co się święci i przez to zalewali się jeszcze bardziej. Maszyny, które obsługiwali, zaczęły się zwracać przeciwko nim, zabijając ich. Ryby w akwariach zamknęły się w dziwacznych, żylastych kokonach i uciekał z akwariów z powrotem do morza. Roje much mogły bez krępacji terroryzować ludzkość. Budynki stały się gniazdami. Z kanałów wychodziły ośmiornice. Policjanci uciekli. Zapanował armageddon.
Pożeracz podszedł do telefonu. Barman przyglądał mu się z uwagą, lecz nic nie mógł usłyszeć, bo Pożeracz dosyć, że mówił szeptem, to w dodatku posługiwał się robaczym rzężeniem, zastępującym mu mowę. Ekspres do kawy zaczął się buntować i tryskać wrzątkiem we wszystkich wokół. Barman Bebop próbował łomem zatamować krwawienie maszyny. Gdy ją zdzielił kilkakrotnie, padła w padaczkowych konwulsjach. Ktoś podszedł z pomocą. Uderzył ją młotkiem i maszyna umarła. Wszyscy szukali własnego kąta. Część z nich znalazła go właśnie w tej kawiarni.
Na ulicy kłębił się między ciszą a śmieciami. Dowiedział się bowiem o przejęciu danych o anatomii ludzkiego organizmu. Mógł się założyć, że porównują ludzką bazgraninę z tym co widzą gołym okiem. Pożeracz stanął przed witryną sklepową i zaczął przyglądać się swojej twarzy, będącą zlepkiem ludzi których pożarł. Wraz z ich ciałami, pożerał także ich wiedzę i sposób myślenia.

 

CZEKAJĄC NA KONIEC ŚWIATA

 

Minęło pół roku. Potem rok. Potem dziesięć lat. Sto lat. Cały świat okryła tłusta czerń. Ludzie stawali się mitami. Pozostali tylko nieliczni, którzy są wykorzystywani do prac przez wyższą rasę owadów.  Pożarły one wszelkie zasoby ludzkiego jedzenia, by nie wyginąć, obecność ludzi między nimi, jako niewolnicy, była im niezmiernie potrzebna. Dzięki doskonałemu zarządzaniu demokratycznego świata, wszyscy żyli w dostatku, pokoju i szczęściu. Ludzie w pewnym momencie nie mieli dokąd uciec, ani gdzie się schować. Pozostało im tylko czekać. Cały świat stał się jednym wielkim legowiskiem robactwa.

 

TO TYLKO FILM

 

