Miasto Umarłych Ludzi

Marek Dryjer

Miasto Umarłych Ludzi

1

 

Nie śpię już od dłuższego czasu. Leżąc z zamkniętymi oczami pod grubą kołdrą, próbuję sobie przypomnieć wczorajszy dzień. Nie potrafię. Przed oczami mam białą plamę, a w głowie panuje pustka. Jest cicho. Poza tykaniem zegara niczego nie słychać. Próbuję uspokoić oddech, który ciągle przyspiesza. Instynktownie wyczuwam, że dzieje się coś niedobrego. W końcu otwieram oczy. Widzę szary sufit i zwisające z niego pajęczyny. Podnoszę się z łóżka, które nieprzyjemnie skrzypi. W pokoju panuje półmrok. Rozglądam się na boki, wszędzie zalega kurz. Podchodzę do okna i wyglądam na podwórze. Jest wysoko, kręci mi się w głowie. Pada śnieg, jego białe płatki delikatnie opadają na ziemię. Pokrywając podłoże, tworzą równą płaszczyznę. Jest zimno, temperatura spadła poniżej zera. Oszroniony termometr ledwo trzyma się trzeszczącej framugi. Nikogo nie ma na dole, żadnych śladów na śniegu. W mieszkaniu jestem sama, nie działa światło. W kuchni szukam wody i jedzenia. Kiedy otworzyłam lodówkę, smród wydobywający się stamtąd, o mało mnie nie przewrócił. Zamknęłam ją natychmiast. W szafkach odnalazłam trochę suchego makaronu, zawilgoconego cukru i starej mąki, z której wychodziły robaki. W chlebaku leżał czerstwy chleb, dostrzegłam na nim nitki pleśni. W ekspresie była kawa, jej kwaśno-gorzki smak od razu mnie odrzucił. Odstawiłam naczynie, kładąc je na blacie. Po ścianach biegają duże karaczany, jest ich wiele. Wychodząc stamtąd, spoglądam pod nogi. Sprawdzam telefon stacjonarny, ten milczy jak zaklęty. Komórki nie mogę odnaleźć. Korzystam po ciemku z toalety, w kranie nie ma wody. Jest mi bardzo zimno. Odnalazłam w szafie ciepłe ubranie, które założyłam. W szafce na buty, były kozaki. W małym pokoju stało na biurku kilka plastikowych butelek z wodą. Kiedy odkręciłam zakrętkę, gaz od razu się ulotnił. Napiłam się, było to przyjemne doznanie. Znalazłam pudełko batonów w czekoladzie i woreczek orzechów włoskich. Posiliłam się nimi, siedząc w wygodnym fotelu. Głaskałam przy tym delikatnie brzuch. Jestem w ciąży. Bezskutecznie próbuję to sobie przypomnieć, gdzie jest moja rodzina i dlaczego zostałam tu sama? Gdzie są inni, i co się w ogóle stało? Z nerwów boli mnie całe podbrzusze. Wstrzymuję oddech, próbując uspokoić nerwy. O dziwo, pomaga. Podchodzę do drzwi, które znajdują się na końcu ciemnego przedpokoju. Przykładam do nich ucho. Są chłodne, niczego nie słyszę. Spoglądam przez wizjer, korytarz jest pusty. Żadnego ruchu, tylko szarzejąca poświata zapadającego zmroku, pochłania ostatnie połacie wolnej przestrzeni. Przez dziurkę od klucza przenika do środka nieświeży zapach. Z zatkanym nosem, wracam do pokoju. Następne godziny zleciały mi niczym krótka chwila. Próbowałam coś postanowić, ale nieskładne myśli nie potrafiły ułożyć się w żadną całość. Płacząc, ocierałam mankietem łzy. Położyłam się spać, okrywając dodatkowymi kocami. Wsunęłam głowę pod ciepłą kołdrę. Myśli nie zniknęły. Zapasy wody i jedzenia są marne, niebawem będą musiała wyjść na zewnątrz. Ogarnia mnie trwoga, przeszywają dreszcze. Z korytarza dobiegają straszliwe okrzyki. Skuliłam się, podciągając kolana aż do brody, po czym usnęłam...

