SCHOOL DAYS OLD FRIENDS, NEW WORLD

Krzysztof Zimorski

 

SCHOOL DAYS OLD FRIENDS, NEW WORLD

 

— Kurisu! Spakowałeś się? — krzyk kobiety rozległ się po pustym korytarzu
— Zaraz! Daj mi pięć minut! — odpowiedział jej krzyk młodego chłopaka, który siedział w jednym z pokoi. Młodzieńcem tym był antropomorficzny kot o czarnym futrze i niebieskich oczach (popularnie takie postaci zwie się furry, czyli futrzasty). Akurat pakował swój sprzęt elektroniczny do ogromnej torby podróżnej, gdy melodia, zwana potocznie muzyką techno, rozbrzmiała mu z kieszeni. Kot szybko odebrał.

 

Rozdział 1
Przeprowadzka

 

— Kurisu! Spakowałeś się? — krzyk kobiety rozległ się po pustym korytarzu
— Zaraz! Daj mi pięć minut! — odpowiedział jej krzyk młodego chłopaka, który siedział w jednym z pokoi. Młodzieńcem tym był antropomorficzny kot o czarnym futrze i niebieskich oczach (popularnie takie postaci zwie się furry, czyli futrzasty). Akurat pakował swój sprzęt elektroniczny do ogromnej torby podróżnej, gdy melodia, zwana potocznie muzyką techno, rozbrzmiała mu z kieszeni. Kot szybko odebrał.
— Halo?
— Masz dwie minuty, by przyjść i załadować torbę do bagażnika. I to już! — surowy głos kobiety nie robił na nim żadnego wrażenia
— Tak, ja też cię kocham. — odpowiedział kot i rozłączył się. Wreszcie udało mu się wcisnąć ostatnią ładowarkę i zapiąć torbę. Teraz spakowany nasz młodzian mógł spokojnie zejść na dół. Złapał za uchwyt i podniósł bagaż, który dla wygody, zarzucił sobie na plecy, po czym powoli zszedł po schodach na dół. Jakimś cudem udało mu się donieść torbę do auta i wrzucić ją do bagażnika. Trzymając się za plecy i cicho stękając, nasz czarny kot wsiadł do samochodu i wyciągnął z kieszeni słuchawki oraz komórkę.
— Dobra, jakby, co to mnie nie ma. — powiedział kot wkładając słuchawki do uszu i wybierając losową piosenkę z listy. Samochód ruszył. Kot jeszcze na chwilkę rzucił okiem na swój stary dom. Teraz będzie mieszkać w zupełnie innym mieście, uczyć w zupełnie innej szkole i zasypiać na nudnych lekcjach.
***

 

Około trzech godzin później samochód zatrzymał się. Młody kot wysiadł i rozejrzał się. Przedmieścia z zielonymi trawnikami i równymi rzędami niemal identycznych domów.
— Witamy w Pouncefield. — powiedziała biała kotka, która stanęła za młodym — To nasz nowy dom, Kurisu.
— Mhm. — mruknął Kurisu, po czym wyciągnął swój bagaż. Następnie Kurisu wniósł ogromną torbę na piętro i zaczął zaglądać do każdego z pokoi. Łazienka, osobna toaleta, sypialnia rodziców…
— No, no… postarali się. — powiedział głośno do siebie, gdy zajrzał do ostatniego pokoju. Niebieskie ściany, niemal takie jak jego oczy, na środku szerokie łóżko, pod oknem stało biurko z komputerem i jeszcze kilka niezbędnych mebli. Kurisu wszedł i położył torbę na łóżku. Otworzył ją i szybko się wypakował. Na sam koniec na drzwiach zawiesił tabliczkę ze swoim imieniem i napisem „Wstęp wzbroniony” zapisany w sylabariuszu katagany (japońskie pismo, którego używa się do zapisania obcych nazw). Kurisu stanął na środku pokoju i rozejrzał się.
— Bosko. — pomyślał i nagle zza drzwi wychyliła się różowa kocia główka
— Hej braciszku. — główka odezwała się słodkim głosikiem ośmiolatki
— Spadaj, swojego pokoju nie masz? — odpowiedział na przywitanie się siostry bez odwracania się
— Mama chciała żebyś sobie to obejrzał. — powiedziała wchodząc do pokoju i trzymając przed sobą kolorową ulotkę. Kurisu wziął tę ulotkę, a mała się ulotniła.
— Szkoła wyższa imienia St. Lovejoy’a? — Kurisu przejrzał ulotkę na głos nie szczędząc słów krytyki czy sarkazmu. Gdy ukończył lekturę, wyszedł z pokoju i zszedł po schodach do korytarza, po czym zajrzał do salonu.
— Mamo? Skąd ty masz tę ulotkę szkoły wyższej?
— Ah, tę? Ktoś podrzucił pod drzwi. Dodatkowo była karteczka, a na niej to. — biała kotka uniosła rękę ze świstkiem papieru, którą Kurisu wziął i zaczął czytać na głos.
— To najlepsza szkoła w Pouncefield, na jaką możesz zapisać młodego. Nie będzie tego żałować. Pozdrawiam, sąsiad z naprzeciwka. Wieści szybko się rozchodzą. — stwierdził odkładając liścik
— Zapisać cię? — zapytała matka
— Innej opcji nie mam, nie? — kot wzruszył ramionami

 

Rozdział 2
Powitanie nowych

 

Pierwszy września. Ten dzień, na który czekają wszyscy, którym znudziły się wakacje, lub tym, którzy zapisali się do St. Lovejoy High School. Budzik zadzwonił równo o szóstej pięćdziesiąt rano. Nasz kotek wstał pełen energii i z uśmiechem na pyszczku skierował się do łazienki, niosąc ręcznik i szczoteczkę do zębów. Tam szybko się wykąpał, umył zęby, poprawił sterczące włosy na czole, by sterczały mocniej i wrócił do pokoju się ubrać. Teraz, ubrany w dżinsy, białą koszulkę z niebieskim paskiem na ramionach zszedł do kuchni. Matka i siostra już siedziały przy stole. Mała wcinała płatki, a matka jadła kanapkę popijając ją kawą. Kurisu mruknął „dobry” i nasypał sobie dużą porcję płatków.
— Chcesz tak pójść na pierwszy dzień w nowej szkole? — burknęła matka patrząc na dżinsy i koszulkę
— To mój styl. I podobno uważasz mnie za dorosłego. — mruknął Kurisu i pochłonął kolejną łyżkę płatków. Matka wzruszyła tylko ramionami i dokończyła swoje śniadanie. Pół minuty po niej skończył Kurisu. Mała bawiła się w najlepsze swoimi płatkami, próbując zrobić z nich kwiatka.
— Juliet, kończ wreszcie, bo się spóźnimy.
— Dobrze, mamo.
Kurisu schował miskę i łyżkę w zmywarce i pobiegł po plecak oraz nudne papiery, które miał pokazać w sekretariacie. Gdy był już na dole, założył tylko szare buty, zawołał „na razie” i wyszedł z domu. Z domu z naprzeciwka wyszła dwójka pomarańczowych lisów z plecakami. Kurisu podbiegł do nich i zagadał.
— Siemka, wy do Lovejoy’a?
— Siemka, to ty wprowadziłeś się tydzień temu? — zapytała mała lisica
— Tak, Kurisu mam na imię.
— Jestem Edna. A to mój brat, Edward.
— Siemka. — powiedział lis, z wyglądu starszy od siostry o co najmniej rok.
— To, które z was podrzuciło mi ulotkę tej szkoły pod drzwi? — zapytałem, a Edward spojrzał srogo na Ednę.
Teraz będę pisał z pierwszej osoby… stare przyzwyczajenia ;) - Kurisu
— Edna. Mówiłem ci coś o spraszaniu nowych do szkoły!
— Sorki. — odpowiedziała
— Wybacz, ale ona zawsze chce by każdy nowy uczęszczał do naszej szkoły. To, jakby to powiedzieć, jeden z jej sposobów na przywitanie się.— wyjaśnił mi Edward
— Aha… — mruknąłem i tak, całą trójką zatrzymaliśmy się na przystanku. Staliśmy tam około minuty i przed nami z głośnym piskiem zatrzymał się żółty autobus. Edward i Edna weszli pierwsi, a gdy wszedłem za nimi, kierowca się odezwał.
— Witamy na pokładzie, nowy. Miłego dnia
— Dzięki — odpowiedziałem i poszedłem za tamtą dwójką lisów. Na szczęście Edward miał wolne miejsce i gdy autobus ruszył zaczął mi opowiadać o sobie. W pewnym momencie, gdzieś przed nami ktoś głośno westchnął i rozległo się cmoknięcie.
— Pewnie jakaś parka się całuje. — pomyślałem i słuchałem dalej opowiadania. Gdy autobus się zatrzymał nowi znajomi wskazali mi drogę do sekretariatu. Tam, za biurkiem siedziała jeżyca z długimi kolcami.
— Nowy? — zapytała od progu
— Dobry, tak, jestem ten nowy. Ale szybko się tu wieści rozchodzą…
— Przyzwyczajaj się. — powiedziała patrząc na papiery — Kurisu Fuyuumi, tak?
— W rzeczy samej.
— Z racji zaliczonych dwóch poprzednich klas, od razu dodam cię do klasy trzeciej. Tu jest twój nowy plan. — podała mi kartkę z tabelką — A na przerwie ktoś z klasy cię oprowadzi. Teraz leć do klasy, zaraz dzwonek.
— Dziękuję, do widzenia. — pożegnałem się i wyszedłem. Szybko sprawdziłem, jaką teraz mam lekcję. Lekcja matematyki, ale bez numeru sali. Zastanawiając się gdzie mam iść, niechcący wpadłem na coś wielkiego.
— Te, nowy. Patrz gdzie leziesz! — warknął zielony aligator o posturze goryla
— Sorki, chcę tylko znaleźć salę od matmy. — powiedziałem wstając i otrzepując się
— Piętro wyżej, trzecie drzwi na lewo od tych schodów. A teraz spadaj, póki jestem miły.
Posłuchałem jego rady i po chwili szedłem w stronę drzwi do sali od matematyki. Tam spotkało mnie miłe zaskoczenie.
— Edward?
— Hm? Kurisu? Ty nie masz czasem lekcji?
— No mam. Matmę dla trzecich klas.
— Super, stary. Jesteś ze mną w klasie!
— Tak, ale będę potrzebował pomocy z tymi salami. Żadna nie jest oznaczona numerem, czy nazwą, czego w niej uczą.
— To są uroki St. Lovejoy’a. — lis się uśmiechnął — Ale nie martw się. Pogadam z Cynthią i poproszę by cię oprowadziła.
— Dzięki. — powiedziałem mrugając i podnosząc kciuk do góry.
Nagle dzwonek zmusił nas do wejścia do klasy. Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, nauczyciel wyciągnął mnie na środek klasy.
— Powitajmy w klasie nowego ucznia. Opowiedz nam coś o sobie. — powiedział
— Yyy… Jestem Kurisu Fuyuumi… przeprowadziłem się tu tydzień temu… lubię płatki z mlekiem, dobrą muzę i… nie wiem, co jeszcze powiedzieć… — wydukałem, a kilka osób zachichotało
— Kurisu Fuyuumi, tak? A zapiszesz nam swoje imię i nazwisko na tablicy?
— Skoro muszę… — sięgnąłem po kredę i zatrzymałem rękę tuż nad głową — Mam pisać łacińskimi, czy mogę po japońsku?
— Można oba.
No to się podpisałem. Najpierw imię w katakanie, potem nazwisko w kanji. Jeszcze tylko dopisałem pod spodem łacińskimi literami i odłożyłem kredę.
— Dobrze. Teraz pytanie, gdzie mam cię posadzić?
Rozejrzałem się po wolnych miejscach, których było niewiele.
— Może, obok tej ładnej króliczki?
— Cynthia? Dobry wybór.
Złapałem plecak w garść i zająłem swoje miejsce.
— Cześć. Zwą mnie Cynthia. — powiedziała kładąc rękę na moim udzie
— Cześć. — odpowiedziałem ignorując jej rękę. Lekcja zaczęła się od sprawdzenia obecności. Lista była długa i nie udało mi się zapamiętać żadnego nazwiska. Następnie nauczyciel napisał na tablicy zadanie i lew, który zwał się Pokeinfo, podszedł do tablicy i je wykonał. Nagle ręka Cynthii przesunęła się. Spojrzałem na rękę i na Cynthię. Króliczka spisywała zadanie z miną, jakby to nie była jej ręka. W końcu złapałem ją za rękę i odsunąłem ode mnie. Cynthia nie zareagowała.
— Trochę to dziwne… — pomyślałem i szybko spisałem resztę zadania. Kilka minut później nauczyciel zadał nam pracę domową w postaci dziecinnie łatwego zadania i mieliśmy pięć minut dla siebie.
— Cynthia? — zapytałem
— Tak?
— Mogłabyś mnie oprowadzić po szkole? Edward mówił, że mam do ciebie z tym iść…
— Dobrze…
— A właśnie… znasz może takiego wielkiego zielonego aligatora?
— Rodriguez. Wredny typ. Lepiej trzymaj się od niego z daleka.
— Zauważyłem…
Dzwonek obwieścił koniec lekcji. Zarzuciłem sobie plecak na ramię i poszedłem za Cynthią. Oprowadzanie zajęło niewiele czasu, szybko załapałem, gdzie, co jest. W pewnym momencie Cynthia złapała mnie za rękę i spojrzała mi w oczy. Trochę się przestraszyłem tego, co robi i tego, co być może chce zrobić, więc zabrałem rękę i powiedziałem
— O co ci chodzi?
— Hmm… mamy tu grzecznego chłopca, nieprawdaż?
— C-Co? — zapytałem z szokiem w głosie
— Trzeba cię porządnie przywitać. — powiedziała uśmiechając się dziwnie. Chwilę później zaciągnęła mnie do damskiej ubikacji. Jak na dziewczynę była bardzo silna. W końcu była kapitanem żeńskiej drużyny szkolnej piłki nożnej. Tak czy siak, siedziałem teraz na zamkniętym sedesie i nie mogłem nic powiedzieć. Cynthia kucnęła i spojrzała mi w oczy. Zapewne strach i zdziwienie ją podniecało gdyż zręcznie rozpięła mi dżinsy i dobierała mi się do bokserek.
— Hej! Co ty sobie robisz, co? — warknąłem odsuwając jej ręce
— Witam nowego. — powiedziała spokojnie
— Robiąc mu loda?
— Tak. To taka nasza tradycja.
— Pierniczę… gdzie ja się zapisałem? Do szkoły – burdelu?
— Nie. W burdelu płacisz za seks. Tu robisz to z kim chcesz i gdzie chcesz, oczywiście za zgodą drugiej strony. — odpowiedziała spokojnie i wyjęła dłonie z uścisku
— Zaczynam tego żałować… — mruknąłem, gdy króliczka ściągnęła mi bokserki i złapała za kilkanaście centymetrów. To zmusiło mnie do cichego pomruku.
— Hmm… kotek lubi być głaskany, nie? Ale kotki lubią też lizanie. — i zaczęła jeździć językiem po całej długości prącia, na co odpowiedziałem głośniejszym mruczeniem. W końcu wzięła go do ust, a ja głośno westchnąłem. Jej język drażnił żołądź, a usta przyjemnie zaciskały się na prąciu. Niewiele potrzebowałem by trysnąć z jej usta. Cynthia wszystko połknęła i wylizała go do czysta.
— Witamy w St. Lovejoy, Kurisu. — powiedziała uśmiechając się
— A jednak nie żałuję… — odpowiedziałem odwzajemniając uśmiech

