BONSAI

Marta Precht

BONSAI

 

Za oknem padał deszcz. Po przeciwnej stronie ulicy, na przystanku autobusowym stała kobieta osłonięta różowym parasolem. Była sobota. Autobusy jeździły rzadziej niż w dni powszednie. Parasol chronił jej głowę, ale deszcz zacinał po nogach. Stała w kałuży.

Marmurowy parapet boleśnie uciskał stare kości Adeli, która postanowiła zobaczyć jak kobieta z przystanku wreszcie wsiada do autobusu. Razem z nią niecierpliwiła się, że to tak długo trwa.

Mijały nudne minuty... wreszcie, jest! Z piskiem otworzył drzwi, kobieta zwinęła parasol i wsiadła do środka.

Skończyła się filmowa scena, rozgrywająca się tuż pod oknem starej, samotnej kobiety. Wszystko, co było ruchem, życiem zniknęło z kadru. Pozostały jedynie skurczone krzewy i migocząca woda w kałużach.

Zadzwonił telefon.
- No i co, Mamo coś ci kupić w sklepie? Masz chleb i masło? A może biały serek? Jedziemy do sklepu.

Pytanie córki zburzyło zastygły spokój. Przez chwilę Adela zbierała myśli w jakąś konkretną formę aby jednocześnie pomyśleć, czego brakuje i odpowiedzieć w logiczny sposób. Spodziewała się jakiegoś pozdrowienia, co łagodniej sprowadziłoby ją na ziemię.
- Jesteś tam? Mamo! Jak się czujesz? Dobrze?
Pytania padały jak krople wody z kranu w zlewie.
- Tak, córeczko, dobrze... chyba wszystko mam. Wiesz jak mało potrzebuję.
- No to sami popatrzymy co ci kupić! No to pa!

Ciągły sygnał dał znać, że rozmowa została zakończona. Adela powoli odłożyła słuchawkę. Podeszła znów do parapetu. Za oknem nic się nie zmieniło.
- Popatrz Mareczku, jak się tutaj żyje. Nic się nie dzieje.
W naszym domu, nawet jak padał deszcz, było ciekawiej. Te trzy topole za oknem z dziuplą wiewiórki, która tylko wystawiała nosek, i tak jak my nie miała ochoty wychodzić na zewnątrz. Dym z komina w domu sąsiada i plusk wody w rynnach... pamiętasz?
- Co ja mówię... odszedłeś sobie i ot tak, mnie zostawiłeś, samą z twoim drzewkiem. Mogę tylko do niego pogadać. Tak samo nie doczekam się odpowiedzi.

Przy drugim skrzydle okna stało bonsai. Duma jej męża, który trzydzieści lat temu natknął się na opis hodowli takiego drzewka. Sam znalazł okaz samosiejki wiśni. Rosła tuż przy ścieżce i chyba wielokrotnie została zdeptana, bo pień zgarbił się i wykręcił w osi. Jej wola życia zdecydowała o tym, że Marek przyniósł ją do domu, znalazł płaską podstawkę do doniczki i rozpoczął swoje dzieło.

Miał cały zestaw narzędzi tortur, drut, sprężynki, malutkie grabki i łopatkę. Dobierał podłoże, przycinał korzonki i gałązki. Zmuszał drzewko, aby dalej było małe pokrzywione, ale jak każda wiśnia, jesienią zrzucała liście a wiosną kwitła maleńkimi kwiatami, cała w różowej mgle płatków.

To był najpiękniejszy etap życia Adeli. Marek pracował, jako zawiadowca stacji, niedaleko od domu. Jagienka chodziła do pobliskiej szkoły. Nie potrzebowali niczego specjalnego do życia. Mieli dom, trochę zbyt duży na ich troje, i ogród ze starymi drzewami.

Pewnego dnia Jagienka wyfrunęła na studia, a dom nagle się powiększył, spuchł pustką po niej. Tak to jest, że jesteśmy świadomi takiego rozwoju wypadków, ale gdy to nastąpi, jesteśmy zaskoczeni. Ze zdziwieniem oglądamy puste kąty, jakby osoba, która odeszła zabrała ze sobą część dźwięków, zapachów i przestrzeni.
Kiedy Jagienka odwiedzała ich w przerwach semestralnych, nagle wszystko wracało na swoje miejsce. Byli poruszeni szczęściem, jakie dawała ta głupiutka jeszcze, ich ukochana córeczka.

Mijały lata i odwiedziny stawały się rzadsze a ta, dotąd szczebiotka, zamieniła się w kobietę pewną siebie i tego, co mówi. W końcu studia prawnicze uczą mówić w sposób kategoryczny, nieznoszący sprzeciwu.

Kazała ściąć topole. Podobno zagrażały domowi sąsiadów, a czym to grozi poinformowała ich zwięźle i przerażająco. Załatwiła pozwolenie na ścinkę i tuż przed wyjazdem położyła je na stole.

Jesienią, kiedy opadły już wszystkie liście, a drzewo szykuje się do zimowego snu, przyjechał samochód z trzema ludźmi i jedną wielką piłą mechaniczną. Adela miała nadzieję, że wiewiórka wyprowadziła się wcześniej, słysząc wyrok na jej dom.

Topole upadały dokładnie wyznaczone miejsce. Najpierw usiłowały się zahaczyć gałęziami, ale ich ciężar łamał je jak zapałki i w końcu z głuchym dźwiękiem upadły na ziemię.

Ziemia zadrżała. Z kikutów uciętych pni wypłynęła woda. Z topoli wypływało życie.

Nic nie zastąpi smutku, jaki zagościł w ich domu. Wprawdzie Marek z wystających z ziemi pni zrobił małe ławeczki i stolik, ale Adela ciągle widziała topole, jak wysokie, gięły się podczas burzy, sypiąc swoimi blaszanymi liśćmi dookoła.

Nie rozmawiali ze sobą tak często jak dawniej. Każde spojrzenie w okno, przynosiło obraz padających drzew. Nic nie dawało zmiany obrazu. Wreszcie Adela zrobiła na szydełku zazdrostki, które w oknie zamazywały tamto wspomnienie.

Trzy lata temu Jagienka przyjechała z mężczyzną.
- To Dawid, mój narzeczony. Chciał was poznać.

Dawid okazał się miłym, niezbyt wysokim, ale serdecznym człowiekiem.

Z zaciekawieniem oglądał dom, podziwiał piękny wysoki kamienny fundament, taras okolony ozdobnym płotkiem i ogród: prawdziwy, trochę zaniedbany, ale przez to tajemniczy.
- To na dachu to gont?
- Tak - odpowiedział Marek - proszę sobie wyobrazić, że ten dębowy gont ma już siedemdziesiąt lat i wytrzyma drugie tyle!
- Piękna posiadłość - powiedział Dawid.

Adela nawet w najśmielszych myślach nie przypuszczała, że on ten ich dom wyceniał, szacował, liczył, jaką ma wartość... zrozumiała to trochę później. Parę lat później, kiedy bezradna, została sama.

Ludzie nie powinni umierać wiosną. Śmierć powinna zarezerwować sobie wszystkie listopadowe terminy, albo zimne, deszczowe dni. Wtedy, gdy rodzą się wichury, tornada i cyklony. Ale nie w kwietniu, kiedy kwitną drzewa.

Marek chorował tylko jeden rok. Jagienka, bardzo przejęta chorobą ojca, wraz z Dawidem, zabierali Adelę do szpitala. Finansowali jej taksówki tam i z powrotem.

Adela tak bardzo przejęła się stanem męża, że nie zauważyła zbliżającej się samotności. Była potrzebna Markowi, bonsai i kotu, który miał na imię Baron.

Drzewko zaczynało kwitnąć.

Chciała nawet zawieźć je i pokazać Markowi, ale nie przypuszczała, że jest tak ciężkie, a poza tym mogła je przecież uszkodzić! Pojechała jak zwykle około czternastej.

W jego sali zastała puste łóżko. Przez chwilę pomyślała, że pomyliła pokoje, ale numer się zgadzał. Pielęgniarka dotknęła jej ramienia.

Cisza rozgościła się w jej domu. Rozpierała się na fotelach i kanapie, wyglądała z kuchennych szafek, wsuwała się pod kołdrę w sypialni. Baron czasem czujnie nastawiał główkę i rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w jakiś punkt w przestrzeni.

Adela też patrzyła w ten sam punkt i miała pewność, że oboje widzą niewidzialnego Marka, który tak jak oni, nie może zrozumieć, co się stało.

Jagienka i Dawid, po tygodniu od pogrzebu, wzięli dwa tygodnie urlopu i przyjechali do Adeli. Przez pierwsze dni, byli dla niej bardzo mili. Nawet rozmawiali z nią na tarasie domu, pocieszali, snuli różne opcje jej przyszłości, a przede wszystkim stwierdzili, że nie może tu pozostać sama, bo rozchoruje się z samotności.
- Mamo, przecież nie dasz rady palić w piecach, nosić drewno, odśnieżać zimą. Nie jesteś już młoda. Za ten dom możesz mieć przytulne mieszkanko w Warszawie, niedaleko naszego mieszkania. Nic nie musisz robić. Będziesz mieć sklep za rogiem i ogrzane, ciepłe mieszkanie.
- Nie musi się mama męczyć przeprowadzką - dorzucił Dawid - Sami się wszystkim zajmiemy. Mama tylko wsiądzie do samochodu z kotem i torebką. A my już wszystko mamie urządzimy. Będzie wygodniej... a poza tym łatwiej będzie mamie przeżyć stratę ojca.

Ten dwugłos zabrzmiał Adeli jak słodki wyrok sądowy. Wiedziała, że każde słowo sprzeciwu odbije się od zimnego szkła rozsądku swojej córki. W końcu miała tylko ją.

Nowe mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze czteropiętrowego budynku, w nowej dzielnicy mieszkaniowej nieopodal pałacu w Wilanowie. Składało się z malutkiej sypialni, salonu, kuchni i łazienki. Zamiast ogrodu był taras. Niewielki, ale ozdobiony tujami w donicach, które jak noże kaleczyły niebo.

Nikt jej nie pytał, jak chciałaby je urządzić, więc kupili jej nowe mele z IKEI, a dla osłody dorzucili serwantkę z porcelaną i sekretarzyk. Parę obrazków, firanki, które sama zrobiła na szydełku i albumy ze zdjęciami dodały wnętrzu tego czegoś, ze starego domu. Nie zapomnieli o bonsai.

Ze specjalna troską zapakowali drzewko do kartonu pilnując, żeby tak je zabezpieczyć, aby się nie przesuwało.

W dzień przeprowadzki zabrano ją samochodem zięcia do Warszawy. Była w ich domu po raz pierwszy.

Po raz pierwszy widziała mieszkanie, do którego wjeżdżała winda. Wszystko błyszczało stalą, marmurem i wszechobecną szarością przetykaną bielą. Trochę kojarzyło się to z poczekalnią u dentysty, ale widocznie tak powinno być.

Jej domowe wnętrze nie było tak bezosobowe, bezduszne, dzięki tym kilku drobiazgom przeniesionym z przeszłości.

Kot Baron, był przez tydzień obrażony, próbował wymknąć się na dwór, ale nie podobała mu się klatka schodowa z windą naprzeciwko. Zaakceptował jedynie taras, gdzie siedział skulony obok doniczki z tują.

Okazuje się, że cisza przywędrowała tu razem z nią. Miała mniej miejsca, aby się kokosić, ale za to była bliżej Adeli z powodu szczupłości metrażu. Na dodatek bonsai chyba poczuło się gorzej. Może woda, inna niż ta, do której był przyzwyczajony? Adela opiekowała si nim tak samo jak Marek.

Nie przesadzała go, bo przecież stare drzewa tego nie lubią...

Kiedy spadł ostatni listek, a ogołocone drzewko zamiast kwitnąć zostało dotknięte podmuchem śmierci, Adela zastygła w niezrozumiałym przerażeniu, przeczuciu czegoś ostatecznego, bezlitośnie ucinającym czas przyszły.

Tego dnia, po źle przespanej nocy, Adela zadzwoniła do Jagienki. Chciała ją usłyszeć, zobaczyć, poczuć. Uspokojona usiadła na fotelu, obróciwszy go do okna, na którym stało bonsai.

Podobno niektóre drzewa mają zapasowy komplet liści. Postanowiła, że będzie tak siedzieć i czekać, aż je wypuści.

Zachodzące słońce podświetliło drzewko na pomarańczowo. Najpierw pojawiła się szara delikatna mgiełka. Potem zmieniła kolor na różową i gęściejszą, zacierając smutne gołe gałązki. Znów zmieniła barwę na zieloną i wtedy pojawiły się pierwsze liście, które rosły w oczach.

Kiedy pojawiły się pierwsze bladoróżowe kwiaty, Adela chciała wyciągnąć ręce, aby ich dotknąć i... już nie mogła... jakby była po innej stronie obrazu.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!