TAKSIARZ

Samuel Serwata

 TAKSIARZ

 

Nad kierownicą stał mały zabrudzony budzik. Nieubłagane minuty ciągnęły się. Billy złapał oburącz kierownicę i zaczął w nią pukać. Włączył światełko nad lusterkiem. Poparzony nagłym błyskiem, ścisnął powieki i je wyłączył. Lekko uchylił okno w drzwiach obok siebie, zaglądając czy ktoś nie wychodzi pijany z baru i nie potrzebuje podwózki. Patrzył też w dal na przystanek autobusowy, łudząc się, że będzie mógł komuś odebrać spóźnionego klienta, który akurat trafił na zabrudzony zad wielgaśnego autobusu. Albo po prostu kogoś z burżujskim nawykiem, wolącym akurat jeździć taksówkami. No i została jeszcze ekskluzywna nocna kawiarnia dla dobrze ubranych gości, która to został przed momentem otwarta.
Po skąpanej w blasku latarni ulicy dobiegały z kawiarenki dźwięki saksofonu. Billy myśli, że to dobry punkt na łapanie klienta. Myśli też, że musi zapalić. I to robi. Wyciąga paczkę z kieszeni na piersi i z żalem uznaje, że jest pusta. Ciska opakowaniem przez okno. Wygrzebuję z popielniczki, stojącej przy budziku, największego niedopałka, wsadza go sobie do ust i szuka po kieszeniach zapałek. Znalazł w tylnej kieszeni. Wykonał ciężki manewr podnoszenia dupska, i po chwili udało mu się go odpalić. Papierosa, nie dupsko. Pociągnął dwa razy i wyrzucił go przez okno, posyłając zaraz za nim soczysta flegmę jako podziękowanie za niesmak w ustach. Zasunął okno i w zamian, włączył radio. Pośród szumów wyszukał jakąś muzyczkę. Zapiął swoją wytartą, zmierzwioną marynarkę i wsunął dłonie pod ramiona. Zastanawiał się, za jakie grzechy został taksówkarzem. No tak. Trzeba opłacać mieszkanie, kupować papierosy, kawę i srajtaśmę. Fundament życia w społeczeństwie. W dalszym ciągu chciało mu się palić.
Mimo, że samochód był zamknięty, przed nim unosiła się para wydobywająca się z jego ust i nosa. Miał ochotę na ciepły posiłek, ciepłe łóżko i ciepłą dziewczynkę. Chociaż to ostatnie, będzie musiało jeszcze długo poczekać. Zbierało się na deszcz. Obserwował każdą osobę, która znajdowała się na ulicy, lecz jedyne, co mu dawały, to nadzieję. O tam ktoś nadchodzi! A nie, gówno tam, tylko przechodzi przez ulicę. Zaczęły się pierwsze problemy, kiedy Billy zaczął telepać się z zimna. Nawet przekląć mu się już nie chciało. Gdy jego wyciekający śluz zaczął powolnie zamarzać, zdobył się na odwagę, włączył silnik i rozświetlił kawałek ulicy przed sobą. Silnik zaczął się nagrzewać, a jak silnik się nagrzewa to i wnętrze się nagrzewa. Jednocześnie akumulator słabnie, benzyna ucieka, i zaczynają się kolejne problemy. Żadnych z tego korzyści, a jeszcze więcej wydatków. Chociaż z drugiej strony jak ktoś zobaczy światło samochodu, napis na dachu, albo usłyszy astmatyczne krztuszenie się silnika, a na to łatwo zwrócić uwagę, może uda się kogoś pochwycić jako klienta. Grunt, to by nie tracić nadziei. Porada na całe życie. Chociaż nadzieja to matka głupich, ale to już, co innego. Ojciec mu to powiedział, w gruncie rzeczy, tylko porady mu dawał, choć sam z nich nie korzystał. Zginął głupią śmiercią, udusił się pestką winogrona.
W oddali, za przystankiem autobusowym, niebo zagrzmiało. Ojciec, dał mu jeszcze jedną poradę, ogólnie dał mu ich wiele, ale tylko kilka zapamiętał. Jeśli idziesz ze swoją kobietą do sklepu kupować buty lub spodnie, to bierz te, które spodobają się je jako pierwsze, bo inaczej nie wyjdziesz ze sklepu przed zamknięciem. Ale to, że sam łaził ubrany nie lepiej niż bezdomne lumpy, ale to już inna odmienna całkowicie sprawa.
Poczuł na ciele gęsią skórkę, i zaczął stukać zębami. Ogrzewanie w niczym nie pomagało. Było gdzieś przed jedenastą wieczór.
- „Rzucili spojrzenie w głąb studni: i oto wyziera mi ze studni przemierzły chichot.” – Głos był przytłumiony. Bill podniósł wzrok i nie podnosząc głowy rozejrzał się wokół, spoglądając na zewnątrz. Przełknął ślinę. Przytłumiony głos z bliżej nieokreślonego miejsca zaśmiał się ponownie. Teraz dokładnie go namierzył. Obok, na drugim siedzeniu, stała podręczna torba. Wyciągnął w jej stronę, skostniałe dłonie i odsunął powoli zamek. Wzdrygnął się.
- O!…
-Witaj pielgrzymie. – Odpowiedziała brodata, odcięta, żyjąca i mówiąca głowa leżąca w niej.
- …Burbon. – Dokończył taksówkarz.
- Niezupełnie. Nietsche. Tako rzecze Zaratustra, drugi akapit o hałasie.
- Jak tam sobie chcesz. – Bill z powrotem zapiął torbę, mimo jej nawoływań. Odkręcił butelkę i pociągnął spory łyk, rozpalając ogień w swej gardłowej jaskini. Zakręcił butelkę i wsadził do schowka przy kierownicy. Billy trochę się rozluźnił. Rozejrzał się dookoła czy ktoś nie łazi po ulicy, przypadkiem szukając taksówki, i po chwili wyłączył silnik i światło. Rozsunął zamek w torbie. Zaschnięta krew na potężnym odciętym kawałku szyi połyskiwała lekko. Była jednym potężnym strupem. Rzeźnicka robota, ktoś musiał się strasznie namęczyć by odpiłować od reszty to cholerstwo. Zrobił to będąc słaby, kilkakrotne, nierówne wycięcia, jakby ktoś go rżnął tępymi nożyczkami.
- Jesteś księdzem? – Spytał Bill.
- Nie, a wyglądam na księdza? Skąd ten pomysł.
- Cytujesz Nietschego.
- Co to ma wspólnego z tym, że jestem księdzem.
- Nie wiem. Skąd się wziąłeś w mojej taksówce?
- Moja żona mnie tu zostawiła, uprzednio odpierdyalając mi łeb.
- Dlaczego akurat do mojego wozu?
- Miałeś otwarte drzwi.
- Ale dlaczego akurat samochód, a nie sklep, śmietnik, posterunek, dom opieki społecznej…Co ja u cholery mam teraz z tobą zrobić?
- Nakarmić mnie.
- Kiepski żart.
- To nie był żart.
- Nie mam kasy na żarcie.
- Co z ciebie za pożytek?
- Jestem cholernym taksówkarzem!
- Widać.
- O co ci chodzi?
- Gdybyś był ciut mądrzejszy, wyjechałbyś na wyjazd na skrzyżowaniu, a nie czaiłbyś się jak zagubiona zakonnica pośród kubłów śmieci, czekający na wiernego. Może coś byś zarobił.
- Tu mi się podoba.
- Jak tam sobie chcesz, ale sam zdecyduj czy chcesz zarobić czy odmrażać ptaka w mroku.
- Palant.
- Już pozbyłem się tego problemu.
- Co się stało z resztą twojego ciała?
- Pewnie żona je zmieliła i dała świnią na pożarcie, albo sama je zjadła.
- Fajną masz żonę, muszę ją poznać i jej podziękować. Co żeś jej zrobił, że tak cię urządziła?
- Chyba miała mnie już dość.
- Są lepsze sposoby by ustrzec i pozbyć się takich jak ty.
    Billy zapalił silnik i ruszył przed siebie. Kot leżący na ulicy był zmuszony z niej zejść. Rozbudzony przez obłąkany warkot silnika zerwał się pośpiesznie i miaucząc rzucił się na kubły stojące na chodniku. Rozwalił je i wyrżnął w glebę.
- I kto to mówi, że kot zawsze ląduje na czterech łapach.
- Pewnie jakiś arystokrata ze szlachetnego rodu szczepiącego siebie i swego kota przed wścieklizną. – Zamilkł i po chwili dodał. – Nie żyj w niepewności, wykonaj test na wściekliznę. – Billy przystanął, nie gasząc silnika.
- To będzie cholernie długo i ciężka noc. – Zagaił taksiarz od niechcenia. Wziął kilka głębokich oddechów, po czym się zorientował, że znów jest mu zimno. W tym momencie ktoś zapukał w okno. Bill spojrzał w okno i jedyne, co zobaczył to rozchylające się wstrętne szare usta pośród rudawej brody, postać w obskurnym garniturze i wypaskudzonym meloniku. Po chwili Bill zorientował się, że on najwyraźniej coś mówi, i nie jest to czcza żebracza gadka o parę centów. Rozchylił okno, jednocześnie zrzucił torbę pod fotel i nakazał jej by była cicho.
- Tak, słucham? – Spytał Billy mężczyznę w meloniku.
- Wie pan gdzie jest może Rue Morning Street 12?
- Oczywiście, wsiadaj pan.
- Przepraszam jeszcze na chwilkę, czy ma pan ochotę na gorącą kawę? Właśnie szedłem do automatu. Postawie panu, nie ma sprawy.
- Brzmi świetni, będę wdzięczny.
- W porządku, grzej pan silnik.
Billy był lekko zmieszany i zdziwiony, bo w jego karierze nie natrafił jeszcze na takiego klienta. Zaczął rozgrzewać silnik. Nadchodził klient. Bill wziął od niego kubek kawy dziękując. Postawił ją obok popielniczki, przechylił się do tyłu i otworzył drzwi. Klient podrzucił granatowy neseser na siedzenie, usiadł obok niego i zatrzasnął drzwi. Taksiarz spojrzał w lusterko zaglądając w twarz klienta.
- Możemy jechać? – Spytał Bill. Klient podniósł nieco głowę i odparł
- Tak, oczywiście. - Taksiarz zwolnił sprzęgło i ruszyli uliczką wyjeżdżając ze skrzyżowania.
    Gdy przemknęli przez nią wyjechali na główną ulicę, o niebo lepiej oświetloną niż cokolwiek inne. Rozświetlona przez neony i witryny sklepowe, inne samochody oraz lampy. Aż dziw ilu było jeżdżących samochodami o tej porze. Klient pijąc kawę, obserwował mijający obraz za oknem. Kierowca zaś był mocno zaaferowany drogą przed sobą, i tylko sporadycznie zerkał na klienta. Jechał wolno i ostrożnie, aby nie uronić ani jednej kropli kawy. Lecz jednocześnie chciał jak najszybciej dojechać do celu podróży. Klient przesunął się trochę bardziej na środek tylnego siedzenia, i lekko nachylił się zaglądając na przednie siedzenie. Billy obserwował go poprzez lusterko, a gdy znalazł się niebezpiecznie blisko niego, odwrócił się i spojrzał na niego z pytającą miną. Ten zrozumiawszy powagę tego spojrzenia, cofnął się i oparł wygodnie. Billy przez chwilę obserwował go patrząc w lusterko, zastanawiając się czy ma coś wspólnego z podrzuconą torbą. Po dłuższej chwili, taksówkarz patrzył się dalej na drogę.
- Smakuje panu kawa? – Spytał klient po dłuższej chwili rozpruwając na atomy ciszę, czując się chyba głupio, z powodu tego nachylania się i szukania bliżej nieokreślonej rzeczy.
- Co? A jeszcze nie próbowałem, wypiję jak pana dowiozę na miejsce.
- Czy ma pan może swoją wizytówkę? Chciałbym ją mieć w przypadku, gdybym potrzebował jakiejś taksówki.
