Niezapomniane Uczucie

Joanna Iwińska-Jerynkicz

NIEZAPOMNIANE UCZUCIE

 

Leżę w łóżku unieruchomiona przez chorobę. Nie chcę rozczulać się nad sobą. Nie chcę od nowa roztrząsać, dlaczego mnie to spotkało – dlaczego los zdecydował, żeby mnie tak doświadczyć. Ataki są okropne. Nawet nie wiem, co się ze mną w tym czasie dzieje. Tracę kontakt ze światem i z własnym „ja". Jestem nieświadoma niczego. Później, kiedy atak mija, powoli wracam do rzeczywistości. Odzyskuję przytomność i uświadamiam sobie, że z oczu łzy leją mi się strumieniem. Zawsze tak jest; nawet w „niebycie" nie potrafię się pogodzić z chorobą. Powoli otwieram oczy. Nade mną pochylają się trzy najukochańsze na świecie twarze – mój mąż i dwaj synowie.
– Spokojnie, kochanie. Już po wszystkim. Jesteś już z nami – odzywa się mąż. Przemawia do mnie kojącym głosem. Unosi mi powieki i świeci w oczy jakąś lampką, sprawdzając mi źrenice. Nawet teraz nie przestaje być ratownikiem medycznym – nawet w domu musi nim być.
– Mamusiu, nic ci nie jest? Już dobrze się czujesz? – Młodszy synek chce się upewnić, że już nigdzie nie „odlecę".
– Już dobrze, maluchu. Przepraszam, że was znowu przestraszyłam – odpowiadam, czując się winna. Tak, mam poczucie winy, że moje dzieci musiały szybciej dorosnąć przez to, co się ze mną dzieje. Zawsze czuję się winna, kiedy widzę ten strach na ich twarzyczkach.
– Chodźcie chłopcy. Mamusia sobie teraz odpocznie. My się pobawimy, dobrze? – Mąż, jak zwykle, próbuje zająć czymś dzieciaki, aby nie myślały o moim stanie. – Idźcie już przygotować zabawki, a ja pomogę mamusi się przebrać i zaraz do was przyjdę.
– Dobrze. Kocham się mamusiu. – Moja mała przylepka przytula się do mnie i głaszcze mnie po twarzy. Daje mi siarczystego buziaka i w podskokach pędzi do swojego pokoju. Dzieci są cudowne... tak szybko zapominają...

 

Leżę w salonie na tapczanie i patrzę bezmyślnie w telewizor. Jest mi bardzo wygodnie. Mąż o to zadbał. Ułożył mi poduszki pod głową, przysunął bliżej stolik, abym mogła sięgnąć po kawę, położył na nim piloty i książkę, którą ostatnio zaczęłam czytać. Jest tam także mały dzwoneczek. Mam kategoryczny zakaz samodzielnego wstawania; mam zadzwonić tym dzwoneczkiem, a któryś z nich w razie potrzeby przyjdzie mi pomóc. Mój ulubiony serial właśnie się skończył. Uwielbiam „Rancho". To jedyny polski serial, który oglądam. Jest zabawny i zawsze poprawia mi humor. Odwieczna wojna między wójtem a plebanem, niezwykle barwne postaci oraz niesamowicie śmieszne sytuacje, wywołują uśmiech na mojej twarzy.

 

Wyłączam telewizor i biorę do ręki książkę: Magdalena Rewers „W mroku miasta. Tajemnice". Niezwykle wciągająca historia. Autorka miała naprawdę doskonały pomysł, aby napisać powieść o wampirach i jej akcję umieścić w Polsce. Czyta się lekko – nie można się od niej wręcz oderwać. Po kilku stronach czuję się bardzo zmęczona. Ataki zawsze doprowadzają mnie do skrajnego wyczerpania. Jestem cała obolała i strasznie boli mnie głowa. Zamykam oczy. Nie chce mi się spać, więc myślę. Jestem wdzięczna losowi, że dał mi tak wspaniałą rodzinę – trzech wspaniałych facetów. Kocham ich nad życie i z nimi jest związane tyle uczuć... A największe i niezapomniane to miłość.