 

Rozdział 3
Nocka

 

— Jak było w szkole? — spytała mama, gdy zamknąłem za sobą drzwi
— Fajnie, całkiem fajnie. — odpowiedziałem zdejmując buty — Poznałem już kilka osób.
— To cudownie. Obiad będzie za dziesięć minut.
— Spoko. — odpowiedziałem i poszedłem na górę do swojego pokoju. Zamknąłem drzwi za sobą, rzuciłem plecak w kąt i położyłem się na łóżku. Leżąc na wznak zacząłem rozmyślać nad poznanymi uczniami. Szczególnie zainteresowała mnie Cynthia. Dowiedziałem się, że jest dziewczyną Pokeinfo. I mimo wszystko, on zgadza się, by Cynthia „witała nowych”. Ale co ja się będę zagłębiał w ich związek? Lepiej jest z Edną. Ona, jakby mogła, przeleciałaby całą szkołę sama. Za to Edward jest jej totalnym przeciwieństwem. Zupełnie, jakby oboje tworzyli Ying Yang. Jak ogień i woda. Ona chętna do zabawy, on nieśmiały i raczej woli stać z tyłu. Nagle z mojego rozmyślania wyrwał mnie dzwonek komórki.
— Halo?
— Kurisu? Tu Edna. Mam propozycję…
— Zamieniam się w słuch
— Wbijasz do mnie i Edzia na nockę?
— Nocować u was? Zapytam matki
— Oddzwoń jak skończysz.
Schowałem komórkę do kieszeni i wyszedłem z pokoju. Szczęśliwym trafem mama wchodziła na piętro.
— Mamuś… mogę iść do Edny i Edwarda na nockę?
— Do kogo i gdzie? — zapomniałem, że nie jest obeznana w slangu
— Edna i Edward Foxx. Nasi sąsiedzi z naprzeciwka! Zapraszają mnie na imprezę nocną lub, jak kto woli, pidżama party…
— O ile ich rodzice się zgodzą to tak.
— Dzięki!
Zadowolony wróciłem i zdałem relację Ednie. Teraz trzeba tylko czekać…
***

 

O godzinie siódmej zapukałem do drzwi państwa Foxx. Na piętrze słychać było dudnienie muzyki i chwilę później otworzył mi dorosły pomarańczowy lis.
— Oh, Kurisu! Wejdź, proszę.
— Dobry wieczór, panie Foxx.
— Edna i Edward są na górze.
— Dziękuję.
Praktycznie rzecz biorąc nie potrzebowałem pomocy, by trafić do pokoju, gdzie odbywała się impra. Gdy wszedłem, cały pokój był już pełen. Edna z uśmiechem na twarzy rzuciła się na mnie i mocno przytuliła. Zaraz po niej przywitała się reszta znajomych.
— Chcesz coś pić? — zapytała mała lisica
— Cola może być.
Edna pobiegła na dół po colę, a do mnie podeszła grupka nieznanych mi osób. Była to żółta lisica, brązowy lis, biała puma płci męskiej oraz lew.
— Hej, jestem Lena Lee, ale możesz mówić Lena. To są Nabi, Derba i Mister Asahara.
— Cześć wszystkim, jestem Kurisu. — podałem każdemu dłoń. Na końcu podałem ją pumie Derbie, który spojrzał na mnie tak, że od razu to zrozumiałem. Mam rywala. Ale nie dając po sobie poznać zacząłem się bawić z resztą. Potańczyliśmy trochę, a potem Edna przyniosła moją colę i konsolę do gier.
— O, jakie masz gry? — powitałem się z konsolą
— Może być Tekken?
— Spoko. Ostatnio ułożyłem sobie kilka własnych kombosów dla debil dżina (sparodiowałem imię Devil Jin).
— Hihihi. — zachichotała lisica, po czym wcisnęła konsolę bratu w ręce — Edziu, podepnij mi proszę.
Edward z trochę zawstydzoną miną zanurkował za telewizor, a Edna zaczęła z przejęciem opowiadać mi swoje najlepsze walki. Słuchałem ją uważnie, od czasu do czasu potakując, śmiejąc się lub robiąc zaskoczoną minę. W końcu nie wytrzymałem i zapytałem
— Edna, tyle opowiadasz, ale wciąż nie mogę ci uwierzyć w ani jedno słowo. Może byś udowodniła w jakiś sposób swoje słowa? — skończyłem pytanie uśmiechem, który ma na pewno co najmniej dwa znaczenia, oczywiste dla obu płci. Edna znów zachichotała, co brzmiało dość ładnie, jak na chichot i przyjęła wyzwanie. Edward skończył podłączać konsolę i wraz z Edną usiedliśmy na poduszkach przed telewizorem.
— Edna, gramy jedną postacią i pięć rund. — powiedziałem szybko, a Edna sprawnie spełniła moją prośbę. Ja wybrałem Devil Jina, a Enda wybrała Yoshimitsu.
— A przegrany, co ma zrobić? — zapytała Edna z uśmieszkiem
— Nie wiem…
— Może szkolne powitanko? — zawołał Pokeinfo, który tulił się do Cynthii.
— Jestem za. — zawołała radośnie Edna
— No to już przegrałaś… — powiedziałem i wcisnąłem Start. Pierwszą rundę wygrała Edna, bo na moim padzie nie miałem ustawionych skrótów pod oba przyciski L i R. Za to w drugiej rundzie zemściłem się brutalną kombinacją Demon Spear i Cross Infernal Destruction, czy jakoś tak (ogólnie to ten ładowany atak, w stylu kamehame, a drugi to laser z powietrza).
— Nieźle, nieźle. — powiedziała Edna
— Runda trzecia, uważaj. — powiedziałem szykując powitalne kombo. Trzecią rundę wygrała Edna mając Great’a (pokonanie wroga mając niewielką ilość życia), ale znów się zemściłem w czwartej. Finałowa runda. Demon kontra ninja z kataną. Znowu niezawodne kombo dwóch kopów w twarz i posłanie wroga na połowę mapy rozpoczęło rundę. Edna wyraźnie była wściekła. Jej postać wstała i po chwili usiadła po turecku, by dziwnym ruchem dodawać sobie życie.
— O, nie, moja droga… — powiedziałem i rozpędziłem się. Ninja dostał z bara i przeturlał się pod ścianę, skąd już miałem prostą drogę do zwycięstwa. Ale widząc zapał w jej oczach postanowiłem się zabawić. Wzleciałem w powietrze i wykonałem chwyt z dołu, to znaczy, Devil podleciał do Yoshi, złapał go za gardło i wzniósł w powietrze, by następnie trzepnąć nim o ziemię jak workiem kartofli. Kolejny skok i lądowanie pod kątem, przy okazji nadeptując delikatnie przeciwnika.
— Szykuj się Edna… — powiedziałem i odsunąłem się daleko do tyłu. Edna podniosła się i zaczęła się leczyć. Zrobiłem kilka kroków w jej kierunku, a ona wykonała trick z zmianą miejsc, co wykorzystałem dobijając ją kopem z półobrotu. Edna siedziała zszokowana, a ja udawałem maniakalny śmiech Devil Jina.
— To, co miał przegrany zrobić? — zapytałem, udając, że zapomniałem.
Edna ze smutkiem na twarzy przybliżyła się i już miała rozpinać mi spodnie, gdy nagle ją zatrzymałem.
— Wiesz, co? Mam lepszy pomysł. — powiedziałem i wstałem, po czym złapałem ją za rękę i wyciągnąłem z pokoju. Było późno w nocy, więc po cichu zaciągnąłem ją do łazienki.
— Nie pozwolę, by taka ładna buzia się pobrudziła. — powiedziałem seksownym głosem i uklęknąłem. Tymczasem w pokoju reszta bawiła się w najlepsze. Pumowaty szpanował w Tekkenie swoim boskim „składakiem” z Eddym, a Pokeinfo wręcz kipiał ze złości, gdyż nie ogarniał zbytnio bijatyk. Kilka minut później ja i Edna, która teraz miała anielski uśmiech spełnienia na twarzy, weszliśmy do pokoju, od razu przywitały nas oklaski. Okazało się, że ten drugi lew skopał dupę pumie fuksem i teraz pozuje jak Jack-6 na Duracellu. Spokojnie spojrzałem na zegarek.
— Wiecie, że jest pierwsza w nocy?
— No i co? Noc jeszcze młoda. — powiedział Edward ucząc się jakieś trudnej kombinacji Kazuya’i
— Lepiej iść w kimę, bo jutro do szkoły i na pierwszej mamy wu efa. A chyba nie chcemy poznać nowej kary od Lucy, nie?
Na dźwięk tego imienia każdy się wzdrygnął. Nikt nie lubił Lucy, asystentki wyefistki, która dawała wycisk każdemu, niezależnie od płci, wieku, stanu majątkowego czy czegokolwiek innego. Teraz wszyscy jak jeden mąż (i jedna żona) wyciągnęli z szafy przygotowane wcześniej śpiwory i męska część grupy położyła się na ziemi, podczas gdy dziewczęta spały na jednym łóżku.
— Branoc. — mruknąłem i zamknąłem oczy.

