On

Piotr Pochuro

 

On

 

Bardzo praktyczna, wygodna z niepalnego materiału. Tak zachwalał kaburę ekspedient w sklepie z militariami. Potężny klips pozwalał umieścić ją na pasku spodni. Łatwo taką kaburę założyć, łatwo zdjąć. Przymierzyłem, broń wchodziła ciasno i aby ją wyjąć trzeba mocno szarpnąć. Wiedziałem bez podpowiedzi sprzedawcy, że z czasem wyrobi się i będzie jak ulał. No i bajer niesamowity, to kabura wewnętrzna, nosi się ją nie na zewnątrz, tylko niejako w środku spodni pozwalając skutecznie ukryć giwerę. Zapłaciłem, słono, ale czego się nie robi dla wygody? Od razu wetknąłem ją z przodu, lekko po lewej stronie. Kolba pistoletu poręcznie wystawała tuż pod pępkiem. Facet z za lady wydając mi resztę poradził mi abym uważał przy wyciąganiu gnata, bo wystarczy chwila nieuwagi a przy tym ustawieniu lufy nigdy więcej nie zostanę ojcem. Uśmiechnąłem się cierpko. Spokojna jego rozczochrana, broń nosiłem nieprzeładowaną, nie groził mi więc niekontrolowany strzał. Po za tym na szkoleniu wpojono mi podstawowe zasady posługiwania się tą śmiercionośną zabawką tak, że weszły w krew. Potrafiłem błyskawicznie wyjąć, przeładować i oddać celny strzał. Analizy wskazują, że wymiana ognia odbywa się najczęściej na dystansie trzech, czterech metrów. Dlatego w wyszkoleniu strzeleckim najistotniejsza kwestią jest umiejętność szybkiego wydobycia i przeładowania broni. Jedną z żelaznych zasad jest wpojenie strzelcowi, że do momentu podjęcia decyzji o strzale, trzyma się palec wskazujący wyprostowany, na kabłąku spustowym. Ten nawyk, wytrenowany przy tysiącach powtarzanych do znudzenia ruchach, na strzelnicy, w domu, w pokoju komendy skutecznie minimalizował ryzyko samoodstrzelenia klejnotów do zera.

 