- Chyba tak. Już dawno nikt mnie nie prosił o coś takiego. – Taksówkarz zaczął przeczesywać poszczególne kieszenie swoich spodni, potem koszuli pod swetrem i kurtki. W końcu znalazł małe powyginane metalowe pudełeczko, wyglądające jak mini papierośnica. A w niej zawartość wypełniona była małymi wizytówkami. One, jak i sama papierośnica, została przez niego własnoręcznie wykonane, kiedy był kilka lat młodszy i głupszy, i zainwestował w nie i w pudełeczko, myśląc, że praca taksówkarza w dużym mieście może przynieść spore korzyści. Nie pamiętał jednak, kiedy ostatnio dawał ją komuś, kto by o nią sam poprosił. W ogóle nie pamiętał, kiedy komuś dał jakąkolwiek wizytówkę, a pracuję już w tym zawodzie nie pierwszy rok.
- Częstuj się pan. – Wyciągnął rękę do tyłu, i gdy poczuł, że klient wyciągnął jedną, zabrał rękę, i schował je z powrotem do kieszeni.
- A pan, jeśli można spytać, czym się zajmuje?
- Billy Banana. Najbardziej parszywa taksówka w całym Nowym Jorku. – Zamilkł i po chwili dodał. – Milutkie.
- Dziękuje. – Wtedy, gdy Billy wyrabiał tą wizytówkę był roześmianym młodzieńcem, uważającym ten tekst za dobry chwyt marketingowy. Jednak po latach, napis spełnił swoje przesłanie, stając się prawdziwy.
- Przepraszam, że panu przerwałem, o co pan pytał?
- Czym się pan zajmuje panie…
- Trevor Carr. Dam panu swoją… Chwileczkę. – Zaczął grzebać po kieszeniach.
- Proszę się nie kłopotać.
- Nie, zaraz znajdę. Kto wie, kiedy przyda się człowiekowi dobry adwokat.
- Jest pan prawnikiem?- Spytał Bill, zaglądając w boczne lusterko.
- Dokładnie. – Odpowiedział wyciągając rękę do przodu. Bill wziął ją i od razu przeczytał zawarty na niej napis. „Trevor Carr. – Najbardziej upierdliwy adwokat w całym nowym Jorku”. – Billy uśmiechnął się. I oparł wizytówkę o budzik. Przytaknął i zaczął zwalniać.
- Dojechaliśmy. – Taksówkarz zaparkował na chodniku. Klient zaczął się zbierać.
- Ile się należy za kurs?
Billy spojrzał na licznik i odczytał liczbę.
- 12, 50
Klient wyciągnął portfel i wręczył taksiarzowi dwudziestkę.
- Proszę zachować resztę. Jak znam życie, pewnie gówno tu zarabiasz.
Klient zaczął odchodzić, krzycząc jeszcze.
- Nie wszyscy prawnicy to złodzieje!
- Będę pamiętał! – I zaraz po tym, zasunął okno. Cofnął kawałek, schował wizytówkę prawnika do tylniej kieszeni spodni. Podniósł kubek z kawą, jeszcze gorącą, i pociągnął łyk. Odstawił go i podniósł torbę leżącą pod siedzeniem. Postawił na siedzeniu i otworzył. Głowa patrzyła na niego niczym w zastanowieniu. Billy uśmiechnął się.
- Co za zwariowana noc. – Powiedział.
- Noooo… - Odpowiedziała mu.
- Gdzie teraz?
- A co ty się mnie pytasz?
- Wiesz gdzie można zarobić. Wiesz gdzie jesteśmy?
- Wiem. Nie jestem głuchy. Wycofaj wóz i jedź do stacji benzynowej.
- Po co?
- Na stacji benzynowej można nieraz podrzucić kogoś, komu spieprzył się samochód.
- Niech ci będzie.
Billy raptownie wycofał samochód i usłyszał łoskot. Odwrócił się do tyłu sprawdzając czy czegoś nie potrącił. A dopiero potem na tylnie siedzenie. Bill zapalił lampkę i zobaczył leżący na podłodze neseser. Podniósł go i obejrzał z każdej strony.
- To pewnie tego prawnika. – Spojrzał na budynek, do którego wszedł. Wszystkie okna były w nim pogaszone. – Podrzucę mu jutro. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
- Jak tam sobie chcesz…
Billy schował teczkę pod kierownicę i wjechał na ulicę. Zmierzał do dużego świecącego obiektu. Zaparkował na parkingu nieopodal, tak by światło wypełniało wnętrze samochodu. Zgasił silnik i zaglądał za potencjalnym klientem. Na dachu rozświetlił się napis „taxi”. Torbę ponownie schował pod siedzenie. Podniósł kartonowy kubek i wziął kolejny rozgrzewająco -pobudzający łyk kawy. Nikt się nie zatrzymywał na postój. Zaczęło się mozolne czekanie.     Billy wypił to, co nazywają łykiem ostatniej nadziei. Dalej były tylko fusy. Miał nadzieje, że ciepło kawy utrzyma się w organizmie wystarczająco długo, by złapać kolejnego klienta. No miał jeszcze butelkę burbona. Sięgnął po nią do torby. Głowa schowana w niej zachowywała się jak martwa. Billy uśmiechnął się głupio i krzywo rozdziawiając japę.
- Idiota. – Powiedział.- Kto to płodzi takich? Twój ojciec był chyba takim samym nieudacznikiem jak i ty. Złe geny człowieku.
- Zamiast mnie tutaj przygotowywać do zbawienia wiecznego, powiedz mi lepiej, jaka była twoja żona.
- Moja żona była prostytutką.
- Pierdolisz!
- Już przestałem. Z wiadomych przyczyn.
- Dobra zmieńmy temat. – Bill zasunął zamek w torbie, mimo protestów tamtego.
- Ej coś ty za jeden?!
- Billy Banana. Najgorszy taksówkarz w całym nowym Jorku.
- Co za debilne nazwisko! Sam sobie je wymyśliłeś?
- Zamknij mordę, bo ci zaraz po niej przyłożę. Dobrze, że masz tylko ją, przynajmniej nie mam dylematy czy kopać cię po jajach czy walić po mordzie.
- Tak, jasne, dalej, bij mnie. No przyłóż biednemu kalece.
- Bardzo śmieszne.
    Ktoś zastukał w okno, taksiarzowi aż serce podskoczyło. Spojrzał w okno, ale nikogo za nim nie było. Włączył radio rozkojarzony, z którego popłynęły dźwięki jakiejś nudziarskiej symfonii. Tylnie drzwi się zatrzasnęły. Billy podskoczył, zapalił światło i odwrócił się do tyłu. Na tylnie siedzenie rozsiadł się wysoki mężczyzna w płaszczu, z długimi czarnymi włosami, które uniemożliwiały dostrzeżenie twarzy. Mężczyzna podał kierowcy karteczkę. Taksiarz wziął ją i odczytał adres na niej zawarty. Odłożył ją na bok i zapalił silnik. Wyjechał na ulicę i pojechał w kierunku przeciwnym, do którego przyjechał. Billy zastanawiał się czy powinien zacząć rozmowę. Przejechał przez nieoświetloną uliczkę, w której unosiły się strzępy starych gazet. Wyjechał na uliczkę i mknął sześćdziesiątką wzdłuż ciemnego parku rozpościerającego się na lewo od niego. Zatrzymał się przy skrzyżowaniu i wychylił głowę z wozu zaglądając za znakami drogowymi oznaczającymi ulicę. Taksówkarz wyjechał i okrążył rondo. Pomknął prosto gdzie wyrastało kilka budynków przed nim. Podjechał jak najbliżej numeru 26 ulicy Rolling Stones, wjechał na chodnik i zatrzymał się na nim. Zapalił światło, odczytał na głos cenę kursu na liczniku, i dopiero się odwrócił. Klient rozbudzony otworzył ciemne oczy. Sięgnął ręką w głąb płaszcza i wyciągnął z niego poobdzierany skórzany portfel. Wręczył trzy dychy taksiarzowi, dał znak, że reszty nie potrzebuje i wysiadł. Billy czekał chwilę, obserwując go jak odchodzi.
- Kurde. Kto to u licha był? Jakby dołożyć mu miecz, wyglądałby jak jakiś rycerz, czy coś w tym stylu. Może z więzienia uciekł.
- Ta. – Odpowiedział przytłumiony głos. – Z tego, co słyszałem, nie był zbyt rozmowny.
- Noc jest pełna dziwaków.
- To, dlaczego pracujesz w nocy?
- Bo w dzień śpię.
- A nie mógłbyś spać w nocy?
- Nie. Pracuję przecież.
Billy schylił się pod siedzenie. Rozpiął nieznacznie torbę i wsadził w nią rękę szukając butelki z alkoholem. Coś trzasnęło i Bill poczuł mocny, piekący ból. Wyciągnął pośpiesznie obydwa bolące palce i ścisnął je drugą dłonią.
- Na cholerę jasną żeś to zrobił!
- To się nazywa, najwyższe środki bezpieczeństwa.
- Przecież cię nie zgwałcą!
- To, czemu się skradasz?
- Szukam cholernej butelki!
Oboje zamilkli. Taksiarz rozprostowywał i zaginał oba palce. Miały czerwony, przerywany znak ugryzienia. Bill złapał torbę za uchwyt, drugą ręką i podrzucił ją na siedzenie. Głowa w środku zakołysała się i poobijała o brzegi.
- Ała. – Powiedziała głowa.
- Zamknij już się.  – Wtedy jego wzrok utkwił na butelce schowanej w schowku, przy kierownicy. Wziął ją. Odkręcił korek zębami, wypluł go w twarz leżącej w niej głowy i zaczął opróżniać ją powoli do końca, patrząc się przed siebie. Panowała cisza. I ktoś umiejętnie w pewnym momencie musiał ją przerwać.
- Co robimy teraz?
- Poczekamy na jeszcze jednego klienta.
- Jak długo?
- Na czas nieokreślony, albo do końca zmiany.
- Która godzina?
- Wpół do drugiej.
    Billy mozolnie opróżniał zawartość butelki, zbliżając się do rychłego końca wszechrzeczy. Gdy zakończył picie i nocną zmianę, odpalił silnik i zjechał z chodnika. Pojechał prosto przed siebie i wyjechał na zbyt mocno oświetloną ulicę zapchaną rozjeżdżającymi się we wszystkich kierunkach samochodami. Wolno przemieszczała się w zgiełku hałasu i światła. Wjechał pomiędzy piszczącymi klaksonami i wolno zbliżał się na swoją zatokę trędowatych. Jego wspaniałą dzielnicę, w której wszystko jest możliwe. Definitywnie trzeba było być głupcem, pijakiem, biedakiem, nie zaznajomionym z faktami o tym miejscu, albo po prostu taksówkarzem, by mieszkać w takim miejscu jak to. Billy akurat był tym wszystkim skondensowanym w jednej formie cielesnej.
    Billy stukał palcami w kierownicę, czekając aż dwie ciężarówki przed nim albo skręcą, albo przyśpieszą. Gdy tylko sąsiedni pas się zwolnił, nacisnął gaz i wyprzedził obydwie ciężarówki. Przyśpieszył jeszcze bardziej niemal nie łamiąc sobie z zawiści wszystkich zębów. W oddali widać było kontury małego mostu. Billy skręcił, zwalniając i przejechał ostrożnie przez niego. Znalazł się między zdechłymi trawnikami na sowim osiedlu. Wszystko wokół niego były ciemne i martwe. Zdawać by się mogło, że nikt kompletnie tu nie mieszka, ale jednak mieszkali, czaili się we wszystkich klatkach schodowych, pod latarniami nawet między źdźbłami trawy. Czekali, by tylko napaść na bezbronna ofiarę.
    Taksiarz wytężał wzrok chcąc znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Wjechał między stare budynki. Nieopodal biło mdłe światło od małego kiosku na rogu. Billy rozglądał się za jakimś otwartym sklepem. Jedynie apteka była otwarta. Podjechał, zgasił silnik i wyszedł. Wszedł do białego oślepiającego miejsca, rażącego sztucznym światłem. Podszedł do okienka, nachylił się i wycelował ustami w sam środek otworu, którymi zaraz zaczął poruszać.
- Ej ty mała pluskwo w okularach. – Stary aptekarz powstał niepewnie z groźną miną.
- Czego, dupkowaty, nędzny taksówkarzu.
Billy cisnął receptą na środki przeciwbólowe na ladę i gdy aptekarz odchodził, taksiarz krzyknął za nim by wziął jeszcze pastylki multiwitaminy i tabletki kofeinowe. Wieki całe minęły nim ten skasował mu to wszystko. Przy tabletkach kofeinowych jednak się
zatrzymał.