 

2

 

Boję się wyjść na zewnątrz. Nie mogąc ustać w miejscu, kręcę się po mieszkaniu. Dokumenty, pieniądze i złoto schowałam do kieszeni. Co jeszcze? Woda, ostatnia jej butelka. Trochę jedzenia i ciepłe ubranie. Muszę wydostać się poza mury budynku, to jedyna szansa. Jeżeli zostanę, to zginę. Ono także. Ze szpikulcem do lodu w ręce i z tasakiem przy boku otwieram drzwi. Skrzypią delikatnie, jak nimi poruszam. Wszędzie panuje półmrok. Ledwo widzę rękę, kiedy wyciągam ją przed siebie. Ostrze dotyka ściany, drapie po niej. Stawiam pierwsze kroki. Nogi mi dygoczą przy każdym ruchu. Czuję zimny powiew powietrza na twarzy, którą osłaniam drugą ręką. Zapach gazu dociera do mnie po chwili. Siedem pięter w dół po krętych schodach. Dwie klatki schodowe i nieczynna winda, z której szybu dobiegają odgłosy głuchego stukania. Siedem mieszkań na każdej kondygnacji. Mijam pierwsze z nich, dotykając drzwi, które są zamurowane. Przykładam do nich ucho. Cisza. Po chwili słyszę ludzki głos, który coś niezrozumiale oznajmia. Nie rozumiem co mówi? Chwilę potem milknie. Idę dalej. Wsłuchuję się w otoczenie. Widzę następne drzwi, tym razem wybite. Leżą połamane na środku przedpokoju. Wyłamana framuga i skruszony mur. Boję się tam zajrzeć, ale ciekawość zwycięża. Niczego nie widać, ciemność ogarnia wszystko. Zasłonięte rolety nie pozwalają zobaczyć zbyt wiele. Wszystko poprzewracane, żadnych ludzi, żadnego ruchu. Wracam na korytarz. Słyszę coś poniżej, jakby obcasy głośno stukały o podłoże. Rozglądam się na boki. Moje następne kroki są zwolnione. Kładę rękę na tasaku, ale zaraz ją cofam. Widzę światło przed sobą, jakby ktoś świecił latarką po ścianach. Zbliżam się tam, mijam kolejne drzwi, które są zamknięte. Poprawiam włosy, które zsunęły mi się na czoło. Wycieram pot z twarzy. Fikuśne, świetlne zajączki rozciągając się, skaczą po ciemnych ścianach. Dzieli nas od siebie zaledwie kilka kroków, wtedy znikają. Zatrzymuję się, wsłuchuję w ciszę, próbuję coś postanowić, ale nie potrafię. W strachu działam odruchowo, dominuje we mnie niezawodna intuicja. Dotykam plecami ściany. Jest zimna, wyczuwam to ręką. Obok otwarte drzwi, a w środku ktoś nieznany. Coś trzeszczy i stuka. Czuję przeciąg, okno bez przerwy się chybocze. Słyszę zgrzytanie zębów. Zamieram. W kącie dostrzegam skulone sylwetki, które tulą się do chłodnego grzejnika. Oddychając, wypuszczam kłęby pary z ust. Jest zimno. Ktoś wychodzi z łazienki, idzie pewnym krokiem w ich kierunku. Trzyma coś w dłoni, jakiś długi przedmiot. Przyklejam się do ściany, jakbym mogła, to objęłabym ją całkowicie. Ani drgnę, obserwując. Słyszę ich i to, jak o coś proszą, kiedy się nad nimi pochyla. Bierze zamach, unosząc rękę... teraz wyraźnie widzę co w niej trzyma. Jest to długie ostrze. Chwilę potem odcina nim czyjąś głowę, a pozostałe postacie zaczynają krzyczeć. Zasłaniam uszy, nie mogąc tego znieść. Za wszelką cenę próbuję się stamtąd wydostać...

 

3

 