 

Cofam się myślami do dwutysięcznego roku. Dwunastego czerwca przyszedł na świat mój pierwszy syn. Czasem mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Pamiętam, jak byłam wtedy przerażona i zmęczona bólem. Pamiętam, że miałam już dość. Sądziłam, że nie wytrzymam dłużej oraz że nie dam rady. To było dla mnie jak droga przez mękę. Cztery dni skurczów, bólu i braku snu. Lekarz, który był zły na mnie, że poród się przedłuża i dziecku nie spieszno na ten świat. Był na tyle złośliwy, że nie chciał słuchać położnej, która sugerowała, iż najlepszym wyjściem w tej sytuacji, byłoby cięcie.
– To pierworódka, więc niech się pomęczy – odpowiadał lakonicznie i ze złośliwym uśmieszkiem.
– Ale panie doktorze, to już trwa sześćdziesiąt godzin, a dziecko jest duże.
– No i co z tego. Niech się męczy. Weekend mamy, więc na co ściągać zespół. Nic niepokojącego się nie dzieje. Pacjentka ból dzielnie znosi. Dziecko jest silne i zdrowe. Idę spać. Wołajcie mnie jak w końcu się zacznie. – wyszedł z sali, ziewając.
– Przykro mi – powiedziała do mnie położna. – Może prędzej by się zgodził, gdyby była pani bardziej uciążliwa i gdyby darła się pani w niebogłosy, jak większość kobiet. – Uśmiechnęła się. – Pomogę pani.

 

Była dla mnie naprawdę miła. Żartowała ze mną, zagadywała opowiastkami o własnych dzieciach oraz o tym, co ostatnio zmalowały. Nigdy nie zapomnę tej wspaniałej, ciemnowłosej kobiety, która w swoją pracę wkładała serce. Można powiedzieć, że się zaprzyjaźniłyśmy w ciągu tej jednej nocy. Spędziłam z nią wiele czasu. Pamiętam, że była zaskoczona, iż żegnała się ze mną w sobotę rano, a w niedzielę wieczorem musiała się ze mną witać.
– No nie, pani Joasiu... – odezwała się. – Dzisiaj to już musimy urodzić tego łobuza. Bierzemy się ostro do dzieła. Cały czas kazali pani tak leżeć? Wstawać, kobieto. Najpierw ciepła kąpiel, potem trochę gimnastyki na piłeczce, później kroplóweczka i masaże. Żaden doktorek nie będzie mi mówił, że mam panią tak zostawić bez pomocy.

 

Wdzięczność – tak mogę opisać uczucia, które do niej wówczas czułam. Wdzięczność za okazane serce i dobre słowo. Wdzięczność za pomoc, której mi udzieliła. Ból był okropny, ale o wiele lepiej go zniosłam, mając ją przy sobie. Jej zaangażowanie sprawiło, że po kilku godzinach urodziłam swoje pierwsze dziecko – syna, ważącego cztery kilo dziewięćset pięćdziesiąt gram. Kiedy mi go podała, serce stanęło mi w piersi. Zalała mnie ogromna fala miłości do tego małego człowieczka – cudownego człowieczka, najpiękniejszego na świecie.

 

Byłam z siebie dumna. Dałam radę! Łzy szczęścia płynęły mi z oczu, kiedy dotykałam ciałka synka. Dwie nóżki, dwie stópki, po pięć paluszków u każdej. Dwie rączki – na każdej z nich pięć paluszków. Cudowny brzuszek, ciemne włoski na głowie... Kiedy spojrzałam sykowi w twarz, przeraziłam się. Ten cholerny doktor... ten uparty osioł, zranił go! Był za duży i nie mógł wyjść, więc ten konował użył kleszczy i uszkodził mojemu dziecku oko. Z tyłu głowy, na karczku, także skóra była pęknięta. Pełna strachu spojrzałam na położną. Chciałam coś powiedzieć, ale przerażenie odebrało mi głos. Co teraz? A jak synek nie będzie widział? A co, jeśli tymi kleszczami uszkodzili coś w jego główce?
– Proszę się nie martwić – powiedziała, widząc moje przerażenie. – Już wezwaliśmy okulistę na konsultację. Synek dostał delikatny środek przeciwbólowy, więc nie powinien cierpieć. Płacze, ponieważ każde dzieciątko przeżywa swoisty szok... zostaje rozdzielone z matką. Proszę go mocno przytulić. Okryjemy was i może go pani przystawić do piersi – to go uspokoi. To wielki facecik, więc będzie dużo jadł – uśmiechała się do mnie. – Pomogę pani.

 

Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy po raz pierwszy wzięłam synka w ramiona i kiedy po raz pierwszy ssał moją pierś. Nic poza tym się nie liczyło. Nie ważny był ból, który wcześniej czułam. Nie ważny był ten uparty lekarz, który wymierzył mi swoistą karę za sam fakt, iż byłam pierworódką. Nic się nie liczyło. Najważniejszy był mój synek. Dla niego zniosłabym pewnie dużo więcej. Moje serce przepełniała miłość – ta największa i najdoskonalsza, bo nie ma większego uczucia na świecie, niż miłość matczyna. To najpiękniejsze uczucie i zrozumieć je może chyba tylko inna matka. Myślę, że żadna kobieta nie zapomni chwili, w której po raz pierwszy tuli własne dziecko. Ja nigdy jej nie zapomnę. Nie zapomnę ani tego dnia, ani uczuć, które zrodziły się w moim sercu.

 

Wracam do rzeczywistości, do dnia dzisiejszego. Otwieram oczy i widzę, zmartwioną twarz męża. Uśmiecha się do mnie.
– Hej – mówi i klęka obok tapczanu. – Lepiej się czujesz? Przespałaś się troszkę?
– Jest dobrze – odpowiadam. – Nie spałam... rozmyślałam.
– Nie myśl za wiele, żebyś się nie zdenerwowała. Nie chcę, abyś miała drugi atak. – Bierze moją rękę i składa na niej pocałunek. – Kochanie, wiem, że byłem ostatnio okropny. Załamałem się utratą pracy. Zamknąłem się w sobie i nie interesowało mnie, skąd masz pieniądze, by opłacić rachunki i kupić jedzenie. Zostawiłem ciebie samą z tym wszystkim. A ty tymczasem robiłaś tak wiele... W zasadzie wkurza mnie to, że siedzisz całe dnie i noce przy komputerze i dzióbiesz te tłumaczenia, żeby złapać kontrakt z wydawnictwem. Ty pracujesz przez cały czas, a ja tobie w niczym nie pomagam... Przepraszam za wszystko. To przeze mnie ten atak... przez to, ze nic nie robię, a ty, mimo zakazu lekarza, pracujesz przy monitorze. Ciągniesz te zlecenia księgowe, tłumaczysz, a do tego jeszcze piszesz własną książkę...
– Co? Skąd wiesz o książce? – zrywam się i siadam.
– Przeczytałem ją. – Bierze mnie w ramiona i uśmiecha się. – Nie znam się na babskiej literaturze, ale jest dobra. To, co do tej pory napisałaś, przeczytałem jednym tchem. Jestem z ciebie dumny, skarbie. – Zagląda mi w oczy z figlarną miną. – Dumny i zazdrosny...
– Zazdrosny? A to niby o co?
– Jak to o co? O tego ciemnowłosego i masywnie zbudowanego aspiranta. Skąd ty go, kobieto, wytrzasnęłaś?
– Jak to skąd? Z filmów przecież – śmieję się głośno. – Mój aspirant jest jak Dwayne Johnson.

 

Przytulam się do męża, naśmiewając się z jego zazdrości. W tej chwili jestem szczęśliwa. Niezmiernie szczęśliwa...

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!

  • Stwórz Konto