- Masz pan ukończone osiemnaście lat?
- Czy ja kurwa wyglądam na nieletniego z tym zarostem?
- No nie, ale muszę mieć pewność.
- Mogę ci pokazać moją zarośniętą dupę.
Aptekarz wypowiedział na głos kwotę, która ogarnęła połowę pieniędzy zarobioną dziś wieczór. Wyszedł na wilgotny chodnik w stronę swojego samochodu. Reklamówkę z lekami położył na tylnim siedzeniu. Zaczął grzać silnik, wąchając przy tym powietrze.
- Co tu u licha tak śmierdzi?
- To chyba ja. – Odpowiedział przytłumiony głos. – Chyba zaczynam gnić.
Billy podniósł torbę i położył na siedzenie obok. Głowa wewnątrz, była cała sina. Taksiarz nawet nie miał zamiaru się upewniać, jaką ma temperaturę.
- I co ja do cholery mam teraz z tobą zrobić?
- Nie wiem Bill.
    Samochód podskoczył przy zjeżdżaniu z chodnika. Silnik nie zdążył się dobrze nagrzać, kiedy znaleźli się w miejscu przeznaczenia. Zapiął torbę, zabrał reklamówkę z lekarstwami, wygrzebał resztę drobniaków ze skrytki i wsadził je sobie do kieszeni na piersi. Zamknął drzwi na klucz. Zaraz za samochodem wznosiła się potężna kamienica mieszkalna. Billy przeszedł przez jedną z bram wejściowych i wchodził po kolejnych schodach w całkowitych ciemnościach, licząc każdy stopień. Przeszedł kawałek po betonowej równinie i nadepnął na stary ręcznik zastępujący wycieraczkę. Wyciągnął klucz do mieszkania i palcami zaczął drążyć wypukłości na drzwiach, szukając zamka. Usłyszał za sobą skrzypienie, a gdy się odwrócił, dostrzegł podglądającego go sąsiada. Posłał mu gniewne spojrzenie i zaczął dalej grzebać przy zamku. Z wiadomymi trudnościami miał problem z wsadzeniem klucza w zamek, ale kiedy już mu się to udało, wszedł do środka. Zapalił światło w przedpokoju i zamknął drzwi. Ściągnął buty, nie używając rąk i wszedł do pokoju na lewo, w którym były wyłamane drzwi (przez niego samego). Położył obie torby na stojącym na środku pokoju stole i sam poszedł do kuchni.
    Wysypał na lodówkę wszystkie klepaki, klucze i resztę śmieci. Po czym z wnętrza wyciągnął kawałek sera i zaczął go zajadać. Zajrzał do chlebaka i wyciągnął z niego czerstwą bułkę. Jedząc, wstawił wodę na kawę. Z szafki wyciągnął kubek, kawę i cukier, po czym sporządził z nich dowolną kompilację, której każdy sam powinien się domyślić.
Czekał, stojąc przy oknie. Zaglądał w dół na ciemną ulicę, na której mieniła się światłem tylko jedna lampa. W oddali, drugą stroną chodnika dreptała jakaś ciemna postać. Minęła jego taksówkę i weszła między dwie kamieniczki.
    Zatoka trędowatych to miejsce, gdzie i w dzień i w nocy, należy uważać, na co się wdeptuje, i uważać na własne uzębienie. Albo czy nie wdeptuje się na własne uzębienie. Jedynym plusem mieszkania tutaj była taniocha. Bez ryzyka można powiedzieć, że to najbardziej parszywa dzielnica na całym cholernym świecie.
    Gdy taksiarz dostrzegł wyłaniającą się za zaułków prostytutkę, momentalnie odszedł od okna. Raz by go nie kusiło, dwa by tu nie przyszła. Czajnik zaczął pierdzieć parą. Zgasił ogień, wziął uchwyt przez ręczniczek i zalał kawę. W tym momencie rozległ się po całej okolicy przeraźliwy krzyk, przez który Bill rozlał wodę naokoło kubka, na szczęście się nie parząc. Spróbował jeszcze raz. Ręka mu dygotała. Gdy zalał i odstawił czajnik, poczuł chwilową ulgę. Podszedł do okna i spojrzał w miejsce, w którym przechadzała się dziwka. Jedyne, co dostrzegł, to wychodzące z cienia nogi, leżące na ziemi. Taksówkarz poczuł się dziwnie. Niemal był przy tym, co się stało. Z zaułku, z którego wyszła prostytutka, wyszła kolejna postać. Cała w czerni, uniemożliwiająca wykrycie jakichkolwiek znaków szczególnych, czy czegokolwiek innego. Billy gapił się na nią jak zahipnotyzowany. Po czym ostrożnie się cofał, by nikt przypadkiem nie zauważył tam w dole jakiegokolwiek ruchu. Stanął przed stolikiem, podniósł kawę, nie kłopocząc się tym, że jest porozlewane i może porozlewać jeszcze bardziej. Zgasił światło i wyszedł.
    Położył kawę obok torby, na stole, i włączył radio, które rozświetliło nieznacznie pokój. Wystarczająco jednak jak dla niego, tworząc pewnego rodzaju nastrój. Z radia leciał nadawany na okrągło najnowszy przebój beatlesów, który był adekwatny do sytuacji. „Hard day’s night”. Przełączył go na inną stację radiową, na jazz. Wziął łyk
gorącej kawy. Po jakiejś godzinie siedzenia i picia kawy, słychać było syreny policyjne i karetki pogotowia, myśląc, że te ostatnie nie na wiele mogą się zdać. Ktoś jeszcze oprócz niego widział morderstwo. Być może. Billy wzdrygnął się i przypomniał sobie o czarnej teczce pozostawionej w samochodzie. Zastanawiał się czy może mu się na coś przydać. I nawet przez myśl przeszło mu, czy przypadkiem nie zostawił jej umyślnie.
Z czystej ciekawości podszedł do okna w kuchni, i zaglądał na ulicę zastawioną kilkunastoma samochodami, a z nich wychodzącymi ludźmi. Zaczęło również sukcesywnie przybywać gapiów. Przychodzili akurat ze zmiany nocnej na poranną. Zabawiali najdłużej tylko ci, którzy pozostawiali bezrobotni. Ale nawet oni po jakimś czasie zostawali przeganiani przez dzielnych policjantów. Głównie tych z drogówki. Mimo tylu świateł, martwa postać wciąż pozostawała w mroku. Billy taksiarz pociągnął ostatni łyk zimnej już kawy, mocnej, że powaliłaby konia, i tak słodkiej, że można byłoby od jednego kubka dostać cukrzycy.
    Nadzwyczaj donośny i niezwykle nieoczekiwany grzmot dobiegł z czeluści korytarza. Billy odstawił kubek do zlewu, i podszedł cicho, w ciemności do drzwi wejściowych. Potknął się o własny but pałętający się po podłodze, i bezwładnie runął na drzwi. Coś na korytarzu zajazgotało, słychać było turlanie się jakiegoś przedmiotu. Wyraźnie, ten, który przechodził wystraszył się hałasu, podobnie jak i Bill. Oparł się stabilnie na obie nogi i spojrzał przez nie.
- Gówno widać. – Burknął sam do siebie. Odsunął się od drzwi, a gdy spojrzał jeszcze raz, zobaczył wykrzywioną mordę kogoś, kto próbował zajrzeć do środka przez ten sam obiektyw. Gdy niczego nie zobaczył, przystawił ucho i zaczął nasłuchiwać.
- Co za dziwaczne zachowanie. Tych ludzi z tego budynku powinni zabierać pod specjalną obserwacje w zakładzie dla obłąkanych. Tutaj chyba wszyscy z lekka są troszkę jebnięci.
    Gdy tylko postać się odsunęła, zaraz za nią pojawił się ten sąsiad, który podglądał Billego, gdy ten otwierał po ciemku zamek. Dziwak poszedł w jego stronę. Billy wtedy odsunął się od drzwi i wrócił do pokoju. Zgasił szumiące radio. Usiadł i zaczął wsłuchując się w ciszę.
- It was a hard day’s night. – Rozległ się trupi, szorstki i wolny głos dochodzący znikąd.
- Co to kurwa było? – Spytał sam siebie. Nic mu nie odpowiedziało. Bill spojrzał na torbę.
- Wyjątkowo chujowe żarty się ciebie trzymają. – Powiedział Bill.
- Nie lubisz wisielczego humoru.
- Zaraz sam zawiśniesz.
- Nie mam szyi trepie. Nawet ta sytuacja jest w pewnym rodzaju wisielczym humorem.
Billy podszedł ostrożnie do stołu i zaczął telepać torbą. Głowa krzyknęła w przestrachu.
- I moje dowcipy są niby chujowe? – Odpowiedziała
- Zamknij się, próbuję myśleć.
- Ach, przepraszam, przeszkadzam ci w myśleniu. Rozumiem, wszystko rozumiem.
- Wiem, co masz na myśli. Nie przeciągaj struny.
- Oczywiście babuniu.
Obydwoje zamilkli, a okolica zaczęła się robić szaro niebieska, a nie czarna jak smoła. Billy siorbnął napój ze szklanki.
- Pijesz jak świnia. – Odezwał się znów głos.
- Jestem u siebie.
- Fakt. Ale to nie znaczy, że masz w dalszym ciągu pić jak świnia.
Billy wstał, nachylił się nad torbą, i nalał prosto na twarz, wszystko, co miał w kubku. Gdy ten bulgotał, Billy zasunął zamek w torbie.
- Proszę. Będę już grzeczny. Obiecuję.
- Akurat.
- A jaka jest wartość gumy do żucia za dziesięć groszy?
Taksówkarz wszedł do kuchni, wstawił kubek do zlewu, i podszedł do okna zerkając na ulicę. Wszystko prawie opustoszało. Zwłoki zostały zabrane, gapie się rozproszyli, a oprócz tego wszystkiego pozostał tylko jeden radiowóz.
Billy ukradkiem zerknął na zegarek, który pokazywał piętnaście po piątej. Następnie podszedł do lodówki, przeliczył leżące na niej klepaki i schował do kieszeni. Stanął w przedpokoju, włożył buty i zbieg na dół. Powitał westchnieniem poranek i zaczął dreptać w stronę kiosku, delektując się porannym powietrzem. Schylił się pod zadaszenie do kobiety koczującej w środku.
- Jest już dzisiejszy dziennik miejski?
    Kobiecina wykrakała przytakująco, po czym podała mu ją. Billy zaczął jej się przyglądać, i nawet zauważył pewną zbieżność w urodzie, która przypominała mu wczoraj napotkanego aptekarza. Tyle, że tamten miał lekki zarost. Chociaż jeśli by się tej przyjrzeć, ale nie, przerwał przyglądanie się. Kobieta zauważyła, że Bill jej się przygląda i posłała mu odrażający grymas ust. Bill wyciągnął garść drobniaków, odliczył właściwą kwotę i gdy chciał już odjeść, kioskarka nagle wykrzyknęła za nim.
- Ej ty! Spójrz. – Pokazała palcem za niego i Billy się odwrócił. Jego powieki raptownie się ścisnęły pod wpływem niespodziewanego błysku z aparatu. Taksiarz niemal się wywrócił. Zaczął kląć. Gdy tylko wzrok wrócił do normalnego widzenia, zaglądał się wokół siebie. Widział go przy końcu uliczki, ale zanim by dobiegł ten zdążyłby już zwiać w nieznanym kierunku. Zdezorientowanie zaczęło przeradzać się w stopniową złość. Billy spojrzał na kiosk, i zaczął do niego podchodzić. Tuż przed jego nosem, drewniane żaluzje zatrzasnęły się do dołu.
- Co to do jasnej cholery ma być? Jakiś żart?
Billy zaczął w nie łomotać, które podskakiwały pod każdym ciosem.
- Zamknięte – krzyknęła ze środka kobieta.
- Zamknięte?! Jak to, kurwa zamknięte?
- Byłam na nocnej zmianie.
- Ja też.
- Wiem.
Billy zamilkł drążąc słowa, jakie poleciały przed chwilą, niezupełnie je rozumiejąc.
- Po cholerę w nocy otwierać kiosk. – Odpowiedziała mu tylko cisza. - Ej, co jest, umarła tam pani? Hej, stara, słyszysz mnie?!