Liczę kroki. Jeszcze tylko kilka i będą schody, którymi zejdę na dół. Chyba mnie nie usłyszał, jak uciekałam? Był zajęty zdobyczą, jak ją nazwał. Był głodny. Strach odebrał mi rozum. Chciałam na niego skoczyć, ale coś mnie przed tym powstrzymało. Miałam szczęście. Idę dalej. Słyszę dźwięk tłuczonego szkła, który dobiega z poniżej. Uderzenie ciężkim przedmiotem o drzwi. To chyba siekiera, bo specyficzny odgłos temu towarzyszy. Schodzę w dół. Jedenaście stopni, które prowadzą na półpiętro. Buty stukają coraz głośniej, będą musiała je zdjąć. Jestem na szóstym piętrze. Boso przemieszczam się po śliskim lastryko. Swąd spalenizny uderza w moje nozdrza, cofam głowę. Widzę spalone mieszkanie, gdzie jego środek wypełnia sterta popiołu. Nic nie ocalało. Następne mieszkanie jest zabite deskami. Grube gwoździe wystają na zewnątrz. Panuje cisza, którą zdecydowanie wolę. Hałas kojarzy mi się z zagrożeniem, boję się więc za każdym razem, gdy tylko coś usłyszę. Bicie zegara dobiega zza rogu, ktoś tam stoi. Wpatruje się we mnie, po chwili znika w mieszkaniu. Nie idę tam. Trzymając się barierki, docieram do schodów, którymi schodzę niżej. Za sobą słyszę jęki, a potem krzyki gwałconego człowieka. Myślałam, że była to kobieta, ale po głosie rozpoznałam mężczyznę, który bronił się przed napastnikiem. Błagał go o litość, przeraźliwie krzycząc. Tamten zasłonił mu usta. Ktoś leży na półpiętrze, dostrzegam zaledwie sylwetkę. Zawracam, sprawdzając po drodze windę. Jest nieczynna. Wybieram drugą klatkę schodową. Wcześniej mijam trzy mieszkania, z których dochodzą straszne odgłosy. Do ostatniego ktoś próbuje mnie wciągnąć, ale się wyrywam, dźgając go szpikulcem. Zbiegam na piąte piętro. Na schodach upadam, a przewiązane przez pasek za sznurowadła buty, uderzają mnie po głowie. Szpikulec potoczył się po podłodze. Próbuję wstać, ale plączą mi się nogi. Po omacku szukam tasaka, który dźwięcznie uderzył o metalową balustradę. Na szczęście nie spadł na dół. Słyszę kroki u góry, ktoś się do mnie zbliża. Szybko się porusza i mocno stąpa. Jest chyba silny. Podnoszę się z kolan i z bronią w ręku staję na baczność. Widzę jego ogromną postać, grube nadgarstki i duże pięści. Uciekam, ale on jest już za mną. Odwracam się i bez zastanowienia uderzam go szpikulcem, który zagłębia się w jego ciele niczym w maśle. Odepchnął mnie, o mało nie upadłam. Traci oddech, pochyla się, wreszcie pada. Pluje krwią, chwilę później umiera. Zapada cisza. Serce mi wali, próbuję uspokoić oddech. Wciągam powietrze i wstrzymuję je w płucach, pomaga to pozbyć się czkawki. Duszę się, ale staram się nie kasłać. Widzę kolejne piętro. Idę po nim wzdłuż długiej i chropowatej ściany, trzymając w dłoni zakrwawiony przedmiot...

 

4

 

Dookoła tylko ciemność. Jasne błyski dostrzegam dopiero przy schodach, które prowadzą na piętro poniżej. Słyszę czyjeś głosy, jakiś chichot. Odchodzę od poręczy, zagłębiając się w mrocznej poświacie, która coraz bardziej przygasa. Mijam kolejne mieszkania, wszystkie są pozamykane. Naciskam na klamki, bez rezultatu. Stąpam powoli po śliskim podłożu. Coś leży pod moimi nogami. Sprawdzam stopą, to chyba człowiek. Omijam go. Obok drugi i kolejny, martwe ciała zalegają na piętrze. Podpieram się o ścianę, próbując się nie przewrócić. Czuję fetor rozkładających się zwłok. Nie mogę zasłonić nosa, ani ust. Duszę się. Kolejne drzwi, tym razem otwarte. Zaglądam do mieszkania, nic nie widzę. Boję się tam wejść, nie wiem co zrobić. Wchodzę do środka, omijając wysoki próg. Przede mną przedpokój, taki sam jak mój. Czuję pod rękami wieszak na kurtki i szafkę na obuwie. Idę dalej. Każdy krok jest dokładnie wyważony. Garderoba naprzeciw i włącznik światła, który nie działa. Jakieś miski, a w nich śmierdząca ciecz. Dalej stół z poprzewracanymi krzesłami, staram się nie hałasować. Ciemność oblepia mi oczy. Próbuję coś zobaczyć, ale nadaremnie. Wreszcie je zamykam, lepiej teraz słyszę. Każdy szmer jest doskonale słyszany. Panuje spokój. Dudniąca w moich uszach głucha cisza, uspokaja mnie. Kucam w kącie pod oknem i przysypiam. Cisza jest teraz wszystkim, drąży moje ciało od środka. Jest mi bliska. Ktoś nadchodzi. Słyszę kroki na klatce, wiele nóg nierówno uderza o twarde podłoże. Otwierają się drzwi. To niemożliwe, myślę. Wbrew własnej woli, podrywam się do góry. Macam po ścianach w poszukiwaniu schronienia. Odnajduję szafę, do której po cichu się wślizguję. Wstrzymuję oddech. Serce mi łomocze, nie mogę złapać tchu. Wyczuwam zagrożenie. Zasłaniam dłonią usta i nos, wyczuwając zapach krwi. Podglądam przez dziurkę od klucza. Dostrzegam czterech mężczyzn, którzy świecą latarkami po ścianach i podłodze. Ich zdeformowane ciała odstraszają już na pierwszy rzut oka. Ciągną za włosy zakneblowaną kobietę, która próbuje się uwolnić. W jej oczach dostrzegam strach. Wszyscy mają upiorne twarze, krwawią z wielu ran. Zwisająca z czoła skóra opada na oczy. Napuchnięte usta, połamane zęby, pomarszczone dłonie nie pozwalają oderwać od nich oczu. Boję się ich, są odrażający. Kładą dziewczynę na masywnym stole i rozbierają do naga, po kolei gwałcą. Na koniec rozpruwają brzuch, wydobywając ze środka nienarodzone jeszcze dziecko. Smarują się jej wnętrznościami. Żywcem pożerają maleństwo. Zamykam oczy, próbując oszukać wzrok. Uszu już nie jestem w stanie wyłączyć...