- Pośpiesz się z tymi zakupami, musimy już jechać - Zżymał się mój kumpel, Zenek. Siedzieliśmy w tym samym pokoju, razem ślęczeliśmy nad sprawami, razem gniliśmy na nudnych zasadzkach. Dziś we dwóch stanowiliśmy grupę uderzeniową. Nasi koledzy tkwili od rana na pozycjach obserwacyjnych wtopieni w tłum, pocąc się w straszliwym upale. Żar lał się z nieba wraz z jasną strugą słonecznego blasku każącego mrużyć oczy lub chodzić w ciemnych okularach. Ściany budynków rozgrzały się tak, że dotknięcie ich groziło niemalże poparzeniem. Wieczór wcale nie przyniesie ukojenia, bo mury oddadzą nagromadzone ciepło w ciągu dnia. Miałem już dość. Tego miasta, tego miejsca, kurzu, spalin i wszechobecnego ryku pędzących samochodów. Miałem po dziurki od nosa zasadzek, pościgów i sporządzania po nich sążnistej kwitologii. Wszystko zaczęło się banalnie. Od telefonu mojego kapusia. Nic wielkiego. Przekręciarz, chachmęciarz, oszust i alfons w jednym. Nie wiem czemu, ale podpierdalał. Chyba mu imponowała gra na dwa fronty. Czuł się jak James, James Bond. Czasami konfabulował, chcąc wycyganić kilka złotych za informację, ale zazwyczaj to, co przynosił potwierdzało się. Zadzwonił i chciał się spotkać. No dobra, w końcu za to mi płacą, abym zbierał ploteczki na mieście. Taki jest żywot psa. Piłem kawę w kawiarnianym ogródku ocieniony wielkim parasolem, a przed moimi oczami migał wielkomiejski tłum, setki ludzi, którym nieznane mi przyczyny kazały w ten nieziemski upał wyjść z domów na ulice. Młodzi i starzy, piękni i brzydcy przesuwali się przede mną, niczym w filmie. Byli jak nurt rzeki, jak wielki prąd oceaniczny, jak wielka ławica ryb. Jedna do drugiej podobna, a jednak oprócz zwykłych, szarych niewinnych rybek wśród nich krążyli morderczy drapieżcy. Wytropić i zlikwidować, zamknąć, zapuszkować, to jest moje zadanie. Tak sobie myślałem czekając na informatora. Pojawił się, pachnący drogą wodą kolońską, z nażelowanymi włosami w eleganckiej, jasnej koszuli. Dosiadł się jak gdyby nigdy nic. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, wśród kawiarnianego gwaru. Wtopieni w tłum, dwóch facetów niewyróżniających się niczym szczególnym. Banalny, miejski widok. Gwarzyliśmy nieśpiesznie. Ja ponarzekałem na tę cholerną robotę, na psią pensję, upał i galopujące ceny. On na swego bosa łupiącego uczciwych gangsterów takich jak on. Wyklął w żywy kamień pracujące dla niego dziwki, bo leniwe, mechanicznie podchodzą do klienta a to przekłada się na złą markę interesu. Ale jakbym chciał kiedyś wpaść, to poleca mi Tamarę. Zapłacę zniżkowo, tylko tyle ile on zostawia dziewczynom z tego, co biorą za godzinę od klienta. Rzucił też mimochodem, że na mieście szykuje mocne uderzenie. Coś mu się obiło o uszy, że Grzdyl zmontował ekipę i rąbią kantorowców. Nie dałem po sobie poznać, ale w środku coś mnie ukuło. Od kilu miesięcy w kraju dochodziło do krwawych napadów na właścicieli kantorów wymiany walut. Najczęściej kończyły się śmiercią ofiar. A ja miałem swoje osobiste porachunki z Grzdylem. Jeśli to ten sam Grzdyl. Od jutra ma zacząć śmiertelny rajd po mieście. No, cóż, pożyjemy, zobaczymy, czy to ta sama ptaszyna, za którą uganiam się od lat. Nie było czasu do stracenia, trzeba zaplanować jutrzejsze łowy, zebrać ludzi, obstawić teren. Noc minęła szybko, właściwie nie było czasu na sen. Nastało jutro. Ludzie na stanowiskach, kilka wozów tak jak mój krąży w oddaleniu czekając na sygnał. Przy jednym z kantorów zaobserwowano podejrzany ruch. Jakiś wózek z czterema łebkami w środku toczył się już trzeci raz ulicą obserwując wejście. Jeździć ulicami można, to nie jest zabronione. Zatrzymać teraz podejrzanych oznacza zepsucie całej akcji. Cóż można im zrobić, co najwyżej wylegitymować, sprawdzić, co kryją zakamarki ich samochodu. Nawet, jeśli mają broń, to skończyłoby się na czterdziestoośmiogodzinnym zatrzymaniu do wyjaśnienia, sąd przy takich pierdołach nie stosuje aresztu. Wyjdą, zrobią napad, o którym już nie będę miał informacji. Muszę ich złapać na gorącym uczynku. I modlić się, aby nie doszło do tragedii. Nie ma co deliberować, trzeba podturlać się bliżej i ... czekać. Wsiadłem do nagrzanej puszki samochodu. Gdy tylko oklapłem na fotel, zawyłem z bólu i gwiazdy stanęły mi przed oczami. Wystarczyło tylko zgiąć nogę a lufa pistoletu przycisnęła jaja do siedziska. Cholerna lufa, cholerna kabura, cholerny sprzedawca, cholerne miasto, cholerny psi los! Siedziałem w wozie obok kierowcy, ani opuszczone szyby w drzwiach, ani to, że zaparkowaliśmy w cieniu rozłożystego drzewa nie przyniosło tak upragnionej ochłody. A człowiek w styczniu narzekał na mrozy. Ech, popierzone życie, zawsze pod górę i pod wiatr. Minęła nudna godzina przy brzęczeniu radia, potem druga. Głowa sama opadła na pierś ...

