Mała Czarodziejka

Marta Precht

MAŁA CZARODZIEJKA

 

Martynka była spokojną dziewczynką. Nie łobuzowała, nie piszczała jak jej rówieśniczki tak, że niemal pękały bębenki w uszach. Mówiła cicho, więc rzadko udawało się jej przebić z jakąś propozycją zabawy podwórkowej. Zawsze coś oglądała. A to: jak chodzi mrówka i ile ma łapek, albo czy słońce może wypalić dziurkę w papierze, gdy położy się na nim denko ze stłuczonej butelki albo czy da się podejść jaszczurkę tak, aby tego nie zauważyła.

Te i inne, podobne zabawy, bardziej ją interesowały
niż popularne, znane innym dziewczynkom. Właśnie szykowały się do gry w „Państwa”.

- Gapo, grasz z nami?- zwróciła się zachęcająco Bożenka.
- Dobrze, chociaż pewnie mama zaraz wróci i musimy wieszać bieliznę...
Ciągle coś musisz!

Gra polegała na tym, że trzeba było wyrównać piasek
na podwórku i stojąc w środku patykiem zakreślić jak największe koło. Potem kolejno rzucało się małym nożykiem tak, aby zgodnie z jego osią „odkroić” sobie kawałek terytorium. Jeśli nożyk nie wbił się w piach, traciło się ruch. Z każdym kolejnym ruchem dodawało się sobie dodatkowe terytorium, zamazując kawałek poprzedniej granicy. Wygrywał ten, kto zajął cały okrąg.

Bożenka oszukiwała. Niby niechcący, rysowała swoją granicę dalej niż powinna a Martynka najpierw protestowała nieśmiało, ale potem dała za wygraną, bo chciała skończyć tę głupią zabawę.

Właśnie wróciła jej mama.
No to wygrałaś! A ja lecę wieszać pranie!

Z tyłu domu znajdowało się coś na kształt ogródka.
Zaśmiecone gruzem, niepotrzebnymi przedmiotami
z plackami wypalonej trawy, służyło latem jako suszarnia.

Nikt nie pomyślał nawet aby zasadzić jakieś drzewko albo posiać kwiatki. Jedynie tuż przy pompie „abisynce” trawa była zieleńsza, bo z miski ustawionej pod odpływem czasem wylało się trochę wody.

Często w latach pięćdziesiątych domy nie miały kanalizacji. „Te sprawy” wylewało się bezpośrednio do wielkiego betonowego szamba, które niczym dzieło malarza żyło bąblami i błyszczało barwami zielonych much.
Matki przestrzegały dzieci, aby się do niego nie zbliżały, było dość głębokie. Nie trzeba było przestrzegać,
śmierdziało tak niemiłosiernie, że chyba jakieś dziecko bez nosa zechciałoby się tam bawić.

Dzieci w okolicy było niewiele: trzy dziewczynki w tym już poznana Bożenka, Ania i Marysia, ale to jeszcze
maluch i jeden chłopiec Bartek. Bartek był kiedyś chory,
i nosił na lewej nodze szynę, która wydawała metaliczne dźwięki kiedy stawiał krok. Ciągle wydawał się przestraszony. Dzieci na podwórku wołały za nim „Kulawek”. Mimo to garnął się do nich, udając że to taka jego ksywa, więc nie ma się o co obrażać. Czasem chyba obrywał od rodziców, bo na nogach
i rękach pojawiały się pręgi.

Martynka próbowała domyśleć się, za co spotykała go taka kara, bo był niezwykle cichym i spokojnym dzieckiem. Chyba bywał czasem głodny.

Dostawał więc od Martynki połowę kromki chleba polanego wodą i posypaneJ cukrem. On nie jadł tylko połykał. Dziewczynka coraz częściej dzieliła się z nim kanapkami. Chyba od tego karmienia zaczęła się ich nieśmiała przyjaźń. Martynka miała wreszcie pokrewną duszę. Razem chodzili nad pobliskie stawy.
Wiosną w rozlewiskach pojawiały się kijanki, pływały przeźroczyste rybki. Maleńki ocean falował wodną roślinnością, co przy przejrzystej wodzie było nieosiągalnym w tamtych czasach filmem przyrodniczym.

Dzieci znajdowały zabawę w obserwacji, tworzeniu czegoś z niczego i z własnej wyobraźni.
- Wiesz Bartek, chciałabym być taka malutka jak ta rybka i pływać sobie z nimi w tej wodzie.
- No coś ty! A jak by cię zjadła żaba? Albo jakiś szczupak?
- Ubrałabym się na zielono, i by mnie nie widziała!
- A jak potem byś urosła? – spytał ciągle szukając przeszkód.
- Nie wiem. Ale coś bym wymyśliła... Śniło mi się,
że jestem czarodziejką. Zamiast palców miałam takie
pałeczki i którą wystawiłam do przodu, to jakiś czar się robił.
- Jaki czar?
- No różne... na przykład z ziemi jak z fontanny wychodziła woda, albo Bożenka miała trzy nogi... no wiesz, różne. Aż dziesięć! A jak zgięłam pałeczkę
to wszystko się odwracało.
- Chciałabyś być czarodziejką?
- Pewnie, a ty nie? Każdy by chciał. Wyczarowałabym naszego tatę, i on by wrócił. A ty nie masz czegoś do wyczarowania?
- Mam – odpowiedział po chwili. Chciałbym być niewidzialny.
- Tylko tyle?
Tylko.

Martynka zamilkła. Wpatrywała się w wodę, jakby ta miała jej dać taki czar. Czytała dużo książek dla dzieci. Wszystkie bardzo silnie odbijały się w jej psychice. Niektóre, jak „Sierotka Marysia” wywoływała strugi łez. Już nie wierzyła w czary, krasnoludki i świętego Mikołaja. Nawet było jej trochę żal, że ich nie ma.
Świat jakby się skurczył, spowszedniał i zszarzał.

Spojrzała na smutną buzię Bartka z rozmazanym brudem na policzku.
- Pamiętasz, była taka czapka niewidka.- powiedziała.
- Tak ale to przecież bajka. Takiej czapki nie znajdziesz.
No czapki nie... ale musi być jakiś inny sposób. Przecież są duchy i my ich czasem nie widzimy, a są? Prawda?

Tej nocy trudno było jej zasnąć. Patrzyła na poruszaną wiatrem firankę, która wyglądała jak duch. W końcu zasnęła a sen, który ją nawiedził, nieprawdopodobnie pasował do rozmowy nad stawem.

Śniło się jej, że właśnie w tym stawie kryje się tajemna formuła na czarodziejski eliksir, który po jego przyrządzeniu, nabiera właściwości dopiero wtedy, gdy głośno wypowie się życzenie.

Następnego dnia rano pobiegła pod dom Bartka i głośno go zawołała. Długo nie wychodził. Wreszcie pojawił się rozczochrany i zaspany. Schodził do niej po betonowych obrypanych schodach postukując szyną.
- Co się tak grzebałeś!
- A, bo nie spałem pół nocy. Musiałem mamie zmieniać opatrunki.
A co się jej stało?

Pytanie zawisło w pustce. Bartek nie odpowiedział, a ona poczuła, że to nie temat.
Chodź nad staw! Tam jest tajemnica!

Martynka zdjęła buty i uniosła spódniczkę, bo woda sięgała jej prawie do kolan. Wodne rośliny oplatały jej łydki, jakby były żywe. Poczuła pod stopą coś twardego. Sięgnęła i wyciągnęła małą buteleczkę zatkaną korkiem.
Widzisz?! Popatrz! Jest!

Aż drżały im ręce, kiedy ją oglądali. Otworzyli korek. W środku była kartka złożona na pół.

Po otworzeniu ukazał się tytuł: Eliksir tajemny.
Przepis na miksturę:
- 3 rozgniecione stokrotki
- 1 zgnieciony kwiatek kaczeńca
- 3 krople ludzkiej krwi
- troszkę żółtego piasku
Wymieszać i wypić wypowiadając życzenie
No i co powiesz? Nie wierzysz? Wszystko mi się wyśniło. Zrobimy go w tej buteleczce.

Składniki nie były niedostępne, no może z wyjątkiem kropel krwi, ale Bartek był tak zdeterminowany,
że zamknął oczy i dziobnął się igłą w palec. Wypił łyk mikstury i wypowiedział życzenie:
- Chcę być niewidzialny!

Po południu, do domu Bartka wszedł mężczyzna.
- Już, już, zaraz podam obiad – powiedziała do niego kobieta w chustce na głowie. W kuchni unosił się zapach smażonego oleju. Na stole stały trzy kubki zsiadłego mleka, trzy poobijane talerze i sól w solniczce.
- Bartek pewnie zaraz będzie, od rana go nie ma w domu. Znowu gdzieś lata. – nieśmiało odezwała się kobieta.
- Znowu, to ja mu przyleję jak wróci – odparł.
Na stole pojawiła się piramida placków ziemniaczanych.
Pierwszy sięgnął mężczyzna. Jedli w milczeniu.
Co to?! – wrzasnął mężczyzna. -Gdzie się podziały
te placki?! Na talerzu zostały tylko dwa, a było ich
co najmniej dziesięć!

Kobieta patrzyła na talerz w kompletnym osłupieniu.
Ale to nie koniec! Kubek ze zsiadłym mlekiem nagle podniósł się i wyszedł z kuchni prosto na podwórko.

Pies przy budzie zjeżył sierść i przypadł do ziemi.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!