 

5

 

Mdli mnie na samą myśl o tym, co mogę zaraz zobaczyć. Przełamuję się jednak i otwieram powieki. Nie widać już nocnych potworów, zniknęły bez śladu. Ich połyskujące w nocy ślepia, odeszły w niepamięć. Zniknęło też ciało obdartej ze skóry kobiety. Uchylam drzwi od szafy. Wsłuchując się w otocznie, wychodzę na zewnątrz. Z łazienki dobiegają niskie głosy, które rozpoznaję. Idę w tamtym kierunku, delikatnie i bez hałasu. Skradam się na palcach, a zwisające przy boku buty, lekko uderzają o zdrętwiałe udo. Zbliżam się do nich, trzymając w ręku butelkę z benzyną. Wyciągam z kieszeni zapałki, nasączam szmatkę w łatwopalnym płynie. Następuje chwila ciszy. Przekręcam klucz w zamku, który nierozważnie zostawili. Ciemność rozjaśnia maleńkie światło, które roznieca potem piekielny ogień. Rzucam palącą się pochodnię na drzwi od łazienki. Wybucha straszliwy pożar. Mieszkanie rozjaśnia się niczym w samo południe, kiedy słońce dociera do wszystkich szczelin i zakamarków. Widzę straszliwe widoki. Jakby zapaliło się nagle światło. Żałuję, że nie jestem niewidoma. Widzę zmasakrowane ciała kobiet i dzieci, które zalegają w różnych pozach i w przeróżnych miejscach. Jest ich wiele i wszystkie są oskalpowane. Morze zastygłej na ścianach i na podłodze krwi, a oni krzyczą i piszczą, nie mogąc się stamtąd wydostać... Palą się skurwiele, jak się patrzy. Zasłużyli sobie na to. Dygocząc ze strachu, wychodzę na zewnątrz. Uciekam, pozostawiając daleko w tyle dogasające pogorzelisko. Wtapiam się w mglistą otchłań szarzejącego mroku. Potykam się i przewracam o leżące na ziemi ciała. Dotykam ich, a one mnie, choć nie mogą się poruszyć. Strach rozsadza mi czaszkę, pulsują skronie. Pragnę już tylko jednego, chcę śmierci. W oddali widzę rozczapierzone światło, które faluje na boki. Biegnę w jego kierunku, już widać schody. Są, tuzin w dół i za zakrętem następny tuzin, który prowadzi wprost na czwarte piętro. Ile jeszcze? Już tak dalej nie mogę, mówiąc to, głaszczę wystający brzuch. Próbuję je wyczuć i usłyszeć. To, jak kopie i jak się porusza, nieświadome niczego. Jakbym wiedziała, co je czeka, to nigdy bym go nie poczęła. Boję się o nie, bo jest mi najbliższe. Ściany mienią się od falującego w pobliżu światła. Dostrzegam nieduże ognisko, dookoła którego siedzą w kucki, pochyleni mężczyźni. Jest ich dwóch. Po chwili unoszą głowy, ukazując swoje ślepe odbicie. Ich oczy wydają się być białe, jakby mieli bielmo na oku. Drżą w modlitewnym odruchu. Mają ładne twarze, czyste i nieskażone zarazą. Przyglądam się im. Kim są, bo różnią się od poprzedników, jak dzień od nocy? Słyszę ich głosy i słowa, które hipnotycznie wypowiadają. Odpuść nam nasze winy, powtarzają bez końca... Zakładam buty na mokre i obolałe stopy. Czuję ucisk, drobne obtarcia pojawiają się po chwili. Stąpając, krzywię się z bólu. Nie boję się, podchodząc do nich. Instynktownie wyczuwam ciepło, które od nich płynie. Uśmiechają się do mnie, przecież mnie nie widzą. Jak zatem to robią? Rozglądam się na boki, strach po chwili znika ostatecznie...

 

6

 