 

Nic się nie zmienił. Ile to już lat? Piętnaście? Nie, dwadzieścia Przez ten czas włos mi gdzieniegdzie posiwiał, a gdzieniegdzie przerzedził. Znajomi mówili dyplomatycznie, że dobrze wyglądam. A tam. Po prostu przytyłem. Twarz poorały pierwsze zmarszczki, pod oczami zwisły worki. A on wciąż był tak samo młody. Jak dobiłem do wydziału, uczył mnie roboty. Ledwie trzy lata starszy, ale w zespole pracował już od czterech lat. Byłem przy nim żółtodziobem. Nie dawał mi tego odczuć. Nie było żadnego "młody, wyjdź z pokoju", gdy rozmawiał z zatrzymanymi. Czasami te rozmowy kończyły się przyznaniem oskarżonych do winy, czasami pozyskaniem do współpracy informatora, czasami fiaskiem. Jak to w życiu. Na początku po prostu przysłuchiwałem się. Później zacząłem samodzielnie prowadzić, planować i realizować sprawy a my stworzyliśmy zgrany duet. Ech, łza się w oku kręci. Wszystko było nowe, świeże, człowiek miał poczucie misji. A teraz? Teraz złudzenia prysły, pensja starczała od pierwszego do mnie więcej dziesiątego, potem włączały się kwęki żony i modlitwy przy ścianie płaczu, gdy człek chciał wyciągnąć z bankomatu kilka złotych, aby mieć na piwo. Przedtem ludzie patrzyli się krzywo, bo policja, czy milicja to jeden diabeł, nasz wróg. Teraz policja jest, co prawda elementem, ważnym elementem, jak podkreślali politycy, demokratycznego państwa. Ale przecież nie możemy sobie pozwolić na tak młodych emerytów, czas skończyć z przywilejami. Kurwa. Narażaj życie za marny grosz, bądź jak pies na każde gwizdnięcie piątek, świątek czy niedziela. I dowiadujesz się, żeś nierób, darmozjad i masz generalnie jak u Pana Boga za piecem. No i ludność znów boczy się, bo przecież to za nasze, z naszych podatków, a oni nam mandaty za handel pietruszką, za przejście na czerwonym, za przekroczenie ciągłej, za "niemanie" świateł, a bandytów i tak nie ma, kto ścigać. Kit wam w oko i kotwica w plecy. Wtedy człowiek nie miał takich dylematów, życie wydawało się, że stoi przed człowiekiem otworem. Młodość, durna i bzdurna, pełna ideałów, chęci zmiany świata na lepsze. Nie pracowało się dla pieniędzy, mieliśmy idee pozwalające nam być moralnie silnymi i zmieniać ten kraj. Ci, co nie mieli oporów, robili kasę gdzie się dało i na czym się dało. To był czas szybkich fortun dla odważnych, dziki zachód, Eldorado. Teraz srają na wszystko z góry. Człowiek naczytał się bzdur, nasłuchał debilizmów o wartościach, honorze i lekceważył rzecz tak przyziemną, jak mamonę. Wszak można było rozwijać swoje umiejętności, dbać o swój rozwój... ble, ble, ble. Nie rozumiałem, że to tylko praca. Fascynująca, niebanalna, ale jednak praca. Wtedy jednak patrzyliśmy na świat inaczej. Osiemnaście godzin na realizację sprawy, cztery godziny snu, dalsze dwadzieścia godzin bez przerwy, po czym aż sześć godzin laby, aby świtem przyjść na komendę i znów ruszyć na łowy. Dwa tygodnie maratonu non stop. Satysfakcja, bo udało się wytropić sprawców zabójstwa, przyciąć gości na wyłudzaniu haraczu, wytropić szajkę dokonującą rozbojów na osiedlu. Krótka