Niebo ściąga się w jednym miejscu i zamyka, niczym kwiat. Jej boki na horyzoncie rozłamują się jak skorupki odkrywające przestrzeń gęstą jak smoła. Odsłaniają w ten sposób pewne istoty, inną przestrzeń, bardziej znaną niż ta, co jest teraz. Smoła ta porusza się, przypominając pracę mięśni. Budynki coraz bardziej przypominają szkielety ryb, a niektóre nawet poszczególne kości.
Brandon siedział przed telewizorem. Zdarzenia, które miały miejsce przed godziną, zatracały swój sens. Z telewizora dobiegały melodyjne gwizdy. Zastanawiał się czy to coś było realne. Ale ile razy spojrzał w kąt na zieloną torbę, zdawało mu się, że nadal śni. Obawiał się, że przyjdą znowu. Kimkolwiek byli. Jutro z rana, jego rodzice mieli mu przyprowadzić brata do opieki, bo sami wyjeżdżają. Tykający pośpiesznie zegarek, zaczął go już irytować. Teraz już zupełnie nie chciał mu się spać. Ale oni, kimkolwiek byli, pewnie o tym nie wiedzieli.
Brandon myślał, że dobrze się przed nimi ukrył. Ledwo rozumiał co telewizor do niego mówi. Nie był w sumie aż tak bardzo zmęczony, jednak przymknął na chwilę oczy. Fotel w tym momencie podskoczył. Zastanawiał się czy wrócili, czy tez złamało się znowu kółko od fotela. Wtedy po raz pierwszy w życiu zaczął się naprawdę bać.
…A może to oni wrócili i złamali kółko pod fotelem. Telewizor topił się na jego oczach. Przypominał figurę z wosku. Postacie na ekranie deformowały się. Fotel podskoczył raz jeszcze i odchylił się do tyłu. Uznał, że jak nie będzie zwracał na to uwagi, to nie przyjdą. Telewizor krzyczał do niego. Postacie zdawały się wychodzić z niego. Podczas gdy sam wmawiał sobie , powtarzając wciąż: To tylko film.
Tak pewnie było. Ciemna noc. Puste, ciemne mieszkanie. I ten okropny film. Był zmęczony, dlatego tak na niego działał. Fotel podskoczył do góry. Zupełnie jakby Oni się na niego zdenerwowali. Fotel gdy opadł, zaczął zapadać się w podłogę. Spojrzał pod niego. Nie zwrócił uwagi, że podłoga zamieniła się w miękki budyń. Jednak faktem był, że się zapadał. Zastanawiał się czy śni. Jednak nie, bo był tego świadom. Jednak w snach też czasami pojawia się taka chwila. Chociaż można przyjąć, że sen, to inna rzeczywistość, i wtedy wystarczy tylko w nią uwierzyć. Uwierzyć we śnie, że ten jest prawdą. Wystarczyło tylko ulec sugestii.
Fotel wypłynął. Podłoga wróciła do pierwotnego kształtu. Rozległ się ryk z telewizora, który powracał do dawnego kształtu. Na ekranie pojawiły się owady, obserwujące go, jakby widział, kto siedzi i go obserwuje przed systemem monitoringu. Wyczuwali kłopoty, rozmawiali. Brandon się uśmiechnął. Owady wyłączyły obraz. W pokoju zapanowała ciemność.
Pewnie wyczuwali, że właśnie zdobyli wroga.

 

METRO

 

Kilka nie znających się osób, oczekiwało na ławce transportu. Czas przepływał im przez palce. Prawdopodobnie była noc. Tutaj zawsze była noc. Stroboskopy były tutaj światłem słonecznym. Po obu stronach tunelu, wszystko ginęło. Jeden z osobników miał pełen plik prześwietleń poszczególnych części ciała. Oglądał je zastanawiając się. Był lekarzem, podobno. Z dala coś zaczęło zgrzytać i na peron z elektrycznym brzęczeniem wjechała czarna, spocona lokomotywa. Gdy hamowała, słychać było coś zbliżonego do ludzkich jęków. Mogły być przestrogą. Jej szyby wyglądały jak oczy okryte jaskrą. Spowijała je para. Na dachu miała równomiernie rozłożone pręki jak u dżdżownicy. Pociąg zdawał się oddychać. Drzwi się rozsunęły i wszyscy weszli do wewnątrz. Nikogo poza nimi nie było. Nie było siedzeń, żadnych.
Gdy wyruszyli, słyszeli równomierny charkot i radiowe szumy. Pogłosy ludzkiej mowy. Możliwe, że to była tylko jej atrapa. Wydawało się, że za oknem pada deszcz. Każdy krok po podłożu, skrzepienie, brzmiało jak jęki małych dzieci. Rozmazane i dochodzące z oddali. Jechali powolnym ślimaczym tempem. Możliwe, że pociąg był ślimakiem. Nad nimi słychać było wrony. Wnętrze było czarnym, osmolonym pustkowiem. Z wentylatorów wiał rześki i mroźny wiatr. Ściany jak panoramy wielkich miast. Nie wyraźne i bez sensowne formy skonstruowane przez nieznanych nikomu architektów. Pociąg skręcał. Jego ściany wyginały się i rozświetlały do czerwoności. Od przodu pociągu, wlatywała mgła. Ściany pęczniał. Czuli jakby płynęli w powietrzu. Miejsce coraz bardziej przypominało im klatkę. Metalowe pręty w oknach rozciągały się jak guma, blokując każde możliwe przejście. Jeden z prętów, odebrał karty prześwietleń. Mechanizmy zaczęły zwalniać, a pociąg zabrnął w ślepą uliczkę. Ze ścian wypełzało robactwo. Nie należało im się przeciwstawiać. One i tak całkowicie przejęły kontrolę.