Wyczuwają moją obecność, dając mi to do zrozumienia. Podchodzę bliżej, dotykając otynkowanych ścian i metalowych poręczy, które są zimne. Puszczam je i sunę obolałą dłonią po obdrapanej ścianie. Staję przed nimi. Milczymy. Nie śmiem się pierwsza odezwać, wyczuwam niepokój, który różni się od zwykłego strachu. Jest podszyty niepewnością, daje za to nadzieję i pozwala mi wierzyć. Nie mam przecież wyboru. Los zdecydował za mnie już dawno temu, a może się jednak mylę? Ludzie mieli swoje szanse, które zmarnowali. Ostatnia pomyłka miała ich kosztować wiele, może nawet wszystko. Zapraszają mnie do siebie, chcą żebym usiadła obok. Grzecznie odmawiam. Są nachalni, nie ustępują. Kuszą i obiecują. Kiedy pytam o nich, zmieniają temat, nie odpowiadając na zadane pytanie. Złoszczę się, że mnie zbywają. Dopytuję o to, co nas otacza. O dziś i jutro. Z niechęcią coś bąkają pod nosem, o rzekomej zarazie, która nadejść miała z północy. O radioaktywnej chmurze i o szczepieniach na odporność, które deformowały mężczyzn. Większość z nich szybko umarła, pozostali zmieniali się fizycznie i psychicznie. Atakowali niezainfekowane kobiety. Cześć z nich została okrutnie zamordowana, reszta przetrzymywana jest w odosobnieniu. Nie bój się, mówią mi. Nie idź tymi schodami, wskazują. Są zaminowane. Idź tamtymi, które są w głębi korytarza. One są bezpieczne, możesz nam zaufać. Pytam o wodę, dostaję sporą butelkę. Jest oryginalnie zakapslowana, chyba zatem bezpieczna. Dziękuję i ruszam dalej. Uśmiechają się do mnie, ciągle wyznaczając kierunek. Kiedy odchodzę, zacierają ręce. Rozglądam się, piętro jest czyste, jakby posprzątane. Ściany nie noszą oznak zniszczenia, a drzwi nie wskazują na włamanie. Wszystkie są jednakowo żółte, a może to w blasku migoczącego światła, sprawiają takie właśnie wrażenie? Na każdych wizytówka, którą czytam z niedowierzaniem. Magazyn, skład i kolejny, a potem jeszcze chłodnia... Co w nich jest? Boję się o tym myśleć. Coraz bardziej zagłębiam się w mroku, a napisy znikają. Słyszę swoje kroki, głosy strażników ognia już dawno zanikły. Staję w miejscu. Wpatruję się w ciemność. Wydaje mi się, że widzę jej obszerne ramiona, którymi mnie obejmuje. Wyrywam się, ale nie mogę się uwolnić. Po chwili trauma znika. Słyszę jeszcze szelest i pomruk, które nie wróżą niczego dobrego. Zawracam. Słyszę z tyłu ciche gwizdy niezadowolenia. Zbliżam się do siedzących na ziemi mężczyzn. Nie mogę uwierzyć w to, że oślepiły ich te bestie, tylko z powodu zdrowego wyglądu. Sami to zrobili, żeby lepiej słyszeć. Siedzą w ciszy, chyba nie uda mi się ich ominąć? Są tuż obok. O zgrozo, wyczuły mnie... Poruszam się niczym w zwolnionym tempie, stąpając nierówno. Powłóczę nogami, ciągnąc jedną za drugą. Naśladuję tym, te cholerne stwory...

 

7

 

Schodzę w dół, nie wiem jak mi się to udało. Stopień za stopniem. Dotykam ścian i barierek, są tak samo zimne, jak te wcześniejsze. Trochę mnie to uspokoiło. Łapię oddech, ocieram pot z twarzy. Jestem na półpiętrze i patrzę wzdłuż linii schodów. Nie widzę kolejnego piętra, ciemność zawładnęła wszystkim. Idę dalej. Panuje zimno. Kiedy dotykam barierki, to tak, jakbym wsadzała rękę do zamrażalnika. Piecze z bólu. Wsłuchuję się w ciszę. Siedem, sześć... jeszcze tylko trzy, a potem dwa i jeden, ostatni stopień. Nie stawiam na nim nogi, trzymając ją uniesioną w górze. Potem cofam ją do drugiej. Usztywniam się i naprężam. Intuicja podpowiada mi, że w tej mrocznej czerni czai się jakieś zło. Czekam. Mijają minuty, nic się nie dzieje. Może się pomyliłam? Schodzić, czy wracać do góry? Przecież tam nie ma już nic poza piekłem, które panoszy się bez umiaru. Zło, które zawsze było obok i teraz też jest, i będzie nadal... bo zło z dobrem zbratane jest na zawsze, bo bez niego nie da się zrozumieć tego pierwszego. Podnoszę nogę, przesuwam i powoli opuszczam przed sobą. Wyczuwam linę, albo sznur. Nie, to chyba gruby łańcuch, taki jak na krowy. Po co jest tu zawieszony? Omijam go i dostawiam drugą nogę. Szuram delikatnie, badając grunt. Dwa metry dalej natrafiam na ostre i długie szpikulce, które są postawione na sztorc. Upadek na linie, skutkowałby natychmiastową śmiercią. Próbuję odnaleźć schody w dół, ale wszystko jest zastawione. Poruszam się niezwykle ostrożnie. Jest coś, co to jest? Cholera, niech to wszyscy diabli... Pieprzona ciemność! Gwoździe, kto je tu wysypał? Kawałki ostrego szkła i dziury w lastriko, gdzie noga mogła ulec złamaniu. Przewróciłam się i poraniłam ręce, zagryzając do krwi język. Czuję ból i strach, nie wiem co bardziej mnie przeraża? Tracę rozum... chcę stąd uciec, ale nie potrafię. Przenikliwy chłód obejmuje mi skronie, na karku czuję swędzenie, które nie ustępuje. Drżę na myśl o tym, co będzie za chwilę. Czy będzie jednak coś jeszcze? Śmiem wątpić, bo na dobre ugrzęzłam w labiryncie okrucieństwa i zła. Nigdzie nie mogę natrafić na drzwi, piętro bez mieszkań? Obok są drzwi od dźwigu, a za nimi winda. Spoglądam przez szybę, dostrzegam połyskujące ślepia. Boję się ich, bo wiem, że mnie widzą. Po chwili słyszę ich błagalne głosy, to... dzieci. Nie mogę im pomóc. Nie potrafię. Ostry drut kolczasty rozciągnięty przez korytarz i zawieszony metr nad ziemią, zwisające z sufitu zaostrzone lance. Cudem udaje mi się przez to przebrnąć. To dzięki modlitwie. Bóg czuwał nade mną teraz i wcześniej. Są barierki i schody, którymi ruszam w dół. Przede mną drugie piętro...