szybka wódka ze zwałką na stole i znów do roboty. Bo napad, bo haracz, bo strzelanina, bo grożą śmiercią. Wolne? Jakie wolne, nie ma ludzi, trzeba pracować. Nadgodziny? A co ty w fabryce ołówków pracujesz? Zgodziłeś się służyć, więc służ. Jak pies, za miskę strawy. Będziesz miał wcześniejszą emeryturę. Właśnie za to. Bo nie masz czasu na nic po za pracą, bo oglądasz, co dzień trupy, bo masz cienką jak żyletka "Polsiweru" wypłatę, bo nie możesz należeć do żadnej partii, bo nie wolno głosić ci żadnych poglądów politycznych, bo nie masz prawa odmówić polecenia służbowego, chyba, że lubisz stać, jako oskarżony przed obliczem naszej najjaśniejszej... Razem tak tyraliśmy. Realizowaliśmy sprawę za sprawą. Byłem na jego ślubie, narzeczoną znał się jeszcze z czasów licealnych. Małżeństwo przetrwało ledwie rok. W czasie wolnym lubił zbierać grzyby. W czasie wolnym, mój Boże. Jak niewolnik może mieć czas wolny? Lubił szlajać się po lesie. Z wiaderkiem czujnie przemierzał zagajnik, przedzierał się przez krzaki, aby wypatrzeć podgrzybka. Mawiał wtedy "szukaj brata, one nie są samotne" i po chwili myk, myk, myk w wiaderku lądowały kolejne dorodne grzyby. Albo takie prawdziwki. Coraz większa rzadkość, właściwie to powinny znaleźć się pod ochroną. Kozaki dumnie obnoszące swe kapelusze wśród młodych brzezin. Lubił to, kochał i każdego dnia marzył, gdy znów będzie mógł świtem wyruszyć na poszukiwania. Miał swój służbowy strój, jaki nakładał na swe leśne przygody: stara mundurowa kurtka i wytarte spodnie, kalosze, wiaderko i chlebaczek przewieszony przez ramię z oporządzeniem, czyli nożem, lornetką, gdyby zamiast grzybów natrafił na leśnych mieszkańców, termosem z ciepłą herbatą i czymś na ząb. Czasem zabierał mnie na te wyprawy, pod koniec dnia miałem już szczerze i otwarcie dość. A jemu zawsze było mało. Kochał las. Wtedy mieliśmy znów się wybrać na taki wypad. Kończyliśmy właśnie szychtę, wracaliśmy do bazy, właściwie zadowoleni, że zasadzka spełzła na niczym. Inaczej cała noc zeszła by się na płodzeniu kwitów. A tak kilka godzin snu i lecimy do lasu. To była piękna jesień, słońce świeciło jasno, wyzwalając z liści, traw i nieba całą gamę ciepłych barw. Tylko jesienią można zobaczyć takie kolory. I zapachy, wilgotne powietrze przesycone leśnymi woniami: sosnową żywicą, grzybnią pełną obietnic obfitych zbiorów, w miarę długim, leniwym dniem oplecionym srebrnymi nićmi babiego lata. Przez stację usłyszeliśmy komunikat o samochodzie, co nie zatrzymał się do rutynowej kontroli. Standard. To nie była nasza sprawa, tylko mundurowych. Pech chciał, że na skrzyżowaniu wypatrzyliśmy ich zgubę. Obaj, równocześnie. Uciekinier śmignął na światłach. Ta sama marka, ten sam kolor wozu, co w komunikatach radiowych. Decyzja mogła być tylko jedna. Wystawiłem koguta na dach, i włączyłem syrenę. Maszyna z jękiem zerwała się do biegu. Ledwie zdążyliśmy przez stację powiadomić dyżurnego, gdy dopadliśmy podejrzany wóz. Posłusznie zjechał na bok. Wysiedliśmy, on poszedł sprawdzić zatrzymanych. Wcześniej