 

Opis 1
Kurisu Fuyuumi

 

IMIĘ: Kurisu
NAZWISKO: Fuyuumi
WIEK: 18 lat (25 czerwca)
GATUNEK: pół kot, pół anioł
KOLOR FUTRA: czarny (kot)
KOLOR OCZU: niebieskie (kot)
CECHY CHARAKTERU: zmienny: od emo do komika w kilka sekund
UMIEJĘTNOŚCI / MOCE:
Silne nogi, słabe pięści.
Mid-Air Kick Combo (potrafi skopać przeciwnika w powietrzu)
Przemiana w anioła
PODEJŚCIE DO SEXU: Nie przeszkadza mu, gdy jakaś ładna dziewczyna dobierze mu się do spodni... W końcu to szkolna tradycja i porządek dzienny w St. Pouncefield ;)
POWIEDZONKA: Zawsze może być gorzej...
Kurisu wprowadził się do Pouncefield wraz z siostrą Juliet i matką Joanne. Już pierwszego dnia zdobył kilkoro nowych przyjaciół, rywala i wroga. Gdy pewnego dnia odkrywa, że jest pół kotem, pół aniołem, jego życie całkowicie wywraca się do góry nogami. Ale więcej dowiecie się w kolejnych rozdziałach…    

 

Opis 2
Nabi Kisaragi

 

IMIĘ: Nabi
NAZWISKO: Kisaragi
WIEK: 18 (16 czerwca)
GATUNEK: lis
KOLOR FUTRA: brąz - ciemna pomarańcz
KOLOR OCZU: zieleń
CECHY CHARAKTERU: miły, spontaniczny, zazwyczaj zbyt zrelaksowany, łatwo go wkurwić i często w awaryjnych sytuacjach jego charakter ulega dość sporym zmianom adekwatnym do sytuacji
UMIEJĘTNOŚCI / MOCE:
Raquip - Nagła zmiana broni (nazwa pochodzi od słów Rapid Equip)
PODEJŚCIE DO SEXU: Podejście raczej zwyczajne nie wpada w melancholijne nastroje, ale mimo wszystko daje ponieść się nieraz emocjom
POWIEDZONKA: Każdy kiedyś umiera... Tobie po prostu trochę pomogę…
Będę pierwszym, który was zajebie…
Nabi znany był od zawsze ze swojej umiejętności, którą bardzo chętnie trenuje. Powodem przybycia do Pouncefield było znalezienie rywala, z którym spędzi więcej niż kilka minut na polu walki. Czas wojny pozwoli mu na udoskonalenie swojej umiejętności na poziom mistrzowski.

 

Opis 3
Otori Asahara

 

IMIĘ: Otori
NAZWISKO: Asahara
WIEK: 18 (5 października)
GATUNEK: lew
KOLOR FUTRA: Cielisty
KOLOR OCZU: Zielone
CECHY CHARAKTERU: Luzak, wyznaje zasadę „ząb za ząb, oko za oko, będzie w pysk”. Nie ocenia istoty po pierwszym wrażeniu (każdy może mieć gorszy dzień),
UMIEJĘTNOŚCI / MOCE: Ryjoklep no Jutsu (Mai Tai zmieszany z innymi stylami) i mocno wytrenowana umiejętność polegająca na zdzieleniu kogoś gazrurką.
PODEJŚCIE DO SEXU: Zawsze i wszędzie(nie z każdym i nie publik). Harem kocha nade wszystko (trzy na jednego, to lubię):)
POWIEDZONKA: Szukajcie a znajdziecie.
No, co by tu o sobie...? Tia... No, ten... tego... Eeee... I to zasadniczo wszystko..
Gaijin-o mitara dorobo-to omoe. (Gdy zobaczysz cudzoziemca, traktuj go jak złodzieja.)
Uwaga, wszystkie dziewczyny! Wielki erotoman (numer 65654) wkracza do Pouncefield, by wreszcie zaliczyć swoje zaległe zadania z biologii! Pouncefield odkrył przypadkiem i pokochał szkołę St. Lovejoy od pierwszej przerwy. Ale żeby to opowiadanie nie było zwykłym pornosem – kontynuujmy dalej.

 

Opis 4
Osuka Thorstone

 

IMIĘ: Osuka (czyt. Oska z przedłużonym "a")
NAZWISKO: Thorstone
NICK: Deruba (U JEST NIEME, a jak wiadomo, Polska tego nie używa...)
WIEK: 18 (20 listopada)
GATUNEK: pół pantera pół demon
KOLOR FUTRA: biały
KOLOR OCZU: czarne
CECHY CHARAKTERU: lubi skopać komuś tyłek
UMIEJĘTNOŚCI / MOCE:
Honor berserkera
Demoniczna aura
Demoniczna szybkość
PODEJŚCIE DO SEXU: nie za dużo, nie za mało, aby było OK (nie w publiku)
POWIEDZONKA: Ta, jasne... (full of sarcasm)
A kij ci w oko, ty gilu z dupy (Czesio >_>')
Oto nasz over-power charakterek i rywal Kurisu. Gdy pozna swoje drugie, mroczne „ja”, będzie toczył walkę o swoją duszę. Na szczęście się uratuje i jego moc będzie pod kontrolą. Faktem jest, iż w tym mu ktoś pomoże, ale to nie miejsce ani czas by o tym dyskutować…

 

Opis 5
Lena Lee

 

IMIĘ: Lena
NAZWISKO: Lee
WIEK: 18 (11 września)
GATUNEK: kot
KOLOR FUTRA: żółty
KOLOR OCZU: zielony
CECHY CHARAKTERU: porywcza…
UMIEJĘTNOŚCI / MOCE: Potężne sierpowe i umiejętność leczenia ran.
PODEJŚCIE DO SEXU: jeśli chodzi o to różne zależy od sytuacji i ochoty
POWIEDZONKA: Wiedza to do potęgi jest klucz.
Tak. To najbardziej rozgadana o sobie postać w całym Pouncefield. A tak na serio to szkolna „cnotka niewydymka”. Gdyby mogła, już dawno miałaby średnią 6,01. Więcej raczej nie da się z niej wyciągnąć w żaden sposób. Żaden… Chyba, że…

 

Opis 6
Juliet Fuyuumi

 

IMIĘ: Juliet
NAZWISKO: Fuyuumi
WIEK: 8 (25 października)
GATUNEK: kot
KOLOR FUTRA: różowy
KOLOR OCZU: niebieski
CECHY CHARAKTERU: miła, często zadowolona i uśmiechnięta
UMIEJĘTNOŚCI / MOCE: Przemiana w anioła
Kontrola nad wodą
Magia krwi
PODEJŚCIE DO SEXU: nie lubi seksu, ma z tym przykre wspomnienia
POWIEDZONKA: nie posiada
Siostra Kurisu, mała Juliet przeprowadziła się z rodziną do Pouncefield by zacząć nowe życie. Tam chodzi do szkoły podstawowej, gdzie ma dobre oceny. Kiedy pozna swoje moce anioła, będzie pomagać bratu w walce z demonem, by uratować kolegę Kurisu.

 

Rozdział 4
Przebudzenie! Anioł i demon!

 