Billy zezłoszczony, przeklął głośno. Po chwili przeklął znowu, tym razem bardziej soczyście. A gdy już słowa nie dawały mu już jakiejkolwiek satysfakcji, kopnął w blachę pod okienkiem. Jednak jego zabolało to bardziej, niż kiosk. Nim zrobił kolejny krok, poczuł, że coś opadło mu na lewę ramię. Spojrzał ze złością mając nadzieję, że to nie jest to, o czym myśli. Jednak tym było. Spojrzał w niebo, ale pozostało mu tylko stać bezradnie i wyzywać je od najgorszych, wołając, że się na nich zemści. Wrony natomiast go ignorowały.
Posłał im tylko nienawistne spojrzenie, i szedł dalej, trzymając gazetę nad głową w razie kolejnej napaści.
    Przy kolejnym wejściu po schodach, było na tyle widno, że nie musiał zliczać kolejnych stopni. Wszystkie je widział. Na całe szczęście. Gdy stanął przed swoimi drzwiami, poczuł na swoich plecach czyjś wzrok. Zerknął do tyłu, z najbardziej wrogo nastawioną miną, na jaką tylko mógł się zdobyć. Chyba podziałało, bo tamten schował się do środka. Billy wchodząc zatrzasnął swoje drzwi z całą możliwą w swoich barkach siłą.
Nim doszedł do pokoju usłyszał dzwonek do drzwi, którego nie sposób było zignorować. Stał przez chwilę zastanawiając się nad czymś nieuchwytnym i wtedy rozległo się pukanie. Billy rzucił się na torbę wciąż stojącą w pokoju na stole, momentalnie rozsunął zamek.
- Ktoś przyszedł, odezwij się choćby słowem, a będziesz martwy. Słyszysz?
- Stary, ja już jestem martwy.
- Więc będziesz bardziej martwy niż jesteś, kapewu ?
- Być bardziej martwy? To by już było coś.
- Zamknij gębę, bo inaczej cię po niej strzelę.
- I tak mam wieczność przed sobą.
- Zajebiście śmieszne, a teraz, milcz. Ktoś ci mówił kiedyś, że milczenie jest złotem?
- Żoneczka.
Billy zasunął suwak, i rzucił torbą pod stół.
- Ała! – Krzyknęła głowa.
- Powiedziałem ani słowa!
- Dobra, dobra.  
Tymczasem dzwonienie i pukanie na przemian stawało się coraz bardziej natarczywe. Billy jednak dalej zastanawiał się czy otworzyć. Próbował po cichu podejść do drzwi i spojrzeć przez wizjer. Szedł wolno i ostrożnie.
- Halo? – Spytała karykaturalna postać po drugiej stronie drzwi. Po czym zagrzmiała trzykrotnie w drzwi. Billy tak się tego grzmocenia wystraszył, że potknął się o fałd chodnika i runął całym ciałem na drzwi, chwytając się w locie ściennej półki, która nie wytrzymała presji i runęła na ziemię. Billy przeklął głośno.
- A! Słyszałem cię! Otwieraj. – Powiedział to głosem drwiącym i zwycięskim zarazem. Billy złapał się za tył głowy, wstał. Nie było już potrzeby zaglądać przez judasza, więc od razu chwycił za klamkę i otworzył nieznajomemu. Ten uśmiechał się jak dostawca pizzy czekający na soczysty napiwek, jednak, sądząc po przebraniu, był raczej gliniarzem, niż dostawcą. Chociaż jeśli chodzi o wymowę, przypominał on bardziej świadka jechowego wciskającego na chama swoje zasrane ulotki, wraz z wydeklamowanym wierszykiem.
- Nie za wcześnie? – Spytał dziwoląg.
- Nie. O co chodzi?
Gość poszperał w jednej z kieszeni. Następnie wsadził dłoń do drugiej i wyciągnął kartę. Wręczył ją Billemu. – Mogę zadać panu kilka pytań? Nie zajmę dużo czasu. – Billy oddał mu kartę policyjną i zaprosił go do środka, nie zbyt orientując się, o co chodzi. Obaj weszli do pokoju. Billy zasiadł na fotelu blisko torby z głową, potykając się niechcący o nią. Gliniarz zapatrzył się w niego ze zdziwieniem. Billy dostrzegł ten wzrok, czując, że usłyszał.
- Potknąłem się, przepraszam.
- W porząsiu. Domyśla się pan, w jakiej sprawie przyszedłem.
- Źle zaparkowałem?
- Tak?
- Zielona taksówka przed budynkiem.
- Ach, to pewnie też, zajmiemy się tym później.
Billy ukradkiem spojrzał w sufit, a dopiero znowu na gliniarza.
- Chodzi mi o morderstwo.
- Morderstwo? – Spytał, zastanawiając się czy dobrze usłyszał.
- Nie czytał pan dzisiejszych gazet?
- Jeszcze nie zdążyłem.
- Ale kupił przecież pan gazetę, przynajmniej mógł pan spojrzeć na pierwszą stronę.
- Skąd pan wie, że kupiłem gazetę.
Nastała chwila deprymującej ciszy.
- Em, widziałem pana jak odchodził pan od kiosku.
Billy zastanawiał się czy w owym czasie widział kogoś w pobliżu. Był oczywiście ten niezidentyfikowany gagatek, który pstryknął mu zdjęcie. Ale skoro jest z policji, to niezbyt daleko, stała suka.
Domniemany policjant kontynuował swój wywód.
- Dzisiaj znaleźliśmy dwa uduszone ciała. Gdzie był pan dzisiejszej nocy między pierwszą a drugą godziną?
- No, o tej godzinie jeszcze w pracy. Przewiozłem tej nocy dwoje klientów, potem poszedłem do apteki, no i wróciłem do domu.
- Może pani mi ich opisać?
Billy zaczął się zastanawiać jak wyglądali.
- Jeden z nich był niski, brodaty w meloniku i garniturze. Dosyć kasiasty skoro dał mi dość spory napiwek i postawił kawę.
- A ten drugi.
- W porównaniu do pierwszego zupełnie małomówny, nie widziałem twarzy, miał ją pod długimi ciemnymi włosami. A i też nie wypadało, bym się przyglądał.
- Rozumiem. A jeszcze się spytam. Co pan robił około trzeciej nad ranem?
- Byłem tutaj, w domu.
- Spał pan?
- Nie. Słuchałem radia i piłem kawę.
- Dlaczego pan nie spał.
- Mam dzisiaj dużo głupich sprawunków do załatwienia.
Policjant zastanawiał się jak sformułować ostatnie pytanie.
- Słyszał pan około trzeciej godziny coś niezwykłego?
- Nawet więcej.
- Mianowicie. Proszę opowiedzieć.
- Widziałem jak prostytutka wyszła skądś na ulicę, zniknęła za zaułkiem, i wtedy nastał przeraźliwy krzyk, stłumiony czymś, nie wiem. Nie potrafię określić.
    Gliniarz przytaknął w skupieniu głową. Jego wyraz twarzy zupełnie się zmienił. Był niemal innym człowiekiem teraz, nim zanim tu wszedł. Odchylił się do tyłu i zaczął grzebać w kieszeniach. Po chwili wyciągnął dwa, zgięte w pół, zdjęcia. Podał je taksówkarzowi. Jedno z nich przedstawiało adwokata pijącego piwo z jakimiś typami, których nie znał. Drugie było zrobione dzisiaj. Przedstawiało go leżącego w kałuży krwi, chyba w jego mieszkaniu. Wokół szyi miał czerwoną szramę od uduszenia. Billy z lekkim obrzydzeniem oddał mu oba zdjęcia.
- Czy to ten człowiek? – Spytał.
- Definitywnie, tak.
- Rozmawialiście państwo o czymś. Może zwierzył się z czegoś, nawet nie istotnego.
Billy podumał chwilę w zastanowieniu i powiedział.
- Nie. Dał mi tylko swoją wizytówkę.
- Tylko wizytówkę?
Billemu przed oczy stanął neseser, o którym zapomniał, a który leży u niego w samochodzie. Uznał jednak, że najpierw sam zajrzy do niego, co w nim jest. Wszakże wczorajszy dzień był dość dziwny, i kto wie, czy adwokacina, nie zostawił go mu specjalnie, wiedząc, że czeka go to, co jego. Postanowił, więc jeszcze o nim nie mówić, i został przy wizytówce.
- Tylko wizytówkę. Ja dałem mu swoją. Pewnie przez nią mnie namierzyliście.
Policjant uśmiechnął się i zacytował.
- Najgorszy taksówkarz w całym Nowym Jorku.
Billy poczuł, że powinien się uśmiechnąć. I tak też zrobił.
- Tym razem nie dam panu mandatu, mimo, że się panu należy. To w zamian, za najście i zabranie czasu. – Policjant wstał. Billy też.
- Nie ma, za co. - Odpowiedział. Po czym podziękował dodatkowo.
Gliniarz spoglądał na torbę leżącą pod stołem. Billy próbował nie spanikować.
- Coś się stało?
Spojrzał na niego i znów na torbę.
- Patrzę tylko z ciekawości, o co się pan przewrócił.
Billy spojrzał na cały pejzaż wokół torby i wymamrotał.
- O nogę stołu. – Podszedł i kopnął stół, który zachwiał się lekko.
- W porządku, nie zawracam już panu głowy. – Uśmiechnął się ponownie, a Billy zastanawiał się czy to nie jest jakaś aluzja, i czy nie ulega, jej zdradzeniu. Musiał jednak uważać na zdemaskowanie. Uśmiechnął się i odprowadził gliniarza do drzwi. Oboje stanęli przy nich, i policjant wyciągnął z kieszeni na piersi wizytówkę i wręczył mu ją. Billy przyjął ją nie odrywając od niego wzroku.
- To w razie czego.
    Billy przytaknął i otworzył mu drzwi. Wychodząc policjant zerknął na drzwi sąsiada, naprzeciwko, który obserwował ich już wtedy, gdy ten wchodził do środka.
- To jakiś świr. Proszę nie zwracać na niego uwagi.
Gdy sąsiad sam poczuł się przez obojga obserwowany, zatrzasnął drzwi. Policjant podszedł do jego drzwi i zaczął zaglądać przed wizjer. Nic nie zobaczył, ale miał nadzieję, że ten w środku go zobaczy. Więc uśmiechnął się szeroko i odszedł w dół schodów, w kierunku, którego nie mógł widzieć. Jednak nie schodził. W tym czasie Billy zamknął swoje drzwi i podglądał całe zajście. Policjant w najmniej nieoczekiwanej chwili rzucił się na drzwi sąsiada z taką siłą, że po całej kamieniczce przeszedł wstrząs, jak od trzęsienia ziemi. Słychać było także stłumiony krzyk sąsiada, i oddalający się śmiech policjanta. Billy przekręcił klucz w zamku i powrócił do pokoju, zasiadając w fotelu, mówiąc na głos.
- To wszystko jest bardzo dziwne…
    Zastanawiał się przez chwilę nad komplikacjami realnego świata, i doszedł do pierwszej rzeczy, która go tknęła, była dzisiejsza gazeta. Wziął ją do ręki i pół głosem przeczytał nagłówek. „ Dusiciel w zatoce trędowatych.” Po lewej stronie od nagłówka było zdjęcie nóg prostytutki, a pod nim znajome już mu zdjęcie uduszonego adwokaciny. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie wiadomość została napisana, sporządzona i opublikowana w prasie. A może to wszystko to manipulacja, której ulega i zostaje w nią nieświadomi wciągnięty. Było tu jednak coś, co zgrzytało. Kolejną rzeczą, która mu stanęła przed oczyma była wizytówka tego gliniarza. Nieświadomie wsadził ją do tylniej kieszeni, nie zbyt wiedząc, kiedy to się stało. Spojrzał na nią, i tak jak się spodziewał wydała mu się dziwnie znajoma. Jego zgryz zaostrzył się. Wyciągnął swoją wizytówkę, policjanta i adwokata. Wszystkie były robione bezprecedensowo w tym samym miejscu. Teraz naprawdę się ostro zastanawiał, czy to nie jest jakiś jeden wielki spisek. Mierzwiąc wizytówkę adwokata, usta same wypowiedziały magiczne słowo. – „Neseser”.
Billy zerwał się z siedzenia i pobiegł do przedpokoju.
- Zaraz wracam, popilnuj za ten czas domu.
- Jasne, wszystko, czego sobie zażyczysz, może jeszcze mam przynieść gazetę?
