Mandat

Adrian Turzanski

MANDAT

 

Okłamałeś turystę.

Gładko, bez mrugnięcia okiem i cienia zwątpienia, gdy podszedł do ciebie niepewnie z mapą i zapytał w którym kierunku ma pójść, żeby dotrzeć na rynek. Wskazałeś mu najpierw przeciwną stronę, wyjaśniłeś którymi ulicami przejść i gdzie skręcić – w istocie wpuściłeś go w paszczę lwa, bowiem tam gdzie dotrze dzięki twoimi wskazówką nie napotka nikogo przyjaźnie nastawionego do obcych, szczególnie obcokrajowców, szczątkowo posługujących się polszczyzną. Na koniec rzuciłeś mu szelmowskie „powodzenia", a on ci podziękował.
Kończysz ćmić papierosa, puszczasz dymne kółko, ciskasz petem na chodnik i miażdżysz go czubkiem buta. Wsuwasz dłonie do kieszeni czarnego, skórzanego płaszcza, wciąż śliskiego i połyskującego nowością i, jak na zawołanie, komórka zaczyna wibrować ci pod smukłymi palcami dłoni, dając dwie sekundy na wystartowanie melodii.
Piosenka rozbrzmiewa na szarej, dżdżystej ulicy niby promyk słońca przebity przez kotarę popielatych obłoków, wiszących całkiem sporo, jak nie hen daleko nad twoją głową.
Wyciągasz telefon, naciskasz zieloną słuchawkę, przystawiasz do ucha i czekasz.
- Jak zlecenie? – pyta chrapliwy, nader twardy tonczłowieka, którego nigdy nie widziałeś, a dla którego pracujesz od dobrych pięciu lat.
- Wszystko zostało wykonane według wytycznych – oświadczasz z lekką dumą w głosie, uśmiechając się do aparatu. Musiało wyglądać to niezwykle komicznie, zanim zorientowałeś się że to robisz. –Nie zostało śladu zarówno po niej, jak i... po mnie.
Słysz prychnięcie bądź krótki, skrzeczący śmiech.
- Znakomicie – odpowiada. – Zapłata czeka u was w biurze. Niedługo powinno pojawić się następne zlecenia. Teraz masz wolne. Przynajmniej u mnie...
Z komórki dobiega cię przeciągły, mechaniczny sygnał. Rozłączył się.
Chowasz aparat, poprawiasz klapy płaszcza i dziarskim krokiem ruszasz wybrakowanym chodnikiem, wyścielonym szarą kostką betonową. Piach, kurz i starty beton chrupocze pod twoimi butami lekko, mokre kleją się również do obcasów twoich butów. Nie lubisz tego.
Z posrebrzonej papierośnicy wyjmujesz fajkę, wsadzasz ją do ust i odpalasz przetartą na rogach zapalniczką. Ostatnio pojawiła się moda na tak zwane e-papierosy, ale ty masz to w głęboko w... Wolisz poczuć naturalny smak tytoniu, zatruć się jak trzeba.
Idziesz mijając posępnych przechodniów, ponure kamienice, zionące wnękami nieumytych okiennic i za cholerę nie pasującymi do całości balkonami, przypominającymi wywalone żuchwy. Po lewej bite dwa, może trzy metry od ciebie znajduje się smolisto czarna szosa, przez którą wężykami ciągną się stojące w korkach bryki, trąbiące od czasu do czasu, albo hamujące z piskiem opon.
Masz to gdzieś. Od wieków wolisz podróżować pieszo, oczywiście w razie możliwości. Przecież czas nie gra dla ciebie zbyt wielkiej roli, przynajmniej ten który leci wprzód, a nie ten który zazwyczaj dostajesz na ukończenie zlecenia.
Skręcasz za rogiem strzelistego budynku o poszarpanych leciwością tynkach i pomazanych graffiti tym co z nich zostało. Pociągasz mocno fajkę, sycąc się ciepłym wypełniającym twe płuca dymie i wypuszczasz pokaźny kłąb, natrafiając się na dwóch funkcjonariuszy policji.
Rosłego łysego i grubego niskiego. Najczęstszy pakiet dostępny na ulicach tego miasta.
Nie wliczając tych ze straży miejskiej.
Zatrzymują cię od razu. Barczysty staje ci na drodze, zwarty i przygotowany do ewentualnej interwencji, wlepia otępiały wzrok w twą niewiele węższą od niego postać.
- Za palenie w miejscu publicznym – mówi gruby, on jest bodaj od mówienia – mandat wynosi pięćdziesiąt złotych. Przyjmuje pan mandat?
Jeszcze nie zdążyłeś odpowiedzieć, a otyły wyciąga papiery i bazgrze po nich obgryzionym długopisem. Skinąłeś głową, wyciągnąłeś fajkę z ust i rzuciłeś ją pod nogi, z zamiarem zgaszenia jej podeszwą buta. Nim cień twojej stopy zasłonił niedopałek, rosły powstrzymał cię i burknął:
- Nie zacierać dowodów rzeczowych!
Zezujesz na niego jak na debila. Że niby co?! – ciśnie ci się na usta, ale powstrzymujesz się w porę.
- Za zaśmiecanie miejsc publicznych – recytuje gruby, dopisując coś na karteczkę – sto polskich złotych. Razem będzie sto pięćdziesiąt – dodaje.
- Kurwa...
- Proszę uważać na słowa – ostrzega, młynkując w powietrzu palcem wskazującym. – Możemy odebrać to jako zniewagę funkcjonariusza na służbie.
Opuszczasz nieznacznie brodę.
- Szlag by to jasny trafił.
- Lepiej...
Wtem w twej głowie rodzi się jakże genialny pomysł i karcisz się w myślach czemu wcześniej na niego nie wpadłeś.
Gruby podaje ci długopis i kartkę.
- Proszę tu podpisać – nakazuje, tonem który ewidentnie świadczy o zadowoleniu.
Ale ty masz dla nich lepszą niespodziankę.
Pstrykasz w pośpiechu palcami. Rosły policjant zamiera w miejscu rzucając się na ciebie z potężnymi łapskami, otyły zatrzymuje się z idiotycznym grymasem i okazałym podbródkiem, który do tej ukrywał się pod szerokim kołnierzem, a teraz zapragnął wyjść na spacer. Przechodnie nie poruszają się, zastali niczym posągi w przeróżnych pozach, wcale często w nieprawdopodobnych i groteskowych. Ptaki na drzewach przestały ćwierkać, głośne klaksony utopiły się w martwej ciszy. Szmeru, brzęku, jazgotu, turkotu, zgrzytu, niczego wtenczas nie było. Zaledwie wizg upartego wiatru nie dał sobą zmanipulować. Czas natomiast nie miał nic przeciwko.
Świat stanął w miejscu. Wszystko razem z nim.
Oprócz ciebie.
Masz trzy minuty.
Biegniesz co tchu, omijając żywe monumenty. Nikt nie zagradza ci drogi, nikt nie pcha ci się pod nogi, nikt się nie porusza. Jesteś dobre trzysta metrów od nich kiedy wszystko na nowo wprawia się w ruch, odzyskuje świadomość.
Czas przestaje działać na twoją korzyść.
Ale ty idziesz swobodnie, uśmiechając się całkiem zawadiacko, trzymając ręce w głębokich kieszeniach, a w ustach pykasz papierosa. Nie przejmujesz się nikim ani niczym. Nikt cię nie goni, nie śledzi, ani nie obserwuje. Czujesz się jak ryba w wodzie.
Jak to zrobiłeś? Proste. Jesteś Chronos. Pan Czasu. Zubożałe bóstwo z upadłego panteonu.
Właśnie ty go rozdajesz, manipulujesz nim i naginasz podług swojej woli. Ale twe zdolności są mocno ograniczone.
Teraz.
Niegdyś było zupełnie inaczej.
Stąpasz równo przed siebie, doskonale znasz tą ulicę, każdy jej kąt, za rogiem będzie alejka, za nią przystanek tramwajowy, pawilon z butikami i drogeriami, za nim zaś trzy następne i, biuro. Tam też się udajesz.
Stosunkowo niedaleko jeden rosły policjant w niezrozumiałym powodzie rzuca się na chodnik i krzyczy „stać!", drugi z wypisanym mandatem sterczy podając go powietrzu z rozdziawioną w zdziwieniu gębą.
Obaj widocznie są zaskoczeni. Patrzą wymownie po sobie i kręcą głowami, wodząc za nie wiadomo czym. Po kwadransie najwyraźniej rezygnują, gruby w złości targa kartkę z mandatem i wyrzuca ją niedbale do kosza.
Na chodniku dopala się papieros, sącząc w górę siwawym dymem niczym iluzoryczny wąż pnący się w powietrzu zygzakiem.

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!

  • Stwórz Konto