Inna Twarz

Marta Precht

INNA TWARZ

 

Wiał silny wiatr. Drobny deszcz zacinał, rozmazując obraz na niewielkiej szybie, w małym oknie. Przed nim, otulona kocem, siedziała kobieta. Słabe światło dnia podświetlało jej rzadkie rude włosy. Nieruchomo wpatrywała się w to, co było widoczne albo w to, czego nie można zobaczyć.

W pomieszczeniu, które nie mogło mieć więcej niż 10 metrów kwadratowych, w piecyku „kozie” palił się ogień.

Światło z okna rozświetlało zaledwie pół metra podłogi, dalej panował półmrok. Pod ścianą stała stara wersalka zawalona tobołem z koców. Tuż przy niej znajdował się stolik turystyczny i dwa składane krzesełka.
Na piecyku, w zdezelowanym czajniku, bulgotała woda.

Z dziobka unosiła się para. Woda zawrzała. Kobieta ciężko wstała, wzięła kubek ze stolika i zaczęła powoli nalewać wodę.

- Stało się coś złego. Po prostu. – powiedziała do siebie, tak, jakby odpowiadała na czyjeś pytanie. – Tak się stało. Jedno po drugim. Samo zło. Mogłam inaczej? Może tak, ale... nie umiałam. A czyja to wina, że wylądowałam tu, w ogródkach działkowych i w każdej chwili ktoś mnie stąd wyrzuci? Czyja to wina?

Popijając gorącą herbatę, przewracała kartki jednego z kilku zeszytów leżących na stole.

- O! Proszę! Moje wiersze. Kto to przeczyta? Nikt!

Patrzyła na kartkę, brudną od ciągłego dotykania niezbyt czystymi palcami. Najpierw bezgłośnie poruszała ustami, a potem cicho przeczytała fragment wiersza:

- Zamknie się nad tobą cicha przyjaciółka
oplecie mackami z mchu
zwiąże dłonie wstęgą bagiennej czerni
pogłaszcze przyjaźnie paprocią
wciągnie w ciszę, wilgoć i mrok.
na piersi pozostanie szkielet orchidei... - to są wiersze?

***

Była zwykła dziewczynką, z mamą i tatą. Mieszkali w skromnym mieszkaniu w bloku. Mieli „malucha”. Tata lubił łowić ryby a ona bawiła się na brzegu stawu. Kiedyś, we trójkę, pojechali na wycieczkę podmiejską. Mama wzięła nawet ich kundelka, aby sobie pobiegał.

Wracali wieczorem. W porze, kiedy światło gubi perspektywę, a szarość spłaszcza wymiary drogi i odległości. Dziewczynka zmęczona spała skulona na tylnym siedzeniu, przytulona do psiaka. Kto zawinił, nie wiadomo. Obudził ją huk i pisk psa. Potem blask ognia. Pies wyskoczył skowycząc, a dziewczynka skulona w foteliku mogła tylko krzyczeć. Potem czyjeś ręce wyrwały ją z samochodu. Nadal krzyczała z bólu. Jechała karetką, która wyła rozpaczliwie, tak samo jak rozpaczliwy był jej płacz. Potem już nic nie słyszała i nie czuła. Była w śpiączce farmakologicznej.

Kiedy zaczęła odbierać fale rzeczywistości, ruch, dźwięki, swoje imię, które wymawiała jakaś inna kobieta a nie mama, poczuła panikę i znów płakała bardzo długo, aż usnęła ze zmęczenia.

Oszukiwali ją. Mówili, że mama i tata też są chorzy, ale wyzdrowieją.

Czekała na nich bardzo długo. Zdjęto jej opatrunki, skóra już sama musiała się zregenerować, a czy to nastąpi to zależy od stopnia jej uszkodzenia. Pod palcami czuła jakieś twarde rzeki blizn na twarzy. Mogła mówić, ale jakoś inaczej, jakoś trudniej. W lustrze zobaczyła maszkarę, z czerwonymi pręgami na twarzy, Babę Jagę, której tak bardzo się bała. I ciągle nie było mamy, która na pewno mogła ją wyleczyć. Wierzyła, że płacz ją przywoła.

W domu dziecka, wreszcie ktoś powiedział jej prawdę. Oszołomiona kucnęła pod ścianą w rogu szafy na akta, i zamknęła oczy. Już nie chciała więcej płakać, skoro tamte łzy niczego nie zmieniły.

Wśród innych dzieci była najsamotniejszym i najbardziej przerażonym dzieckiem. To tu po raz pierwszy koleżanka Ala powiedziała jej, że wygląda jak maska. Szybko rozeszło się jej nowe imię. Wszyscy wołali na nią Maska, nie dając jej szansy na zapomnienie swojego wyglądu nawet podczas zabawy. Kiedy nie było przed nią lustra, zapominała jak wygląda i przez te chwile była normalną tamtą dziewczynką.

Rosła, zmieniała się w kobietę, a jej twarz nie wyglądała lepiej. Jakby spętano ją powrósłami na zawsze. Nie miała przyjaciół. Nikt nie wytrzymywał jej wyglądu.

Jako osoba dorosła musiała zrobić sobie zdjęcie do dowodu osobistego. Widziała jak fotograf męczył się ustawiając światło. W końcu przestał szukać światłocienia i zaświecił jej zbyt mocno w twarz uzyskując efekt bledszych blizn.

Dom dziecka niektórym sierotom, z funduszu Skarbu Państwa, fundował małą kawalerkę, jako pierwsze mieszkanie. Dopiero tu poczuła, że coś zależy od niej samej. Musi więc dać sobie radę sama.

Nie mogła znaleźć pracy. Dom dziecka też jej nie pomógł. Pewnie byli szczęśliwi, że nie muszą już jej oglądać. W końcu sama znalazła pracę w sortowni mrożonek, gdzie jej twarz stawała się coraz bardziej purpurowa od mrozu.

Pewnego zimnego dnia, pod blokiem, spotkała grupkę facetów, oberwańców, jakby powiedziała jej matka.

- Hej, ślicznotko, jesteś ziomalą, jak masz na imię? - spytał jeden z nich
z fioletowym nosem.
- Maska – odpowiedziała obojętnie.
- Grzeją u ciebie? Bo mnie wyłączyli c.o.
- Grzeją, bo płacę
- A nie dałabyś się trochę pogrzać u siebie? Zrób dobry uczynek bliźniemu.
- Tylko tobie? Czy i tym twoim kumplom też?
- No bez kumpli to ja nie idę. Oni też są zmarznięci.

Maska przystanęła na chwilę. Samotność jest złym doradcą.
- Chodźcie chłopaki.

Ta decyzja zaważyła na jej całym dalszym życiu. Chłopaki zadomowili się u niej. Dawali jej alkohol, a ona nawet częściej się śmiała, jakby w tym otoczeniu ludzi brzydkich, brudnych i często bezzębnych znalazła bratnie dusze, które nie patrzyły na nią ze wstrętem. Byli bardzo zdziwieni, że jest jeszcze dziewicą, ale jeden z nich wyzwolił ją z tego problemu. Potem już wszyscy ją kochali.

Zarabiała jakieś marne grosze, ale było ją stać na prąd, gaz i czynsz. Jedzenie przynosili kumple. Jak trzeba było kupić coś więcej, sprzedawali, co się dało z jej mieszkania.

W pracy się pogorszyło. Wezwał ją kierownik i powiedział, że jeszcze jedna nieobecność i wywali ją z roboty.

Maska, która dzięki przyjaciołom, poczuła się mocna w gębie, powiedziała mu żeby już teraz się walił, rzuciła fartuch, gumowe rękawice, i odchodząc zerwała z głowy idiotyczny czepek trafiając nim w głowę kierownika.

Wtedy wszystko się pogorszyło. Dzięki niezadowolonym sąsiadom i długowi w Spółdzielni Mieszkaniowej, wyrzucono ją w lipcu na bruk. Było nawet fajnie, jak na obozie harcerskim. Zuchy spały na ławkach, piły, co się dało, jedli ze śmietników, a nocą jak udało im się przewrócić na plecy, widzieli nawet gwiazdy.

- Widzisz Maska, jesteś wolna! Nic nie musisz! – zachwalał pierwszy obszarpaniec.

Mieli się nawet ku sobie. Maska lubiła spać z nim, bo był duży i można było się w niego wtulić. Wprawdzie trochę śmierdział i chrapał niemiłosiernie, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

We wrześniu jeden z kompanów znalazł w parku pijanego. Dostatni był. Miał gruby portfel. Oczywiście menelek uwolnił go od jego ciężaru, a nawet zawlekł faceta na ławkę, bo od ziemi ciągnie chłodem.

Pili przez dwa tygodnie. Jeden Ukrainiec sprzedał im jakąś berbeluchę.

Maska na szczęście wypiła bardzo mało, bo miała nieżyt żołądka. Wszyscy wylądowali w szpitalu. Ona jedyna przeżyła.

Wspominała ten pobyt w szpitalu jak sanatorium. Ciepłe jedzenie, łóżko, domyli ją, nawet ostrzygli i nikt nie patrzył na nią z udawaną obojętnością albo z oczywistym wstrętem. Nie takie okropieństwa widzieli.

Maska poleżała, odżywiła się, uspokoiła, ale niestety musiała szpital opuścić.

Był już listopad. Najgorszy miesiąc w roku. Wiało niemiłosiernie. W szpitalu dali jej jakieś ciuchy z opieki społecznej, siatkę z bułkami, serkiem topionym i pomachali na drogę.

Nie miała gdzie wracać. Bez swoich kumpli czuła się znów jak opuszczony pies. Wiatr wdzierał się do wnętrza jej kurtki, bo nie dali jej szalika.

Zaciągnęła wełnianą czapkę na oczy i poszła w kierunku parku, wiedząc, że wśród starych drzew już nie wieje tak silnie.

Tam usiadła na ławce i zjadła jedną bułkę. Drugą zostawiła na gorsze czasy.

O zmierzchu dosiadła się do niej druga, podobna kobieta.
- Masz jakąś chatę? Zamarzniemy tu obie w nocy. Słyszałam, że gdzieś tu są ogródki działkowe i że da się tam przezimować. Wiesz gdzie to jest?
- Wiem – odpowiedziała Maska – A ty co? Też tak jak ja?
- No.
- To chodźmy.

Wybrały mały drewniany domek, z którego wystawała rura od piecyka. To był komfort. Wersalka, koce, piecyk i czajnik, czyli wszystko, co potrzebne do życia.

Wystarczy za dnia pójść pod jakąś restaurację i wybrać to, co tam wyrzucili. Albo pojęczeć pod „Biedronką” i zawsze dadzą, co łaska. Drewno było wszędzie. Obie zbierały je o zmierzchu i taszczyły w kocu do domku.

W styczniu mrozy bywają bardzo dotkliwe. Samo zbieranie drewna też nie należało do przyjemności. Przemarzało się do szpiku kości.

Maska źle się czuła. Chyba miała zapalenie oskrzeli, bo kaszel rozrywał jej płuca.

Koleżanka sama poszła na poszukiwanie drewna. Minęło ze dwie godziny, a ona nie wracała. I już nie wróciła.

***

Maska resztką patyków rozpaliła w piecyku. Potem połamała półeczkę kuchenną i ogień hucząc buzował, dając więcej ciepła. Można było zagrzać wodę i napić się wrzątku a na dodatek ogrzać ręce.

Zrobiło się przyjemniej. Śnieg za okienkiem skrzył się bajkowo. Gdzieś daleko, słychać było szum miasta, a choinka oprószona śniegiem wyglądała świątecznie.

Przez chwilę poczuła się znów małą wesołą dziewczynką, czekającą na prezenty.

Iskierka w oczach zgasła równie szybko jak się pojawiła. Twarz przybrała swój codzienny wygląd. Sięgnęła po jeden z zeszytów, przez chwilę trzymała go w drżącej dłoni a potem zaczęła drzeć zeszycik, kartka po kartce i wsuwać je w otwartą szczelinę płonącego piecyka.

Wiersze paliły się szybko, ale dawały dużo ciepła. Kiedy skończyła, zamknęła drzwiczki, żeby nie spowodować pożaru. Owinęła się szczelniej chustą i wyszła na zewnątrz. Zamknęła drzwi. Jej twarz w blasku księżycowej nocy już zaczęła wyglądać lepiej.

Szła przed siebie, alejką działkową, którą latem chodzili szczęśliwi ludzie, biegały szczęśliwe psy, kłaniały się kolorowe kwiaty.

Mróz chrzęścił pod jej stopami, a śnieg mienił się srebrzyście.

Usiadła pod topolą. Jej szeroki pień objął jej plecy, dając dobre podparcie. A potem Maska zamknęła oczy.

***

Nad ranem trudno było rozpoznać tę brzydką pooraną bliznami twarz. Mróz wygładził nierówności, odbarwił ten odrażający różowy wzór.

Odzyskała swoją gładką, białą cerę. Na dodatek skóra pokryła się cieniutką warstwą mieniącego się srebrem pudru, który nadał jej jakiejś nieziemsko delikatnej powłoki.

Miała twarz anioła. Maska spała głęboko.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!