Tron Króla Mnie Pierwszego

Michał P. Lipka

TRON KRÓLA MNIE PIERWSZEGO

Sklep był niewielki, szary i brzydki, jak to mają w zwyczaju małomiasteczkowe osiedlowe jaskinie cenowego wyzysku. Prowadzony od wieków przez jedną, tą samą rodzinę, obsadzany czasem na trochę jakąś niewolnica z Urzędu, do zaoferowania miał jedynie brak kolejek i nic poza tym. Ale tego akurat potrzebowałem. Trochę mniejszej widowni na dobry początek.

Tego i podjazdu dla inwalidów, który sklep oferował choćby po to, by zapewnić chorym pogorszenie stanu zdrowia. Dziura na dziurze i sypiący się syf z przekory nazwany poręczą, powstał chyba tylko po to, by udowodnić, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Dzień był szary, mroczny i mglisty, a przez słowo „dzień” na myśli miałem poranek. Zimowy piątek, trochę po ósmej zero-zero, z końcówki grudnia, z temperaturą plus pięć i brakiem śniegu. Ale przy gruncie trzymał mróz i było mi zimno w dupę.
- Tylko nie licz, że cię podetrę – ostrzegła mnie moja dziewczyna, odwracając się do mnie.

Parsknąłem.

W czarnym płaszczyku za pośladki, w czarnych legginsach, czarnych butach i czarnych włosach kończących się poniżej kaptura wyglądała ślicznie na tle mgły i rozmazanych świateł. Światełko mroku, na tle ciągnącego się mleka. Dysonans w kończącej się dziś rzeczywistości.

Weszliśmy do sklepu, gdzie w ciemnościach nierozwiewanych przez marne oświetlenie nawet nie dobrze opłacana niewolnica w jasnej kurtce, puchowym szaliku i rękoma w kieszeniach, usiłowała nie zasnąć.
- Dzień dobry.
- Dobry – kasjerka wykazała się entuzjazmem pracą, po czym spojrzała na mnie i wytrzeszczyła oczy, a podbródkiem spróbowała dosięgnąć drobnego biustu.

Moja dziewczyna podeszła do regału, gdzie ktoś z jakiegoś powodu upchnął napoje, i ściągnęła jedną z butelek. Ja z piskiem i skrzypieniem, poruszałem się za nią na swoich kółeczkach. Wróciliśmy do kasy, a niewolnicy jakimś cudem udało się oderwać ode mnie wzrok, zrobić czytnikiem bip i po części wybełkotać, po części wyjąkać:
- Pięć sześćdziesiąt dziewięć.

Moja dziewczyna zapłaciła i ruszyła do wyjścia, a pani kasjerka patrzyła za nią, jak ciągnie mnie na sznurku. Mnie, dwudziestojednoletniego faceta ulokowanego w środku zimy gołym tyłkiem na nocniku. Na dziecięcym tronie, przyozdobionym kółeczkami i wzmocnionym od środka. Mnie, bez spodni, bez majtek, tylko w butach i kurtce. I nie mogła domknąć ust.
- Miłego końca świata. – Uśmiechnąłem się na odchodne, oglądając w jej stronę przez ramię.

Mieliśmy w końcu Sylwester kolejnego roku, na który zapowiedziano stuprocentowo pewną apokalipsę.

•••

Jak na zimę, jak na końcówkę grudnia i jak na Polskę, panująca temperatura była wręcz upalna, ale w okolicach godziny 10:00, praktycznie nie czułem już nic pomiędzy końcem pleców, a początkiem ud. Nóg zresztą też nie. Pośladki piekły mnie i drętwiały, uda wyglądem przypominały mrożonego kurczaka, blade, sinawe i nakrapiane gęsią skórką, a penis zwinął się ze strachem i przysunął do ciała, szukając ciepła. Fakt, że nocnik, ten tron króla mnie pierwszego, króla Mnie Gołodupca, był wyściełany i podgrzewany niewiele pomagał.

Ale nie poddawałem się, nie rezygnowałem. W pamięci miałem „Wielki marsz” Kinga/Bachmana i „Battle Royal” Takamiego i „Igrzyska śmierci” Collins. Na bohaterów ich książek nie czekała maść propolisowa na odmrożenia, nie mieli Sudokremu na odleżyny, stojącego na łazienkowej półce. Flamozilu na otarcia i rany, czy Linomagu na wysuszenia i podrażnienia. Choćby paracetamolu czy ibuprofenu na ranę postrzałową głowy.

Dzień się rozjaśniał, ale nadal pozostawał szary i ciągnący się, jak rzucona na patelnię guma do żucia. Liczba ludzi rosła proporcjonalnie do liczby palców pokazujących na mnie, kilka osób przeżegnało się na mój widok, kilka innych nawet uciekło, oglądając się przez ramię.

Minęliśmy kilka drzew przyozdobionych tapetą z napisem układającym się w wiadomość „Zaginął pies rasy kebab. Dla znalazcy nagroda.” I numer, jak kod binarny, ciąg zer i jedynek nie mogących być nawet kierunkowym do skończonego zadupia.
- Może chcesz zadzwonić? – zapytała mnie moja dziewczyna.
- Jasne – odparłem.

Pewnie, czemu nie.

Kółeczka skrzypiały obciążone moimi osiemdziesięcioma kilogramami.
- To dokąd jedziemy teraz? – zapytała po dłuższym czasie kręcenia się po okolicy.
Ale cel był póki co jeden.
- Tam, gdzie psy dupami szczekają.

•••

- Spierdalać mi stąd! – powitał nas kierowca autobusu, kiedy chcieliśmy by pomógł wnieść mnie z nocnikiem do środka, zamknął drzwi i tak wyglądało nasze skorzystanie z transportu miejskiego. Na obrzeża miasta potoczyliśmy się więc sami, bez nadziei na chwilę ogrzania.
- Nie życzę temu kierowcy, żeby spotkał więcej ludzi podobnych do mnie – westchnąłem.
- Dlaczego?
- Bo jak będą mu tak złorzeczyć, jak ja, jeszcze do domu nie wróci.

Ciągnąca mnie dziewczyna w czerni parsknęła.

I tak toczyliśmy się na tle krajobrazu nadchodzącego końca świata, aż nocnik zrobił bu-bum na wyboju, bu-bum kółkiem o dziurę w chodniku, a mój zmarznięty i spocony zarazem tyłek poślizgnął się i pośladki rozjechały się na boki. Ślizg i pieczenie nadszarpniętej skóry tuż przy kości ogonowej.

Z ust wyrwało mi się kilka słów, których pozazdrościłby mi przysłowiowy szewc.
- Co – zapytała przechodząca obok nastolatka, dziewczę zanoszące się kaszlącym śmiechem – przyciąłeś sobie jajka?

I odeszła uczepiona ramienia przyjaciółki, parskając i trzymając się za brzuch, jakby wypaliła skręta.
- Wiesz, co? - odezwała się moja dziewczyna. – Chyba lepiej będzie dla nas, jeśli ten świat naprawdę się dzisiaj skończy.

Dotarliśmy na miejsce.

•••

Tam, gdzie psy dupami szczekają, znajdowało się w miejscu, w którym witała nas tabliczka z takim właśnie napisem – na starym, zapomniany, zrujnowanym stadionie, gdzie ustawiono mikrofony i głośniki i oferowano przyjmowanie zakładów.
- Mamy zero złotych na upadek meteorytu! – krzyczał grubasek z kozią bródką i poczochranymi włosami. – Znajdzie się ktoś, kto postawi swoje ciężko zarobione pieniądze na potop?

Z kilkunastoosobowej widowni wyłoniła się uniesiona ręka. W gwarze rozmów, w łoskocie muzyki soundtracku złożonego z takich kawałków, jak „Film o końcu świata”, wyglądała smutno i żałośnie.

Jeden z towarzyszy grubaska dostrzegł nas, zeskoczył ze sceny, na której można by zorganizować co najwyżej wiejski festyn, i podbiegł do tronu króla mnie pierwszego.
- O, facet z nocnikiem! – ucieszył się na mój widok.
Uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Prawie jak kobieta z pieńkiem, tylko nasze miasteczko to nie Twin Peaks – zauważyłem prawie że nie cynicznie.
- Jak tyłek?

Machnąłem ręką, westchnąłem do tego w kontekście „lepiej-nie-mówić” i skupiłem się na udawaniu, że nie czuję dyskomfortu.
- Na co ludzie stawiają najczęściej? – zapytała moja dziewczyna w czerni, nie wypuszczając sznurka od nocnika z dłoni.
- Póki co na inwazję kosmitów – odparł pomocnik grubaska. – Ktoś dodał nawet, że spóźnieni Majowie przylecą z Majsa i opanują cały świat.
Parsknąłem. Kichnąłem.
- A, prawie bym zapomniał – ciągnął człowiek stojący przed nami. – Macie – i wepchnął nam w dłonie ulotki.

GŁOSUJ NA KLUB DLA BISEKSUALNYCH LESBIJEK SYPIAJACYCH WYŁĄCZNIE Z MĘŻCZYZNAMI W NADCHODZĄCYCH WYBORACH! – zachęcały. – NASZA PARTIA POPIERA TYLKO SAMOTNYCH MĘŻCZYZN.
- Rozdajemy to ludziom.
- Brawo – uśmiechnąłem się, ale raczej niewesoło. Jak ktoś, komu spoconą dupę owiewa co chwilę lodowaty wiatr, jak ktoś, kto czuje, że jądra kurczą mu się i napinają.

Zaczęło mżyć.

•••

Nie byłem żadnym Czarnym Dymem na pełnej zaginionych rozbitków żyjącej wyspie, ani nie byłem także kobieciną, która twierdziła, że jej pieniek, kawał drewna noszony jak dziecko, był świadkiem morderstwa. I chociaż przemierzając miasto na nocniku stanowiłem dysonans, obraz burzący wizję rzeczywistości, nie byłem niczym mistycznym.

I dlatego kiedy zaczęło kropić, mżyć jak osiadająca gwałtownie mgła, nie zamierzałem sterczeć na dworze. Nocnik był ważny, ale nie na tyle, bym zapalił się do zapalenia płuc. W szarówce dnia, pośród ludzi, którzy nie mogli i nie chcieli uwierzyć, że jutro nie będzie już niczego, schroniliśmy się w najbliższym miejscu, gdzie ściany posiadały zadaszenie.

Lokal był niewielki, parterowy i ktoś z poczuciem humoru, a może narcyzmu, nazwał go mianem „Restauracja”. Domowe jedzenie. Menu z tortilla po staropolsku. Z Bami Goreng po piastowsku. Z ośmiorniczkami z polskich rzek. Z potrawką gajowego z leśnych grzybów Mun.

W środku było pusto, choć zwarzywszy na jakość przybytku, dwójka klientów, którzy już tam byli, oznaczała zapewne tłumy. Kobieta i mężczyzna, oboje młodzi, choć zarazem już dojrzali, jedli coś, co z wyglądu kojarzyło się z psem po podlasku, popijając winem mnichów z Suwalszczyzny ometkowanym jako Xiao coś tam. Ona była brązowowłosa, on chwalił się czarną czupryną. Ona miała ciemnogranatową sukienkę, on garnitur w barwie własnych włosów. A wino wyplute przez kobietę na mój widok, odcięło się krwiście na pozbawionej krawata białej koszuli.

Ale miałem to gdzieś. Co mnie obchodziły chichoty ludzi, kiedy marzł mi tyłek, więc i nie interesowały mnie chichoty zakochanej pary, która pewnie wyrwała się z pracy, a która zakochana pozostanie dopóki on nie pozna lepszej, kiedy w końcu było mi trochę cieplej.

Nie niepokojeni przez nikogo podjechaliśmy do stolika, słysząc w tle podkład muzyki klasycznej, i zaczekaliśmy aż pojawi się ktoś, kto w tym miejscu powinien nazywać się ajentem, a nie kelnerem, choć pewnie lubił mówić o sobie per kierownik sali. Konsjerż pisane najprawdopodobniej przez „rz”. Skoro już tu byliśmy, mogliśmy coś zamówić.

Muzyka uległa zmianie, ale nadal w obrębach gatunku, a zaraz potem pojawił się kelner.
- Czego państwo sobie życzą? – zapytał.
Moja dziewczyna nie zauważyła tego od razu, ale ja tak. Wszystko dzięki temu, że przez siedzenie na nocniku, moja głowa ledwie wystawała ponad blat stolika.
- Poprosimy menu – powiedziała dziewczyna w czerni.
A ja spoglądałem na wzwód kelnera, wypychający przód jego fartucha, jakby nie miał nic pod spodem.
- Świetny wybór – powiedział z uśmiechem właściciel tej części ciała, która właśnie została dostrzeżona przez moją towarzyszkę. – Dwa razy menu. – Zapisał sobie. – Naprawdę doskonała decyzja.

I odszedł, świecąc dupą równie gołą, co moja.

•••

Cmentarz był niewielki, szary i przygnębiający w mdłej ciemności gasnącego powoli ostatniego dnia istnienia świata. Tutaj, prócz nas, nie było nikogo, ale moja dziewczyna i tak ciągnęła mnie na nocniku.

Po tylu godzinach odgniatania przeznaczonej do siedzenia części ciała, po całym tym czasie tkwienia w niewygodnej pozycji z kolanami na wysokości piersi, z penisem wciśniętym do wnętrza tronu tak, że dotykał czasami dna, ze zgiętymi plecami i rękami opartymi na lodowato zimnych nogach, czułem się jak przepołowiony. Wszystko od pasa w dół wydawało się nierealne jak świadomość, że jutro moje serce może już nie bić. Odległe i nie będące już częścią mnie.

Groby wyglądały na smutne i puste, a ja wydawałem się być ich profanacją, ale wiedziałem, że teraz nie dałbym już rady wstać i naciągnąć majtek i spodni, których zresztą i tak nie miałem ze sobą. Obijałem się więc na ścieżkach, starałem niemrawo odpychać nogami i modliłem się nad rodzinnymi grobami. Żegnałem się z bliskimi, zapowiadając na jutro z wizytą.

Bo co może zrobić człowiek, kiedy kończy się świat? Kiedy ta kurwa zwana życiem zdycha w końcu na chorobę weneryczną?

Cormack McCarthy się mylił, że w takiej sytuacji zdziczejemy, wpadniemy w szał, będziemy rabować i plądrować. Ludzkość jest na coś takiego za leniwa, popkultura zabiła w nas całą pierwotność i dzikość. W dniu końca świata będziemy robić wszystko to, co sugerował Miłosz. Może nie zajmiemy się krzakami pomidorów, ale zajmiemy się telewizją. Obejrzeliśmy już dość filmów, żeby uwierzyć w nagły ratunek z rąk NASA. Ktoś ocali nas w ostatniej chwili, choćby miał to być bernardyn z beczułką panaceum przytwierdzoną do futrzastej szyi.

Poza tym nie ma mowy, żeby umrzeć przed końcem roku, żeby skonać w momencie toastu. Nowy Rok jest zbyt blisko. A potem urodziny. Imieniny. Wesele szwagra. Kto umiera przed takimi okazjami? Świętami? Człowiek żyje, bo ma okazje, dla których chce mu się żyć. Ludzkość nie umrze tylko dlatego, że coś ponad tak sobie wymyśliło – ludzkość umrze, kiedy znudzi się egzystencją.

Świat się nie skończy, skoro na przyszły rok Stephen King zapowiedział już trzy nowe powieści, zbiór opowiadań i kilka komiksów, słuchowisko, płytę z muzyką, film, który wyreżyserował a nawet zbiór notatek, które zrobił w stanie upojenia. Świat nie dobiegnie końca, dopóki trwać będzie „Moda na sukces”, a kolejny sezon już realizowano. Świat się nie skończy, dopóki istnieje urząd skarbowy.

Co może zrobić człowiek w takiej chwili?

Wiele. Zazwyczaj to, co dotychczas, ale znajdą się i outsiderzy, którzy... Właśnie, co zrobią?

Myślałem o tym, leżąc już w łóżku z moją dziewczyną, z którą miałem pozostać do końca i czekać na wybicie północy. Tyłek miałem śliski od maści, a w żołądku zgagą zalegały mi leki na przeziębienie.

Pójdą do kościoła i będą się modlić?

Będą uprawiać seks?

Pić do nieprzytomności?

Jeść?

Położą się spać?

Spotkają się z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi?

Światło mieliśmy zapalone, głowa mojej dziewczyny leżała na mej piersi, ciepła i ciężka, pachnąca szamponem. Odliczanie zbliżało się do końca. Petardy huczały już od dłuższego czasu, właściwie odkąd tylko zaczęło się ściemniać.

Będą przepraszać ludzi?

Spowiadać się?

Zrobią ostatni raz coś dobrego?

Czy może wezmą przykład ze mnie i innych ludzi z happeningu „Zrób najbardziej szaloną rzecz, jaka ci tylko przyjdzie do głowy”. Zrób tak, by nikogo przy tym nie skrzywdzić. W dupie miej konwenanse, ratuj się szaleństwem, ocal głupotą, wyzwól się. Ten jeden jedyny pierwszy i ostatni raz naprawdę żyj.

Wsiądź na nocnik, na cholerny tron króla siebie pierwszego. Króla siebie wielkiego. Jedynego. Króla, po którym nie będzie już więcej władców.
Rozwieś nie mające sensu ulotki.

Zorganizuj przyjmowanie zakładów jak skończy się ten świat. Nagrodą niech będzie chwila nieskrępowanej zabawy niczym z lat, kiedy jako berbeć zbierałeś kapsle od butelek i metalowe samochodziki.

Wstąp do klubu partyjnego, który w końcu będzie miał nieco sensu.

Przeciągnij swojego chłopaka na nocniku przez całe miasto – w końcu władze wyraziły zgodę na każdą z akcji happeningu.

Obsłuż w restauracji ludzi nie mając na tyłku nic, poza fartuchem, który wznosi się od twojego wzwodu.

I gadaj głupoty. Walcz o szaleństwo, walcz, niech ocali normalność.

I żyj po raz ostatni.
23:59:57
23:59:58
23:59:59

 

Dobranoc.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!