 

8

 

Wyschło mi w ustach, ale boję się odkręcić butelkę, bo może to zdradzić moje położenie. Zsuwam się delikatnie wzdłuż poręczy. Ma gumową nasadkę, która tłumi wszelkie odgłosy. Boli mnie głowa. Dyszę, ale próbuję zapanować nad oddechem. Za wszelką cenę muszę go uspokoić. Od wielu godzin o to walczę. Setki, tysiące i miliony wdechów oraz setki tysięcy i miliony wydechów. Każdy tak samo ważny. Próbuję na dłużej zatrzymać powietrze w płucach. Czuję ból w klatce piersiowej, który narasta z każdą chwilą. Cierpię. Wspomnienia pojawiają się fragmentami i znikają. Nie potrafię poskładać ich w sensowną całość. Widzę dziecko, które je lody z rodzicami. Jest szczęśliwe. To chyba ja. Jakiś mężczyzna mnie zaczepia, uśmiecha się i odchodzi. Inny obraz, ten sam człowiek wiele lat później, prowadzi mnie do ołtarza. Potem wszystko znika. Cisza ogarnia moje zmysły, jest inna niż dotąd. Kiedyś ich bym nie rozróżniła, ale teraz jest inaczej. Nauczyłam się widzieć w ciemności i rozróżniać ciszę, tak mi się przynajmniej wydaję. Co ze mną będzie? Martwię się o dziecko, o siebie także. Musimy stąd wyjść, dokąd wtedy pójdziemy? Noga w dół, potem druga za nią i tak bez końca od wielu godzin. Pot i łzy, a z drugiej strony cisza, zimno i przeraźliwy strach. Czuję je, są blisko... Zostały na górze, nie dopadły mnie. Wygrałam z nimi. Mijam półpiętro i zsyp, którego drzwi lekko się kołyszą. Na szczęście nikogo tam nie ma, tym razem już bym nie zdążyła. Za szybko straciłam czujność, jak mogłam? Połamany parapet, obdarte ściany, powyginany kaloryfer, którego żebra przenikały zimnem, kiedy ich dotykałam. Wysmarowane lepką cieczą pręty od balustrad. Czyjeś ciało pod nogami. Nieduże, boję się sprawdzić, czy kompletne. Nie oddycha, tak mi się wydaje. Znowu schody, które prowadzą donikąd, jak pomyślałam. Krwawią mi dłonie, pęcherze pękają na stopach. Mam ochotę usiąść i już nie wstać. Wsłuchuję się w otoczenie, panuje spokój. Nucę w myślach jakąś melodię, jest piękna i mnie uspokaja. Zapominam na chwilę o problemach. Jestem już na drugim piętrze. Nawet nie wiem, kiedy się na nim znalazłam? Sprawdzam butami podłoże i rękami ściany. Robię to niezwykle ostrożnie, obawiając się najgorszego. Nic złego jednak się nie dzieje, nie rozumiem już niczego. Gubię się w domysłach, szlag by to trafił! O co tu chodzi? Echo powraca, a wraz z nim dziwne odgłosy, które powodują u mnie gęsią skórkę. Oczy szeroko się otwierają, a uszy wyczulają na najdrobniejszy choćby szelest. Cała drżę ze strachu...

 

9

 

Słyszę chrapanie, jest głośne niczym odgłos ryczącego niedźwiedzia. Rozchodzi się po całym piętrze, pokrywa z innymi o podobnym tonie. Nakładają się na siebie wzajemnie. Po chwili dochodzą kolejne, jakby śpiąca wataha wilków budziła się do życia. Zamieram. Przylgnęłam do ściany, wtulając się w nią niczym w matczyne ramiona. Różni się od nich tym, że jest zimna. Dokoła panuje ciemność, boję się ruszyć. Ktoś wychodzi z jednej z sypialń, jak je nazwałam. To opuszczone mieszkania. Powłóczy nogami, po chwili znika wewnątrz następnej. Chyba mnie nie widział? Kolejne sekundy, to katorga dla mojego umęczonego umysłu. Setka pytań i zero odpowiedzi. Lęk przed nieznanym i strach przed nieuniknionym. Znowu ktoś tu idzie, tym razem zwinnie się porusza. Robi to niczym kot. Słyszę szelest otwieranych drzwi i za moment podobny dźwięk, kiedy zamykają się inne. Nie ruszam się spod ściany. Macam po niej ręką, coś wyczuwając. Jest podłużne i ma ramiona. Zrobione jest z drewna, z przymocowanym metalowym odlewem. W dotyku przypomina krzyż. Znowu coś słyszę. Sunie po podłodze, omijając mnie dosłownie o centymetry. Wstrzymuję oddech, kilka sekund później znowu zapada grobowa cisza. Ile tym razem potrwa? Mijają minuty. Kucam i opieram się plecami o cienką ścianę, za którą śpią te potwory. Wydaje mi się wtedy, że jestem jednym z nich. Zasypiam ze zmęczenia. We śnie ciągle spadam. Lecę, nie mogąc się zatrzymać. Ktoś próbuje mnie złapać, wyciągając w moim kierunku potężne, owłosione łapy. Widzę jego paskudny pysk i ostre kły, które wyszczerzył. Pojawiają się następne stworzenia, jest ich wiele. To jak czarna studnia bez dna, w której topią się ludzkie smutki. Nie mogę się bronić, nie potrafię krzyczeć, ani uciec... Czuję, jak rozrywają moje ciało grubymi pazurami, które są jak szpony orła. Budzę się, zlana zimnym potem. Otwieram załzawione oczy. Widzę delikatne światło, które wpadając z dołu, lekko rozjaśnia piętro. Dostrzegam kolorowe rysunki na ścianach, zrobione chyba przez dzieci? Bohomazy, esy floresy, które je zdobią. Przyglądam się im w milczeniu. To nie dzieci namalowały, o zgrozo. Zerkam na schody, które prowadzą w dół. Są kilka metrów dalej, próbuję ich dosięgnąć. Muszę się w sobie zebrać, ze wszystkich sił pragnę wstać. Otwierają się drzwi ostatniego z mieszkań na piętrze... coś się stamtąd wytacza. Docierają do mnie odgłosy pękających kości. Serce podchodzi mi do gardła. Widzę jak sunie wzdłuż przeciwległej ściany, jest ogromne i obrośnięte gęstym futrem. Między koślawymi nogami kołysze się potężne przyrodzenie. Wzdrygam się z bólu i obrzydzenia, kiedy mnie mija...

 

10

 

Odliczam do trzynastu i otwieram oczy. Lubię trzynastkę, zawsze przynosiła mi szczęście. Nikogo nie ma w pobliżu, odgłosy zniknęły. Słyszę tykanie zegara, które dobiega z dołu. Wychylam głowę i zerkam na półpiętro, niczego poza delikatnym światłem tam nie widać. Łapię się powyginanej barierki i schodzę po wąskich schodach. Odwracam się raz jeszcze poruszona straszliwym dźwiękiem, który mnie ogłuszył. Było to jak przeciągnięcie żelazem po szkle. Wstrzymuję oddech i czekam. Fałszywy alarm, dociera do mnie po chwili. Idę więc niżej. Jest coraz jaśniej, wschodzące słońce wpuszcza do bramy jasne światło. Dostrzegam wreszcie siebie. Jestem poraniona i brudna. Przetrwałam noc, ta myśl dodaje mi otuchy. Uskrzydla, w marszu do granic piekła. Następny krok jest jeszcze trudniejszy. Widzę dokładnie pierwsze piętro. Opieram się o ścianę, odpoczywam i rozmyślam. Czy mi się uda, czy stąd wyjdę? Mijam piętro i zakręcając, wolno schodzę prosto na przedostatnią platformę. Nikogo tam nie ma. Panuje cisza, która miesza się z odgłosami ptaków, dobiegającymi z zewnątrz. Dostrzegam już nawet parter, wyjście z tej mrocznej bramy jest na wyciągnięcie ręki. Jeszcze jeden krok i osiągnę pierwsze piętro, nareszcie...udało się. Widzę biało-szare lastriko i zielone drzwi od mieszkań. Wszystkie są zamknięte. Uważnie się przemieszczam, wyczuwając jeszcze zagrożenie. To nie może być koniec, myślę. Robi mi się gorąco. Noga za nogą, but za butem, byle w stronę ostatnich już schodów. Druga klatka schodowa jest zamurowana, była to jednak pułapka. Uśmiecham się, choć nie jest mi wesoło. Udało się, głośno myślę. Dotykam dłonią poręczy i słyszę za sobą... to jeszcze nie koniec, siostro. Zakłuło mnie w sercu. Pochylona, odwracam głowę i widzę kroczącą w moją stronę krępą sylwetkę. Obok wisi lustro, w którym dostrzegam swoje zniekształcone odbicie, a nad nim kartkę z napisem. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień... Lustro jest całe. Nogi mam jak z waty, uginają się pode mną i cały czas drżą. Widzę siebie i uniesiony do góry szpikulec do lodu, zdradliwy uśmiech i złowrogi błysk w oku. Przecież ja nie mam niczego w rękach? Dlaczego rozmawiam ze sobą? Biorę zamach, ale to nie mogę być ja... czyja siostra? Słyszę znajomy głos. Ona na mnie patrzy i z każdą chwilą łagodnieje. Wreszcie opuszcza śmiercionośne narzędzie i odchodzi. Widzę jej plecy, to nie byłam ja. Miałam siostrę bliźniaczkę! Idź precz, to ostatnie jej słowa. Odpuszczam ci, powiedziała. Pozostawiła zakrzywioną, drewnianą laskę. Upadłam, zbiegając z nią po schodach. Chciałam tylko stamtąd uciec...

 

11

 

Czołgam się, boli mnie już wszystko. Krwawię. Pozdzierałam paznokcie na chropowatych ścianach, które kiedyś były białe. Teraz są szare, jak antracyt. Łapię się poręczy i próbuję podnieść, ale nie potrafię. Nie rezygnuję, w końcu się udaje. Odliczam poszczególne stopnie, jakby prowadziły do nieba. Czy raj zatem jest pod ziemią? Przecież właśnie tam zmierzam. Jest parter, widzę go i jego oznaczenie, które symbolizuje wielka, czarna litera. Kto jeszcze zagrodzi mi drogę? Teraz, kiedy jestem już na finiszu... Nikogo tam nie ma, korytarz jest zupełnie pusty. Żadnych ukrytych pułapek? Nie wierzę! Widzę zegar, który chodzi w drugą stronę. Jak to możliwe? Ostatnia prosta, to tylko trzynaście schodów, które prowadzą do... właśnie dokąd one biegną? Może nie warto tam już iść? Nie tracę nadziei, przebiegam przez otwarte na oścież wrota. Jestem na zewnątrz, wołam. Widzę jasne światło, ale wzrokiem nie mogę odnaleźć słońca. Jest schowane za chmurami, które zdominowały niebo. Pada śnieg i jest zimno. Poprawiam ubranie oraz buty, patrzę przed siebie i rozglądam się na boki. Wszędzie pełno podobnych do tego domów, nie widać za to nikogo. Nie ma ludzi, ani samochodów. Puste ulice i chodniki, zmuszają do zastanowienia. W powietrzu coś wisi, jakieś fatum. Muszę już iść, żeby wydostać się z miasta powinnam wyruszyć na południe. Próbuję ustalić kierunek, ale nie mam pewności, czy się nie pomylę. Życie jest jednym wielkim pasmem omyłek i spóźnionych reakcji na nie. Obłędem jest myśleć inaczej. Oczyszczam się wewnętrznie, smarując twarz świeżym śniegiem, który jest niczym zmrożony puch. Ten dotyk łagodzi mi rany. Patrzę pod stopy, gdzie leżą niezadeptane, bielusieńkie płatki, od których odbija się jasne światło. Są wszędzie, bolą mnie od tego oczy i boję się po nich chodzić. Wstydzę się za siebie, i za tamtych także... Dotykam brzucha, to... brzemię.

 

Stąpam po miałkim gruncie i co rusz się przewracam. Powstaję i znów idę, po czym ponownie upadam. Zostawiam za sobą szeroki, niesymetryczny szlak, który ciągnie się w nieskończoność niczym diabelski ogon. Z wyglądu przypomina jedenastkę. To także dwie jedynki, wejście i wyjście. Droga, która na powrót prowadzi. Dwie różne myśli i tyle samo możliwości. Wolna wola i wybór niczym nieograniczony, mój wybór. Przede mną dziewicza ziemia, którą depczę. Podpieram się przy tym zakrzywioną laską. Wyczuwam pod śniegiem kolejne ciała, które zalegają obok siebie. Jest ich wiele. Tysiące ludzkich trupów, gęsto rozsianych na rozległych terenach wymarłego miasta. Modlę się w myślach, w kieszeni ściskam zdjęty ze ściany krzyż. Ciągle poszukuję odpowiedzi. Idąc, zapadam się w śniegu i o nich potykam... w końcu już nie wstaję.

 

 

* Opowiadanie zostało opublikowane w czasopiśmie: Głos Fantastyki 2/2013, zostało nagrodzone w konkursie literackim Secretum Caligo.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!