Budzik Edny obudził nas punkt szósta. Jako pierwsi wstali Pokeinfo i Cynthia, którzy w błyskawicznym tempie wybrali się wspólnie do łazienki, zamykając ją na całe dziesięć minut. Ja natomiast zawlokłem swoje zwłoki do domu, gdzie wziąłem szybki prysznic i przebrałem. Jeszcze tylko złapałem plecak z biurka i teraz pełen energii (i nadziei na poznanie nowych koleżanek) stałem przed domem państwa Foxx. Odczekałem z minutę i zza drzwi wyjrzała głowa Edny.
— Gotowa na kolejną porcję nauki? — spytałem z uśmiechem
— Chyba wiem, o jaką naukę ci chodzi… — odpowiedziała uśmiechając się zalotnie
— Taa… Matma, rela, hista… wiesz, te sprawy. — odpowiedziałem leniwie drapiąc się za uchem. Uśmieszek z jej twarzy zniknął a zagościło lekkie zdziwienie. Cóż, w końcu mój charakter zmiennym jest. W międzyczasie reszta też się przygotowała do szkoły i całą bandą ruszyliśmy wesołym marszem… no, dobra… bądźmy szczerzy: kto idzie do szkoły wesołym marszem? Chyba nikt. Zmieńmy to i powiedzmy, że idziemy „wesołym” marszem żałobnym. Tak brzmi lepiej. Zwłaszcza, gdy porusza się palcami na znak cudzysłowie. Wracając od reszty: gdy nasza grupa futrzaków dotarła na przystanek, spotkała ich niespodzianka.
— Rodriguez? — zapytałem zszokowany
— Co on tu robi? — spytał po cichu brązowy lis
Widocznie nasz szkolny rozrabiaka usłyszał nasze szeptania i powoli skierował swój morderczy wzrok na nas. Znając plotki, które roznoszą się po szkole bardzo szybko, lepiej nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z nim, gdyż może cię spotkać coś o wiele gorszego niż spojrzenie w oczy bazyliszkowi.
— Co się gapicie? — warknął i zacisnął mocniej pięści, aż strzeliło mu w stawach
— Nic, nic. My nie patrzymy! My podziwiamy twoją muskulaturę! — odpowiedziałem szybko, próbując zmniejszyć szansę na spotkanie jego łapy
— Hmpf. — mruknął aligator — Gejów tępię gorzej niż nowych, więc uważaj.
— Nie jestem gejem. Po prostu masz łapy jak Pudzian i to sprawia u mnie ogromny szacun… — odpowiedziałem i przez chwilę zauważyłem, na jego mordzie lekki uśmiech.
— Wow… — szepnął do mnie Edward — Szacuj stary, mi na drugi dzień solidny łomot spuścił.
— Ma się ten skill dyplomaty, hehe. — odszepnąłem mu i uniosłem kciuk do góry. W tym momencie z głośnym piskiem i zgrzytem żółty pojazd zatrzymał się na przystanku. Rodriguez wsiadł pierwszy, my za nim zachowując bezpieczną odległość. Na szczęście reszta drogi minęła spokojnie… nie licząc tego, że Edna próbowała po raz enty dobrać się komuś do spodni, ewentualnie spódniczki. Pół godzinki później całą grupką wysiedliśmy z autobusu i, jak to w St. Lovejoy bywa, przyuważyłem parkę jeży zabawiająca się ze sobą gdzieś w rogu budynku. Kto by pomyślał, że mogę polubić szkołę w tak krótkim czasie. Tak czy siak, pierwsze trzy lekcje minęły dość luźno. Jako pierwsza lekcja – matma. Cynthia tym razem nic nie próbowała, lekcja minęła tak jak w każdej innej szkole. Potem mieliśmy religię. Biały szczur w czarnej kiecce nawijał o bogu i innych pierdołach. Kto w tych czasach szczerze wierzy, że jest bóg? A nawet, jeśli istnieje, to skoro on jest wszechmocny, to, czemu są wojny, głód, Dzieci Neo i miliony noobków to zjechania w MMO? Ogólnie rela była kolejną luźną lekcją. Trzecia była hista. Moja zmora. Za nic w świecie nie jestem w stanie spamiętać tylu różnych dat, nazwisk, nazw lokacji i kto z kim się klepał po gębie. Na szczęście Edna, jako pomoc przydzielona na moje życzenie, trochę mi pomogła z tymi rzeczami i nie tylko. Teraz czwarta lekcja: wychowanie fizyczne. Najbardziej znienawidzona lekcja wśród uczniów. Nie dlatego, że wszyscy to jakieś mięczaki, nie! Powodem jest asystentka wuefistki: wiewiórka Lucy. Jej starzy to pewnie wąż i pajęczyca, bo tak wrednego babska jeszcze żaden świat nie widział. Gdy z chłopakami poszedłem do męskiej przebieralni doznałem szoku i to kilka razy. Raz, strój ubieramy na gołe ciało. Dwa, Lucy wpada do nas, gdy wszyscy jesteśmy nago. Trzy, Lucy dowala nam „nową zasadę od wuefistki”. Cztery, jako nowy mam ćwiczyć topless.
— Że jak? — zapytałem słysząc jej słowa
— Że nijak! Spróbuj założyć koszulkę to automatycznie bania, nagana i jutro wbijasz z tatusiem!
— Chyba ktoś sobie tu jaja robi.
— Masz rację. Ja z ciebie, nowy. A TERAZ SIĘ PRZEBIERAJ! — Lucy wydarła mi się w ucho, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła z szatni. Teraz lekko wkurzony zacząłem wciągać bokserki mrucząc wiązankę
— Spokojnie, stary. — powiedział Pokeinfo klepiąc mnie po ramieniu — Jej nie pokonasz. Lepiej odsuń na bok złość i słuchaj, co ona mówi.
— Ona zawsze tak jedzie po nowych? — spytałem
— Przyzwyczaisz się. — Pokeinfo uśmiechnął się promiennie chcąc przekazać mi jak najwięcej dobrej energii
— Do seksu w szkole już przywykłem… ale do tej wrednej, brązowej baby tak szybko nie przywyknę…
Założyłem szybko trampki, zawiązałem je i schowałem sznurówki do butów. Zwykle tak robię, żeby w trakcie biegu nie rozwiązały się. Taka dodatkowa ochrona. Wraz z resztą chłopaków wyszliśmy na salę. Albo halę sportową.
— Ale to wielkie… — powiedziałem rozglądając się po pomieszczeniu
— Panowie! W dwuszeregu zbiórka! — zawołała wuefistka
No to się ustawiliśmy. Jak zawsze sprawdzanie obecności.
— Kurisu Fuyu… — zacięła się na moim boskim nazwisku
— Fuyuumi, prze pani. — grzecznie podpowiedziałem — Obecny!
— Nabi Kisaragi!
— Tutaj! — zawołał brązowy lis
— Otori A… sa...
— Asahara. — powiedział lew o cielistym kolorze futra
— Jest tu taki?
— No, to ja!
— To mów od razu, że jesteś. — powiedziała nauczycielka i kontynuowała wyliczanie. W końcu Lucy walnęła nam dziesięć kółek dookoła sali. Nie mając innego wyboru ruszyliśmy, a panie spokojnie rozgrzewały się na środku sali. Do piątego kółka dawałem radę, ale już szóste zaczęło dawać mi w kość. Zacząłem powoli zwalniać tempa biegu, aż w pewnym momencie
— Szybciej, bo skończysz nago. — powiedział Edward mijając mnie
— Kurde, stary ja nie wyrabiam! — wydyszałem za nim, a Otori spokojnie mnie minął z uśmiechem na paszczy
— Chcesz ćwiczyć resztę wu efu nago?
— Nie bardzo. Stroje dziewczyn trochę mnie nakręcają… — wydukałem i przyśpieszyłem lekko
— Dawaj… jeszcze prawie trzy kółka! — zachęcał mnie Edward
Tak oto zachęcany ukończyłem bieg. Zadowolony i totalnie wyczerpany siedziałem na podłodze ciężko dysząc.
— Nigdy… wcześniej… nie byłem… taki… padnięty… — wydyszałem, a Lucy stanęła tuż za mną
— ROZGRZEWAĆ SIĘ, NOWY! I TO JUŻ! — wrzasnęła, ale nie zrobiło na mnie to żadnego wrażenia. Byłem zbyt zmęczony by, choć podskoczyć.
— Pół minutki, można? Ledwo oddycham po tych kółkach.
— Może cię te spodenki duszą, co? Mogę pomóc ci je ściągnąć!
— Ech… już idę, idę. I po co od razu grozić komuś. To nie humanitarne i w ogóle.
— NIE GADAJ TYLE MŁODY TYLKO ĆWICZ! — wrzasnęła za mną Lucy, gdy zacząłem się rozciągać z chłopakami, podczas gdy dziewczyny biły drugie i ostatnie kółeczko truchcikiem, a niektóre powolnym marszem.
— Feminizm w czystej postaci. — stwierdziłem patrząc na dziewczyny
— To się nazywa lekcja wychowania fizycznego. — poprawił mnie Pokeinfo.
Gdy byliśmy już rozgrzani i dziewczyny skończyły swój spacerek Lucy stanęła przed nami i jak zwykle huknęła.
— Teraz wszyscy ciśniecie przez tor przeszkód. Kto nie wyrobi, ten resztę traci wali nago!
— Chyba cię popieściło! — zawołał Nabi
— Z tym nie do mnie tylko do pani Trousers. — odpowiedziała spokojnie Lucy — A TERAZ USTAWIAĆ TOR!
Ustawienie toru zajęło nam kilkanaście minut. Ogólnie mieliśmy drogę 150 metrową zawaloną gratami jak piwnica babuni. Na pierwszy ogień poszedł Edward. Skoczył nad kozłem, zaliczył wyskok z trampoliny, pokonał opony jak żołnierz na ćwiczeniach, przeczołgał się przez jakiś tuneli dla dzieci, znowu trampolina i ostatni kozioł. Jemu poszło dość gładko, ale to pewnie efekt treningów Lucy.
— Dobra, Edziu dał radę… No to teraz wszyscy lecicie tę trasę, jeden za drugim! — krzyknęła Lucy i cała klasa pośpiesznie ruszyła. Ja byłem gdzieś z tyłu jeszcze zmęczony kółkami. Wskoczyłem na kozła i w locie zahaczyłem nogą o niego i perfidnie zaryłem podłogę brodą.
— O mój boże, nowy! — pisnęła Lucy i podbiegła do mnie — Czekaj, pomogę ci… — powiedziała i złapała mnie za spodenki. Magicznie zebrałem energię i przekręciłem się jednocześnie uwalniając się z jej łap.
— Jeśli mam biec tu nago to po moim trupie! — zawołałem mężnie i wstałem z podłogi
— Nie masz się czego wstydzić nowy. — zawołała Cynthia, która stanęła obok, podobnie jak reszta klasy
— Nie chodzi tu o wstyd, a o honor. — odpowiedziałem bezmyślnie, a Lucy zacmokała
— No to może się posiłujemy, młody? Jak wygrasz to ominą cię kary przez miesiąc.
Słowa Lucy rozniosły się echem po sali, a zaraz po nich okrzyk zdumienia uczniów.
— A jak przegram? — odpowiedziałem mrużąc oczy
— Przez miecha ćwiczysz nago. Co ty na to?
Uśmiech na jej pyszczku oznajmiał, że Lucy jest trochę zbyt pewna siebie. Szybko przeliczyłem swoje szanse. Z nią były praktycznie zerowe…
— Sekundę, nowy może nie mieć kary przez miecha, a my mamy latać nago, tak? — zawołał Derba, któremu oczy błysnęły na złoty zmieszany z czerwienią… normalnie jak demonowi — Ja też chcę cię pokonać!
Wraz z nim w te same sugestie poszła reszta klasy. Lucy ziewnęła i odpowiedziała
— No to robimy zawody. Najsilniejszy z klasy może się ze mną spróbować.
Więcej nam nie trzeba było. W minutę zebraliśmy wszystkie graty i rozłożyliśmy kilka dużych mat, by każdy mógł pokazać swoje najlepsze umiejętności.
— Nowy, zmierzymy się? — powiedział pumowaty patrząc mi głęboko w oczy. Dziwnym trafem to spojrzenie wywołało u mnie falę obrzydzenia do całej osoby i chęć rozwalenia go w pył, więc bez słowa kiwnąłem głową. Ale na macie walczył Otori z Nabim. Otori trenował Mai Tai, bo stał tak samo jak Bruce z Tekkena i próbował trafić Nabiego z kolanka, ale Nabi blokował to ładnie i oddawał serią kopnięć jak Hwoarang.
— Jednak granie w Tekkena się przydaje. — mruknąłem
— Czemu? — spytał pumowaty
— Bruce i Hwoarang z Tekkena. — powiedziałem wskazując walczących ręką. Tymczasem Nabi się wkurzył i rozłożył Otoriego długą kombinacją ciosów. Teraz na macie stanąłem ja i pumowaty.
— Gotowy, nowy? — spytał
— Jestem Kurisu. Gotowy, pumo. — powiedziałem i stanąłem w pozycji bojowej
— Derba jestem… — powiedział i ruszył na mnie. Jego ciosy były szybkie, ale trochę szaleńcze. Zupełnie jakby całą moc dał w atak w ogóle nie dając sobie obrony. W końcu zatrzymałem jego pięść i kopniakiem odsunąłem od siebie. Jego oczy dalej się świeciły. Zrobiłem szybki krok i zaatakowałem z pięści. Dziwnym trafem moja ręka zatrzymała się kilkanaście centymetrów przed Derbą. Zaskoczony byłem nie tylko ja, nawet Derba stał jak kołek nie wiedząc, o co chodzi. Spróbowałem znowu. I znowu ta dziwna bariera. Odskoczyłem do tyłu.
— Do trzech razy sztuka. — pomyślałem i uderzyłem z rozpędu, celując w brzuch Derby. Tym razem żadna bariera nie zatrzymała mojej pięści. Będąc rozpędzony zaciągnąłem Derbę trzy kroki dalej i, prostując rękę, posłałem na koniec maty. Gdy Derba odlatywał kilka malutkich wyładowań elektrycznych pojawiło się w miejscu uderzenia i na mojej pięści, co znów mnie zaskoczyło.
— Jak ty…? — zapytała Lucy patrząc na mnie jak na wariata
— Ale co? — spytałem zdziwiony
— Twoje oczy… były czerwone, gdy go uderzałeś.
— Co? — spojrzałem na nią jak na kretynkę i widząc strach w jej oczach podbiegłem do ściany, na której wisiało ogromne lustro. Rzeczywiście miałem czerwone tęczówki, ale po chwili wróciły do mojego błękitu, który mnie uspokoił. Chwilę później zadzwonił dzwonek…
***

 