- Nie trzeba, już mam, może innym razem .
    Drzwi się zatrzasnęły. Słychać było szybkie zbieganie po schodach. Potem nastała chwila nieustannej, niepohamowanej ciszy. Od strony kuchni, z uchylonego okna, wlatywały liczne przekleństwa i łomoty, jakich dokonywał, siejąc spustoszenie spokojowi na ulicy. Przez kilka sekund było cicho, a potem nastąpiło błyskawiczne przeskakiwanie schodów. Coraz głośniejsze, aż wreszcie nastał grzmot. Po grzmocie nastał krzyk, i przekleństwo tak głośne, że aż w niebie chyba musieli się zdziwić. Tymczasem drzwi sąsiada uchyliły się z charakterystycznym skrzypnięciem. Billy był tak niepohamowany w swej złości, że musiał sobie na kimś ulżyć. Na sąsiedzie.
- Spierdalaj jebany szpiclu do siebie, bo inaczej dobiorę ci się do dupy!
    Drzwi zatrzasnęły się w niemym huku i już się nie otworzyły. Billy wszedł do środka, dzierżąc w swej dłoni czarną teczkę. Zamknął drzwi, a zamek przekręcił niezliczoną ilością razy. Wolno posuwał się do przodu, mając już dość jak na jeden dzień, zemsty przedmiotów martwych. Jednak, jeśli nie chciały poznać złośliwości przedmiotów żywych w stosunku do martwych, niech lepiej trzymają się na baczności. Billy walnął teczką na stół. Schylił się po torbę, z której wyciągnął za kudły głowę, wciąż ubrudzoną kawą. Postawił ją rozcięciem na blacie stołu, by pionowo na niego patrzyła. Oczy zamrugały w niedowierzaniu, ale także, by wymrugać resztki kawy pozostałej na rzęsach. Billy zaczął oglądać spod różnych kątów teczkę. Aż zostawił ją w spokoju i spojrzenie wbił w odrąbaną głowę.
- Nie znam kodu. Może znasz kod do tej akurat teczki?
- Jasne, cale mnóstwo.
- To dawaj.
- To był sarkazm.
- To chyba ty mówiłeś „mam wieczność przed sobą?” – Odetchnął. – Chyba będę musiał sobie odpuścić. – Chwila zastanowienia.- Jej właściciel nie żyje, teczka jest moja. A co jeśli po brzegi jest wypchana pieniędzmi, a ja nie mogę się do nich dobrać, i nieświadomie dalej będę tyrał jako cholerny taksówkarz. A co jeśli to pieniądze mafii, i teraz mnie ściga, a ja nie jestem tego świadom?
- Czekaj na rozwój wypadków. Kłopoty same cię znajdą.
Billy puścił kolejną ironiczną uwagę mimo uszu, i odpalił papierosa.
- Masz ochotę na kawę? – Spytał Bill.
- Nie dziękuję, mam jej tu całkiem sporo.
- Jak sobie chcesz.
    Dopalając papierosa do końca, zastanawiał się, co go ta właściwie cała sprawa interesuje. Zaciągnął się ostatnim raz, zgasił peta o blat stołu, czujnie obserwowany przez głowę. Chwycił ją beznamiętnie za włosy i wsadził z powrotem do torby. Zasunął zamek.
Taksówkarz postanowił wyjść na miasto. Wziął ze sobą głowę, i zszedł wolno po schodach. Ze skrzynce pocztowej wyciągnął z początku nic nieznaczącą pocztówkę. Wyszedł, spoglądając na nią. Była na niej czarno - biała mapa, wyraźnie doklejona na kartkę, pod którą nic nie było. Był to wyraźny zarys tego miasta. W dodatku, okolic, które dobrze znał. Odwrócił kartkę i przeczytał napis „spotkajmy się w dziś o ósmej, w miejscu zaznaczonym na mapce. Przynieś walizkę. Wiesz, o co chodzi. Ja zresztą też. Pozdrowienia. Brzuchomówca.” Billy odwrócił kartkę i przyjrzał się dokładniej. Faktycznie jedno z miejsc było oznaczone małą, czerwoną kropką.
    Wrócił do swojej taksówki, i odpalił gruchota. Zaczynało się coś dziać. Miał cel. Mimo, że wszystko to przypominało treść nie zbyt wyszukanego kryminału. Wjechał na zatłoczoną ulicę, pełnej smogu, rozbieganych ludzi i niemiłosiernie piszczących samochodów. Jechał w stronę punktu oznaczonego na mapce, chcąc się rozeznać, co to właściwie za miejsce. I czy przypadkiem ktoś nie planuje na niego pułapki, biorąc go, być może za kogoś innego.
    Szukanie dokładnego adresu zajęło mu jakieś pół godziny. Lecz gdy już go znalazł, nie mógł uwierzyć. Miejsce było małym lokalem z barem, stolikami i sceną, na której właśnie rozgrzewał się kabaret. Młode tancerki, w cylindrach i prowokujących strojach, próbowały współgrać każdy krok do odpowiedniego dźwięku. Jednocześnie wychodzić przy tym swobodnie i naturalnie. Bez dziwactw. Wolno podchodził do kontuaru baru. Barman jednak nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Może i dobrze. Ostatecznie nie zasiadł na stołku. Skręcił między stoliki i podszedł do dużej tablicy, w której czegoś brakowało. Na tablicy była ogromna mapa całego stanu, a gdzieś w środku niej, był wycięty prostokąt do formatu widokówki. Spojrzał na nią przelotnie, by nie wzbudzać podejrzeń, czując się w tym momencie obserwowany nie tylko przez barmana i tancerki, ale i kogoś jeszcze. Oklepał się po kieszeni chcąc wyciągnąć papierosa, okazało się, że nie ma przy sobie żadnego. Chcąc czy nie, podszedł baru. Barman podszedł po chwili. Poprosił Marlboro czerwone i zapałki. Barman schylił się i wyciągnął, i postawił mu je na blacie. Wziął pieniądze, i spytał się jeszcze, czy nie chcę czegoś do picia.        
    Przez chwilę było na tyle cicho, by mógł w spokoju odpalić. Gdy już odpalił, dosiadł się do niego dziwny mężczyzna, o niebieskich włosach i twarzy zafarbowanej na biało. Spojrzał ukradkiem na Billego, wyciągnął czerwoną szminkę i zaczął nią malować usta. Gdy się uśmiechał, miało się wrażenie, że zęby ma mniejsze niż inni ludzie, ale jednocześnie ma ich dwa razy więcej. Gdy podszedł do niego barman, poprosił o piwo. Gdy mu je nalał i postawił przed nos, skinął na niego dyskretnie. Billy poprosił też o szklaneczkę piwa. Gdy barman nachylał się nad nim, ten złapał go za fraki i przyciągnął do siebie, szeptając.
- Kim jest ten facet siedzący obok mnie.
- To mim. Pracuje tu, jako kuglarz.
    Billy puścił go w głębokim zamyśleniu. Postanowił nie wzbudzać podejrzeń. Wszakże nawet i ten niby mim, może być tym, który mu wysłał kartkę. Mim natomiast ściągnął włochatą perukę, i Billy podpatrzył na plakietkę doczepioną z tyłu: „Wyroby tupeciarskie u Erniego Grzyba.” Mim zszedł na chwilę ze stołka, a Bill zastanawiał się, czy nie powinien się spytać, że szuka Brzuchomówcy. Gdy jego pęcherz dał o sobie znać. Mim i Billy minęli się w drodze do toalety. Sikając, myślał, że ma pięćdziesiąt procent szans, że osobnik siedzący obok, to ten, którego szuka. Ciekawe, czy ten domyśla się, że to do niego wysłał pocztówkę, i że on tu właśnie jest.
Szło dobrze, nie rozlewał, aż do momentu, gdy ktoś przemknął za nim pośpiesznie. Obejrzał się do tyłu, ale kąt nachylenia głowy, nie pozawalał mu odwrócić się za siebie. Szczał dalej.
- Kurwa, ile tego jeszcze?!
Płynnym ruchem zakończył manifestację. Jednak za sobą wciąż wyczuwał ruch.
- Choćbyś miesiąc strząsał godnie, zawsze kropla spadnie w spodnie. – Powiedział Billy niezbyt głośno, ale echo pomieszczenia zrobiło za niego resztę. Zakończył. Podszedł do umywalki i umył ręce. Wtedy poczuł dotyk na swojej kieszeni. Złapał odruchowo mokrą ręką i momentalnie się odwrócił. Przed nim stała dryblasowata postać odziana w płaszcz, długimi czarnymi włosami i kapeluszem na głowie. Jego twarz ginęła w mroku jego kołnierza. Światło zaczęło szwankować, mrugając niesamowicie doprowadzając do oczopląsu.
- Kim jesteś? – Spytał bez ogródek ściskając tajemniczemu jegomościowi rękę. Zanim Billy zdążył o czymkolwiek pomyśleć, ten wtrącił mu się nośnym basowym głosem.
- My się znamy.
- Dlaczego grzebiesz mi w kieszeni.
- To proste. Jestem kieszonkowcem, to moja praca.
- Na miłość boską jestem taksówkarzem, nie zarabiam nawet na benzynę!
- Przepraszam.
Billy puścił go. Kieszonkowiec ukłonił się i wybiegł za drzwi. Pomyślał przez chwilę, czy ten facet mógłby być tym tajemniczym mężczyzną z wczorajszego, wieczornego kursu. Mógłby. Czy zatem on mógłby stać za tymi morderstwami? Mógłby, a jakże. A czy przypadkiem on, jako jedyny świadek nie chciałby go załatwić? Chciałby. Ale, po co? Billy sięgnął do tylniej kieszeni i szukał portfela. Był na miejscu, ale czegoś brakowało. Pocztówki.
- Skurwy…
    Taksiarz wybiegł i rozejrzał się wokół po barze. Było zbyt ciemno by coś zobaczyć, jednak dałby sobie głowę uciąć, że już go tu nie ma. Billy, wyraźnie roztrzęsiony podszedł do kontuaru i pstryknął na barmana. Obok w dalszym ciągu siedział ten cholerny mim, dziwnie mu się przyglądający, podczas nakładania kolejnej warstwy pudru.
- Coś się stało? – Spytał barman. Billy dostrzegł, że mim przygląda mu się z zaciekłością.
- Nic. Już nic. Dziękuję. – I zaczął się wycofywać, mimo jego pracy, nie odrywał od taksówkarza wzroku. To niewątpliwie musiał być Brzuchomówca. Wycofując się spojrzał ukradkiem na mapkę, w której wcześniej było puste miejsce. Teraz, miejsce było zaklejone jego pocztówką. Billy wyszedł na ulicę, gdzie uderzyło go blade światło. Wszedł do taksówki, i zaraz musiał się przypałętać jakiś ćwok. Wszedł do tyłu.
- Proszę pod budynek urzędu miejskiego.
- Przepraszam pana bardzo, ale ta taksówka jest nieczynna, proszę złapać jakąś inną.
- Jak to nieczynna?.
- Nie pracuję teraz.
- To, czemu nią pan jeździ?
- Bo tak i już.
- Złożę na pana skargę. Obetną to panu z pensji, albo zabiorą samochód, a jak zabiorą samochód, to nie będzie pan mógł jeździć, a jak nie będzie pan mógł jeździć to i straci pan pracę. A jak straci pan pracę, nie będzie jej pan miał, i kto wtedy będzie górą?!
- Wypierdalaj ty jebany szubrawco polityczny, albo zaraz będziesz musiał zeskrobywać swoje nogi z jezdni!!! Won z mojej taksówki, jak mówię, że nie to nie ! - Burżuj wyraźnie przestraszony, że już nie jest górą, zaczął mętnie wychodzić.
- Jeszcze się policzymy.- Powiedział nachylając się przez otwartą szybę.
- Jak znajdziesz liczydło, to na pewno.
Billy wcisnął pedał gazu, nie zważając już na niego. Ruszył. Przejeżdżając mu przy tym po obu nogach, zostawiając w kałuży krwi wyciekających z butów. Nieświadomie Billy spełnił swoją obietnicę.
    Billy jeździł ostrożnie po mieście, nie nadwerężając baku. Wjechał między zaułki prowadzące do rynku, w których można było znaleźć najbardziej dziwne miejsca na świecie. Zatrzymał się, zgasił silnik i przez chwilę patrzył się jak zahipnotyzowany w ścianę z nazwami pięter, nie wierząc własnym oczom. Pierwsze piętro – wyrób pocztówek. Drugie piętro – wyroby tupeciarskie u Erniego Grzyba. Piętro trzecie – wyrób wizytówek. Jeśli ma zamiar tam iść musi być ostrożny i czujny, i działać incognito. Być może to tu właśnie jest siedziba wszelkich kłopotów.
    Wyciągnął kluczyki i zamknął samochód. Przeszedł przez ulicę, badając ręką wielkość swojej kabzy. Wszedł przez oszklone drzwi, i zaczął wspinać się po stromych, betonowych schodach. Przechodząc przez pierwsze piętro, nagle zaczął rozmyślać, że jakby tam wszedł to nie wiedziałby zupełnie, o co się zapytać. Bowiem nie miał pewności do niczego. Stanął przed drzwiami pracowni tupeciarskiej, i próbował wejść. Jednak drzwi były zamknięte. Wszedł na trzecie piętro.
    Powitał go staruszek siedzący za biurkiem przy krajarce do papieru. Łypnął na niego spod okularów na sznurkach. Wszędzie było mnóstwo papieru, książek i gazet. Były tu chyba wszystkie gatunki papieru, na jakich tylko można byłoby drukować. Śmierdziało zwietrzałym tuszem. Billy przez chwilę myślał, czy nie wyrobić sobie wizytówki. Jednak wymagało to podania imienia i nazwiska, a ten tutaj mógł jakimś cudem je znać, zwłaszcza, że istniała możliwość powiązań. Mógł oczywiście podać fałszywe nazwisko, ale nie chciał ryzykować.
- W czym mogę pomóc szanownemu panu?
- Chciałbym zobaczyć wzory wizytówek, jeśli pan ma.
- Oczywiście.
Starzec sięgnął pod ladę, i wyciągnął spod niej mały, gruby album, jak na zdjęcia. Podał mu go. Billy wziął go do ręki, obmyślając, co mu powie, gdy będzie mu go oddawał. Usiadł przy jednym ze stołów, zawalonym makulaturową kupą. Zaczął przeglądać karta po karcie, szukając znajomego wzoru. Jednak miał szczęście, żeby za pierwszym razem znaleźć właściwe miejsce. A nawet trzy miejsca, ze sobą powiązane w jeden makabryczny spisek. Teraz musiał tylko uważać na wszystkich, i patrzeć im na ręce.
Przejrzał następne kilkanaście stron, i jego wzrok uchwycił tą właściwą, doskonale mu znaną. Model 26. Zamknął książkę, podszedł do lady i oddał mu ją, mówiąc, że znalazł model, który go zaciekawił i wpadnie złożyć zamówienie w przyszłym tygodniu. Musiał się jakoś bronić. Billy zbiegł po schodach i wpadł do swojej taksówki.
Zaczęło się ściemniać przez deszczowe chmury, które nadjeżdżały.
- Co robimy? – Spytała głowa.
- Co ty tu do cholery robisz? Jak tu do kurwy przenajświętszej wszedłeś?
- Zabrałeś mnie przy okazji. Sam nie wiem. Opowiem ci pewną historyjkę.
- Lepiej się zamknij, zanim wyrzucę cię do śmietnika.
- To, co przeżył Chrystus jest nagrodą, w porównaniu do tego, co ja przeżywam z tobą.
- Na litościwość boską, opowiadaj, jak już musisz, ale się streszczaj maksymalnie.
- A więc… Żył sobie pewien chłopak, którego z domu wyrzucili rodzice, i którego później rzuciła dziewczyna. Chłopak mieszkał długi czas na ulicy. Po jakimś roku od tych wydarzeń, odnalazł brata, który się nim zajął. Brat był prawnikiem czy kimś takim. Zazwyczaj chłopak siedział w domu sam, myśląc o tym, w jaki sposób ze sobą skończyć. Aż pewnego razu jego brat powiedział mu „nie wiń siebie za swe winy, tylko wiń ludzi wokół”. Chłopak wziął te słowa do serca, i wymyślił, że od tamtej pory będzie uprzykrzał czyjeś życie.
- Co to za rzewna historyjka? Kończ już.
- Dobra do cholery, nie chcesz słuchać, to cię mam w dupie, nie chcesz wiedzieć, co dalej było z chłopakiem, to nie, łaski bez. Ale naucz się ty zawistny dupku czasami korzystać z porad innych, i słuchać historii, które mają morał, bo może jej bohater, jak i sama historia może mieć powiązanie z tobą, albo ci się do czegoś przydać. To właśnie po to dobry pan bóg wymyślił pisarzy. I nauczy się zadawać pytania właściwym ludziom.
- Dobra zakumałem, skończ już w końcu.
Wtedy w okno zapukała jakaś starowinka, skrzecząc przez szybę.
- Synku, masz może wolną taksówkę?
Billy przechylił się i otworzył tylnie drzwi. Babka siadła na tylnie siedzenie.
- Dziadek siadnął, babka siadła, dziadek pierdnął, babka spadła.
Billy taksiarz zepchnął z całej siły ciosem torbę pod siedzenie.
- Coś mówiłeś synku?
- Pytałem się, gdzie jedziemy?
- Rue morningstreet 26.
    Znajomy adres, jednak to tylko jak widać zbieżność. Chociaż dziwne, że liczba 26 prześladuje go dziś nieco. Billy nacisnął gaz i raptownie wycofał do tyłu. Babunią zarzuciło tak, że się odbiła od sufitu. Jej uśmiech wyglądał teraz jak z jakiegoś karykaturalnego żartu.
- Babcia skacze hop, hop, zaraz jebnie w płot, płot.
Billy włączył radio na cały regulator. Znów leciał „a hard day’s night”. Głowa zaczęła podejmować melodię. Samochód podskoczył, a starowinkę, z głowy spadła peruka, odsłaniając gołą glacę. Billy spojrzał na nią z zastanowieniem. Uznając, że nie warto, jechał dalej, aż usłyszał trzask otwieranych drzwi. Billy zahamował, otworzył drzwi i zobaczył jak babcia turla się po jezdni. Billy błyskawicznie wrzucił wsteczny o mało jej nie przejeżdżając.
- Przejedź ją! I obszukaj! Jak ją stać na taksówkę, to znaczy, że ma wysoką emeryturę.
- Zamknij się w końcu.
Billy wyszedł, złapał babcię za fraki i wrzucił do samochodu. Pojękiwała męskim głosem. Billy przypatrzył się, uznając przed samym sobą, że ta twarz wcale nie jest mu nieznajoma. Usiadła i naciągnęła na głowę perukę, wtedy wrażenie zniknęło. Zaczęli jechać dalej. I nastał kolejny krzyk, Billy spojrzał na jej koniuszek palca, badając, na co wskazuje. Na torbę.
- Głowa! Tam jest głowa, odcięta w torbie!
- Proszę się uspokoić, to tylko atrapa!
Wtedy głowa rozdmuchała poły zamku, i spojrzał obłąkańczo na kobietę uśmiechając się.
- Zabij jędzę! Zabij! He he. Zabierz jej emeryturę.
Babka rozdygotanymi rękami chwyciła klamkę, i zaczęła krzyczeć zupełnie męskim głosem i przeklinać przy tym. Chwyciła za klamkę i znowu wypadła. Billy zahamował i obejrzał się do tyłu. Babka podnosiła się z jezdni i zaczęła biec w bliżej nieznanym kierunku. Billy powstrzymywał się jak tylko mógł, by nie stracić kontroli nad sobą. Nacisnął na gaz.
- Na chuj żeś to zrobił do jasnej Anielki!!!
- To zemsta moja za to, żeś nie słuchał tego, co mam do powiedzenia.
- Na litość boską, straciłem klientkę.
- Świat jest wielki i niezgłębiony, i nie jedną jeszcze znajdziesz.
    Billy wyciągnął papierosa, postawił torbę na siedzeniu, zapalił. Przez chwilę było cicho. Do momentu, gdy Billy wykiepował popiół do torby. Wtedy właśnie rozległ się krzyk. Zanim skończył papierosa, złość mu minęła. Następnym celem była knajpa. Wszedł i zamówił pierogi, które pochłonął. Czas mijał bezlitośnie na przemyśleniach, które do niczego nie prowadziły. Musi jednak czekać.
    Nadszedł zmrok. Billy siedział w swojej taksówkę, wyglądał przez nią, co chwilę. Naprzeciwko stała ta knajpa, w której miało się odbyć za niecałe cztery godziny spotkanie. Nie było tak zimno jak wczoraj. Z wewnątrz dobiegała gra zespołu jazzowego. Brzęczenie latarni. Wszystko brzmiało jak kakofoniczny bełkot, którego nie sposób było klimatu przelać na papier. Nigdy nie wiadomo, od czego zacząć, od opisu koloru świateł, przejeżdżających samochodów, czy parady ludzkiego szaleństwa zaprawionego zakrapianką. Deszczowe dzielnice. Każdy marzy, o czym chce. Miasto jest gorzkim wspomnieniem utraconych szans i wartości. To świat, w którym gwóźdź kocha, kiedy się go wbija w drewno. Cały świat natomiast jest jak wąż miotający się jak język. Szklany gwizdek wypełniony defiladą.     Zaglądając w zupę widzisz statki w niej płynące. Przenosisz wzrok na ścianę, a po niej spływają jajka sadzone. Miasto to nowotwór. Makabryczny wodewil, w którym wszystko jest możliwe. A nad tobą garbate aniołki, pieprzone przez diabełki. Róg obfitości. Ponad domami unoszą się śmiechy. A nad tym wszystkim, księżyc jak kawałek sera. Noc nas nie zawodzi. Zawsze nadchodzi. Czuć opadający smog. Różne zapachy. Keczup ze speluny naprzeciwko, posmak perfum, smażonego kurczaka i rozgotowanej cebuli. Rzężą gałęzie.  Stary szaleniec wyśpiewujące swoje peany pochwalne w stronę nocy. Krzyk rozwydrzonej kobiety. Kto wie, co jej się stało? Może napadł ją dusiciel. Może lepiej nie żartować.
    Jakaś kobieta przechadzała się koło niego, rozgniatała obcasami szczury i pakowała je do worka. Jak zobaczyła obserwującego ją Billego, domyśliła się i powiedziała, że to dla kotów. Ponowny krzyk. Prawdopodobnie tej samej kobiety. Przerywany uderzeniami. Billego nerwy zostają zszargane. Znowu kogoś zabijają a on jest w pobliżu. Czyżby niefortunny przypadek? Może ktoś go śledzi i chce go wrobić? Musi się tego dowiedzieć.
    Billy próbował nie zaglądać w kierunku, z którego dobiegły krzyki. Nasłuchiwał. Usłyszał rzężenie i dostrzegł błysk za sobą. Odwrócił się i krzyknął na cały głos. Dostrzegł uciekają postać. To pewnie ta sama osoba, co mu dziś rano pyknęła zdjęcie. Teraz może być prawie pewien, że ktoś go cały czas śledzi i chce w coś wrobić. Billy zwolnił sprzęgło i zaczął jechać za nim. Samochód podskoczył. Raptownie przyhamował i wyszedł z niego. Spojrzał przed siebie, ale fotograf uciekł w nieznanym kierunku. Billy spojrzał na spodnią część swojego samochodu sprawdzając czy przypadkiem nie złapał gumy. Jednak złapał w ręce coś zupełnie innego. Tupecik. Obejrzał go dokładnie i włożył do kieszeni swojej zdezelowanej marynarki. Zajrzał na wszelki wypadek pod samochód i puścił pawia wprost na chodnik. Pod jego samochodem leżała martwa, przejechana i zmasakrowana kobieta. Billy wpadł w panikę. Wbiegł do samochodu, rozkręcił silnik kluczykami i wjechał w labirynt zaułków, próbując się gdzieś skitrać. Wyjechał na ulicę tonącą w nowiu, no prawie, gdyby nie te wszystkie światła wystaw sklepowych i latarnie.
    Obok skrzynki na listy stała jakaś kobieta machająca do niego. Billy ostrożnie podjechał i próbował zwrócić swoją uwagę.  Wsiadła bez wahania, lekko zdenerwowana i wystraszona. Coś jednak było nie tak. Billy zamknął za nią drzwi i zapalił światło. Billy myślał, że zaraz dostanie jakiegoś ataku. Jej oczy były związane niebieską opaską, spod której z jej oczodołów ściekała krew.