dyskretnie wyjął swój pistolet, przeładował i wetknął za pasek spodni. Absolutnie wbrew regulaminom i przepisom, zgodnie z praktyką i zdrowym rozsądkiem. Ja ubezpieczałem go ściskając nerwowo kolbę swojej spluwy, schowany za radiowozem. Widziałem, jak podchodzi, czujny i spięty. Wtedy otworzyły się drzwi. Raptownie. Z samochodu wyskoczył facet, jakby miał sprężynę w tyłku. Zobaczyłem wtedy jego twarz. I oczy. Zimne, skupione, bez żadnych uczuć. Musnął mnie lodowatym spojrzeniem, a mi ciarki przeszły po krzyżu. Mój przyjaciel zareagował błyskawicznie, natychmiast wydobywając giwerę. Ja instynktownie podniosłem swoją broń. Ogłuszający huk strzałów, krzyki, biegający w panice ludzie. Szmaciana lalka. Głupie skojarzenie, ale tak wyglądał, gdy bezwładnie osuwał się na jezdnię. Pamiętam jego pełną cierpienia twarz i krwawą, błyskawicznie rosnącą plamę na piersiach. Nic nie mogłem zrobić. Grad kul poleciał w moją stronę. Napastnik kropił serią za serią z kałacha. Skuliłem się za samochodem dziurawionym przez kule jak sito, w brzęku bitych szyb. W oddali wyły syreny nadjeżdżających radiowozów. Nie mogłem strzelać, bo agresor wmieszał się w ogłupiały ze strachu tłum a w chwilę potem wsiąkł w labiryncie uliczek, zaułków i podwórek. Podbiegłem do leżącego przyjaciela, zmarł w chwilę później na moich rękach. Poczucie winy nigdy nie opuściło mnie, gryzło jak robal. Towarzyszyło mi już zawsze, przy każdej robocie, każdej akcji. Zyskałem sobie ponurą sławę na mieście, nie miałem nigdy oporów. Jak trzeba wejść z drzwiami, wchodziłem razem z nimi, nie daj Boże, aby ktoś próbował startować do mnie z łapami w trakcie interwencji. Nie wiem, ile ich połamałem. Jeśli ktoś próbował wymknąć się z zasadzki, nie było zmiłuj. Zazwyczaj kończyło się na podziurawionym samochodzie. Trzy razy sprawcy zostali zranieni od rykoszetów szalejących w puszcze samochodu. Nie wiem ile miałem postępowań dyscyplinarnych ani prokuratorskich. Wszystkie zostały umorzone z braku dowodów przeciwko mnie. Zyskałem miano Kamikadze. Jak poszła fama, że Kamikadze kogoś szuka, to ten ktoś albo wyjeżdżał i zakopywał się głęboko na drugim końcu kraju, albo sam się zgłaszał do komendy. Twarz tego, co zabił mojego przyjaciela podczas pechowej zasadzki dobrze wryła mi się w pamięć. Na mieście nikt nic nie wiedział, dopiero po kilku latach uzyskałem jakieś informacje, które pozwoliły mi ustalić tożsamość zabójcy. Ale on sam zniknął, rozpłynął się w niebycie. Prokurator nie chciał wystawić listu gończego, twierdził, że moje zeznanie jest jedynym dowodem w sprawie a ja jestem za mocno w nią zaangażowany. Może miał rację. Każdy mecenas obaliłby taki dowód w sądzie w ciągu pierwszych pięciu minut trwania sprawy. Grzdyl. Znów usłyszałem tę ksywkę. Mawiają, że niejednemu psu Burek. Może i tak, ale przez skórę czułem, że to jest to. Rozdałem zdjęcia Grzdyla. Jedyne, jakie miałem pochodziły z przed dwudziestu lat. Pewnie dziś wygląda zupełnie inaczej, ale czasami ludzie niewiele się zmieniają. Nie wolno mi było przegapić żadnej okazji.

 

Dlaczego stoję na skraju lasu? Wszystko wróciło, wszystko się przypomniało, jakby było wczoraj. A on zadowolony, uśmiechnięty stał na tle drzew, w wytartej, starej wojskowej bluzie, z chlebakiem przewieszonym przez ramię. Takim zawsze chciałem go zapamiętać, obraz cierpiącej twarzy, gdy umierał na mych rękach starałem się wyprzeć z pamięci. Dziś był taki ... świetlisty. Ucieszyłem się bardzo na jego widok, spytałem, czy mogę razem z nim, jak kiedyś wybrać się na grzyby. Obdarzył mnie tym swoim tajemniczym uśmiechem, przecząco pokręcił głową. Nie dziś. Spytałem, kiedy? Obiecał, że któregoś dnia przyjdzie po mnie...

 

Znów duszny radiowóz i rozgrzane wnętrze.
- Nie chrap, ocknij się! - Zenek szarpał mnie energicznie za ramię.
- Co jest? - Przetarłem resztki snu z oczu.
- Napad, a czego się spodziewałeś? - Zenon włączył syreny i prowadząc jedną ręką samochód drugą przytrzymywał manetkę radiostacji informując pozostałe załogi o naszym wejściu do akcji. Zadrżałem a moje ciało przeszył zimny chłód, jakby ktoś soplem lodu dźgnął mnie prosto w serce. Sen proroczy, czy może zbyt długo i intensywnie myślałem o wydarzeniach z przed lat? Nie było czasu na dywagacje. Trzeba się skupić, będzie, co ma być. Nikt nie wie, jaki ma zapisany los w księgach na górze i nie warto nad tym za bardzo się zastanawiać, jeśli masz ryzykowne zadanie do wykonania. Każdy musi zmierzyć się ze swym przeznaczeniem sam.
- Dwóch weszło do kantoru. To ci, co kręcili się wcześniej. Przed drzwiami naciągnęli kominiarki na twarze - Informował rozemocjonowany Zenek
- Strzały, słyszę strzały! - Darła się stacja. Czułem, jak serce wali mi jak młotem, jak krew szybciej zaczyna krążyć w żyłach. Chwilę później byliśmy na miejscu. Niewiele myśląc wyskoczyłem z wozu.
- Gdzie leziesz, kretynie, za samochód, chowaj się za samochód! - Wrzeszczał jak opętany Zenek. Miał rację, powinienem był się razem z nim schować. Ale nie mogłem dopuścić, aby w kantorze bandyci dokonali masakry. Musiałem ich powstrzymać. Wtedy ze środka wybiegł jeden, strzelał w panice na oślep siejąc pociskami. Zadział instynkt. Jak na szkoleniu, klęknąłem na jedno kolano zmniejszając tym samym powierzchnię, w którą przeciwnik mógłby trafić. Krótko przymierzyłem. Nie miał szans. Tysiące powtórzeń, jest się jak automat. Lufa podskoczyła dwa razy. Tamten zachwiał się, lekko zatoczył. Dostał, na pewno dostał. Trzecia kula, tym razem dobrze wymierzona. Weszła tam, gdzie chciałem. Między oczy, głowa odskoczyła w tył a jego martwe ciało osunęło się bezwładnie na chodnik. Nie miałem czasu na subtelności. Biegłem, aby jak najszybciej pokonać strefę śmierci - drzwi. Liczyłem na swoją szybkość i na zaskoczenie. Wpadłem do środka szukając przeciwnika. Stał, nad leżącym ciałem mężczyzny, właścicielem kantoru. Ewidentnie się spóźniłem. Na mój widok zerwał kominiarkę zakrywającą twarz i podniósł ręce do góry. W dłoni tkwił pistolet. Pomimo zmarszczek, które przez te lata poorały mu twarz, poznałem go. Grzdyl. Myśli, jak piorun przeleciały pod czaszką. Podjąłem decyzję. Wyrok zapadł. Musiał wyczytać to w moich oczach. Ułamek sekundy dzielił mnie od strzału. A jednak udało mu się błyskawicznie opuścić broń. Zanim ukuło a oczy zasnuła ciemność widziałem, jak pada. Czerń otuliła mnie zewsząd zakrywając świat przed mym wzrokiem, izolując mnie od dźwięków, zapachów ...

 

Znów znalazłem się na skraju lasu. Stał tam, jak wtedy. Spytałem, czy teraz przyszedł po mnie. Uśmiechnął się smutno. Odwróciłem się. Byłem na wzgórzu, a u moich stóp rozciągało się miasto. Moloch zła i bezprawia. Tonęło w ciemnopurpurowej poświacie, groźnie mruczało szumem oszalałych samochodów, rykiem silników, wyciem gliniarskich syren, łunami pożarów. Pomyślałem sobie, że to dziwne, las, a tuż obok wielka aglomeracja. Nagle zdałem sobie sprawę, że tkwię w samym jej środku. Zniknęło wzgórze, las, zniknął mój przyjaciel. Został labirynt ulic, ciemna, kamienna dżungla. Spojrzałem na swą dłoń. Tkwił w niej pistolet. Zobaczyłem w tym samym momencie, jak z banku wybiegają zamaskowani bandyci.
- Stać! Policja! - Krzyczałem i biegłem za nimi. Odwrócili się. Jeden w kominiarce, drugi to był Grzdyl, z dziury w czole ciekła brunatna ciecz, zalewając oczy. Gdy kompan Grzdyla zdjął kominiarkę, rozsypały się blond włosy zlepione krzepnącą krwią. Miał góra dwadzieścia lat i subtelną, pociągłą twarz.
- Obiecał, że go tylko postraszymy - Powiedział do mnie uśmiechając się smutno, jak dzieciak, co oczekuje, że mu się wybaczy. Grzdyl roześmiał się na całe gardło, zęby błyskały mu dziko, podniósł broń. Rozpaczliwie szukałem kryjówki za załomami murów, ale z każdego zakamarku wyzierała twarz Grzdyla, zewsząd słyszałem jego śmiech. Ostrzeliwałem się, ale gdy tylko udało mi się trafić przeciwnika, pojawiało się na jego miejsce dwóch, trzech. Wszyscy się śmieli potępieńczo, było ich coraz więcej, osaczali mnie. Uciekałem, przemykając krwawobrunatnymi ulicami. Wbiegłem w ciemny zaułek, z tyłu słyszałem nadciągających wrogów. Zorientowałem się, że nie mam już ucieczki, przede mną była wielka, gładka ściana po bokach zamknięta wąwozem ulicy. Odwróciłem się chcąc być twarzą do napastników, gotów podjąć walkę. Ale miasto zniknęło...

 

Znów zobaczyłem las. On stał z nieodłącznym chlebakiem i koszykiem na grzyby z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Za nim widziałem kojącą zieleń drzew, dobiegał mnie ich wilgotny zapach i śpiew ptaków.
- Co się dzieje?- Spytałem
- Nie rozumiesz?- Dobiegł mnie jego cichy głos.
- Nie bardzo
- To teraz twoje miejsce – Powiedział, a ja zadrżałem. Nie chciałem tam wracać.
- Tak wyglądało całe twoje życie. Nic innego nie masz - Słyszałem cichy głos, jakby z za mgły. Uświadomiłem sobie, że ma rację. Z żoną jakoś nigdy się nie ułożyło, żyliśmy obok siebie, nie mieliśmy dzieci. Nigdy mi na nikim nie zależało. Nie miałem innych zajęć po za zasadzkami, pościgami, spotkaniami z informatorami w podrzędnych knajpach. Przesrałem swoje życie. Taka jest prawda. Gdyby można było cofnąć czas...
- Przyszedłeś po mnie - Bardziej stwierdziłem, niż spytałem.
- Nie mam żalu - W pierwszej chwili ta odpowiedź wydała mi się bez sensu, bez ładu i bez składu
- O czym mówisz? – Spytałem.
- To nie była twoja wina. Nic nie mogłeś wtedy zrobić. Nie dręcz się więcej. Nie warto - Gdy mówił, czułem, jakby kamień spadł mi z serca, odczułem ulgę.
- Idź już stąd - Silnie popchnął mnie w okolicach mostka aż mnie zatchnęło. Żachnąłem się, bo kumpel, nie kumpel, ale nie lubię jak ktoś mnie bije bez powodu. Znów otoczyła mnie ciemność, coś gniotło nieprzyjemnie klatkę piersiową.
- Oddychaj, słyszysz? Oddychaj!- Irytujący wrzask dobiegał z oddali. Otworzyłem oczy, zobaczyłem Zenka pochylającego się na de mną. Jego usta zbliżały się do moich ust.
- Odbiło ci? Nie jesteś w moim typie - Wyszeptałem słabo, każde słowo sprawiało mi ból.
- Chwała Bogu! - Zenon poderwał się wrzeszcząc z radości odrywając ręce od mojej klatki piersiowej. To on tak mnie gniótł, skurkowaniec.
- Nic nie mów. Masz postrzał, na moment odjechałeś, robiłem ci masaż serca i sztuczne oddychanie. Zaraz będzie pogotowie - Zenek cały czas mówił, ale jego postać rozmazała mi się przed oczami, czułem słodki smak w ustach.
- Nie odchodź, nie odchodź! - Przez ciemność przebił się głos Zenona. Nie miałem siły odpowiedzieć. Nigdzie nie odchodziłem, po prostu traciłem przytomność. Nie odchodziłem. Wręcz przeciwnie, wróciłem z dalekiej podróży. Przynajmniej taką mam nadzieję...

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!