Plastikowe Priorytety

Michał P. Lipka

PLASTIKOWE PRIORYTETY

 

Nie było tak, że naprawdę miała ostatnią szansę – takie idiotyzmy zdarzają się tylko w tych głupich serialach, które jej przyjaciółki oglądały, jakby od tego zależało ich życie. Nie, termin był umowny, nic więcej. Dobry, jak każdy inny. Po prostu dokładnie trzy miesiące temu odwiedziła ginekologa, a ten oznajmił, że jeśli chce kiedykolwiek mieć dziecko, niech lepiej nie zwleka. Trzy miesiące to termin graniczny, co potem? Wszystko. Może nadal zachować płodność – na jak długo, nie wiadomo – a może nie; coś takiego nie tworzy się z dnia na dzień.

Choroba.

Ginekolog, ten śmieszny człowieczek w fartuchu, który był tak źle dopasowany, że przyprawiał ją o frustrację, wymienił nawet łacińską nazwę. Ale ona nie słuchała. Wiedziała, że i tak nie zapamięta, bo choć posiadała podzielną uwagę, jej pamięć puszczała się płazem, chyba tylko na złość. Siedziała więc po prostu, w tym sterylnym gabinecie, który kojarzył się jej z podziemiem aborcyjnym – nie pogodną kliniką rodem ze Stanów, ze słoneczkami na ścianach i magazynami obok sztucznych kwiatów na stoliku (jakby takie otoczenie zmieniało morderców w dobre wróżki), tylko z rosyjską mordownią przypominającą wyłożoną brudnymi kafelkami garkuchnię taniego baru mlecznego z czasów PRL-u – i patrzyła na ten wiszący drażniąco fartuch.

A teraz siedziała tutaj, na ławce pod drzewem topoli, w miejskim parku, i patrzyła na dzieci. Chłopcy, dziewczynki – wszystkie w wieku pięciu, sześciu lat, bawiły się w urządzonym na świeżym powietrzu przedszkolu, śmiejąc się i piszcząc radośnie. Ładne, kolorowe... Ostatnia szansa by sama mogła takie posiadać rozpływała się sekunda po sekundzie.

Nienawidziła plastikowych priorytetów swoich przyjaciółek. Ich idiotycznego pędu za czterdziestą parą takich samych butów, za zbyt ciasną sukienką, jaką mają wszystkie. Za schrzanieniem sobie i tak już marnych włosów modną farbą. Potem za odżywką, która nic nie daje, a którą chłoną z turbanem ręcznika na głowie, oglądając debilne „M jak Miłość”.

Nie należała do kobiet, które przeklinają, ale śmiało mogła powiedzieć, że pierdoli to wszystko. Ten pęd na złamanie karku, żeby tylko wyjść za mąż przed trzydziestką. To zabijanie wychudzonego męża przymusową pracą na wspólny dom. To rzucanie się na idiotyczne kierunki studiów, żeby tylko mieć papierek. Dokument, że posiada się tytuł przed nazwiskiem – specjalizację można zmilczeć, bo w towarzystwie wstyd. Albo eufemizmem przedstawić tak, jak bycie kurą domową określa się często mianem house manager. Jak idiotkę trzęsącą wydepilowanym kroczem przed twarzą pijanego, zaślinionego klienta nazywa się początkującą aktorką.

Nie chciała tego.

Miała trzydzieści dwa lata i nie zamierzała wychodzić za mąż. Nie miała nawet faceta, bo wszyscy ci głupi mężczyźni chcieli się jej tylko dobrać do majtek. Nie żeby była szczególnie ładna – liczyli po prostu, że brzydkie są łatwiejsze, bo zdesperowane przecież.

Niech jej przyjaciółki oszukują się, że ich faceci są inni. Niech wmawiają sobie, że mają idealne związki. Ona nie zamierzała. Być czyimś ściekiem na spermę, seks-lalką, którą bierze się bez gry wstępnej, gdy tylko poczuje, że zaczyna się robić nieco wilgotna, a która umie – musi! – udawać orgazm. To nie dla niej.

Ale dziecko...

Czy chciała dziecka? Nie.

Ale może po prostu siebie oszukiwała. Może ten bunt przeciw wszystkim normom, w jakie oblekały się znienawidzone przez nią kobiety, które znała, sięgnął i tej sfery jej życia. Może chciała, ale chcieć już nie potrafiła. Albo przyznać się przed samą sobą.

Jedna blond idiotka powiedziała jej kiedyś, że robi tak z zazdrości, ponieważ chciałaby mieć to co one, a nie ma. Nie, to nie była prawda, jednak w kwestii dziecka...

Chciała go czy nie chciała? Jaka była prawda?

Może wcale nie zamierzała go posiadać, może macierzyństwo naprawdę nie było jej przeznaczone, ale cały świat przerobił ją według mody.

Może wahała się, bo pod tą całą niechęcią, która być może skrywała jednak chęć, tak naprawdę wcale tej chęci nie było.

A może oszukiwała się, że nie chce.

Albo, że chce.

Dzieci biegały, piszczały i śmiały się oddychając świeżym powietrzem, a ona tym samym powietrzem się dusiła.

Dlaczego tak wahała się w tej właśnie sprawie? Czy to termin wywołał bezsensowne napięcie, czy może termin po prostu obudził coś, z czego nie zdawała sobie sprawy?

Podzielna uwaga była dziś jej przekleństwem. Zazdrościła mężczyznom, którzy albo patrzą albo myślą. Którzy zajmując się czymś, potrafią zabić myśli. Ona była zdolna robić pięć rzeczy na raz i wciąż snuć rozważania – jak kiedyś mogła uważać to za błogosławieństwo?

Dzieci w końcu zniknęły, w parku została sama. Słońce przesunęło się, wydłużając cienie.

Czego właściwie chciała?

Na pewno nie męża. Jak każda marzyła o ślubie, ale nie chciała mieć małżonka. Nie czuła tego.

A może jednak?

Mężczyźni są jak dzieci, a kiedy już nie będzie mogła zajść w ciążę, kiedy jutro wreszcie nastanie – za dzień, miesiąc czy rok...

Oczywiście nie da się zindoktrynować tym wszystkim modom. Nie ona. Nie, nigdy. Ona pierdoli przecież te wszystkie plastikowe priorytety.

Po prostu jutro też jest dzień, prawda?

 

KONIEC

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!