- Na miłość boską, co się pani stało? – Spytał wyraźnie rozdygotany taksówkarz.
- Niech pan jedzie, szybko, ścigają mnie i zaraz tu będą.
- Kto panią ściga? Proszę odpowiedzieć!
- Jedź pan natychmiast, jeśli zależy ci na dozgonnym prowadzeniu tej taksówki.
    Minęło chyba z piętnaście sekund, zanim słowa trafiły wprost do mózgu Billego. Dopiero po chwili nacisnął pedał gazu. Lecz zanim to zrobił, jeszcze jeden szczegół przykuł jego uwagę. Czerwony krąg wokół jej szyi. Po plecach taksiarza przeszedł dreszcz, domyślając się, kim może ona być, i niewątpliwie, kto ją ściga.
- Gdzie jedziemy?
- Nie wiem, oby jak najdalej, żeby ich zgubić.
- Co się pani stało w szyję? Można spytać?
- Nie pamiętam, to chyba było wczoraj, straciłam pamięć.
- A co z pani oczami?
- Jakiś typ mi je przed chwilą wyłupił.
- Jedźmy do szpitala i na policję, to zachodzi za daleko.
- Nie. To będzie ostateczność.
- Dlaczego?
- Ich to się wzywa, kiedy sami nie możemy rozwiązać swoich problemów.
- Rozumiem. Jak wyglądał ten mężczyzna, który pani to zrobił ?
- Był jakiś dziwny. Wysoki w płaszczu, z takim obłąkańczym wzrokiem. - Trybiki w mózgu Billego zaczęły pracować. Ten koleś, którego podwoził wczoraj, jest podobny do opisu. Zastanawiał się czy to była ta sama kobieta, której krzyki słyszał wczoraj w zaułkach. Wszystko to nie miało najwyraźniej większego sensu.
Billy zwolnił, zaglądając w tylnie lusterko. Nikt ich nie śledził, ulica była pusta. Billy zapalił światło i spojrzał jeszcze raz na kobietę. Ubranie całe miała w krwi, która sączyła się obficie spod ubrania. Billy zwolnił i zatrzymał się na chwilę, nie wyłączając silnika.
- Co się stało? Dlaczego się zatrzymaliśmy?
- Może pani mi, co nieco opowiedzieć?
- Nie bardzo.
- Ma pani strasznie zmasakrowane ciało, nikt normalny by tego nie przeżył. Może pani się lekko nachylić w moją stronę? Bardzo proszę.
Zaczęła się nachylać, a Billy zadał jeszcze jedno pytanie.
- Boli panią?
- Już nie. W ogóle nic nie czuję, oprócz mrowienia.
    Przełykając kolejny raz ślinę, podniósł dwa palce ku jej zakrwawionej szyi. Z ucha sączyła jej się krew. Jej szyja była lodowata i sina, gdyby się jej przyjrzeć dokładniej w tym fatalnym świetle. Billy próbował zbadać puls. Trzymał palce kilka sekund, aż zaczęły przejmować zimno z jej ciała. Nie czuł nic. Nie wyczuwał pulsu. Ta kobieta była martwa, a jednocześnie żywa. Kim lub, czym była? A głowa, która spała w jego torbie, mimo, że groteskowa, też nie ma racjonalnego wytłumaczenia w tych dwóch kwestiach.
    Oderwał palce od jej szyi. Oparła się z powrotem, a Billy niezwykle pobudzony, jechał dalej. Teraz to on na pewno nie zaśnie, przez najbliższy rok, nie stosując przy tym żadnych środków wspomagających. Billy nie dopuszczał do głosu myśli, że ta kobieta, to ta sama uduszona wczoraj prostytutka. Prasa oznajmiła wczoraj, że jest martwa. Była żywym trupem. W co zupełnie nie chciało się wierzyć. Billy zanim wyjechała spojrzał raz jeszcze na kobietę, i wyobrażał sobie, jak się żywcem rozkłada na tylnym siedzeniu, tuż przed jego oczami. Kobieta zaczęła drapać się w szyję. Billy zawrócił i zaczął jechać z powrotem do miasta.
- Gdzie jedziemy teraz?
- Proszę mnie wyrzucić niedaleko Gwiazdy.
- Ma tam pani kogoś znajomego, kto by pani pomógł.
- Tak. To jedyny haczyk, na którym mogę się zawiesić.
Zaczęli dojeżdżać do właściwej ulicy. Zwolnił i kobieta wysiadła.
- Ile płacę?
- Proszę na siebie uważać. To wszystko.
Taksiarz zatrzasnął drzwi i odjechał, zaglądając za nią w boczne lusterko. Jechał wolno.
- Ej! – Krzyknął Billy i kopnął lekko torbę. – Co ty taki u diabła milczący się zrobiłeś.
- Jakby to powiedzieć. Ta kobieta. To przez nią.
- Co z nią?
- To była moja żona.
Billy zahamował raptownie wpadając w lekki poślizg.
- Wszędzie poznam ten głos.
- To, czemu jak raz jesteś potrzebny do czegoś, to się nie odzywasz?!
- Miała amnezję, co nie?
- No to, co?! Mogła udawać!
- I co byś powiedział, że masz pod siedzeniem w torbie gadającą głowę jej ex męża?
    Billy ruszył wolno po wyboistej drodze, dążąc pod miejsce przeznaczenia dzisiejszego wieczoru. Ponownie zatrzymał się przed knajpką. Na ziemi jednak nie było już przejechanego trupa. Jednak to była ona. Taksówkarz wyłączył silnik i czekał przez chwilę. Wszystkie osoby miały coś ze sobą wspólnego. I to jest cholerny fakt. Bo jeśli nie to nie tylko wyjdzie na idiotę, ale też za niepoczytalnego szaleńca. Miał jeszcze dwie godziny. Włączył z powrotem wóz i pojechał do swojego mieszkania.
    Zatrzymał się w tym miejscu, co zawsze. Zamknął wóz i wbiegł po schodach do swojego mieszkania. Wchodząc czuł za sobą spojrzenie swego szpiegującego sąsiada. Wszedł po ciemku do swego mieszkania, chwycił za neseser, leżący na miejscu, w którym go zostawił i zbiegł na dół, przedtem zamykając drzwi. Wszedł do swej taksówki i odpalił ją.
Zaczął po raz wtóry jechać pod knajpę, do której miał się stawić punkt o ósmej wieczorem.     Dochodziła ósma. Uwagę podczas jazdy zwróciły dwie kuliste formy leżące w jego popielniczce. Ich zarysowujące się kontury przypominały dwie piłeczki ping pongowe. Taksówkarz zwolnił i zapalił światło nad kierownicą. Dwa kuliste kształty były jednak parą gałek ocznych tępo patrzących wprost na niego. Billy zahamował, wyszedł z wozu i obficie zwymiotował, mając przed oczami zakrwawioną parę gałek ocznych utytłanych w szarawym popiele. Wszedł do samochodu, i jechał wolno, nie czując się najlepiej.
    Gdy próbował ponownie zapalić, za sobą poczuł ruch i zanim zdążył się odwrócić, metalowa struna już oplątywała mu gardło. Bill robił, co mógł, otworzyć drzwi, naciskając klakson. Czuł jak metal ściska mu i drapie aż do krwi skórę, aż nie może wziąć oddechu. Zaczął się miotać jak oszalały, wpychając palce pod strunę, które je kaleczyły. Nie mając za wiele czasu, śmierć goniła. Billy wziął pierwszą lepszą rzecz, jaka była w zasięgu jego ręki. Był to ten cholerny budzik. Chwycił go koniuszkami palców, zamachnął się i na oślep trafił go w głowę. Uścisk zelżał, dając upust jego rykowi i syczeniu. Billy zdjął zakrwawioną strunę z szyi kaszląc i wypadł z samochodu, dysząc ciężko przewrócił się na plecy i obserwował tylnie drzwi. Postać poruszała się niemrawo, próbując chyba wyjść. Billy wciąż charcząc, podczłapał pod drzwi i gdy tylko się uchyliły, sprzedał dusicielowi potężny kopniak z buta w twarz. Głowa dusiciela odskoczyła z trzaskiem do tyłu i uderzyła dodatkowo o futrynę.     
Mężczyzna wypadł na jezdnię, albo nieprzytomny albo martwy. Jak na razie, Bill nie miał ani ochoty ani sił sprawdzać. Mężczyzna wyglądał zupełnie tak jak tamten wczorajszego wieczoru, którego podwoził. Ten ciemny typ w płaszczu, który ani słowem się nie odzywał. Billy podszedł do niego, chwycił jego głowę i rozpoznał kieszonkowca z knajpy, do której zaraz miał iść. Puścił jego głowę, która bezwiednie odbiła się od asfaltu.  
Billy podniósł się i lekko chwiejąc, wziął zwyrodnialca wyciągnął z samochodu i pozostawił na jezdni. Wziął także popielniczkę i wysypał mu na twarz jej zawartość. Billy okrążył samochód sprawdzając, czy aby nikogo nie ma. Wszedł do samochodu.
- Kurwa, co ja jestem jakiś jebany James Bond, że nagle ni z tego ni z owego, wszyscy chcą zajebać biednego taksówkarza?!!
    Nikt ani nic mu nie odpowiedziało. Ta myląca cisza zbiła go nieco z tropu. Billy zajrzał pod siedzenie, i ku jego największemu zdziwieniu, torby z głową w środku nie było. Przecież nagle nie dostała nóg i sobie poszła. Może to ta cholerna ślepa dziwka? Chociaż nie, bo gdy wyszła on z głową jeszcze rozmawiał. Ktoś tu był jeszcze poza dusicielem. Billy wyszedł z samochodu. Zobaczył wtedy na swym ciele światło. Rozejrzał się wokół siebie, aż jego wzrok samoczynnie powędrował na okna budynków. W jednym z okien obok jego mieszkania, stała postać, która pośpiesznie chowała się przed nim.    
    Billy był świadom wszystkiego, zatem nie można go było uznać za niepoczytalnego. Wszakże, tylko szaleńcy myślą, że wszyscy spiskują przeciwko niemu. Tak właśnie było. Jednak Billy nie był szalony.
- Skurwiele, to już zachodzi za daleko.
Billy pobiegł w stronę swojej klatki, wbiegł po ciemku po schodach, aż był obok swego mieszkania, wiedział, kto mu robił zdjęcia. Ten cholerny wścibski sąsiad. Gruchnął całym ciałem o drzwi swego nieokrzesanego sąsiada i próbował przekręcić klamkę, a następnie ją wyrwać. Zaczął walić pięściami w drzwi, krzycząc żeby go wpuścił. Billy rozpędził się i naparł potężnym kopniakiem w drzwi, wyważając je. Usłyszał tylko jęk swego sąsiada, upadającego na ziemię, przygniecionego drzwiami.
Sąsiad rozdygotany, cofał się żałośnie na rękach do tyłu. Billy taksiarz nie miał już ochoty się nim zajmować. Przyklęk tylko przy nim, gdy ten nie miał już żadnego wyjścia ucieczki, złapał za koszulę i przybliżył jego twarz do swojej.
- Radzę ci odpowiadać szczerze i pełnymi zdaniami. Czy to ty mnie fotografujesz cały dzień?
- Tak. – Odpowiedział na granicy histerii.
- Po chuj?
- Ten policjant, co tu był rano mi kazał.
    Billy wyczuwał nutę fałszu w jego głosie, ale jednocześnie nie miał podstaw, żeby mu nie wierzyć. Mimo tego, że było tu coś podejrzanego, nie potrafił zadać odpowiedniego pytania, które rozwiałoby wszystko ponad wszelką wątpliwość. Billy puścił go i wstał. Rozejrzał się wokół siebie, czekając na zastrzyk inspiracji. Spojrzał na półkę stojącą pod wieszakami. A na niej leżały trzy manekinowi głowy z różnymi tupecikami na gołej glacy. Billy z powrotem spojrzał na swego sąsiada i wyszczerzył do niego zębiska.
- Teraz pobawimy się inaczej. Za każdą nieszczerą odpowiedź na pytanie, będziesz dostawał jednego kopa w jaja. Im więcej będzie prawdy, tym lepiej dla ciebie. Serio. Pytanie pierwsze. Co masz wspólnego z tymi morderstwami i tym całym bajzlem, w który ktoś ma za cel wrobienie mnie w jakieś poważne gówno, z którego nie można wyjść.