Gdy wróciłem do domu, wciąż rozmyślałem o tym, co się stało na wuefie. Mama zauważyła to i stawiając mi talerz z zupą pomidorową zapytała
— Coś cię trapi, aniołku?
— Nie… wszystko w porządku.
— Na pewno? Wyglądasz na zmartwionego.
Westchnąłem.
— Usiądź, trochę to potrwa.
Rozdział 5
Anielskie oświecenie.
Opowiedziałem mamie o całym zajściu na wuefie z dokładnymi szczegółami. Jej twarz była spokojna, co trochę mnie niepokoiło. Gdy skończyłem ona wciąż patrzyła na mnie.
— Mamo? — zapytałem — Coś nie tak?
— Wyobrażam sobie tylko…
— Co?
— Jak wyglądasz, aniołku.
— Nie rozumiem.
Mama westchnęła i zaczęła wyjaśniać
— Teraz, gdy twoje moce się przebudziły, mogę ci wszystko wyjaśnić.
— Co? — powiedziałem nic kompletnie nie rozumiejąc
— Jesteś aniołem. A dokładnie pół aniołem. I do tego rzadkim aniołem.
— Chyba sobie żartujesz. Nie mam anielskich skrzydeł ani aureoli!
— W tej formie nie. — odpowiedziała spokojnie i wstała od stołu. Chwilę później jej futro lekko się rozjaśniło, oczy z brązowego zmieniły na czerwony, a na plecach wyrosły jej dwa anielskie skrzydła.
— Ale w tej tak. — odpowiedziała, a jej głos od razu rozbrzmiał echem. Ja siedziałem z otwartymi ustami nie wierząc w to, co widzę.
— Zamknij buzię, aniołku. — wykonałem polecenie — Teraz opowiem ci historię naszej anielskiej rodziny. Widzisz, geny anioła masz po mnie. Podobnie Juliet, ale jej moce mają czas by się objawić. Ogólnie rzecz biorąc, geny przechodzi z kobiety do kobiety, czasami tylko dotykając mężczyzn.
— Czyli jestem jeszcze bardziej specjalny niż byłem kilka godzin temu?
— Kilka lat, chłopcze. Gen masz od urodzenia i z tym genem umrzesz. Ale wracając do tematu aniołów w rodzinie. Otóż, nasz gen ewoluował tak, że każdy anioł otrzymuje umiejętność kontroli nad jednym z żywiołów. Wiesz pewnie jakie?
— Ogień, woda, ziemia, wiatr…
— I piorun. — odpowiedziała mama rysując palcem w powietrzu pentagram z dziwnej energii. Na każdym końcu pojawił się inny symbol, który przypominał japońskie kanji.
— Podejdź tu i włóż rękę do środka znaku.
— Po co? — powiedziałem podchodząc do znaku i oglądając go z bliska
— Sprawdzimy jaki masz żywioł. To rutynowa kontrola aniołów. — gdy zobaczyła moje spojrzenie szybko dodała — Zasada bezpieczeństwa. Nie chcemy, by jakiś anioł nagle zaczął podpalać domy.
Niechętnie wsadziłem rękę w środek pentagramu. Ten zaczął wirować i w końcu zatrzymał się tak, jak go mama narysowała.
— Piorun. Potężny żywioł. I bardzo niebezpieczny. — powiedziała, gdy wyjąłem rękę i znak rozpłynął się.
— Czekaj. Czy teoretycznie jestem w stanie wyhodować skrzydła i uderzyć kogoś kulą energii, która ma w sobie kilka tysięcy watów mocy?
— Tak. Ale tylko, gdy będziesz trenować.
— Ok… To ja idę do siebie, trochę to wszystko ogarnąć.
— Tylko nie rozpowiadaj, że jesteś pół aniołem. Czuję obecność wielu demonów, a wierz mi, ciężko je rozwalić.
— Po prostu morda na kłódkę, kumam. — powiedziałem i wyszedłem z kuchni, zgarniając plecak po drodze. Wszedłem do pokoju i zamknąłem drzwi. Usiadłem na łóżku i zacząłem wszystko sobie układać. Czerwone oczy, iskry po uderzeniu, mama z skrzydłami. To wyglądało mi jak jakiś dziwny sen. Postanowiłem się zdrzemnąć, w nadziei, że obudzę się w pokoju Edny leżąc na podłodze w śpiworku.
***

 

Następne dni mijały spokojnie. Jedynie na wuefie Lucy dawała nam wyraźniej mniejszy wycisk. Oczywiście było to fajne i w ogóle, ale od tamtej pory cała szkoła się zmieniła. Wszyscy próbowali wkręcić mnie i Derbę, byśmy się zaczęli bić i by tym razem on użył jakiegoś super ataku. Na nieszczęście innych, ja i Derba porozmawialiśmy i złożyliśmy przysięgę, że nigdy więcej nie będziemy się bić, przynajmniej na serio. Tak czy siak, nasze szkolne życie spokojnie mijało każdemu aż do świąt. Oczywiście musieliśmy mieć szkolną wigilię. Każdy dostał swój przydział i groźbę zgwałcenia przez resztę klasy, jeśli się nie wyrobi. Ja otrzymałem zadanie dostarczenia napojów. Gdy wróciłem do domu pobiegłem rzucić plecak do pokoju i zbiegłem do kuchni.
— Mamo… — zacząłem i zatrzymałem się w szoku
— Jesteś, aniołku? To super. Zaczynamy kolejną lekcję.
— Zaraz! Muszę skoczyć do sklepu po picie na jutrzejszą wigilię…
— Wiem. Butelki są w szafce. Ale teraz wróćmy do lekcji.
Niestety, lekcję przerwał nam znajomy płacz. Instynktownie odwróciłem się i zdążyłem zobaczyć sylwetkę Juliet, która z płaczem przemknęła przez korytarz, kierując się po schodach na górę i chowając się w swoim pokoju. Gdy tylko ona zniknęła mi z oczu, natychmiast ruszyłem za nią, a mama po chwili dołączyła. Juliet siedziała na łóżku cicho szlochając. Podszedłem bliżej i zobaczyłem powoli rosnącą plamę na łóżku.
— Hej, Juliet. Co się stało?
Siostra nie odpowiedziała. Mama podeszła bliżej i podniosła jej głowę.
— Czemu płaczesz? — zapytała spokojnie, próbując uspokoić małą
— O-o-o-o-on… m-m-m-mnie… — Juliet zaczęła się jąkać
— Kto? — spytałem trochę za głośno i siostra znów zaczęła szlochać — Sorki, siorka.
Usiadłem obok niej i przytuliłem. Dopiero teraz mój nos wyczuł dziwny zapach. Wydawał się znajomy, nawet bardzo.
— Juliet, powiedz nam, czy ktoś cię skrzywdził? — spytała mama głaszcząc ją po główce
Juliet tylko kiwnęła głową. Mama zapytała ponownie.
— Juliet, czy ten ktoś dotykał cię tam?
To pytanie trochę mnie zszokowało. A kiwnięcie głowy siostry na tak, obudziło we mnie gniew.
— Siorka. Wiesz może jak on wygląda? — odsunąłem ją od siebie i uśmiechnąłem — Chcę wiedzieć komu mam skopać tyłek za ciebie.
— O-o-on był d-duży… i-i z-zielony…
— Czekaj, miał czerwone włosy? — zapytałem szybko, a Juliet przytaknęła. Spojrzałem na mamę, a ona na mnie.
— Wiem, kto ją zgwałcił. — powiedziałem i wstałem z łóżka.
— Kto? — zapytała kładąc siostrę — Leż spokojnie, to wyleczę cię. — powiedziała i przyłożyła ręce do jej podbrzusza.
— Aligator Rodriguez. Szkolny łobuz… — zamknąłem oczy i zacisnąłem pięści — i niedługo będzie usmażonym aligatorem. — obie pięści otoczyło słabe wyładowanie elektryczne, a futro na całym ciele zaczęło zmieniać kolor na biały. Złożyłem ręce jak do modlitwy i skoncentrowałem się. Chwilę później dwa anielskie skrzydła rozerwały mi koszulkę na plecach, a gdy otworzyłem oczy, kolor tęczówek zmienił się na czerwony.
— Trzymaj się, Jul. — powiedziałem do siostry wybiegając z pokoju. Miałem niewiele czasu, moja transformacja nie jest w pełni dopracowana i mogę korzystać z niej przez krótki czas. Wybiegłem z domu i rozłożyłem skrzydła, po czym wzbiłem się wysoko w powietrze. Kilka gapiów zaczęło mnie wytykać palcami, ale ja rozejrzałem się i znalazłem swój cel wyjątkowo łatwo. Kretyn siedział na przystanku autobusowym. Wystrzeliłem ku niemu, a w locie złapałem się za prawe ramię. W prawej dłoni kolejne wyładowania zaczęły układać się w formę kuli, która po chwili przybrała odpowiedni kształt i rozmiar, natomiast zbędne ładunki były odsyłane do tyłu, tworząc elektryczny warkocz.
— RODRIGUEZ! — wrzasnąłem pędząc w jego stronę. Ten rozejrzał się i gdy mnie zobaczył, szybko podniósł się i zaczął uciekać. Niestety dla niego, byłem zbyt szybki by mógł mi uciec.
— Todome… — zacząłem, gdy, będąc na odpowiedniej wysokości, doładowałem nadchodzące zniszczenie gwałciciela
— Nieeee! — piszczał aligator, gdy kula piorunów nieuchronnie leciała ku niemu
— NO TENSHI! — zakończyłem inkantację, jednocześnie uderzając Rodrigueza w plecy i pociągnąłem go ze sobą jeszcze kilka metrów, wciąż smażąc go żywcem, by w końcu się zatrzymać, wyprostować rękę i odesłać trupa gdzieś w mur. Kula wywołała jeszcze ładny wybuch, gdy aligator zderzył się z murem, a gdy pył opadł, na murze było całkiem płytkie wgłębienie.
— I NIECH KTÓRY SPRÓBUJE CHOĆBY DOTKNĄĆ JULIET! — ryknąłem, gdy po wybuchu zebrało się stado gapiów — OBIECUJĘ, ŻE KAŻDEGO POCZĘSTUJĘ OSTATECZNYM UDERZENIEM ANIOŁÓW! — po tych słowach wzbiłem się w powietrze i błyskawicznie udałem się do domu. Tam wróciłem do normalnej formy i zastałem mamę w kuchni.
— Jak się czuje Juliet?
— Wyleczyłam ją całą… — odpowiedziała — Nawet udało mi się naprawić jej błonę.
— Dzięki bogu… Ja natomiast usmażyłem tego aligatora. Już nikt nie dotknie Jul.
— Jul? — mama powtórzyła moje ostatnie słowo
— Skrót od Juliet. Od teraz będę na nią mówić Jul. Wykrzyczałem jej imię, więc muszę zrobić sobie powód, by znów kogoś usmażyć. — uśmiechnąłem się i zacisnąłem pięść powodując serię wyładowań wokół niej.
— Tylko nie przesadzaj z elementem, Kurisu. — ostrzegła mnie matka — To, że ja oddałam swój element, by móc lepiej leczyć, nie oznacza, że jak cię kopnie twój własny prąd to dam radę cię uratować!
— Nie powtórzę błędu przodków. — zapewniłem ją unosząc kciuk go góry, a mama lekko się uśmiechnęła.
— Tak w ogóle, Kurisu… — mama nagle sobie o czymś przypomniała
— Hm?
— Sprawdziłam żywioł Juliet. Było to trudne, bo mała bała się wsadzić rękę, a jej strach zakłócał przekaz energii. Ale wychodzi na to, że będzie kontrolowała wodę.
— Bosko. Będzie mogła mi pomagać w walce. — ucieszyłem się
— Ale jeszcze potrzebuje czasu i czegoś, co aktywowałoby jej moc. — odpowiedziała mama i spojrzała w okno.

 

Rozdział 6
Wigilia

 

Następnego ranka wstałem trochę wcześniej niż zwykle i, po szybkim prysznicu i ubraniu się, zszedłem na dół do kuchni. Tam wyjąłem butelki z napojami gazowanymi i postawiłem je na stole.
— Kurde… chyba wszystkiego nie wypijemy. — mruknąłem do siebie i rozejrzałem po kuchni szukając jakieś torby czy choćby reklamówek. Na szczęście w kącie stało kilka toreb na kółkach. Kupiliśmy kilka na zapas, gdyż zawsze mam z nimi problem, zwłaszcza, gdy są naładowane po brzegi, a ja nie widzę, gdzie je stawiam. W taki sposób skasowałem kilka kółek, ale na wszelki wypadek mama zabrała ze starego domu pudełko z kółkami od wózków dziecięcych. Tak czy siak złapałem jedną z toreb i zacząłem pakować butelki. Potem wziąłem drugą, i dorzuciłem resztę.
— I niech teraz jakieś kółko się rozwali to normalnie nie wyrobię… — mruknąłem znów do siebie i skoczyłem do pokoju. Tam otworzyłem plecak, wyjąłem książki i inne zbędne pierdoły, a spakowałem małe prezenciki dla znajomych z klasy. Dziewczynom kupiłem jakieś tanie perfumy, chłopaki natomiast dostaną gadżecie adekwatny do osoby. Cóż, większość kasy poszła na perfumy, ale mniejsza. Gdy wychodziłem z pokoju na zegarku była siódma zero-zero. Dodatkowo jeszcze spotkałem Jul idącą do łazienki.
— Hej Jul. — powiedziałem uśmiechając się do siostry
— Hej braciszku. Po co ci plecak?
— Mam tam prezenty dla znajomych z klasy. — odpowiedziałem
— Aha… — odpowiedziała i powędrowała dalej wesoło machając ogonkiem. Ja natomiast zszedłem na dół i w kuchni zastałem mamę.
— Hej mamo. — powitałem się
— Cześć aniołku, co chcesz na śniadanie? — odpowiedziała mama
— Nic. Jeśli tu zjem śniadanie to nie zmieszczę tak dużo żarła na wigilii.
— Skoro tego chcesz… — odpowiedziała i zabrała się za krojenie pomidora. Ja w międzyczasie wyjrzałem przez okno. Edna i Edward jeszcze nie wyszli, więc miałem chwilę dla siebie. Tak więc złapałem torby i wyszedłem z kuchni. Na korytarzu ubrałem kurtkę, buty i czapkę i wychodząc zawołałem „Lecę, narka”. Akurat w tym samym momencie dzieci państwa Foxx wyszły z domu.
— Joł Edna! Edward! — zawołałem ciągnąc za sobą torby
— Siema stary! — zawołał Edward i złapał jedną z moich toreb — Pomogę ci.
— Hej Kurisu. — powiedziała Edna — To prawda, że ktoś zamordował Rodrigueza?
— Alleluja, wszyscy święci. Wreszcie mamy luzik w szkole! — uśmiechnąłem się od ucha do ucha. W końcu sam go usmażyłem.
— Przydałoby się by ktoś sprzątnął Lucy, hehe. — powiedział Edward i wszyscy zachichotaliśmy. Tam rozmawiając o wszystkim i niczym dotarliśmy do autobusu, a później do szkoły. Tam Edward i Edna pomogli mi wtaszczyć te torby z butelkami na trzecie piętro, gdzie zostawiliśmy ja, by zbiec do szatni i zostawić kurtki. Znowu bieg po schodach i mogliśmy zacząć wszystko szykować. Ledwo złożyliśmy ławki z jeden wigilijny stół, drzwi się otworzyły i w progu stanął Derba.
— Mery Iksmas Ewriłan! — zawołał wesoło i odstawił reklamówkę z, sądząc po dźwięku, czymś metalowym i ściągnął czapkę Mikołaja
— Ave Santa. — zawołałem i dostawiłem kilka krzeseł — Co przyniosłeś?
— Ciasto. Mama trochę mi pomogła. — pumowaty wyjął ciasto z reklamówki i postawił je na biurku nauczyciela. Ciasto wyglądało jak zwykły murzynek.
— Edward, skocz po obrus to go rozłożymy. — powiedziała Edna. W końcu po kilku minutach do klasy weszli Nabi, Otori i Lena. Oczywiście każde coś przyniosło na wigilię i tak oto cała nasza paczka zaczęła szykować wszystko na wigilię klasową w St. Lovejoy. Największy popis wykonał Nabi wyciągając kilka noży dosłownie z nikąd.
— Jak ty to…? — zapytałem wskazując na noże
— Potrafię przywołać sobie każdą broń, na którą nałożę pieczęć. To moja umiejętność, którą nazwałem Raquip. Wiecie, od rapid equipment, czyli błyskawiczny ekwipunek. — wyjaśnił i zabrał się do krojenia ciasta. Wreszcie po dziesięciu minutach zaczęła się schodzić reszta klasy. Ktoś przyniósł taki duży odtwarzacz i parę płyt z muzyką. Na końcu do klasy weszła nasza wychowawczyni, czarna lisica z białym futrem na dłoniach i końcu ogona.
— Ale tu ładnie. Kto pomagał w przygotowaniach? — zapytała
— Ja, Nabi, Lena, Otori, Edward i Kurisu. — odpowiedziała Edna — No i wszyscy, którzy coś ze sobą przynieśli.
— To cudownie. Przypomnij mi, to po wigilii wpiszę waszej grupie po pochwale. O, i rozdaj wszystkim po opłatku.
— Dobrze, proszę pani. — odpowiedziała Edna i wykonała polecenie. Minutkę później cała klasa zaczęła łazić dookoła siebie, każdy składając życzenia każdemu. Ja zacząłem najpierw od Nabiego, który stał obok mnie.
— Wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia, szczęścia, dziewczyn… — tu zachichotaliśmy obaj — no, i to chyba wszystko…
— Nawzajem stary, nawzajem. — odpowiedział Nabi dzieląc się opłatkiem. Chwilę po tym nadleciał Otori, który od razu życzył nam wielu „zaliczeń z biologii u koleżanek”, a Derba, który dołączył jakiś czas po nim, życzył nam wielu okazji do pokazania swych umiejętności. Tak, po jakiś piętnastu minutach przepychania się, zasiedliśmy do stołu i zaczęliśmy wyżerkę. Na pierwszy ogień poszła pięknie wyglądająca sałatka warzywna, a zaraz po niej sałatka śledziowa. Kilkoro osób nawet zjadło po papryczce chili, walcząc, kto wytrzyma dłużej z papryczką w ustach. W końcu Otori, próbując pokazać, jaki z niego kozak w dziedzinie elektroniki, podpiął odtwarzacz do prądu i zapuścił jakąś muzę. Tak, jedząc i tańcząc, bawiliśmy się cztery godziny. Po tym wszystkim część uczniów zawinęła się do domu, nie chcąc być zmuszonym do pomagania w sprzątaniu. Dziwnym trafem ekipa, która działała na początku wigilii, działała na jej końcu i tak, po kilkunastu minutach każdy miał w rękach „pamiątki” z wigilii klasowej.
***

 

— Do zobaczenia jutro. — zawołałem otwierając drzwi i machając ręką, która trzymała reklamówkę z żarciem, poczym wszedłem do domu
— Hej, aniołku. Jak minęła wigilia? — zapytała mama z kuchni. Ja spokojnie się rozebrałem, wszedłem do kuchni i stawiając reklamówkę bezsłownie nią odpowiedziałem. Wtedy Juliet weszła do kuchni i od razu zajrzała do reklamówki.
— A ja zabrałam więcej jedzenia… — powiedziała
— A kogo to obchodzi? Jak się czujesz, Jul?
— Dobrze. — popatrzyła na mnie chwilę i dodała — Jestem cała i zdrowa, braciszku.
Ja tylko się uśmiechnąłem, jednocześnie przypominając sobie twarz Rodrigueza tu przed śmiercią. Juliet to zauważyła i spytała
— O czym myślisz?
— A, tak sobie przypomniałem, jak rozwalam tego wrednego aligatora, który cię skrzywdził.
— Aha. A jak go rozwaliłeś?
Już otworzyłem usta, by jej powiedzieć, ale zatrzymałem się i spojrzałem na mamę. Ona kiwnęła głową, więc opowiedziałem siostrze całą egzekucję. Gdy skończyłem, mała była wniebowzięta.
— Wow, jak opowiem u siebie w szkole o tym, to mi nie uwierzą.
— Nie wolno rozpowiadać takich rzeczy. — powiedziała mama — Anioły muszą się chronić, bo złe demony czają się wszędzie.
— Nawet pod łóżkiem? — spytała siostra
— Pod łóżkiem nie. — odpowiedziałem, głaszcząc siostrę — Ale raczej nie chcesz by zły demon znów cię skrzywdził, nie?
Siostra kiwnęła głową na nie.
— Widzisz? Dlatego trzymamy to w sekrecie. Tak samo jak nasze moce elementów. Jeśli ktoś zobaczy, że bawisz się wodą, mogą być kłopoty. Zwłaszcza, gdy taki ktoś umie walczyć piorunami jak ja. — powiedziałem, poczym skierowałem się w stronę drzwi — A, ja będę trenować moje umiejętności u siebie w pokoju. Chcę na chwilę zapalić lampkę, tak dla testu.
Po tych słowach wyszedłem z kuchni.

 

Rozdział 7
Kisaragi w tarapatach

 

Zima minęła tak szybko, że nikt praktycznie nie zauważył. Przez ten czas opanowałem w dość dużym stopniu moje moce, a Juliet po raz pierwszy użyła swoich w trochę nie kontrolowany sposób. Chciała nalać sobie mleka do miski, ale część mleka wylądowała na mojej głowie. Teraz, gdy oboje potrafiliśmy użyć swoich mocy, mama oznajmiła, że czas, byśmy przeszli kolejną część kontroli aniołów. Konkretnie chodziło jej o rejestrację nas jako pół aniołów, zapoznanie z jakimś regulaminem i jakieś jeszcze bajery. Gdy wróciłem ze szkoły, mama i Juliet czekały w kuchni.
— O, jesteś już. — powiedziała mama
— Teraz lecimy się skontrolować?
— Tak. Ale najpierw musimy przybrać formę anioła.
— Ale Juliet jeszcze nigdy nie aktywowała… — zacząłem
— Już raz byłam aniołkiem, braciszku. — powiedziała siostra i złożyła ręce jak do modlitwy. Minutę później powoli przemieniała się w anioła. W tym czasie sam postanowiłem też szybko się przemienić. Szło mi to o wiele trudniej, cały mój trening opierał się na użyciu elektryczności w zwykłej formie, zakładając, że anioła użyję jako ostatnią deskę ratunku. Tak, w trochę dłuższym czasie, jakoś aktywowałem anielską formę, a mama narysowała w powietrzu gwiazdę z energii przypominającej mgłę.
— Moje dzieci, teraz narysujcie taką samą gwiazdę. To będzie nasz teleport do nieba. — powiedziała i oboje bezsłownie skopiowaliśmy ruchy mamy. Teraz mama kazała nam włożyć rękę do tej gwiazdy i wymówić krótką inkantację. Gdy to zrobiliśmy, gwiazdy się rozjaśniły i cała nasza trójka zniknęła.
***

 

Nabi Kisaragi wybrał się do sklepu po małe zakupy. Gdy zadowolony wychodził ze sklepu, coś śmignęło mu przed nosem, by zatrzymać się na stojącej niedaleko ciężarówce.
— Co jest? — zapytał siebie Nabi mrugając oczami, po czym spojrzał w bok. Widok zakrwawionego i mocno poturbowanego Otoriego zszokował go. Kilka sekund później usłyszał kroki. Instynktownie obrócił się i zobaczył czarnego demona pędzącego w jego stronę dzierżąc podwójne miecze połączone z rękoma demona łańcuchami. Nabi, budząc się z szoku, krzyknął „Raquip” i przywołał dwa pistolety. Jednocześnie w niewyjaśniony sposób zmienił strój. Czarny T-Shirt, ciemno zielone spodnie zmieniły się w szarą koszulkę i czarne spodnie. Dodatkowo na koszuli pojawiła się czarna kurtka, na szyi wisiorek z krzyżykiem a na czole czarna opaska. Demon, nie przejmując się faktem, iż może oberwać ołowiem między oczy rzucił mieczem w stronę Nabiego, a Nabi sprawnie uniknął ostrza.
— Cholera. — zaklął pod nosem Nabi uciekając z okolic sklepu — Co to za koleś?
Demon zatrzymał się w miejscu, gdzie stał Nabi i spojrzał w stronę, w którą lis uciekł. Pociągnął za łańcuch i złapał miecz, po czym z uśmiechem na ustach ruszył w pościg. Nabi po drodze wpisał mój numer komórki.
— Abonent ma tymczasowo wyłączony telefon. — odezwał się głos kobiety w słuchawce
— Kurw… akurat teraz. — mruknął Nabi. Minutę później na drodze stanął mu demon. Tym razem lis wystawił ręce przed siebie i pociągnął za spusty. Kule zatrzymały się przed demonem, a ten uśmiechnął się szyderczo.
— Coś ty za jeden i czego ode mnie chcesz? — zawołał Nabi
— Chcę twojej śmierci, Nabi Kisaragi. — odpowiedział demon
— Skąd znasz moje imię?
— Chodzimy razem do klasy.
— Jakoś sobie nie przypominam, by do nas chodził jakiś demon z mieczami na łańcuchach.
— Bo przejąłem kontrolę nad nim.
— Nad kim?
— Derbą Thorstonem.
Oczy Nabiego rozszerzyły się w szoku.
— On… demonem? To nie możliwe.
— On też tak sądził. Ale nie marnujmy czasu na zbędne przedłużanie twojego nędznego życia. GIŃ! — powiedział demon i ruszył do ataku. Nabi wystrzelił kilka kul w stronę wroga, ale demon znów użył dziwnej bariery. Nabi po raz drugi został zmuszony do ucieczki. Ale tym razem demon był szybszy niż chwilę temu.
— Raquip! — krzyknął lis i zmienił pistolety i karabin — Spróbuj zatrzymać to! — zawołał i po obrocie nacisnął spust do oporu. Większość kul została zatrzymana w powietrzu, ale później reszta trafiła demona w tułów. Demon zignorował krwawiące rany i już szykował się do zamachnięcia się mieczem. Nabi szybko zmienił karabin w miecz i zablokował cios. Kolejne zderzenia mieczy zostawiały po sobie mnóstwo iskier, a demon atakował niczym Berserker, stawiając całą moc w atak i nie zostawiając nic obronie. W tym czasie Nabi wykorzystywał to na swoją korzyść, od czasu do czasu zostawiając kolejne rany na ciele demona. W końcu, po około minucie demon wreszcie zdał sobie sprawę z poważności niektórych ran i uciekł używając skrzydeł.
— Jeszcze się zobaczymy, Nabi. — zawołał demon odlatując
— Chyba w piekle. — mruknął Nabi odwołując broń i opierając się o ścianę. Po jakimś czasie uspokoił nerwy i wyjął komórkę. Słysząc dźwięk sygnału westchnął z ulgą.
— Halo? — odezwał się mój głos w słuchawce
— Dobrze, że jesteś. Mam poważny problem.
— Co się stało?
— Opowiem ci jak przyjadę do ciebie. W tym czasie lepiej nie wychodź z domu.
— Czemu?
— Wyjaśnię ci jak przyjadę. Nara. — Nabi rozłączył się i schował komórkę do kieszeni, poczym ruszył na przystanek.
***

 

— Kto dzwonił? — zapytała mama
— Kolega z klasy. Coś dziwnego musiało się stać. Nigdy nie brzmiał tak poważnie. — odpowiedziałem zastanawiając się o co mu chodziło
— Mam nadzieję, że nie spotkał żadnego demona.
— Nabi da sobie radę. W walce nie ma sobie równych, no może oprócz mnie jako anioła. — zażartowałem.

 

Opis 7
Raquip Nabi

 

IMIĘ: Nabi
MOC: Raquip (możliwość przywołania dowolnej broni, na którą Nabi nałożył pieczęć)
STYL WALKI: Na każdą broń ma inny styl
OPIS: To bojowa „forma” Nabiego, uaktywniana po wypowiedzeniu słowa Raquip. Pozwala mu na przywołanie dosłownie każdej broni jaką jest w stanie udźwignąć i użyć, o ile założył na nią pieczęć. Dodatkowo lekko wyostrzają mu się zmysły pozwalając na wykorzystanie swoich możliwości w 100 procentach.
Obrazek wykonany przez Nabiego. Wszelkie prawa autorskie należą do niego. Ja otrzymałem zgodę na umieszczenie go w opowiadaniu.

 

Opis 8
Demon Derba

 

IMIĘ: Derba
MOC: Demoniczna forma
STYL WALKI: Użycie dwóch mieczy na łańcuchach pozwala na walkę zarówno na odległość jak i w zwarciu.
OPIS: To alter ego Derby, zły demon, który drzemał w nim od wielu lat i teraz się obudził czując głód krwi i zniszczenia. Gdy Kurisu posłał Derbę na drugi koniec maty, demon przebudził się i powoli przejmował kontrolę nad pumą. Teraz nie spocznie, póki nie zabije wszystkiego, co zna.

 

Opis 9
Anioł Kurisu

 

IMIĘ: Kurisu
MOC: Anielska forma
STYL WALKI: W zwarciu przy użyciu elektryczności do usmażenia przeciwnika.
OPIS: To druga strona Kurisu. Użycie tejże formy będzie ostatnią deską ratunku dla Kurisu. Ale sama forma pozwala zwiększa moc Kurisu i wraz z siostrą umożliwia na użycie potężnego ataku.

 

Opis 10
Anielica Juliet

 

IMIĘ: Juliet
MOC: Anielska forma
STYL WALKI: Kontrola nad wodą pozwala na każdy styl walki.
OPIS: Oto boska forma młodej Juliet. Dzięki niej może przywoływać wodne macki do obrony, a w ostateczności przywołać potężnego wodnego stwora. Dodatkowo, może użyć magii krwi tak, by przeciwnik odsłonił się na chwilę. Cóż, to dużo jak na ośmiolatkę, nie?

 

Rozdział 8
Na ratunek

 

Kilkanaście minut po telefonie usłyszałem dzwonek do drzwi. Otworzyłem i zastałem Nabiego stojącego w progu.
— Siemka stary. Mamy problem… — zaczął
— Nie mówmy o problemach między progiem. Wbijaj. — powiedziałem i wciągnąłem kumpla do domu, poczym zamknąłem drzwi — O co biega?
— Nie wiem czy wiesz, ale Derba jest demonem…
— Demon? — zapytała mama wyglądając z kuchni
— Czarne futro, dwa miecze na łańcuchach, złote oczy i ogromna chęć wybicia połowy miasta sam… demon w czystej postaci.
— Spoko Maroko. — odpowiedziałem — Rozwalimy go.
— Niby jak? On blokuje kule jakąś barierą.
— Mamo? Powiedzieć mu?
Mama kiwnęła głową, a ja uniosłem dłoń na wysokości oczu.
— Może blokuje metal, ale tego… — zacisnąłem dłoń w pięść tworząc kilka iskier — nie da rady zablokować.
Zdanie zakończyłem uśmiechem widząc twarz Nabiego.
— Ty możesz używać elektryczności? To dlatego twoja komórka jest w pełni naładowana. — wydukał Nabi, a ja zaśmiałem się
— Piorun to tylko mój element. Prawdziwa broń to forma anioła.
— To jakaś nazwa ataku, czy co?
— Wszystko zrozumiesz. Juliet! — zawołałem, a po chwili mała przybiegła, po czym wraz z mamą stanęła obok mnie — Pokażmy koledze nasz potencjał, dobra?
— Nie przesadzaj, Kurisu. — odpowiedziała mama
— No dobra… chciałem tylko fajnie brzmieć… — powiedziałem smutno i cała nasza trójka złożyła ręce do modlitwy, a po chwili staliśmy przed Nabim w swoich uskrzydlonych formach
— Łojezusmariaiwszyscyświęci! — zawołał Nabi
— Gdzie ten demonik? — zapytała siostra
— Nie wiem. Tak w ogóle to Otori nie żyje z jego rąk.
— Czyli jedna osoba do ratowania mniej. — wzruszyłem ramionami, a matka uderzyła mnie w tył głowy
— Nie pozwalaj sobie.
— Sorki. A nie wiesz, co z Leną i resztą ekipy?
— Nie. Ale myślę, że są na tyle ogarnięci, by uciec przed nim.
— Mam nadzieję… — odpowiedziałem, a po chwili odezwała się moja komórka, którą odebrałem — Tak? Edna? Mów głośniej. Co? Demon? Gdzie? Dobra, lecimy! — rozłączyłem się i oznajmiłem — Demon w centrum chce rozpłatać Pokeinfo, Edwarda, Ednę i Lenę!
— Cholera. Co my zrobimy?
— Jak to co? Usmażymy i tyle! — zawołałem i uformowałem kulę piorunów w dłoni — DO CENTRUM! — zawołałem i całą czwórką pognaliśmy do miasta.
***

 

— Facet! Daj spokój! Cośmy ci zrobili? — pytał Pokeinfo podchodzącego do niego demona. Demon nie odpowiadał tylko wciąż się zbliżał trzymając miecze gotowe do zadania śmiertelnego pchnięcia.
— Odwal się od niego! — zawołał Edward rzucając kamieniem w demona. Kamień chybił, a demon tylko spojrzał na Edwarda z pogardą. W następnej chwili znalazł się przy Pokeinfo i już miał wbić mu miecz w brzuch, gdy nagły wystrzał i odgłos odbicia się kuli od metalu przerwały ceremonię. Demon spojrzał w drugą stronę i zobaczył naszą czwórkę i lufę snajperki wymierzoną w jego skroń.
— Kogoż to moje oczy widzą. Kurisu Fuyuumi aniołem. — demon przerwał na chwilę — Nawet twoja głupia siostra jest aniołem? Nie no dobre, wy chcecie zabić mnie? MNIE? Jestem niepokonany!
— Skończył monolog? — odpowiedziałem rozkładając skrzydła — Błyskawice nie lubią czekać!
Demon przekrzywił głowę, aż zastrzykało mu w karku, a ja stanąłem w pozycji do ataku układając prawą rękę z tyłu. Juliet skrzyżowała ręce na piersi, a jej dłonie zakryła wodna macka. Nabi zmienił broń i teraz dzierżył swoje pistolety, a mama się odsunęła, by móc szybko zabrać Pokeinfo i resztę z pola walki. Kilka sekund później całą trójką rzuciliśmy się na demona. Pierwszy zaatakował Nabi sypiąc w demona gradem kul, ale demon w jakiś sposób je zatrzymał przed sobą. Juliet próbowała wybić go w powietrze, ale nie mogła przywołać macki z ziemi. Ja miałem szczęcie, bo gdy uderzyłem, część elektryczności rozeszła się po osłonie ukazując nam moc demona.
— Chowamy się za tarczami ochronnymi? — zadrwiłem z demona, by ten zdjął osłonę. Demon bez słowa puścił miecze, które wbiły się w asfalt jak w masło i złapał za łańcuchy. Instynktownie odskoczyłem do tyłu i po chwili jeden z mieczy śmignął przede mną. Postanowiłem się taktycznie wycofać, więc użyłem skrzydeł i poleciałem do tyłu, do reszty drużyny. Mama w tym czasie szybko zabrała Ednę, Edwarda, Lenę i Pokeinfo z pola walki.
— Kim pani jest? — zapytała Edna
— Jestem mamą Kurisu. — odpowiedziała spokojnie — Teraz się nie ruszaj, uleczę cię…
W czasie, gdy mama leczyła rannych, ja, Juliet i Nabi próbowaliśmy w jakiś sposób trafić demona, ale bezskutecznie. Kilkanaście minut później, nasza trójka była wyczerpana, a demon wciąż atakował.
— Skąd on ma tyle siły? — zapytałem i poczułem jak moja forma znika — Kurde…
Demon spokojnie podchodził do nas gotów do wykończenia nas jednym ciosem, gdy nagle czyjaś pięść trafiła go w twarz i posłała w pobliski budynek. Ja zerwałem się do walki, nie chcąc dać demonowi czasu na ogarnięcie sytuacji. Tak więc dobiegłem do demona, który wynurzał się z chmury pyłu i kopnąłem go w twarz. Chcąc z całego serca mu dokopać wsadziłem całą siłę w to kopnięcie, a demon po uderzeniu wleciał do chmury pyłu i tylko rozległ się odgłos uderzenia w coś twardego. Po chwili dobiegła do mnie Juliet i skrzydłami wywiała trochę pyłu. Demon leżał na ziemi, a po twarzy ciekła mu krew.
— Chyba rozwaliłem mu banię. — stwierdziłem zauważając małe wgniecenie w ścianie, z którego płynęła mała strużka krwi. Po chwili dołączył do nas Nabi.
— Wygraliśmy? — zapytał
— Nie wiem. — odpowiedziałem i podszedłem bliżej demona. Dla pewności lekko go kopnąłem w ramię. Demon nie zareagował. Teraz zadowolony z siebie i mocy moich nóg uniosłem kciuk do góry.
— Chyba mamy go z głowy. — powiedziałem i wraz z Juliet i Nabim wróciliśmy do mojej mamy i reszty.

 

Rozdział 9
Ostateczna rozgrywka

 

Kilkanaście minut po walce ciało demona zaczęło się zmieniać. Futro zrobiło się białe, włosy natomiast czarne, a miecze i demoniczne skrzydła zniknęły. Teraz w miejscu demona leżał Derba, który powoli odzyskiwał przytomność.
— Wreszcie… — mruknął do siebie Derba powoli wstając i otrzepując się z pyłu. Rozejrzał się po polu walki i położył rękę na głowie. Uczucie wilgoci dało mu do zrozumienia, że demon tymczasowo śpi.
***


— Dzięki Lena. — powiedział Nabi, gdy wszyscy siedzieliśmy w kawiarence
— Nie ma za co. — odpowiedziała Lena uśmiechając się
— Wiesz, szkoda, że Otori nie widział twojego sierpowego. — powiedziałem
— Ja uważam, że widział. — powiedział Nabi — Wiesz, tam, w górze.
Lena zakrztusiła się swoją kawą, a gdy skończyła kaszleć zapytała
— On… nie żyje?
— Niestety. Demon go zabił i rzucił ciałem w tira, gdy wychodziłem ze sklepu.
Lena na te słowa zaczęła płakać. Juliet, która bez słowa skończyła swoje kakao patrzyła się teraz na Lenę. Moja mama natomiast położyła jej rękę na ramieniu i powiedziała
— Nie płacz. Nie ma w tym ani odrobiny twojej winy.
— Dokładnie, teraz możesz się zemścić na demonie. — powiedziałem, a Lena podniosła zapłakaną głowę
— Naprawdę?
— A kto uratował nam tyłki? Ty. Więc utrata chłopaka powinna uwolnić nowe pokłady energii, którą możesz użyć na rozwalenie nochala tego demona, nie? — powiedziałem, a Juliet zebrała wszystkie łzy z twarzy Leny z pomocą swoich mocy
— Dzięki mała… — Lena uśmiechnęła się, a ja, Juliet i Nabi unieśliśmy kciuki
W tym momencie do kawiarni wpadł Derba. Panicznie się rozejrzał i podbiegł do naszego stolika.
— Hej, potrzebuję waszej pomocy!
— Spokojnie stary… — powiedziałem — Demon został pokonany.
— Czyli on walczył z wami… — powiedział i po chwili syknął z bólu — Cholera, znów to samo.
— Co? — spytał Nabi
— Demon… przejmuje… nade mną… kontrolę… — wydukał Derba klęcząc przy nas i trzymając się za brzuch
— Jednak za słabo go kopnąłem… — stwierdziłem i wraz z Nabim wyciągnęliśmy Derbę, by ten po przemianie nie rozwalił kawiarni. Lena, Juliet i moja mama dołączyły po chwili i teraz całą piątką czekaliśmy gotowi do walki. Derba powoli zmieniał kolor futra i włosów stękając z bólu i sycząc przekleństwa na demona. Gdy kolory się zmieniły, na plecach wyrosły mu demoniczne skrzydła, a demon przejął kontrolę nad Derbą w pełni.
— Ale z niego kretyn. — demon mruknął do siebie — Zaprowadzić wroga do swoich przyjaciół, żałosne. — demon zaśmiał się, a ja chrząknąłem
— Mówisz o nas? — zapytałem głośno, szykując rękę do ataku
— Nie. Mówiłem o słodkich króliczkach, wiesz? — odparł demon, a w mojej ręce pojawiła się kula piorunów. W międzyczasie Juliet złożyła ręce na piersiach tworząc macki, a Nabi zmienił strój i, dzięki swojej mocy Raquip, celował w demona z pistoletów. Lena natomiast przyjęła pozycję bojową, zaciskając pięści, aż strzyknęło. Mama stała spokojnie czekając na rozwój wypadków. Demon powoli się rozejrzał.
— Pierwszy cios jest wasz. — powiedział
— W porządku. Juliet! — powiedziałem, a siostra stanęła obok mnie — Zróbmy to!
— Dobra! — zgodziła się siostra. Teraz oboje szybko się przemieniliśmy i odsunęliśmy od siebie.
— Kogeki oete Fuyuumi sutairu. — powiedzieliśmy jednocześnie i między naszymi dłońmi pojawiła się kula wody otoczona piorunami — Mizu no sandaboru sakusen! — krzycząc te słowa cisnęliśmy kulą w demona. Kula, dzięki naszej połączonej sile, rozpędziła się do dużej prędkości. Demon lekko się uśmiechnął i kula roztrzaskała się na barierze. Chwilę później większość wody spadła w postaci deszczu, więc demon zdjął barierę. Zauważając to, znów wykonaliśmy wspólny atak na demona, ale tym razem kula była mniejsza i szybsza. I tym razem trafiliśmy demona w klatkę piersiową, co odrzuciło demona do tyłu, wprost w Lenę. Lena na szczęście zrobiła unik, a Nabi wystrzelił kilka strzał w demona. Gdy demon zatrzymał się na ścianie wieżowca, Nabi spytał
— Co to za atak?
— Kończący atak stylu Fuyuumi. — odpowiedziałem — Piorun wody.
— Spo… — słowa podziwu Nabiego zatrzymał miecz demona w jego brzuchu. Po chwili kolejny miecz z równie zadziwiającą prędkością wbił się w Juliet. Mama instynktownie skoczyła do Nabiego, a Lena do Juliet i obie, po wyjęciu ostrzy, zabrały się do panicznego leczenia. Ja dalej stałem jak kołek patrząc, jak demon chwyta swoje miecze i szykuje się do zabicia mnie.
— Kurisu! Rusz się! — zawołała mama, a ja się ocknąłem. Szybko załadowałem kulę piorunów w prawej ręce i ruszyłem na demona. Demon wykonał to samo i teraz lecieliśmy na siebie jak dwa pociski. Nasze zderzenie wywołało potężną falę uderzeniową. Mama zdążyła zabrać Nabiego, a Lena popchnęła tylko Juliet za jakieś auto, które wyglądało w miarę bezpiecznie, i przyjęła na siebie całą siłę fali. W tym czasie ja i demon posyłaliśmy sobie kolejne ciosy. Moje zostawiały iskry, demona zostawiały mgiełki jego aury. Moja wściekłość, adrenalina i parę innych czynników utrzymywało mnie na najwyższych obrotach przez rekordowy czas, dzięki czemu mogłem walczyć z demonem przez kilka minut. W pewnym momencie demon zauważył powoli rosnące u mnie zmęczenie i, chcąc to szybko zakończyć, zablokował łańcuchem moje ręce. Drugą rękę odsunął do tyłu, by zadać ostateczny cios, ale nagły strzał i wrzask bólu demona uratowały mnie. Korzystając w okazji wykonałem salto do tyłu, kopiąc demona w szczękę, i uwolniłem ręce.
— Żyjesz? — usłyszałem głos Nabiego
— Taa. Trzeba go rozwalić jednym mocnym super atakiem. — wyciągnąłem wnioski
— Ale najpierw go osłabmy.
— Tak też można… — mruknąłem i obaj przyjęliśmy pozycje bojowe. Demon wstał z asfaltu i stanął w rozkroku. Aura wokół niego nasiliła się, a w kulminacyjnym punkcie demon, zaabsorbował ją w siebie mrucząc przy tym z rozkoszy. W następnej chwili błyskawicznie ruszył na nas i teraz w trójkę walczyliśmy przez kolejne kilka minut, póki ja nie zostałem posłany do tyłu, a Nabi nie postrzelił demona w serce. O dziwo rana w ogóle nie krwawiła, co zszokowało Nabiego i po chwili leżał on obok mnie nieprzytomny. Demon praktycznie miał nas w garści, gdy nagle światło z nieba padło na mnie. Światło miało jakieś dziwne moce leczące, gdyż szybko wstałem i byłem gotów do walki. W tym samym momencie usłyszałem dziwny głos, mówiący bym to zrobił. Demon, nie chcąc się cackać, rzucił we mnie mieczem, ale odbiłem go ręką. Kolejny miecz poleciał w drugą stronę i chwilę później mama i Juliet trzymały oba miecze.
— Teraz, Kurisu! Zabroniona technika! — zawołała mama, a ja kiwnąłem głową. Następnie złożyłem ręce do modlitwy, by zagiąć wszystkie palce oprócz wskazujących. Skoncentrowałem się na energii, która mnie otaczała i wypowiedziałem inkantację
— Tenshi Kai!
Zaklęcie, wraz z energią wokół wybuchło światłem, a moje oczy i skrzydła zmieniły kolor na złoty. Szybko rozłożyłem ręce tworząc w obu dużą kulę piorunów. Demon w dziwny sposób wycofał swoje miecze i odleciał trochę do tyłu. Tam znów je przywołał i po przywołaniu kolejnych pokładów demonicznej aury, ruszył na mnie. Ja zrobiłem to samo i tym razem nasze prędkości były o wiele większe niż wcześniej. Praktycznie widać było tylko dwie smugi lecące na siebie, by na końcu stworzyć dziwną kopułę. Kopuła miała dziwnie zmieszane kolory bieli i czerni, a gdy zniknęła ja leżałem nieprzytomny w normalnej formie, a demon zmienił się w Derbę.
— Wygrałem… — mruknął Derba przed utratą przytomności i padnięciem na ziemię.
***

 

Trzy dni po ostatecznej walce. Cała nasza grupa… no, nie licząc Leny i Otoriego, których pochowaliśmy wczoraj na wspólnym grobie, siedziała na wzgórzu za miastem i patrzyła na zachód słońca.
— Czyli po tym naszym ataku, ty jeszcze dobijałeś demona? — spytałem
— Tak. — odpowiedział Derba
— Szkoda, że nie widziałem tego. — westchnął Nabi
— Za szybko się to działo. — powiedziała Juliet
— A jak to wyglądało? — spytał Pokeinfo
— Jak dwie takie… no…
— Smugi? — powiedziała Edna
— No, smugi. I te smugi na siebie leciały, i było takie kolorowe coś… i potem to coś zniknęło, i braciszek leżał, a potem on upadł. — skończyła mówić Juliet
— Cóż, to wiele nam wyjaśnia. — powiedział Edward
— Ona ma osiem lat. — przypomniała mu Cynthia
— Mam nadzieję, że Lena i Otori spoczywają w pokoju, gdzieś tam. — powiedziałem patrząc w niebo
Nikt nic nie mówił przez dłuższą chwilę, aż w końcu
— To co, Kurisu? Rewanż? — spytał Derba
— Spoko.

 

Koniec

 

To, co wszyscy znają, czyli
Kilka słów od autora
Dziękuję Wam, za lekturę tego opowiadania. Mam nadzieję, że czytało się tak miło, jak mi pisało. Cóż, założenie opowiadania było trochę… inne od tego, co napisałem. Teraz jak o tym myślę, to ten pomysł trochę mnie rozśmiesza. Ogólnie miało to być opowiadanie erotyczne na podstawie komiksu w Internecie. Nieźle, nie? A teraz pewnie ci, którzy czytali Ichirin no Hana, zastanawiają się, czemu Otori i Lena musieli zginąć, a w Ichirin no Hana byli zgraną piątką. Otóż oboje nie przyłożyli się specjalnie do pomocy w pisaniu. No dobra, Otori czytał kolejne fragmenty opowiadania i komentował je, chcąc widzieć więcej scen erotycznych. Ale Lenę prosiłem trzy tygodnie by napisała mi kartę postaci, a gdy przysłała mi ją na maila myślałem, że ją zamorduję. Sorry, ale Derba wszystko mi napisał w pięć minut na angielskim, a Lena robiła to trzy tygodnie. A z racji tego, iż jego postać była najbardziej over-power (przesadzona moc), postanowiliśmy zrobić go czarnym charakterem. Sam Derba pomagał mi w pisaniu dając mnóstwo pomysłów i znajdując dużo literówek, które wstukałem ja lub „mądry” Word. Nabi też wiele mi pomagał, zwłaszcza ze swoimi mocami, które wyjaśnił mi na GG. I dlatego dziękuję Derbie i Nabiemu za wszelką pomoc, wsparcie i miło spędzony czas na dyskusjach typu „czekaj, Nabi mógłby przywołać snajperkę i rozwalić ci łeb, przecież jest on taki pro w strzelaninki”. Oczywiście dziękuję też wszystkim, którzy ingerowali w stworzenie tego dzieła w ten czy inny sposób. Na koniec powiem, że jest już pomysł na kontynuację School Days, ale wstępnej fabuły, ani innych informacji nie chcę na razie dawać. Powodem jest to, iż sam pomysł nie jest do końca dopracowany, a jeśli sypnąłbym garścią informacji teraz, to po napisaniu mogłoby wyjść zupełnie coś innego i tym samym wielu czytelników by się zawiodło. Tak więc powtarzam: jest pomysł na kontynuację. I koniec tematu. Teraz nadszedł czas pożegnania.

Bądźcie zdrowi i szczęśliwi. Do zobaczenia!
Krzysztof Zimorski a.k.a. Kurisu Fuyuumi, autor

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: