Łaknienie

Kornelia Romanowska

 

Łaknienie

 

 

Strzyżewo. Kurewskie zadupie, w którym miałem wątpliwą przyjemność się wychować i spędzić kilka trudnych, nie tylko fizycznie, lat balansowania między zachowaniem równowagi i przetrwaniem tylko po to, by jak najszybciej się ulotnić i rozpocząć normalne życie. Strzyżewo. Groza rozłożyła swoje obleśne macki w momencie, w którym musiałem podjąć tę pieprzoną decyzję i wrócić na przysłowiowe stare śmieci. Na nowo odkryć dlaczego chciałem stąd wyjechać. Zrozumieć, że los zawsze znajdzie drogę, by znowu skopać ci tyłek. I oto jestem. Trzydziestoletni facet, którego jedynym marzeniem było
opuścić to miejsce i nigdy nie wracać, a jednak stoję przed wejściem do mojego starego domu i czuję, jak włosy na rękach zaczynają żyć własnym życiem.
Próbowałem pozbierać myśli, choć biorąc pod uwagę okoliczności, okazało się to dość trudne. Rzuciłem na ziemię torbę i tępym wzrokiem wpatrywałem się w zaniedbane domostwo. Byłem niemal pewny, że matka zajęła się swym ukochanym „gniazdkiem szczęścia", jak lubiła mawiać, gdy siedzieliśmy przy stole, wsłuchując się we własne oddechy. Rozglądałem się wtedy na boki, czując na sobie gniewny wzrok ojca i rzucane co rusz współczujące spojrzenie brata. Wiedziałem, że ten wieczór na pewno będzie taki sam, jak każdy. Ojciec złapie to, co będzie miał pod ręką i zaciągnie mnie do pokoju, by w spokoju dokonać swojego dzieła zniszczenia. Poniewieranie ciała było tylko rozkoszną zabawą pełną wyrafinowanego piękna, którą dawkował sobie powolutku, czekając, aż zacznę błagać o litościwą karę. Fizyczne piekło było niczym w porównaniu z tym, które tworzył w mojej głowie od kiedy sięgam pamięcią.
W końcu, pełen obaw, zdołałem zmusić się do wejścia do środka. Nic się nie zmieniło.
Oczywiście, oprócz braku domowników. Nie miałem pojęcia, co stało się z ojcem. Nie interesowało mnie to. Od kiedy wyprowadziłem się z domu, nie utrzymywałem z nim kontaktu, próbując zapomnieć o tym, że w ogóle istnieje. Jedyna więź, jaka łączyła mnie z rodziną, to ta, którą dzieliłem z bratem. Ale i jego już zabrakło. Zniknął. Rozpłynął się w odorze powietrza unoszącym się nad Strzyżewem i nigdy nie wrócił. Próbowałem sobie wmówić, że pewnie uciekł z daleka od szaleństwa, które powoli opanowywało każdą cząstkę tych, którzy zostają w tej wiosce. Miałem nadzieję, że mu się udało. Do czasu, gdy matka rzeczowo, bez cienia emocji, poinformowała mnie, że znaleziono jego ciało. Sponiewierane i oszpecone, porzucone w pobliskim lesie i zbezczeszczone przez żyjące w nim zwierzęta.
Moja chora wyobraźnia podsuwała mi miliony obrazów. Jego czarne włosy splątane w kałuży krwi. Pusty wzrok utkwiony gdzieś ponad konarami drzew. Porozrzucane ręce, okaleczony brzuch, z którego wilki zaczęły wyjadać co lepsze kąski. Smród. I cierpienie, którego z pewnością zaznał, nim udał się tam, gdzie w końcu nastała błoga ciemność.
Usiadłem na zakurzonym fotelu i wyjąłem z torby list, który matka wysłała mi tuż przed swoją śmiercią. Do tej pory nie wiem, dlaczego przyjechałem osobiście. Równie dobrze mogłem zlecić papierkową robotę komuś, kto się na tym znał i mógł załatwić wszystkie formalności. Czułem jednak, że muszę się sam uporać z moimi koszmarami i stawić czoło przeszłości, która od dawna nie daje mi spokoju.
Synku, Wiem, że nie układało się między nami zbyt dobrze, ale zostałeś mi tylko ty. I tylko ty możesz zająć się domem. Dobrze wiesz, jak bardzo go kochałam. Całą sobą. Może nawet za bardzo. Tak samo jak twojego ojca. Chciałabym się dowiedzieć, gdzie jest i dlaczego mnie zostawił. To zagadka. Tak samo jak śmierć twojego brata. Wszystko tutaj jest zagadką. Całe nasze życie. Tajemnica rozprzestrzenia się tutaj szybciej niż wirus. Musisz odnaleźć odpowiedzi. Jak nie ty, to kto? Zostawiam ci więc dom i wszystko, co w nim jest. Gdy będziesz to czytać, mnie już nie będzie, wiedz jednak, że cokolwiek zrobiłam lub też nie, kochałam cię.
Mama

 

***

Obudziło mnie pukanie do drzwi. Po uprzątnięciu z grubsza ogromnej warstwy kurzu i brudu, które zalęgły się na meblach, pozwoliłem sobie na krótką drzemkę.
- Cześć – powiedziała urocza blondynka, kiedy w końcu doczłapałem się do drzwi i uchyliłem je, by zerknąć, kto to. – Pewnie mnie nie pamiętasz, w końcu tyle czasu minęło – paplała, uśmiechając się przy tym promiennie. Mój wzrok przeniósł się z jej dość obfitego biustu, na małe zawiniątko, które kurczowo trzymała w długich, szczupłych palcach.
- Więc nazywasz się? – spytałem uprzejmie, czując zaciekawienie.
- Klara. Mieszkam za rogiem. Chodziliśmy razem do szkoły, ale ty zawsze trzymałeś się na uboczu – odparła kokieteryjnie, intensywnie wpatrując się w moje oczy. Klara. Pamiętałem.
Wtedy jednak była szarą myszką, skurczoną, pełną strachu i niepokoju. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Musiałem przyznać, że teraz chyba żaden facet nie mógł przejść obok niej obojętnie.
- Wyrosłaś – chrząknąłem, ganiąc się w myślach za głupie teksty.
- Ty też. To dla ciebie. – Podsunęła mi pod nos zawiniątko. Do moich nozdrzy doszedł słodki zapach jabłek. – Wiedziałam, że w końcu do nas wrócisz – szepnęła, po czym uniosła się na palcach i pocałowała mnie w policzek. Przez krótką chwilę czułem, jak jej perfumy owijają się wokół mnie jak macki. Ona jednak szybko się odsunęła i powoli odeszła, a odwracając się po raz ostatni, uniosła swoją dłoń i pomachała mi.
Tej nocy śniła mi się Klara. Czułem pod palcami miękkość jej ciała. Ułożona na poduszkach, ze zmysłowym uśmiechem błąkającym się na pełnych ustach. Widziałem, jak bezgłośnie woła mnie po imieniu, wskazując dłonią miejsce obok siebie. Nachyliłem się nad nią, całkowicie zniewolony cudownym ciałem, które przede mną otwierała. Gdy ją pocałowałem, świat stanął w miejscu. Zamknąłem oczy, napawając się tą chwilą, ale gdy je otworzyłem, oczy Klary stały się całkowicie czarne, a zamiast rękami, obejmowała mnie szponiastą, włochatą łapą. Nogami oplotła mój tułów, przyciągając bliżej siebie.
- Teraz jesteś mój – szepnęła mi do ucha, ale to nie był jej głos. Próbowałem się wyrywać, ale bezskutecznie. Zaśmiała się mocnym, gardłowym głosem, a jej usta rozerwały mi szyję.
Obudziłem się zlany potem, dziękując Bogu, że to tylko sen. Nie gorszy od poprzednich, które miewałem na przestrzeni lat, ale bardziej intensywny. Podniosłem się z łóżka i poszedłem do łazienki, marząc o zimnej wodzie otulającej rozgrzaną twarz. Przejechałem dłonią po szyi, czując lepką ciecz. Lustro powiedziało mi prawdę. Krew.

 

***

Dni mijały mi na bezskutecznej próbie omijania ludzi, nie przyjmowania kolejnych gości, którzy chcieli złożyć mi kondolencje i na ogarnianiu bajzlu, pozostawionym przez matkę. A mimo wszystko wokół mnie było bardziej popierdolone niż zazwyczaj. Na pogrzeb przyszli chyba wszyscy mieszkańcy. W ponurych nastrojach, przestępując z nogi na nogę, stali w czerni, wpatrując się w księdza, który prowadził mszę. Widziałem jak niektórzy z nich uronili kilka łez, inni szeptali między sobą, jeszcze inni pogrążeni w głębokiej ciszy kontemplowali to, co właśnie się działo. Każdy z nich coś czuł, oprócz mnie. Z każdej strony ogarniała mnie pustka, coraz mocniej wchłaniając mnie w swoje zimne ramiona. Powinienem odczuć cokolwiek – złość, że nie potrafiła zachować się jak matka, gdy było to potrzebne.
Albo smutek, że opuściła ten ziemski padół cierpienia. Albo ulgę, że w końcu zostałem sam, bez żadnych więzów krwi, bez żadnych zobowiązań względem Strzyżewa. Wolność jaśniała na horyzoncie coraz mocniejszymi barwami.
Ale mimo chęci – nie poczułem nic.
Do momentu, gdy po skończonym nabożeństwie podeszła do mnie Klara. Wyglądała cudownie w prostej czarnej sukni za kolano i z upiętymi w koński kucyk włosami. Dopiero teraz zauważyłem, że musiała je farbować. W niczym nie przypominały mysiego koloru, który zapamiętałem z lat dzieciństwa. Teraz lśniły blondem przeplatanym z ciemniejszymi pasemkami.
- Przykro mi, że to się tak kończy – powiedziała, stając obok mnie. Wszyscy żałobnicy już się rozeszli.
- Najwidoczniej tak musiało być.
Klara spoglądała pochmurnie w stronę świeżego grobu.
- Pamiętam, że zawsze okazywała mi dobroć. Twoja mama to była wspaniała kobieta.
Siłą woli powstrzymywałem się przed wybuchem śmiechu. Wspaniała kobieta ratowała by swoje dzieci. Wspaniała kobieta stwarza ciepły, rodzinny dom, a nie pełen terroru. Wspaniała kobieta...
- Dobrze, że masz o niej dobre wspomnienia – odparłem, chcąc zakończyć temat.
- A ty nie? – zdziwiła się.
- To nie ma teraz znaczenia.
Gdy ręka Klary złapała moją, mimowolnie się wzdrygnąłem. Zauważyłem, że próbowała ukryć pełen urazy wzrok, ale nie umknęło to mojej uwadze.
- Przepraszam – wybąkałem skruszony. – Wpadniesz wieczorem na piwo?
Sam nie wiem, dlaczego to powiedziałem, ale uśmiech, jaki wykwitł na jej twarzy sprawił, że nie pożałowałem.
- Jasne, przynieść coś?
- Siebie.
I tak się stało. Umówiliśmy się na dwudziestą. W pędzie ogarnąłem bałagan, którzy zrobiłem wokół siebie, szykując się do pogrzebu. Porozrzucane kartki wrzuciłem do kominka. Na nic się już nie przydadzą. Ciuchy spakowałem do walizki, a kubki i talerze szybko umyłem. Gdy rozległo się pukanie, byłem gotowy.

 

***

Noc była nieprzyzwoicie ciepła jak na październik. Powietrze gęstniało z minuty na minutę, powodując występujące na ciele minimalne krople potu. Klara siedziała z podwiniętymi pod brodę nogami i trzymała w ręku kufel z piwem. Wpatrywałem się w nią, czując dziwnie rozlewające się we mnie uczucie nieodpartego pożądania. Moje kontakty z kobietami nigdy nie układały się znakomicie. Każda z nich szybko uciekała, nie mogąc sobie poradzić z moimi popapranymi nawykami, albo zwyczajnie szukała czegoś, czego nie mogłem im dać. W pewnym momencie przestałem ich wypatrywać, poświęcając swoje witalne siły na jednonocne przygody. To całkowicie mi wystarczało. Teraz jednak, gdy widziałem promienne błyski w zielonkawych oczach Klary, coś we mnie drgnęło.
- Wróciłeś na stałe? – spytała, przerywając ciszę swoim melodyjnym, niskim głosem.
Upiłek solidny łyk piwa, nim odpowiedziałem.
- Nie. Chcę tylko uporządkować wszystkie sprawy i ruszyć w drogę.
- I co dalej? Odetniesz się od tego, co znałeś?
- To, co znałem, już dawno przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Wróciłem, bo musiałem.
Kiwnęła lekko głową i wlepiła wzrok w swój kufel. - Myślałam, że podejmiesz inną decyzję – oświadczyła w końcu.
A ja, jak głupi młokos wiedziony pradawnym instynktem, chciałem cofnąć swoje słowa tylko po to, by nie robić jej przykrości. Mimowolnie podszedłem do jej skulonej postaci i odgarnąłem kosmyk włosów, który uwolnił się z kucyka.
- Nic mnie tutaj nie trzyma.
Klara uniosła wzrok i zajrzała w moje oczy. Odłożyła kufel i dłonią przejechała po moim szorstkim policzku. Nie potrzebowaliśmy słów. Jej usta znalazły się na moich, by rozpocząć odwieczny taniec życia i śmierci. W pośpiechu pozbywaliśmy się ciuchów, rzucając je gdzie popadnie. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Skóra Klary była delikatna niczym aksamit. Gdy opadliśmy na łóżko, czułem jedynie jak mocno jej pragnę. Pozbyłem się biustonosza, który zagradzał mi drogę do jej piersi, po czym zamknąłem je w dłoni, napawając się ich miękkością.
- Marzyłam o tym od dawna – szepnęła wprost do mojego ucha, wyginając ciało w łuk. Jej słowa były jak melodia, która wypełniała mnie po same brzegi. Nie myślałem, działałem instynktownie podniecając ją i zostawiając na samym skraju, by błagała o więcej. Czerpałem z tego sadystyczną przyjemność. Klara jęczała i wiła się pod moim dotykiem, prosząc o spełnienie, które tylko ja mogłem jej ofiarować. Jej kruche ciało pod moim zdawało się składać z siebie ofiarę. Ona była piękną księżniczką, którą pochłaniała bestia. Ja.
Wchłaniałem jej zapach i smak każdym skrawkiem swojego ciała. Wypełniałem się po cebulki włosów jej słodką uległością, do czasu, gdy to ja nie wypełniłem jej.
Później leżeliśmy wtuleni w siebie, pogrążeni w ciszy, aż zasnęliśmy spełnieni.
Gdy się obudziłem, Klara stała przy łóżku. Ubrana, z uśmiechem zadowolenia na kształtnych ustach.
- Czemu nie śpisz? – spytałem sennie, chcąc zapalić lampkę, ale zorientowałem się, że moje ręce i nogi są związane.
- Chciałeś odejść – powiedziała z wyrzutem. – Nie mogę ci na to pozwolić.
W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Czyżby Klara była niespełna rozumu?
- Wypuść mnie, to o tym porozmawiamy.
- Dobrze wiesz, że nie mogę. Potrzebujemy cię tutaj.
- Jacy my?
Klara jedynie posłała mi jeden ze swoich promiennych uśmiechów i nachyliła się nad moją twarzą.
- Wiesz. Zawsze wiedziałeś, ale nie chciałeś się do tego przyznać. Wszyscy jesteśmy jednym ekosystemem, a ty należysz do jednego z najważniejszych, kochanie.
- O czym ty pierdolisz? – wyrzuciłem z siebie, tracąc panowanie. Szamotałem się, by wyzwolić dłonie, ale więzy były mocne.
- Już na zawsze zostaniesz z nami.
Nim się zorientowałem, wgryzła się w skórę na moich łydkach, odgryzając spory płat.
Krzyknąłem, czując jak ból rozchodzi się po całym ciele. Przez chwilę nie mogłem oddychać.
Klara w tym czasie zabrała się do spożywania mojego mięsa z drugiej nogi, co rusz wpatrując się w moje zamglone bólem oczy.
Jeśli cierpienie uszlachetnia, powinienem trafić do nieba. W trakcie sekund przez głowę przeleciało mi całe życie. Przekonałem się, że prawdziwe stwierdzenia, które zazwyczaj od siebie odpychamy, są realne. Gdy Klara pałaszowała mnie, pojękując z zachwytu, ja wyłączyłem swój mózg i wędrowałem przez swoje smutne i tragiczne dzieciństwo, aż do teraźniejszości. Niczego godnego w życiu nie osiągnąłem. Nie pozostawię po sobie nic, co może mieć jakąkolwiek wartość. Zostanę zapomniany. Zjedzony i wyrzygany.
Przefiltrowany przez jej ciało i wydalony. Zostanę dosłownym gównem, spływającym do ścieków. - Proszę – wyjęczałem. Klara oderwała się od mojej nogi. Usiadła na mnie okrakiem i pocałowała mocno w usta. Czułem w ustach smak swojego własnego ciała, ociekającego krwią.
- Zostaniesz z nami. Jak twój brat, jak ojciec. Dlatego się urodziliście.
Wgryzła się w policzek, wyszarpując mięso. Gdy myślałem, że to już koniec, że za chwilę muszę umrzeć, zauważyłem, że jej dłonie – piękne, szczupłe palce – wydłużają się i zakończone są mocnymi szponami. Wbiła je w mój brzuch, patrosząc go jak rybę. I choć chciałem ją błagać o litość, nie mogłem. Z moich ust wydobyło się jedynie gulgotanie pełne śliny i krwi, która spływała po szyi.
Klara zatopiła twarz w moim brzuchu, mlaskając i ciągnąc wnętrzności.
- Za...bi...j m...ni...e – wyjęczałem ostatkiem sił. Boże! Skończ to. Palący ból przeszywał mnie na wskroś, a widok jej zakrwawionej twarzy pełnej mojego ciała, zwisających jelit między jej zębami, tylko potęgowała strach i uczucie cholernej bezsilności. Czemu nie mogłem umrzeć?!
- Skarbie, jeszcze tyle jest nas do wykarmienia.
Gdy skończyła mówić, kątem oka zauważyłem ruch. Przez drzwi weszło dwóch mężczyzn i trójka dzieci.
- Kolacja podana – oświadczyła Klara, po czym odsunęła się na bok, robiąc miejsce dla nowych.
Ich kły wyszczerzyły się w świetle wpadającego przez okno księżyca. Dobrali się do mnie, złaknieni świeżego mięsa. A ja? Ja tylko mogłem czekać na koniec. Zatopione we mnie zęby szarpały i wyrywały mnie na wszystkie strony, przeżuwając duże kęsy i mrucząc pod nosem z zadowolenia. Aż w końcu osunąłem się w ciemność, pozbawiony godności, ze zwisającymi kawałkami ciała na obgryzionych kościach.

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!