- Ja tylko robię tupeciki i fotografuję, tylko to. Naprawdę, proszę mi uwierzyć!
- Pytanie drugie, czy przed chwilą, gdy mnie fotografowałeś, widziałeś kogoś jeszcze oprócz tego dwu metrowego dryblasa?
    Tupeciarz zamilkł na chwilę, zastanawiając się, która odpowiedź go bardziej usatysfakcjonuje.
- Nie zastanawiaj się zbyt długo, bo pomyślę, że coś kombinujesz.
- Był tam, jakiś mężczyzna z torbą. Niski, brodaty grubas.
- Coś podobnego…
Billy puścił żałosnego nieszczęśnika. Rozprostował kości czując coraz poważniejsze kłopoty. Kątem oka dostrzegł zegar. Zostało mu pół godziny do spotkania. Cofał się wolno aż do klatki schodowej, aż zbiegł szybko po schodach.
    Nocny bar wieczorem wyglądał zupełnie inaczej niż w dzień. Momentalnie przypomniało mu się, kiedy tu zawitał. To właśnie wczoraj z tej knajpy wypełzł nędzny adwokacina. Billy zaparkował nieopodal. Zostawił drzwi otwarte, a kluczyki schował w miejscu by ich wyjęcie nie sprawiało problemu. Zabrał z niej neseser i przekroczył próg. Bar kipiał od dobrej zabawy, alkoholu i papierosowego dymu. Kapela grała zgrzytliwy jazz. Usiadł na stołku przy barze, zamówił piwo i oczekując na nie, rozejrzał się wokół, mimowolnie zaglądając na mapkę miasta, na której ze znacznej odległości widać było zaznaczony na niej bar. Po kilku minutach spokoju, Billy skupił się wyłącznie na swoim kuflu.
- Czeka pan na kogoś? – Spytał ktoś, kto w tym momencie się do Billego dosiadł. Odwrócił głowę i zobaczył mężczyznę w czerwonej glinianej masce uśmiechniętej od ucha do ucha.
- Szukam Brzuchomówcy, nie wiesz, gdzie mógłbym go znaleźć?
- Widziałem cię dzisiaj, jak się szwendałeś i węszyłeś. Byłem mimem. Aż dziw, że mnie nie poznałeś.
    Billy zastanowił się o co mu chodzi. Wyjął z tylniej kieszeni wizytówki i wręczył mu jedną z nich. Mim przyjął je i obejrzał dokładnie. Poszperał i podał Billemu swoją.
- Znajomy model 26. – Zaczął Billy -  Taki sam, jaki miał ten adwokat Trevor Carr, a także ten gliniarz, co był u mnie z rana. I ja. Co to wszystko znaczy?
- Ten gliniarz to ja. – Ściągnął maskę, i od razu poznał i gliniarza i mima. – To właśnie dlatego wiadomość w gazecie była tak szybko. - Billy odczytał profesję na wizytówce. Kuglarz. Spotkaliśmy się dziś kilka razy.
- To ty wysłałeś mi pocztówkę?
- Tak. To ty miałeś mi przynieść neseser?
- To ty na mnie napuściłeś tego skurwiałego dwumetrowego bydlaka, którego zostawiłem martwego niedaleko mojej kamieniczki?
- Sprawy wymknęły się spod kontroli. Trzeba było działać.
- Nie znam kodu do tego gówna, więc i tak nic mi nie pozostanie po tej teczce. Chcę tylko wiedzieć, w jakim celu służyła cała ta szopka?
    Billy pociągnął kolejny tęgi łyk, opróżniając kufel do końca. Skinął na barmana, który nalał mu następnego. Tymczasem Brzuchomówca zrobił nieokreślony ruch i powiedział.
- Doskonale się rozumiemy prawda Edi? Wszystko jest w zupełnym porządku, prawda? Wszystko poszło zgodnie z planem, prawda Edi?
Billemu przez ciało przebiegł dreszcz. Spojrzał na dziwaka, który na ręce miał gumową maskę w kształcie twarzy. Co więcej, twarz ta nie wydawała mu się znajoma. Jej usta ruszały się niemal samowolnie, tymczasem usta samego brzuchomówcy nie poruszały się wcale. Maska na dłoni odpowiedziała.
- Doskonale cię rozumiem mój dobrzy przyjacielu Jerry.
- To świetnie, mój dobry druhu. I co teraz Edi zrobimy z tym panem?
- Myślę, że to, co z nim zrobimy zależy wyłącznie od niego, prawda Jerry? - Kukiełka i sam brzuchomówca przyglądali się przez chwilę taksiarzowi, w ciszy.
- W tym świetle wygląda prawie jak szmaciana kukiełka, prawda Billy?
- Nie rozumiem. – Odpowiedział Billy
- No, co ty. – Wykrzyknęła kukiełka. – Nie poznajesz swojego dobrego przyjaciela Ediego?
Brzuchomówca ściągnął niby kukiełkę, która pozostawiła na jego ręce jakąś dziwną posokę, i poturlał kukiełkową głowę po kontuarze. Głowa zatrzymała się niedaleko jego szklanicy. Piwo zamarło mu w gardle. Zastanawiał się, czy to przez zupełny brak snu i nadmierne spożycie prochów zmieszanych z alkoholem, czy też jest ofiarą jakiegoś okropnego żartu. Stała przed nim głowa z torby.
- Jaki ma cel ta cała cholerna gra?
- Trzeba słuchać było opowieści, bowiem nigdy nie wiesz, której morał ci się przyda, a której puenta dotyczyć będzie ciebie. – Odpowiedziała mu głowa.
Taksiarz dotknął opuszkami palców głowy, i cofnął je z narastającą falą obrzydzenia. To tutaj się znalazła ostatecznie uprowadzona głowa z jego torby. Zatem wszystko zatacza makabryczny krąg. Odpowiedź na wszystkie pytania miał w zasięgu ręki, i to od samego początku. Trzeba było tylko zadać odpowiednie pytania. Dyskretnie. I słuchać wszystkich historii, jakie chciał opowiedzieć, doszukując się sensu pomiędzy wierszami.
- No więc, Billy. – Zaczął Brzuchomówca. – Miał na imię Edi. Kim on był?
- Nie wiem. Chyba nikim.
- No nie bądź taki, to nie test na oceny, mów, co myślisz.
- No. To oczywiste.
- Może nie dla wszystkich?
- Był gadającą głową.
- Stary, wiesz, że jakbyś coś takiego powiedział komuś innemu, to zamknęliby cię w kaftanie? – Billy podniósł na niego wzrok. – Wiesz, dlaczego? – Billy próbował dostrzec jego wzrok – Bo kurwa odrąbane głowy nie potrafią mówić!
Billy nerwowo przełknął ślinę.
- Myślisz, że dlaczego jestem brzuchomówcą? To moja sprawka! Ale nie powiem ci jak.
W tym momencie jakby się zaśmiał. Wziął tęgi łyk jakiegoś paskudztwa, które przed chwilą podstawił mu pod nos barman.
- No taksiarzu, chcesz mnie jeszcze o coś spytać?
Billy pokiwał kilkakrotnie głową, nie spuszczając wzroku ze szklanki. Dopiero, gdy w głowie miał ułożone pierwsze pytanie, spojrzał na niego.
- Kto mi wykradł tą głowę?
- Mamy pewne swoje sposoby, o których nie będziemy się chwalić.
- A dlaczego został zabity przez swoją żonę – dziwkę?
- Ja i Edi, gdy ten był w jednym kawałku, współpracowaliśmy razem, a jego żoneczce nie podobało się, co robimy.
- A co robiliście?
- Mamy pewne swoje sposoby, o których nie będziemy się chwalić.
    Billy poczuł, że po jego prawej stronie siada jakiś mężczyzna. Ukradkiem spogląda na niego, rozpoznając go niechybnie. To był w swojej własnej skórze adwokat. Ten sam mały grubas, który zeszłego wieczora postawił mu kawę podczas kursu.
- Czy to jakiś chory dowcip?
- Widzisz…a Edi tak bardzo chciał ci opowiedzieć historię, i nawet zaczął ją opowiadać. Ta historia była o mnie. Chociaż i tak już pewnie nie pamiętasz, o czym był tamten fragment.
Billy spojrzał na w dalszym ciągu leżącą na stole odrąbaną, niewątpliwie martwą głowę.
- Boże, co wy wszyscy macie ze sobą wspólnego?
- Powiem ci tylko, że jesteś ofiarą moich niezwykle przemyślanych intryg, niemal jak w dobrych sztukach teatralnych. Wszystko jest doszczętnie przemyślane. Jak wiesz, albo sobie przypominasz, moim celem życiowym jest uprzykrzanie życia przypadkowym ludziom.     Oczywiście w takim wypadku najbezpieczniej być stróżem prawa. Teraz wszystko zaczęło się klarować i do siebie pasować. Brodaty adwokacina uśmiechnął się i obydwaj bracia podali sobie dłonie, śmiejąc się i mówiąc, że wszystko się świetnie udało zaimprowizować.
- Wy jesteście braćmi! Dlatego wasze wizytówki były takie same. Zaczynam łapać, więc to ty kazałeś mojemu sąsiadowi fotografować mnie. Ale po co?
- By wzbudzić twoje zainteresowanie, i rozniecić strach. Poza tym znam go. Robił mi tupeciki.
- A co z tym dusicielem? Czy ten koleś w czarnym płaszczu, którego podwoziłem poprzedniej nocy samochodem i kieszonkowiec to jedna i ta sama osoba?
- Tak. Dusiciela zabrałem z więzienia, dla naprawdę wrednych skurwysynów. Chociaż gdyby nie te jego hobby, gałki oczne, pewnie nie musiałbyś go zabijać.
- Dlaczego wykradł mi pocztówkę?
- Nie wiem dokładnie, tutaj działał samowolnie o mało nie rozbijając głównego wątku dramatu. Mogę domniemywać, że chciał cię napaść i zabrać twoje oczy, o czym świadczy ten incydent w twoim samochodzie.
- A co z tą starą kobietą, której dzisiaj przejechałem nogi? Oraz czy aptekarz i kioskarka to jedna i ta sama osoba?
- Nie męcz się o nich. Kogo obchodzą postacie epizodyczne? Żona dostała za swoje. Nie będziemy jej już męczyć. Edi, mój były przyjaciel, miałby to wszystko w dupie. Oczywiście gdyby w dalszym ciągu miał dupę. A tupeciarzem też bym radził się nie przejmować. To trep, przez którego o mało nie rozłożyła się nasza cudowna intryga.
- Ale to nie może się skończyć w ten sposób.
- Dlaczego? Wszystkie wątki rozwiązane.
- I myślicie, że tak nikomu nic o niczym nie powiem?
- Ach. Widać, zapomnieliśmy o rozwiązaniu wątków. Podaj walizkę
Billy spojrzał na teczkę przy swoim bucie. Jerry Carr podniósł ją, położył na blacie baru, poprzekręcał obrotowe cyferki szyfrowe.
- W lewej ma być 3344 a w drugiej na odwrót. Kapewu?
Teczka się otworzyła a jej zawartość wprawiła taksówkarza w zachwyt..
- To jest coś… – wtrącił Brzuchomówca – za twoje milczenie, jednocześnie twoja nagroda za doprowadzenie akcjidramatu do końca. My jako scenarzyści i jednako pierwsza publiczność, płacimy tobie, jako aktorowi. Jeśli zawartość jest dla ciebie mniej wartościowa niż odpowiedzi na pytania, które chciałbyś poznać, oddaj ją.
- Ale w jaki sposób to…? – Billy zamknął teczkę cały rozdygotany. Wstał i przycisnął ją do siebie.
- Już nigdy więcej. Nie ze mną. Pamiętajcie.
    Billy wybiegł z lokalu prosto do swojej taksówki. Zgasił światło na dachu, alarmując, że jakoby jest zajęte. Odpalił samochód, zapalił papierosa i odjechał w toń miasta, a im bardziej się oddalał, tym wzburzone przez niego fale się uspokajały. Zastanawiał się tylko przez chwilę, czy postąpił dobrze. Nurtowało go jeszcze parę pytań. Spojrzał obok na neseser. Włączył radio. Leciał jazz.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: