Narodziny Grafomana

Anna Teluk - Lenkiewicz

Narodziny Grafomana

 

Oto jestem, opity słowotokiem niczym życiodajnymi wodami w łonie matki, podczepiony sznurem własnych myśli do łożyska dudniącej boleśnie codzienności. Ja, samozwańczy, nierozumiany literat. Podejmuję kolejną próbę, by możliwie łagodnie przyjść na świat. Jeszcze chwila, nim zacznę przeciskać się przez wąski korytarz znawców, krytyków i korektorów własnego jestestwa, by zaczerpnąć w spragnione płuca, głębokiego oddechu. Gdzieś tam byłem zawsze w planach, oczekiwany jak najdroższy skarb przez rodziców.

 

Przychodzę na świat wydany przez matkę i wcale nadzieja nie dali jej na imię. Spłodzony bez namysłu z dumnej, wyniosłej epopei i patetycznego dramatu, szukam swego miejsca między kolejnymi wersami, lepiącymi epicką opowieść. Czy przebrnę przez wrogie odruchy, broniącego się przede mną ciała?

 

Przeciążone płuca wydają pierwszy krzyk. Wypluwam przerażenie brutalnością nowego świata, który wylał się przede mną w chwili narodzin. Wcale nie tak łatwo wyjść z szuflady, ciemnej, bezpiecznej, przyjmującej cały wypocony dotąd, punkt widzenia. Na zewnątrz jest zimno i tyle par oczu, zawistnych, kpiących, zwróconych tylko na mnie. Ja im pokażę, udowodnię wszystkim, narodziło mnie pragnienie pisania. Pierwsza linijka otacza mnie niczym pielucha noworodka. Kolejny etap dopiero przede mną.

 

Raczkuję, wiekowy niemowlak ze mnie. „Nawet dobrze ci idzie" – wtórują obserwatorzy, a na ich twarzach wciąż widzę ironię. Ja zaczynam chodzić, oni już dawno potrafią biegać. Krótka wprawka, na tematy nieistotne i już nie będzie im do śmiechu.

 

Kilka pierwszych stron, wędrówka kilkulatka na szczyt stromych schodów. Potrafię już utrzymać równowagę. Postępy obserwują nie tylko krewni, jak mnie przywitają tam na górze? Oni, od dawna pokonujący rozmaite stopnie i nieważne, że potrafią się zachwiać. Oni, nie potrzebują już poręczy, ja jeszcze chwytam od czasu do czasu, jednak zaczynam dotrzymywać im kroku. Wprawdzie wciąż są przede mną i prześmiewczo zakrzykują, że spadnę, ale jestem coraz bliżej. Ci, wcześniej zrodzeni już u szczytu, ja ledwie na drugim piętrze. Oczekiwanie tętni niczym najdroższa ciecz w rurociągu pisarskiego organizmu, kiedy wreszcie skręcę kark? Wciąż pociesza mnie myśl, że mój upadek zaboli mniej niż ich toczenie z wysokości.

 

Kolejna świeczka na urodzinowych słodkościach i pierwszy artykuł opublikowany w gazecie. Wreszcie ktoś uznał zapomnianą szufladę, która mnie wydała. Bez trudu zdmuchnąłem kolejne migające płomienie i wtedy usłyszałem śmiech za plecami. Ich zdanie ciągle jest najważniejsze. Tort niezmiennie mały, a publikacja w zasadzie nieistotna. Co innego, gdyby tak piętrowca ustawili, a jako prezent otrzymałbym umowę na wyłączność stawiania kolejnych świeczek, ale nie, to tylko epizod, którym nawet nie zarobiłem na cukierki.

 

A jednak skrobnę, ku uciesze naiwnej matki, banalną opowieść o zdradzieckiej potrzebie dotrzymania kroku. Niczym zapomniany bajarz przy nieistniejącym ognisku przemówię do śpiących. Przełknę wszędobylskie dowody obcego sukcesu, jestem wszak sędziwym starcem. Uczyłem się pilnie, według ich wskazówek. Moja dieta obfita była w przecinki, kropki a i pytajniki nierzadko zamiast sałaty lądowały na talerzu. Mnie nie przyjął ten świat. Lepiej, przytulniej na dnie zapomnianej szuflady. Wiem, ja dokładnie wiem, moja twórczość przygasa wraz z ostatnimi urodzinami, od lat już jestem sierotą. Ci, których goniłem wydali następne pokolenia kwiecistych pisarzy, ja pozostałem przy pierwszej randce.

 

Doczekałem pierwszej propozycji, czy ktoś wie jak smakuje łyk dumy? Mam się sprzedać, dzieło mojego marnego życia stanie na półkach razem z niewysuszonymi jeszcze Łazami, tylko kilka poprawek i szczegółowych opisów, a pozwolę się czytać. Dostałem nawet własnego cenzora, podszeptuje uparcie jak dojść na szczyt. Coraz bardziej kuleję i to właśnie mój ból ma być przedmiotem aukcji, wystarczy opisać jak go uśmierzam. Tak niewiele dzieli mnie od sięgnięcia szarfy, tylko jak dowieść, że cierpienie nie sprawia przyjemności – nie jestem masochistą.

 

Mój upór kończy się wraz z własną głupotą. Trzy stopnie przed najwyższą półką spadam z wielkim hukiem. Wyścig szczurów przy mojej wędrówce to tylko mały prolog, a drabina, którą podstawili mi troskliwi koledzy była ze spróchniałych desek.

 

Dzieło mojej egzystencji stało się srebrzystym epitafium na pomniku postawionym na raty.

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!