 

INNY ŚWIAT

 

Dzień był dziwny. Czarny i zimny. Nie taki jak być powinien. Szedłem przez miasto. Wszystkie budynki i latarnie były zgaszone. Zupełnie jakby wyciągnięto im wtyczki. Czasami, sporadycznie, jedna z latarni mieniła się w mroku, żółtawym światłem. Samochody, jeśli były jakieś, odjeżdżały w ciemność. Była ona tak sugestywna, iż mogłem tylko domniemywać, że stało się coś złego. Radia ucichły, światło zanikło, niebo zniknęło. Coś jednak wczoraj mówili. Dzień był szary i zimny, pomimo tego, że mamy środek lata. Coś jednak się musiało zdarzy i musiało nadejść w nocy. To coś złego.
Szedłem, myśląc, że skoro jeszcze samochody jeżdżą, a ja żyję i jestem tego świadom, znaczy, że prawdopodobnie nic złego się nie stało, a to, co myślę, to czysty nonsens. Trzeba też zauważyć, że jest dopiero czwarta nad ranem. Chociaż, co będzie, jeśli to nie człowiek prowadził tamten samochód, a owo coś złego?
Padał śnieg. Czułem i słyszałem jak chrupie pod nogami. Naokoło mnie zupełna cisza, pomimo huku wiatru. Świecących lamp jest jak na lekarstwo. Wiedziałem gdzie idę, zatem miałem cel, a jeśli go miałem, to miałem też świadomość wybranego celu. Celem była stacja pociągowa, do którego dochodziłem. Jedynie, co go różniło od reszty otoczenia, to światła w oknach. Wewnątrz szybko zorientowałem się, że nikogo w nim nie ma. Zastanawiałem się, czy pociągi w ogóle kursują. Minąłem kioski i kasę. Natrafiłem na głośno chrapiącego bezdomnego pijaczka. Chciałem go zbudzić, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Klapki na tablicy przeskakiwały o szczebel w górę. Mój pociąg miał przyjechać za kwadrans.
Zszedłem schodami do podziemnego tunelu. Był ciemny i pusty, w dodatku śmierdziało w nim wilgocią i rozkładem. Był wąski z niskim sklepieniem, popisany licznymi graffiti. Tunel stanowił wejście na cztery kolejne perony. Szedłem przed siebie kierując się na peron drugi. W ciemności coś mlaskało. Zdawało mi się, że coś złego czai się w ciemności. Szedłem środkiem by niczego przypadkiem nie dotykać. Coś przy końcu, przy wejściu na ostatni peron poruszyło się w ciemności. Wytężałem wzrok by dostrzec, co to mogło być. Potężny czarny, zgięty na pół kij. Coś zupełnie przeze mnie nieokreślonego. Szedłem dalej, chcąc jak najprędzej dostać się na swój peron. W pewnym momencie przypominało mi to ogromną nogę jakiegoś owada, wydawało mi się, że ma nawet owłosienie. Mimowolnie nadepnąłem głośniej, wchodząc na poszczególne stopnie schodów. Kafelki, którymi były one pokryte, stukały obluzowane pod naciśnięciem buta. Bestia, czy cokolwiek to było, cofnęło odnóże w głąb schodów peronu czwartego. Wchodziłem coraz wyżej, na swój peron. Nie kusiło mnie by się za wszelką cenę dowiedzieć, co to tak naprawdę było.
Ze szczytu schodów zaglądałem w ciemne podziemie. Rzuciłem wzrokiem poprzez tory chcąc dojrzeć peron, na którym rezydowała bestia. Nic nie było. Dreptałem nerwowo w miejscu wierząc swoim oczom bardziej, niż czemu i komukolwiek innemu na świecie. Myślałem, jakże zaistniała sytuacja mi się wybitnie nie podoba. Przystanąłem ponownie na krawędzie schodów i obserwowałem. Coś wielkiego, ciemnego i szybkiego przebiegło szeleszcząco z jednej strony na drugą. Zniknęło pod pokrywą betonu, czając się pewnie gdzieś przy wyjściu na dworzec. Chciałem wiedzieć, czy coś złego się stało.
Kontrolowałem czas na zegarku, swoim i tym zawieszonym pod zadaszeniem peronu. Peron był długi. Stał pomiędzy ławkami opuszczony kiosk. Jego szyby były zaklejone starymi gazetami, a ściany obmalowane kolorowymi farbami w sprayu. Było też oprócz mroku, trochę światła bijącego z końca peronu. Wokół latały ćmy mknące do tych resztek światła. Co
dziwniejsze były większe niż ludzka dłoń.
Dosięgła mnie wtedy dziwna myśl. Czy przypadkiem jakiekolwiek pociągi odjeżdżają i przyjeżdżają skądś dokądś. A jeśli nie, to, czego jest zasługa tej awarii prądu, może wywalił jakiś główny generator napędzający w energię całe miasto. Bo jeśli tak, to niewątpliwie nie potrzebnie marnuję tutaj czas. Pierwszy raz, chyba w życiu, żałowałem, że nie wsłuchiwałem się we wczorajsze wiadomości.
Gdy nadszedł czas przyjazdu mojego pociągu, nie widziałem go, ale słyszałem. Podjeżdżał był coraz bliżej. Czuć było mrowienie pod butami, podmuch spalin pociągowych. W przestrzeni rozlegały się nieprzejednane zgrzyty. Pociąg stanął na stacji, na której nie było nikogo innego prócz mnie. Pociąg był pusty i ciemny, tylko jedne drzwi automatycznie się otworzyły. Nie było nawet konduktora. Niemy pociąg. Czy ktoś nim w ogóle sterował? A może coś złego przejęło nad nim kontrolę.
Wszedłem, czym prędzej bojąc się, że mi ucieknie. Zaraz za mną drzwi się zamknęły. Spojrzałem w prawo, gdzie znajdował się początek pociągu. Po obu stronach panowała ciemność. Tylko nade mną w połowie jarzyło się światło jarzeniówki. Pociąg ruszył. Zacząłem iść do przedziału konduktorskiego. Przeszedłem przez pusty i zgaszony przedział. W korytarzu paliło się światło podobne mdłe światło. Zbliżałem się. Pociąg jechał monotonnie. Okna zaparowały, ale nic za nimi nie było. Totalna destrukcyjna ciemność. Po jakieś chwili docierało do mnie, że nie tylko moje miasto było wyłączone. Zaczęliśmy zwalniać. Otworzyłem okno w jednym z przedziałów i wyjrzałem na powierzchnię. Pustka zawiała ostrym wiatrem prosto w twarz. Pociąg ruszył, nic nie było, jakbyśmy mknęli po niczym. Zamknąłem okno, robiło się gorąco wewnątrz. Zdjąłem kurtkę i zarzuciłem sobie ją na ramię. Zacząłem iść dalej, mimo, że uświadomiłem sobie, że miasta spotkało coś złego.
Wiedziałem, że skoro pociąg jedzie, to ktoś musi nim kierować. Ktoś rozumny, zatem człowiek, który rozjaśni wszelkie moje wątpliwości. Przechodziłem niemal po omacku przez następne przedziały. W jednym z korytarzy lampa paliła się ostrym światłem, ale gasła, co chwilę. Czyżby coś złego bało się ciemności? Kim oni są? Czym? Dziwnie zachowującymi się ćmami? Budzące się w nocy tylko po to, by znaleźć światło i siedzieć przy nim aż do zmierzchu? Coś niewątpliwie złego kryło się w ich planach i zamierzeniach.
Dotarłem, ale drzwi były zamknięte na klucz. Szyba była zalana ciemną farbą. Zapukałem. Nikt nie odpowiadał. Byłem nachalny, zapukałem znowu. Może jest tam tylko maszynista, który nie może odejść od sterów. Światła migotały. Aż zgasły. Poczułem zapach palonego węgla. Poczułem, że zwalniamy. Ale nie tak zwyczajnie. Czuło się jakby zanikanie pracy wielkiej maszyny, której nagle wyciągnięto wtyczkę z prądu. Wjechaliśmy na stację, teoretycznie, bo nic naokoło nas nie było. Znów zapukałem, kilkakrotnie aż do skutku. Wszystko zgasło. Wraz z jakimkolwiek ruchem. W oddali zapaliło się światło. Drzwi podskoczyły, i za nimi rozległo się mlaskanie. Cofnąłem się. Wszedłem do przedziału. Zamknąłem drzwi i zacząłem iść do tyłu. Drzwi przedziału konduktorskiego zaczęły ustępować. Coś złego się za nimi kryło. Coś złego spuszczało cugle.
W pewnym momencie zatrzymałem się mimowolnie zaglądając z czystej ciekawości, co za nimi się kryje. Dreptałem małymi kroczkami do tyłu. Wyłonił się zza drzwi mięsisty, owłosiony, cały czarny, złamany na dwie części kij. Niczym noga wielkiego owada. A zaraz za nim zaczęła się wyłaniać następna. Minąwszy kilka przedziałów, stanąłem na korytarzu i zacząłem otwierać klamkę zwalniającą drzwi. Zaklinowane. Zacząłem iść dalej. Z konduktorskiego przedziału, wyłoniła się ohydna pajęcza głowa. Poczułem nagły przypływ paniki i strachu, oraz woli by jak najszybciej się stąd wydostać.
Szedłem dalej. Prawie biegłem przez kolejne przedziały. W korytarzach między
przedziałami, próbowałem otwierać drzwi. Żadne się nie otworzyły. Szedłem dalej wykonując cały czas tą samą operację. Wszystko spełzało na niczym. Chciałem koniecznie się stąd wydostać. Zastanawiałem się czy już minąłem te drzwi, którymi się tutaj dostałem. Olbrzymi, owłosiony czarny pająk, z czerwonymi oczyma, które nawet można było dostrzec w tych ciemnościach, jak połyskują. Szedł najwyraźniej prosto na mnie, otwierając kolejne drzwi. Najwyraźniej to coś złego, o którym myślałem, to było ta forma zbliżająca się w moim kierunku. Byłem dalej. Kolejne drzwi zamknięte, jakiekolwiek otwarcie było bezskuteczne.
Wszedłem do przedziału, zamknąłem drzwi. Przebiegłem przez niego jak najszybciej tylko potrafiłem, i wyszedłem na korytarz, zamknąłem drzwi. Coś złego się zbliżało, i nie wiem, jakie ma zamiary. Kolejne drzwi wyjściowe. Plomba puściła. Buchnął we mnie wiatr, o mało mnie nie przewracając. Wyjrzałem na zewnątrz. Kompletny niebyt, jakbyśmy podróżowali po pustce. Zastanawiałem się, co zrobić, czy próbować szczęścia dalej na następnej stacji, czy wydostać się skacząc w ciemność, która może być nie wiadomo, czym?
Pajęcza bestia zbliżała się. Szeleszcząc swymi nóżkami biegnąc w moją stronę. Obok drzwi była toaleta. Wszedłem do niej. Światło oślepiło mnie na kilka sekund. Zaryglowałem się i czekałem. Zrobiło się naprawdę cicho. Przez chwilę, bo klamka szczęknęła. Najwyraźniej coś złego próbowało dostać się do środka. Coś uderzyło w drzwi z taką siłą, że aż metalowe drzwi się wygięły do środka. Zacząłem otwierać okno. Zerwałem plombę, nic to nie dało, w dalszym ciągu nie mogłem się przecisnąć przez nie. Ostatecznie je wybiłem kopniakiem, a następnymi usunąłem wystające części, od których mogłem się skaleczyć. Wychyliłem na zewnątrz głowę. W oddali widziałem najpiękniejszą rzecz na świecie. W pełni oświetloną stację, na której było pełno ludzi. Pociąg zwalniał wjeżdżając na nią.
Chwila dłuższa nie minęła, gdy zorientowałem się, że to nie byli ludzie. Wyglądali z daleka jak gigantyczny, falujący dywan. Pająki skrzeczały i właziły na siebie, chcąc dostać się do pociągu. Coś złego kryło się w tym wszystkim, jakiś podstęp. Słyszałem jak walą o drzwi. Czułem jak się kłębią pod nimi. Podświadomie przeczuwałem, że zaraz stanie się coś naprawdę złego…

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: