Linoskoczek

Piotr Michalik

 

Linoskoczek

 

Kamil Węgorek nienawidził szczerze drania, który z subtelnością piły tarczowej zrywał go z łóżka co rano. To z jego winy musiał, chodzić do pracy, która przyprawiała go o mdłości, niczym fetor ze starej kanalizacji. Każda minuta, w tej zatęchłej dziurze, którą szefowa nazywała: „prężnie rozwijającą się firmą handlową", sprawiała mu ból, porównywalny do stepowania boso na potłuczonym szkle.

 

Ileż to razy ciskał tykającym bękartem o ścianę. Cóż z tego, skoro tego samego dnia kupował nowy, marząc po cichu, by tym razem okazał się zepsuty. Niestety, każdy z przeszło pięćdziesięciu chińskich budzików, które nabył w ciągu tych długich lat cierpienia, był sprawny jak NRD-owska gimnastyczka na sterydach. Lecz, o ironio losu, gdy kupił klimatyzator, ten zepsuł się po tygodniu i do dzisiaj nie przysłali mu nowego.

 

Węgorek otworzył oczy. Było to dziwne, bo morderca snu, stojący na szafce obok łóżka, dopiero przymierzał się do zadania brutalnego ciosu. W geście satysfakcji mężczyzna zrzucił oprawcę na ziemię, która z brzękiem roztrzaskała go na kawałki.

 

Czuł się znośnie, co było, jak na poniedziałkową piątą czterdzieści pięć, doskonałym osiągnięciem. Nagle dotarło do niego, że w pokoju jest przeraźliwie zimno, a on sam drży, jakby spędził noc w igloo. A przecież był sierpień. I jeszcze to dziwne świergotanie w uszach jakby rozmowa ufoludków.

 

Zsunął nogi z łóżka, i już miał wyrzucić z siebie zwyczajową porcję narzekań, gdy skamieniał, spojrzawszy pod nogi.

 

– Co to jest, do jasnej cholery?! - wyszeptał, pochylając się, by dotknąć dłonią podłogi.

 

Jakieś bydlę zniszczyło jego wspaniały perski dywan, na który wydał prawie całą ubiegłoroczną premię. Na jego jedynym przyjacielu, odkąd zmarła matka, ktoś napisał białymi, fosforyzującymi literami: „Witaj! Oto twój nowy dzień, pełen wspaniałych zdarzeń". Farba była chłodna jak metal i emanowała lekką poświatą.

 

Kamil zerwał się na nogi. Przez chwilę balansował, by nie upaść, gdyż był cały zdrętwiały z zimna. Podbiegł do okna i szarpnął za sznurek. Rolety z trzaskiem wpuściły do pokoju poranne promienie słońca. Dębowe meble złociły się niczym plastry miodu. Na półkach stały na baczność, długie rzędy książek, oraz płyt z filmami i muzyką.

 

Otworzył kilka szafek i szuflad. Karty kredytowe, kolekcja monet i laptop były na swoich miejscach. Odetchnął z ulgą, przesuwając palcami po ekranie piećdziesięciocalowego ekranu kina domowego. Zatrzymał wzrok na zdjęciu, wiszącym nad telewizorem. Przedstawiało biuściatą brunetkę o włosach opadających na ramiona jak morskie fale. Ach Magda... Ciekawe, co porabia? Każdego dnia zadawał sobie to samo pytanie, a potem zastanawiał się, co by było, gdyby...

 

Dziś jednak nie dopełnił całości rytuału, bo przypomniał sobie o zniszczonym dywanie. Przez moment rozglądał się w skupieniu, a ponieważ nie zauważył żadnych innych śladów bytności intruza, pokuśtykał do przedpokoju.

 

Było tam cicho niczym w rodzinnym grobowcu i równie ciemno. Nastąpiwszy na jakiś zimny przedmiot, uświadomił sobie, że nie włożył kapci, i już miał po nie wrócić, gdy spostrzegł na podłodze kolejny napis:

 

„No dalej, idź zjeść śniadanie. Czeka Cię dziś długa droga."

 

- To już przesada - wyszeptał Kamil.

 

Powinien zapewne wezwać policję, ale nie zrobił tego, bo nie chciał dawać kierowniczce satysfakcji. Jeszcze nigdy się nie spóźnił do pracy i nie zamierzał przerwać tej passy. Cała sprawa wyglądała na szczeniacki wygłup. Kamil postanowił, że zadzwoni z pracy.

 

Kochał jeść, a teraz burczało mu w brzuchu zbyt mocno, by zdawał sobie sprawę, iż byle szczeniak nie otworzy zamka Gerdy.

 

Po chwili siedział na drewnianym stołku i pochłaniał pachnącą jajecznicę z dziesięciu jajek. Wpatrując się nieobecnym wzrokiem w szafki kuchenne, myślał o umowie, którą miał sfinalizować w tym tygodniu. Stawką była premia i upragniony urlop. Poza nim, wszyscy w biurze byli już w tym roku na wakacjach. Anka z księgowości wróciła z Krety, spieczona na brązowo, Marek z magazynu bawił tydzień w Kołobrzegu, nawet cieć pojechał do rodziców na wieś.

 

Szefowa nie znosiła Kamila i celowo układała mu tak obowiązki, by mógł odpocząć dopiero we wrześniu. W tym roku postanowił wyrwać się nieco wcześniej.

 

Wstawił naczynia do zlewu - zmyje, gdy wróci z pracy, a najpewniej jutro, czy raczej, kiedy skończą się te czyste. To zaleta samotnego mieszkania; nikt nie zrzędzi nad uszami, nie rozkazuje, można wyrywać laski i włóczyć się z kolegami po barach. Tylko że Kamil nie miał przyjaciół, ale dziewczyny jakoś za nim nie szalały, a w zasadzie to unikały go jak kiły.

 

Sapiąc ciężko, opadł na mały stołek w przedpokoju i zaczął wkładać buty. Od dawna nie robił tego na stojąco, przeszkadzał mu brzuch, tak duży, iż można było ulec wrażeniu, że w środku tkwi beczka.

 

Teczka, komórka, marynarka i był prawie gotowy do drogi. Jeszcze tylko przylizał przed lustrem kłębki włosów, tak by zakryć łyse, powiększające się coraz bardziej, zakola.

 

Zamek szczęknął, metalowe sztaby z łoskotem wysunęły się z podłogi i sufitu. Co prawda osiedle było ogrodzone wysokim parkanem, ale firma ochroniarska zatrudniała emerytów, którzy spali, zamiast pracować. Jeden z nich nawet zmarł w stróżówce na zawał serca.

 

Gdy uchylił drzwi, to po raz trzeci dzisiejszego dnia poczuł się, jakby był w „ukrytej kamerze".

 

– Bardzo śmieszne – wyszeptał, kopiąc wycieraczkę z fosforyzującym napisem „Start".

 

Żartowniś pomazał farbą także schody, malując na nich grubą, na kilkanaście centymetrów, białą linię. Biegła w dół i zakręcała na półpiętrze. Administrator budynku się wnerwi - pomyślał Kamil. - Cholera, może pomyśli, że to ja, przecież linia wychodzi z mojego mieszkania.

 

Węgorek spojrzał na zegarek. Nie miał czasu na dyskusje z panem Antkowiakiem, który był najzwyklejszym cieciem, ale lubił, jak go nazywano administratorem.

 

Chcąc, nie chcąc, ruszył po białej linii. Ciągnęła się przez dwa kolejne piętra, aż do samych drzwi wyjściowych z klatki. Nim wyszedł na zewnątrz, przystanął na chwilę i sprawdził pocztę.

 

Ze skrzynki wyciągnął dwa rachunki, jedną reklamówkę z supermarketu, oraz białą kopertę bez żadnych napisów czy znaczków. W środku tkwiła kartka papieru kredowego. Było jednak zbyt ciemno i Węgorek musiał wyjść na dwór, by odczytać jej treść.

 

Po chwili stał na zewnątrz w bezruchu, wpatrzony w kartkę jakby zawierała telegram o śmierci matki. W chwilę potem, olśniony lub wzburzony, a może jedno i drugie, wypuścił ją z rąk i ruszył biegiem, ciężko dysząc.

 

Na jego widok, spacerująca z pudlem, starsza pani uśmiechnęła się. Któż by się nie roześmiał, gdyby obok przemknął, podskakując jak panienka i sapiąc jak parowóz, wysoki, otyły cherubinek z czarnymi loczkami. W pracy Węgorek miał ksywę „dzidzia", bo miał twarz niemowlaka i czasem zbyt emocjonalnie się zachowywał.

 

Po kilkunastu metrach zwolnił, częściowo przez zadyszkę, ale głównie ze zdumienia, bo zauważył, iż biegnie po znajomej, białej linii namalowanej na chodniku. I po co tyle płacę za ochronę? - pomyślał. - Jak zwykle, strażnik pewnie gadał cała noc przez komórkę, albo oglądał pornole.

 

Żartowniś zrobił błąd, ciągnąc swój kawał aż tak daleko. Być może w mieszkaniu Kamila mógł buszować bezkarnie, lecz na zewnątrz był wystawiony jak kaczka, bo osiedle miało monitoring video. Węgorek ucieszył się, że jego dywan zostanie pomszczony. Wyobraził sobie, jak wręcza skruszonemu młokosowi rachunek za czyszczenie, a ten mówi: „Przepraszam Pana".

 

Kamil otrząsnął się z marzeń, przypomniał sobie o treści listu: „Czy Dzidzia dotrze w dziesięć minut na przystanek? Mężczyzna by dobiegł. Jeśli jesteś twardzielem, otrzymasz: dzień pełen emocjonujących zdarzeń, a może i nagrodę główną."

 

Pomimo, iż zdawał sobie sprawę, że to głupi żart jakiegoś szczeniaka, albo któregoś z durnych kolegów z pracy, Węgorek, z nie całkiem uświadamianych powodów, postanowił zwyciężyć w tej grze.

 

Zaczął ponownie biec. Czuł, jak fałdy tłuszczu podskakują, falując w akompaniamencie ciężkich uderzeń butów o chodnik. Gdy mijał stróżówkę, zauważył staruszka w mundurze, który siedział, zapatrzony w mały ekran telewizora. Nawet, jeśli usłyszał głośne sapanie przebiegającego Węgorka, to wziął je prawdopodobnie za odgłosy filmu.

 

Po opuszczeniu strzeżonego terenu, przed masywnym „sprinterem" pozostała połowa dystansu. Oczywiście nie postawiłby na siebie złamanego grosza, gdyby usłyszał jak rzęzi, słabnąc z każdym krokiem. A jednak biegł dalej, oślepiony zranioną dumą, pomimo sztywniejących nóg, które robiły się coraz cięższe. Na szczęście nie musiał skręcać, ani przystawać, bo ludzi było niewielu, a droga prosta jak pas startowy. Gdyby zatrzymał się, choć na moment, wrósłby w ziemię, a może nawet dostałby zawału.

 

Gdy tempo, jego tak zwanego biegu, spadło poniżej prędkości powolnego marszu, zza drzew wyłonił się zarys przystanku. Dodało mu to nieco sił, wyrównał jakimś cudem oddech i znów delikatnie przyśpieszył.

 

- Dzień dobry - powiedziała mijająca go spokojnym krokiem pani Monika. Pracowała w kiosku ruchu, zawsze kupował u niej batony czekoladowe. Kiedyś nawet próbował zaprosić ją do kina, ale grzecznie odmówiła. - Coś panu jest?
- Nie... wszystko... w porządku... jogging - wysapał, nie przerywając bolesnego marszu.
- To ja lecę otworzyć kiosk - rzekła i stukając butami na wysokich obcasach niczym kastanietami, odsadziła go w mgnieniu oka o kilka metrów, by po chwili dotrzeć do kiosku.

 

„Dopełzł" w końcu, na ostatnim odcinku już tylko szurając nogami o asfalt, do oszklonego przystanku. Oparł się o czerwona budkę kiosku ruchu i pochylony ział jak maratończyk po ukończeniu biegu. Gdyby zdjął koszulkę, mógłby z niej wycisnąć kilka litrów potu. Ręce mu drżały, a gałki oczne pulsowały jak oszalałe. Jednak był zadowolony, bo dotarł na czas. Lecz gdzie jest nagroda? - zastanawiał się, rozglądając.

 

Po chwili zauważył między nogami białą linię. Nadal dysząc, przesuwając w cierpieniu nogę za nogą, Węgorek udał się jej śladem. Urwała się na krawężniku, tuż przy samej ulicy. Był zawiedziony, bo po cichu spodziewał się garnka złota na jej końcu. Gdy wpatrywał się w nią wzrokiem skazańca, któremu odebrano nadzieję na ułaskawienie, jeden z mężczyzn czekających na autobus zapytał:

 

- Przepraszam, czy coś pan zgubił? - Mógł mieć z czterdziestkę, ale wysportowana sylwetka z pewnością odejmowała mu kilka wiosen.
- Zgubił? Nie. Wpatruję się w tę dziwną linię - wysapał, nie przerywając bolesnego marszu.
- Jaką linię?
- No, białą linię, nad którą obaj stoimy. - Wskazał palcem na asfalt, choć było to zbyteczne, bo biały pas trudno było przeoczyć.
- Piłeś pan tak wcześnie?! Tu nie ma żadnej białej linii. - Mężczyzna splunął i odszedł kilka kroków.
- Przecież nie mam omamów i jestem trzeźwy. Stoję na białej szerokiej linii - rzucił za nim Węgorek, akcentując dobitnie trzy ostatnie słowa. - Naprawdę jej pan nie widzi?
- Odczep się człowieku - odkrzyknął mężczyzna, chowając się za kiosk.
- A pani widzi tę linię? - zawołał Kamil w geście rozpaczy do młodej dziewczyny w plisowanej mini spódniczce. Uwielbiał takie kreacje w szkocką kratę, odsłaniające krągłe uda, kolana i naprężone łydki odziane w białe podkolanówki, wystające spod czarnych traperów. - Tam biegnie, za drzewami... a zaczyna się w moim domu.
- Spadaj, idioto! - zaśmiała się, pokazując mu środkowy palec w popularnym geście.

 

Być może dalej próbowałby zrażać do siebie ludzi na przystanku, ale podjechała piątka. Węgorek podróż do pracy rozpoczynał zwykle siódemką, a potem przesiadał się w trzydziestkę. Odsunął się, by nie tamować przejścia, bo pojazd zatrzymał się w takim miejscu, że środkowe drzwi wychodziły wprost na biała linię, a przynajmniej tam, gdzie widział ją Węgorek, lub mu się zdawało, że widzi.

 

Dziewczyna w spódniczce w kratę wsiadała właśnie do autobusu. Kamil odruchowo spojrzał na jej łydki i przesunął wzrok ku opalonym udom. Gdy postawiła buta na stopniu pojazdu - Węgorek wyobraził sobie, że dziewczyna zaplata mu nogi na plecach. - na białym napisie „META, GRATULACJE"

 

Otrząsnął się z erotycznej wizji, jakby go ktoś ukłuł szpilką, i w jednej chwili znalazł się tuż za dziewczyną, wbijając wzrok w napis.

 

- Gdzie leziesz, baranie!? - wrzasnęła starsza pani, przed którą się wcisnął, niemal ją przewracając. Dziewczyna w białych podkolanówkach, spojrzała na niego. Podniósł ręce na wysokość brzucha w geście obronnym.
- To mój numer, przepraszam, zagapiłem się - wyszeptał.

 

Na szczęście tylko pokręciła głową i westchnęła. Kobieta z tyłu także widocznie stwierdziła, że to załatwia sprawę, bo nic więcej już nie powiedziała.

 

Autobus, długi przegubowiec, był prawie pusty. Cóż za ironia losu, pomyślał Węgorek, ja zwykle muszę tłuc się przepełnionym mikrusem, wtulony w śmierdzący tłum. Jeśli to jest ta nagroda, to już jestem zadowolony i od jutra będę wstawał nieco wcześniej. Piątka także mu pasowała, ale do tej pory nie miał okazji nią podróżować.

 

Biała linia - nie starał się nawet o nią pytać pasażerów, bo zaakceptował, iż tylko on ją widzi - prowadziła na tył autobusu i kończyła swój bieg przy tylnym wyjściu, tuż obok stóp dziewczyny w plisowanej spódniczce.

 

- Dlaczego za mną łazisz? - Spojrzała na niego gniewnym wzrokiem i nie czekając na odpowiedź, zaczęła strzelać słowami jak oszalała. - Czy myślisz, że masz u mnie szansę? Litości facet, spójrz w lustro. Schudnij sto kilo to może moja babka się skusi, zdrowa sześćdziesiątka z jaskrą.

 

Zabolało! Usiadł pod oknem i wbił wzrok w uciekający krajobraz miejski. Przygryzł wargi, ciężko oddychając, lecz tym razem nie ze zmęczenia. Co też ta mała suka sobie myśli!? Przez moment wyobraził sobie, że zaciska palce na jej cienkiej szyi.

 

Przestała trajkotać, lecz w dalszym ciągu sterczała obok wyjścia. By wypatrywać kontynuacji białej linii, musiał każdorazowo wstawać z krzesła i spoglądać na zewnątrz, przez otwarte drzwi. Za każdym kolejnym razem dziewczynę drażniło to coraz bardziej i ciskając gniewnymi spojrzeniami, szykowała się do kolejnej eksplozji.

 

W tylnej części autobusu, oprócz Kamila i smarkuli, przebywał tylko młodzian ze słuchawkami na głowie, emitującymi jakieś metaliczne wrzaski. Węgorek postanowił działać, bo miał już dosyć epitetów. Na następnym przystanku ponownie podniósł się z miejsca i zapuścił żurawia na chodnik. Gówniara już miała to skomentować, lecz Kamil spojrzał na nią szklistym wzrokiem i zachrypiał.

 

- Mam Aids, mogę umrzeć w ciągu miesiąca, nie dałabyś mi za pięćset złotych, laluniu? - By dodać sprawie powagi, zrobił ku niej dwa kroki.

 

Dziewczyna z piskiem odkleiła się od rury przy tylnych drzwiach i pobiegła do przodu autobusu. Gdyby poprzestała tylko na tym, Kamil Węgorek cieszyłby się jak dziecko. Niestety, ta sztuczka mogłaby zadziałać na jakimś kopciuszku z kompleksami, a nie na rozbisurmanionej dziewoi. Pojazd ponownie był w ruchu, gdy smarkula, zamiast usiąść na tyłku, podeszła do kabiny kierowcy i nachyliwszy się do otworu kasy, zaczęła relacjonować całe zdarzenie, wskazując Kamila palcem.

 

Rozległ się pisk hamulców. Młodzieniec słuchający techno przygrzmocił nosem w oparcie siedzenia przed nim. W chwilę potem kierowca wychylił się z szoferki i spojrzał na Węgorka, taksując czy powinien interweniować, czy może dać sobie spokój.

 

Wynik oceny mógł być tylko jeden. Przezwiska „Dzidzia" nie otrzymują mężczyźni o wyglądzie dresiarza. Tylne drzwi otworzyły się z trzaskiem, a kierowca, dając dziewczynie znak, by pozostała na miejscu, ruszył w kierunku puszystego, cóż z tego, że wysokiego, cherubinka, który właśnie pluł sobie w brodę, iż wpadł na tak głupi pomysł.

 

Młodzieniec słuchający muzyki, na widok gniewnego kierowcy, zdjął słuchawki. Rozejrzał się, a gdy zobaczył, że ma za sobą tylko ciapowatego wapniaka, zerwał się z miejsca.

 

- Przepraszam najmocniej, zapomniałem, jak Boga kocham, zwykle kasuję, ale dziś zapomniałem. - Kierowca nawet na niego nie spojrzał i zatrzymał się dopiero nad Kamilem Węgorkiem, który udając, że go tutaj nie ma, wpatrywał się w okno.
- Wypieprzaj z mojego autobusu, zboku – krzyknął.

 

Oczywiście Węgorek nie zamierzał opuścić pojazdu. W jego głowie kłębiły się scenariusze możliwych rozwiązań, tej, co tu dużo mówić, bardzo kłopotliwiej sytuacji.

 

- Won, kurwa, póki grzecznie proszę - Kierowca wyszczerzył zęby, kładąc wielką zapoconą dłoń na ramieniu Kamila.
- Nie radze się ze mną szarpać - rzekł cherubin. Postanowił nie wychodzić z roli. - Czy ta dziwka mówiła ci, że mam AIDS? Podczas bójek zadrapania to norma. Znudziło ci się życie? - Drżał, zagłębiając się coraz głębiej w blef.
- Na policję zadzwonić! - krzyknęła staruszka. Była to ta sama wnerwiająca matrona, która naskoczyła na niego, gdy wsiadał.
- To wariat, na przystanku też zachowywał się nienormalnie. Jakieś linie widział na chodniku. Pewnie jest na głodzie - ostrzegł, także znany Węgorkowi, muskularny mężczyzna, podchodząc sprężystym krokiem do miejsca scysji.

 

Kierowca, który miał już, zamiar się wycofać, lecz ujrzawszy nadchodzące wsparcie, zdjął rękę z barku pasażera i sięgnął do kieszeni po telefon komórkowy.

 

- Doigrałeś się pan.

 

Nim jednak zaczął wystukiwać numer, Kamil Węgorek zerwał się błyskawicznie z krzesła i z gracją sumity powalając kierowcę na podłogę, niczym ścigany przez rój pszczół wpadł w otwarte drzwi autobusu.

 

Biegł przed siebie jak szalony. Nigdy nie był na tym osiedlu, to chyba było Boguszowo, czy może jakaś inna równie zapuszczona dziura, siedlisko degeneratów i psycholi. Gnał o wiele szybciej, niż kiedykolwiek wcześniej, a co ciekawe nie odczuwał zmęczenia. Dopiero po kilku sekundach odważył się zatrzymać i obejrzeć.

 

Zdziwił się mocno, że potrafi biegać tak szybko. Autobus właśnie ruszał. Serce Kamila waliło jak młotem, adrenalina buzowała w żyłach. Czuł się wspaniale. Wygrał kolejną rozgrywkę, co nie zdarzało mu się do tej pory zbyt często.

 

Przez chwilę, wspierając dłonie na kolanach, śmiał się sam do siebie. Gdy autobus znikł za zakrętem, zaczął się zastanawiać, co dalej. W zasadzie, gdyby się postarał, zdążyłby jeszcze do pracy. Tylko że jakoś mu na tym specjalnie nie zależało.

 

Zadzwonił do kierowniczki i oznajmił, że bierze dziś wolne. Skłamał, że ma sprawę spadkową, o której zapomniał. Była to częściowo prawda, bo sądził się od dwóch i pół roku z bratem matki o dziesięć hektarów lasu. Matka zapisała wszystko Kamilowi, jednak wujek rościł sobie prawo do tych kilku drzew na krzyż, bo miał wśród nich domek, w którym spędzał co roku wakacje.

 

Szefowa była wściekła. Wrzeszczała, że Węgorek gorzko popamięta, o ile natychmiast nie zbierze grubej dupy w troki i nie przytoczy się do firmy. Nakręciła się nieźle, niemal piała. Kamil rozłączył się nim zdążyła wejść w to swoje wysokie C, które siało grozę w sercach podwładnych. W końcu nie był jej niewolnikiem, a dzisiejszy dzień był zbyt wspaniały, by psuć go w czterech ścianach, będąc otoczonym zgrają imbecyli, mając na karku oddech rozhisteryzowanej kretynki.

 

W świetnym nastroju, nie myśląc o bardzo prawdopodobnej utracie pracy, wrócił na przystanek i postanowił znaleźć białą linię, choćby miała okazać się tylko kpiną. Miał nadzieje, że tak nie jest, ale jeśli nawet (...) to i tak dała mu tyle radości, że było warto.

 

Następna „piątka" przyjechała za pół godziny. Tym razem stał przy drzwiach i na każdym przystanku wypatrywał swojej „linii szczęścia", jak powoli zaczął nazywać to przedziwne malowidło.

 

Z czasem jego entuzjazm przygasł, oczywiście w dalszym ciągu czuł się dobrze, ale zaczęły go gnębić mikroskopijne myśli, podpowiadające, iż może zrobił błąd. Na ósmym z kolei przystanku, w samym centrum miasta, czarne chmury w jego głowie znikły, bo linia wróciła, z budującym komunikatem: „Twardziel!? No to zagrajmy ostro. Podwajamy stawki".

 

Była ósma rano. Na solidnie zakorkowanych ulicach pełzły trąbiące pojazdy, a ich kierowcy miotali przekleństwa.

 

Węgorek szedł miarowym krokiem, patrząc pod nogi, jak pies gończy, starający się nie zgubić tropu. Czasem musiał wymijać przechodniów lub kosze na śmieci. Tajemniczy malarz „jechał pędzlem", po betonowych koszach, ławkach, hydrantach, a nawet po żebrzących Rumunach, którzy klęcząc ze złożonymi rękami i zamkniętymi powiekami, jęczeli jakby mieli zatwardzenie. Oczywiście Kamil nic im nigdy nie dał, bo doskonale wiedział, że wyciągają więcej niż on.

 

W okolicach domu handlowego „Cezar" uświadomił sobie, a właściwie przypomniał, pewien mały detal. Zatrzymał się, tak gwałtownie, że osoba idąca z tyłu nie wyhamowała i wlazła mu na buty. Średnio go to obeszło, podobnie jak przeprosiny. Czy to możliwe, że oszalał? Od samego rana popełniał zupełnie absurdalne czyny. Wyścig na przystanek, obłędne zachowanie w autobusie, zlekceważenie pracy, a przede wszystkim cały ten marsz po niewidzialnej dla innych linii. Był zdumiony, że z taką łatwością dał się wciągnąć, w tą całą historię, nie zadając sobie podstawowego pytania: Jak to możliwe, że nikt poza nim nie widzi linii?! Rozsądek nakazywał mu zawrócić i pójść do lekarza od czubków, lecz ego skutecznie zagłuszało te wołania na puszczy, twierdząc, że musi iść za głosem serca, które ma już dosyć wiecznych porażek.

 

Matka zawsze mówiła, że musi być ostrożny, to w nic się nie wpakuje. Jak dotąd, nie wpakował się w nic i był nikim. Otyły trzydziestoczterolatek, prawiczek bez seksualnej przeszłości i przyszłości. Cóż z tego, że rozsądny? Lecz czy to właściwy moment, by postawić wszystko na jedną kartę i chwytać się rozpaczliwie zupełnie absurdalnej szansy? Czy był aż tak zdesperowany? Może powinien wrócić do pracy, przeprosić kierowniczkę, a potem powoli krok po kroku zmieniać swoje życie? I tak się dziś dużo nauczył? Wie, że stać go na więcej. Zrzuci parę kilo, zapisze się na siłownię, zmieni pracę. Czy to nie lepsza droga?

 

Stałby zapewne jeszcze długo, gdyby nie wyrwał go z letargu ochrypły głos:

 

- Te, panie okrągły, idziesz pan do przodu, czy śpisz?! - Fioletowy i pomarszczony na twarzy jak suszona śliwka facet, dźwigał na ramionach wielką tekturową reklamę.

 

Na standzie widniało zdjęcie mężczyzny, który był całkowitym przeciwieństwem nieświeżego indywiduum, służącego jedynie za tanią siłę roboczą noszącą go po ulicy, niczym w lektyce. Facet ze zdjęcia miał jasnobeżowy garnitur, bystry wzrok i szeroki uśmiech. Palec wskazujący kierował przed siebie, mierząc z iluzorycznego pistoletu w kierunku odbiorcy, jak gdyby mówił, a teraz słuchaj, mam dla ciebie celną wskazówkę. Pod jego stopami widniały dwa sloganowe zdania, które wprawiły Kamila w konsternację.

 

Węgorek nauczony porannym doświadczeniem postanowił, że tym razem nie wyjdzie na wariata.

 

- Przepraszam pana bardzo, zapomniałem okularów, czy mógłby mi pan przeczytać napis z reklamowy który pan nosi.
- To po kiego grzyba wylazłeś z domu? By się błąkać niczym koziołek matołek? - odburknął mężczyzna. - Ja pierdolę, od godziny noszę to cholerstwo jak małpa w cyrku, a jedynym zainteresowanym jest ślepy jak kret otylec.
- Ja się serio pytam, co tam jest napisane.
- To reklama lichwiarzy, co to lekką ręką dają kapustę, a jak pan nie oddasz, to przychodzą dresy i łamią ci nogi.
- Napis człowieku, napis, co tam pisze?
- Ryzyko popłaca. Ufaj nam... Czy jakoś tak to leciało... - z nutą wahania w głosie odparł mężczyzna - A z tyłu na plecach mam adres i telefon. Nawet nie wiem gdzie to jest. Spotkałem kola przed pośredniakiem i naraił mi tę fuchę. No jak małpa w cyrku wyglądam, ale szmal to szmal.

 

Ale Węgorek już go nie słuchał. Wykonał zwrot na pięcie i najbardziej wyluzowanym krokiem, na jaki go było stać, ruszył ponownie trasą białej linii szczęścia.

 

Czuł się tak lekko, jak nigdy dotąd. Świat nabrał wspaniałych kolorów, niebo zrobiło się jasnobłękitne, trawa zalśniła świeżością.

 

- Piotrek uspokój się! - wrzasnęła mu niemal do ucha koścista blondynka, stojąca na białej linii. Kamil w ostatniej chwili zdołał uniknąć zderzenia. W przelocie omiótł wzrokiem mężczyznę, pochylającego się nad małym, na oko pięcioletnim chłopcem, obrażonym na cały świat.
- Słuchaj matki, bo będzie z tobą marnie! - próbował go przestraszyć, ale bezskutecznie, bo mały terrorysta w odwecie splunął mu w twarz i zaczął przeraźliwie piszczeć.

 

Kamil nie znosił dzieci, podobnie jak większość nieżonatych mężczyzn w jego wieku. Uśmiechnął się kwaśno, za co został błyskawicznie skarcony wzrokiem przez kobietę, wypatrującą chyba kogoś do awantury, kogoś, z kim mogłaby wygrać. Węgorek instynktownie przyśpieszył, by jak najszybciej uciec z pola słyszenia wrzasków szczeniaka i żmijowatego wzroku matki.

 

Tymczasem linia zakręciła nagle o dziewięćdziesiąt stopni w lewo, zmierzając wprost na upstrzony sklepami, niczym rzeszoto dziurami, deptak. O tej porze, większość sklepów była jeszcze nieczynna, więc ujrzał, tylko staruszków karmiących gołębie, paru żuli leżących na ławkach i dwóch strażników miejskich udających, że pilnują porządku, a tak naprawdę starających się nie wypatrzyć niczego, co zmusiłoby ich do interwencji. Jak to śpiewał Skiba z Big Cyc: „Nie było tu nikogo, z kim by można zgrzeszyć", w znaczeniu nagiąć nieco szóste przykazanie.

 

Myśli Kamila zaczęły mimowolnie zbaczać z rozmyślań o linii szczęścia, a zamiast tego jął zastanawiać się, czy Magda jeszcze go pamięta. Minęło już coś koło dziesięciu lat, odkąd się nie widzieli.

 

Był gotów zginąć dla niej - to banalne, ale taka była prawda. Tysiące razy próbował, zagadać do niej, ale nigdy nie była sama. Otoczona chłopakami jak sforą psów, wpatrującymi się w jej dekolt, mierzącymi wzrokiem nogi, długie, obleczone w błyszczące pończochy. Lecz najgorszy ze wszystkiego, był ten wianuszek nierozłącznych psiapsiułek; złośliwych, zazdrosnych pasztetów, które liczyły, że przez samą obecność przy jej boku, wzbudzą zainteresowanie. Marny trud płomyków świec, tlących się obok słońca.

 

Wszystko to sprawiło, że Kamil snuł się jak w narkotycznym śnie przez całe dwa lata studiów. Wypatrywał na korytarzach zwinnej sylwetki, falujących kruczych włosów. Uwielbiał obserwować jej nogi odziane w szeleszczące nylony, znikające w fałdach plisowanej spódniczki w szkocką kratę, zasłaniającej raj, dla którego poszedłby na wieczność do piekła.

 

Był zapisany na wszystkie fakultety, w których uczestniczyła Magda, nawet tak absurdalne, jak filozofia indyjska, czy kosmetologia(...)
Ocknął się z nostalgicznych wspomnień, uświadomiwszy sobie nagle, że linia zniknęła!

 

Rozejrzał się w panice, lecz nigdzie jej nie dostrzegł. Zawrócił i zaczął iść tą samą drogą, którą przyszedł. Jest, znalazł ją - po prostu przegapił kolejny skręt tuż obok domu handlowego „Galeria Śródmiejska". Napięcie opadło, mógł już oddychać spokojnie.

 

Dom Handlowy „Galeria Śródmiejska" pamiętał jeszcze czasy socjalizmu, kiedy było to jedyne miejsce, gdzie można było kupić modny ciuch dobrą książkę, czy wypasiony – jak na tamte czasy - sprzęt audio. Otwarty dwanaście godzin na dobę, od ósmej do ósmej, był obecnie ulubionym miejscem spotkań młodzieży, gdyż oprócz sklepów wypełniały go kawiarnie, sale kinowe, a nawet kręgielnia i salon gier. Udane zakupy i świetna zabawa - brzmiało motto błyszczące pod wielkim neonem z nazwą domu, zalewającym nocą czerwonym blaskiem plac przed budynkiem.

 

Linia przywiodła Kamila do głównego wejścia i tam też nakazała mu się zatrzymać. Napis bielejący tuż nad nią brzmiał: „Nim pójdziesz dalej, kup lornetkę z dobrym zoomem i dwa bilety do kina na »Dom nad jeziorem« seans 17:30. Wróć w ciągu trzydziestu minut".

 

Jeśli Węgorek byłby zmuszony sporządzić listę rzeczy, których nie cierpiał, na trzecim miejscu z pewnością znalazłyby się zakupy. Owszem kupował przedmioty, ale nie widział przyczyny, by z tego powodu wybierać się z wyprawą do miasta, przeciskać się obok tabunów rozwrzeszczanej młodzieży, wędrować po wielopiętrowych salach kaźni w poszukiwaniu właściwego stoiska, by po kilku godzinach wyjść z pustymi rękami, albo z pierdołami, których nie planował kupować.

 

Wolał zakupy przez Internet. Wyszukanie na allegro interesującej oferty: pięć do dziesięciu minut, przelew elektroniczny: pięć minut, kilka dni oczekiwania, by niewolnik Poczty Polskiej SA, lub kurier grzecznie przyniósł zakupiony przedmiot pod sam nos. Ech, żeby się tak dało z żywnością w spożywczym, życie byłoby o wiele prostsze. Osiedlowy Supersam stał pół rzutu beretem od bloku Kamila; ceny były niskie, żywność świeża, ale miał jedną wadę - zbyt mało przestrzeni pomiędzy półkami. By wczuć się w położenie Węgorka, należy sobie wyobrazić wieloryba manewrującego wąskimi, na niecały metr, przejściami.

 

Każda wizyta w spożywczaku była dla Kamila psychiczną torturą. Wyzywano go od misiów polarnych, zatorów międzypółkowych, słoni w składzie porcelany. Raz nawet chciał uderzyć nastolatka, który powiedział, że z taką dupą to powinien robić w cyrku jako etatowy dubler hipopotama.

 

Wyrobił się w kwadrans. Wychodził z Galerii, dumnie potrząsając firmową reklamówką z lornetką i z biletami w portfelu. Przypomniało mu to, że na drugim roku studiów, w geście rozpaczy, wynajął mieszkanie w wieżowcu naprzeciwko Magdy. Kupił sobie teleobiektyw i co wieczór obserwował, jak Madzia ogląda telewizję, rozmawia przez telefon, czy po prostu leży na kanapie, czytając książkę.

 

Wyobrażał sobie, że z nią mieszka - to był bardzo silny obiektyw, a więc nie było to trudne - że planują wspólne życie i kochają się w każdym zakątku mieszkania, na każdym meblu, a nawet na balkonie. Lecz na samą myśl, że mógłby z nią naprawdę porozmawiać, dostawał mdłości.

 

Idąc śladem linii, przywołał wspomnienie pewnego dnia, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Dziwnym trafem, na ostatni wykład profesora Buczka nie przyszedł nikt, poza Kamilem, Magdą i samym wykładowcą oczywiście, który stwierdził, że nie przeszkadza mu tak skromna publika.

 

Węgorek już miał zaszyć się na szczycie sali, by skulony za filarem wbijać wzrok w opadające na plecy włosy Magdy, gdy Buczek zawołał:

 

- Panie kolego, proszę się nie klopsować za tę kolumnę. Stoi tu od dwudziestu lat i z pewnością bez pana się nie zawali. Zapraszam na dół, może klapnie pan obok koleżanki. - Wyszczerzył zęby, patrząc na Magdę jak lis na małego królika - Ja pana nie ugryzę, a jeśli ona ma w zwyczaju kąsać, to chyba szanowny kolega się nie obrazi? Ewentualnie, jeśli pan nie lubi kobiet, to zamienimy się miejscami. Mam tu kartki z wykładem, wystarczy przeczytać.

 

Magda zachichotała. Kamil nie miał wyjścia, mógł tylko zadudnić, swoim słoniowym krokiem o stare klepki podłogowe, zbiegając na dół. W chwilę potem, cały w dreszczach, siedział na krześle obok obiektu swoich westchnień, otumaniony zapachem jej perfum.

 

To było mistyczne półtorej godziny. Wykładowca chyba żałował, że przywołał Kamila na dół, bo mierzył go zimnymi spojrzeniami, na zmianę ze słomianymi i długimi, którymi obdarzał Magdę.

 

Nie była skrępowana w najmniejszym stopniu, przyzwyczaiła się do tego, jak działa na mężczyzn. Co więcej, z miną bezczelnego dzieciaka napinała wargi i poruszała brwiami, czym powodowała drżenie głosu prelegenta, oraz parowanie jego okularów. Przecierał je co chwilę mankietem marynarki, a ona chichotała za każdym razem jak pensjonarka.

 

Węgorek był wściekły, równie dobrze mógłby wyparować, a kobieta jego snów, i tak by nie zauważyła różnicy. Wolała podniecać starego pryka.

 

Miało to i dobre strony, gdyż mógł bezkarnie omiatać, cal po calu ciało, którego pożądał, wdychać to samo powietrze, które wypuszczała z wilgotnych czerwonych ust, a nawet od czasu do czasu, mimochodem ocierać się delikatnie o jej kolana, gdyż ławki były ustawione bardzo blisko siebie.

 

Linia znów zakręciła, tym razem Kamil był czujny. Nudziło go już to łażenie niczym koń w zaprzęgu.

 

Pobudził się nieco, bo zza zakrętu wyłonił się hotel „Viktoria", mekka zabłąkanych turystów i łowców dziwek. Kiedyś nawet próbował sobie jakąś zamówić, ale nagabywany portier odparł, że nie znajdzie panienki, która jest, aż tak zboczona, by przespać się z Godzillą.

 

Przed budynkiem stał ten sam portier. Niestety linia nieubłaganie prowadziła do środka przybytku. Minął stróża w liberii, krztuszącego się ze śmiechu i ruszył po granitowej posadzce w kierunku portierni. Tuż przed trotuarem, linia stopniowo bladła, kończąc się napisem: „Wynajmij pokój numer: 1808".

 

Tego się obawiałem, pomyślał Kamil, zmartwiony kolejnym uszczupleniem stanu konta. Nie miał zielonego pojęcia, ile tu może kosztować doba, ale był zdecydowany posłuchać linii.

 

Uboższy o trzysta złotych, Węgorek wszedł do luksusowego dwupokojowego apartamentu i nie pocieszało go, że był wart swojej ceny. Skórzana kanapa, telewizor plazmowy wiszący na ścianie, o wiele większy, niż ten w domu Kamila, wielkie dębowe łoże z rzeźbionymi kolumnami i baldachimem, wyszukane obrazy impresjonistów, klimatyzacja, jacuzzi, to wszystko mogło cieszyć oko i ciało, ale Węgorek nie był zwolennikiem snobistycznych wygód, wystarczało mu własne wyrko i zwykła wanna bez bąbelków i durnych lampek.

 

Gorączkowo starał się powstrzymać od powrotu na portiernię i anulowania wynajmu, jednak jakiś wewnętrzny głos podszeptywał, by nie rezygnował. Przecież może być blisko czegoś naprawdę wspaniałego, co odmieni jego życie.

 

Rozejrzał się po pokoju, w poszukiwaniu dalszych wskazówek. Obszedł sypialnię, salon i łazienkę. Powoli, znów, nabierał podejrzeń, że to jednak jakiś żart. Był zmęczony gonitwami, zestresowany i głodny. Wielki kolonialny zegar, stojący w kącie, wybił dziesiąta. O tej porze Kamil był już po drugim śniadaniu. W poniedziałki bar „U Balbiny" serwował naleśniki z jagodami. Na samą myśl ślina zaczęła podtapiać mu dziąsła. Podszedł do telefonu.

 

- Węgorek pokój tysiąc osiemset osiem (...) poproszę o talerz naleśników z jagodami...- Potrzebował ich, bo gdy miał pusty żołądek, nie potrafił skupić myśli. - Dobrze, dziękuję, czekam.

 

Nerwowo zwilżając usta językiem, podszedł do okna w salonie. Hotel był najwyższym budynkiem w mieście, dorównywał mu jedynie gmach rektoratu uniwersyteckiego, oraz hotel „Hilton". Pozostałe konstrukcje wydawały się z tej wysokości podobne do grzybów przebijających się przez ściółkę leśną. Otworzył drzwi balkonowe i wyszedł na taras. Powietrze z gwizdem uderzyło w niego niczym o wielki żagiel. Grube kłębiaste chmury, majestatycznie sunęły po niebie, w kolorze tak błękitnym, że gdyby istniała kobieta o takich oczach, miałaby świat u swych stóp, za jedno tylko spojrzenie.

 

Uświadomił sobie, że tu na „szczycie miasta" nie potrafi okłamywać samego siebie. Nie ma kolegów, ani kobiety, która chciałaby z nim żyć. Jest otyłym przegrańcem bez przyszłości. Podszedł do balustrady, wsparł się niej obiema rękami i spojrzał w dół. Poczuł się tak jakby obserwował mrowisko. Kilkumilimetrowe samochody, ledwo dające się zauważyć kropki ludzi, zmierzające ku realizacji swoich śmiesznych celów. Ile by dał, żeby mieć ich błahe życie.

 

- Co ja tutaj robię? - wyszeptał, wpatrując się jak zahipnotyzowany w cienką nitkę ulicy, biegnącą ponad sto metrów niżej.

 

Ciekawe ile czasu bym spadał? Czy zmieniłbym zdanie, lecąc? Ponoć każdy samobójca się rozmyśla? Co jest gorsze: ból lądowania, czy rozpacz podczas lotu? Zacisnął palce na balustradzie. Kamień stawił opór, boleśnie obcierając skórę dłoni. Węgorek zadrżał, otworzył usta i zacisnął powieki. Wyglądało to, jak gdyby miał zamiar rozpocząć arię. Wiatr wykorzystał skwapliwie, że mężczyzna na moment zastygł w niemym grymasie krzyku, i ze świstem zagarnął kolejną szczelinę, do której mógł nieproszony wtargnąć.

 

Rozległo się jedno z tych krótkich ding-dong, które można z taką łatwością przeoczyć, zignorować. Lecz w chwilę potem rozbrzmiało kolejne, przypominające Kamilowi, że burczy mu w brzuchu.

 

Kelner w fartuchu i białej czapie, wtoczył do pokoju stolik, na której stała srebrna misa osłonięta fikuśnie zdobioną pokrywką. Celebrując każdy ruch, wyjął z półki pod wózkiem talerz i postawił go na stole. Obok położył sztućce, a na sam koniec w centrum blatu, obok wazonu z kwiatami, umieścił samą misę.

 

- Czy życzy pan sobie coś jeszcze? - zapytał Kamila wpatrzonego w misę niczym w relikwię. - Proszę pana?
- Nie, nie, może pan odejść - odparł, nie mogąc się doczekać, aż będzie mógł zatopić zęby w jej słodkiej zawartości.

 

Kelner przez chwilę zawahał się. Liczył na napiwek, ale patrząc na przepocony podkoszulek Kamila, stwierdził zapewne, że i tak byłyby to jakieś, niewarte zachodu grosze.

 

Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi apartamentu, Kamil zaczął powolnym ruchem zbliżać dłoń do rączki pokrywki. Gdy zacisnął na niej palce, westchnął, a potem szarpnął, jak magik, który pokazuje publiczności, że naczynie jest puste, pomimo że przed chwilą włożył do niego gołębia.

 

Przyglądając się zawartości misy, Kamil nie wiedział, czy ma się wściec, śmiać, czy płakać. Głód musiał poczekać, to było pewne, bo na półmisku nie leżały naleśniki, ani żadna inna potrawa, lecz czarna koperta z białym paskiem i napisem: „Nagroda"

 

Prychnął krótka salwą śmiechu i rozluźnił się.

 

- Tu jesteś... - westchnął, biorąc ją w palce. Nie zamierzał zwlekać ani chwili dłużej. Rozdarł kopertę i wyciągnął mały kartonik, zapisany trzema rzędami wyrazów: „Rektorat. Dziesiąte piętro. Trzecie okno od lewej"

 

Zapominając o głodzie, wyszedł na balkon i skierował wzrok na stojący, kilkaset metrów dalej, strzelisty budynek. Czy ten ktoś sobie wyobraża, że jestem sokołem? - pomyślał, starając się zlokalizować trzecie okno na dziesiątym piętrze. I nagle go oświeciło. Wbiegł do pokoju. Po chwili znów stał na balkonie, uzbrojony w lornetkę, dzięki której bez trudu mógł obejrzeć swoją nagrodę.

 

Patrzył na jeden z kilkunastu dziekanatów, rektorat był ich pełen jak ciasto rodzynków. Ciemne, mahoniowe szafy, jakieś papierzyska na półkach, stolik z komputerem i faksem. Szczapowaty student toczył właśnie zaciętą dyskusję z dziewczyną o ogniście czerwonych włosach, stojącą tyłem do okna i żywo gestykulującą dłońmi. Niestety nie była to ta jedyna, za którą Kamil tak bardzo tęsknił, a która miał nadzieje znów ujrzeć.

 

Jak dziś pamiętał, gdy po wykładzie u Buczka, zebrał się w końcu na odwagę i zaczepił wychodzącą z sali Magdę.

 

- Magda, prawda? - Jeśli istniał jakiś Bóg, to był druga osobą, która wiedziała, jak wiele wysiłku kosztowały go te słowa.
- Tak - odparła i zatrzepotała szybko rzęsami.
- Buczek, to jednak ma klasę – zaczął.
- O tak. - odrzekła i spojrzała zamyślonym wzrokiem w kierunku windy, w której przed momentem zniknął wykładowca.
- Słuchaj, może skoczymy do kawiarni na jakieś ciastka i kawę? - wypalił niespodziewanie. Od początku rozmowy praktycznie nie oddychał, co dało taki efekt, że ostatnie zdanie wysapał, jakby się dusił. Oczy zaczęły szczypać, ale postanowił, że nie będzie mrugał, ani oddychał, by nie przegapić odpowiedzi.

 

I stał się cud.

 

- Czemu nie, podejdźmy tylko do akademika, zostawię notatki.
Gdy doszli do domu studenckiego „Ikar", Kamil został na dole, modląc się do wszystkich bogów, by się nie zbudzić. Po dziesięciu długich minutach czekania, stał się w jednej chwili politeistą, bo nie wiedział, któremu adresatowi błagań ma dziękować.

 

Gdy szli razem przez miasteczko akademickie, prężył się jak młody lew, dumnie paradujący obok swojej partnerki. Tusza nagle przestała zawadzać, płynął jak żaglowiec, patrzył w gwiazdy i uśmiechał się do nich, a one świeciły tylko dla niego. Nadal był nieco spięty, ale gdy dotarli, w końcu, do jednej z kilkunastu kafejek, rozsianych po miasteczku, całe zdenerwowanie czmychnęło wraz z pierwszym żartem Magdy.

 

- To już dwa lata jak wodzisz za mną oczami.
Zaśmiał się.
- Wytrwałość jest bardzo ważna, szczególnie w miłości. - Nie wierzył, że to powiedział. Ale to chyba słodki, aż duszący, zapach jej perfum, podziałał na niego jak serum prawdy.
Chociaż siedzieli w mroku, oświetlani migoczącym płomykiem świecy, mógłby przysiąc, że się zarumieniła.
- Kamil, przecież ty mnie nie znasz...
Pochylił się nieznacznie, opierając brodę na dłoni.
- Gdy zamykam oczy, widzę twoją twarz, mógłbym bez zająknienia wymienić kolory sukienek, czy butów, które nosisz - szeptał, wpatrując się w jej oczy, w których tańczyło odbicie płomyka świecy. - Uwielbiam, gdy marszczysz nos i robią się na nim dwie śliczne bruzdki.
- Wystarczy, zrozumiałam - przerwała mu, dotykając dłonią jego policzka. Wtulił się w nią jak mały piesek w ciepło matczynego brzucha, a potem pocałował w nadgarstek, przymykając oczy.

 

Przez chwilę uśmiechała się, marszcząc nos, tak jak lubił. Lecz nagle

 

- Nie Kamil, to na nic. Nie powinnam tu być, bo to cię tylko zrani.
- Ależ nie, nie rani, to najwspanialsza chwila mojego życia.
- Tylko że to się nie uda... - wyszeptała, wbijając wzrok w blat stolika.
- Wiem, nie pasujemy do siebie, nie mam klasy, jestem puszysty, ale mogę spróbować się zmienić. Zrobię wszystko, tylko daj mi szansę.
- Nie o to chodzi. Jutro wracam do domu, do Ustki.
- Ale po świętach wrócisz; przecież poczekam te dwa tygodnie - rzekł z zapałem, gładząc palcami jej dłoń, leżącą na stoliku.
- W tym rzecz, że już nie wrócę. Muszę rzucić studia. - Bolesny skurcz, niemal rozsadził mu serce. - Matka jest chora, nie ma już siły pracować, ojciec od nas odszedł, gdy zdiagnozowano u niej raka płuc. Muszę wrócić i zająć się siostrami. Matka wkrótce umrze, a one nie poradzą sobie same.
- Magda...
- Nie mów nic, ciesz się chwilą. No chyba, że wolisz wylewać łzy i robić sceny.

 

Odprowadził ją do akademika około szóstej rano. Po wyjściu z kawiarni, poszli na dyskotekę. W ciemnej sali, przy pulsującej muzyce, falowali wtuleni w siebie. Był to najszczęśliwszy dzień w jego życiu i jednocześnie najsmutniejszy. Zakończył się pocałunkiem, który połączył dwie płaczące dusze.

 

Ostatni raz widział Magdę, gdy znikała w drzwiach akademika. Zostało mu tylko jej zdjęcie. Prosiła go, by je wyrzucił, od razu jak znajdzie sobie dziewczynę, napominając, by uczynił to jak najszybciej. Niestety, nie wypełnił obydwu przyrzeczeń. Stojąc na balkonie luksusowego hotelu, był zawiedziony, że nie otrzymał drugiej szansy. A tak bardzo na to liczył.

 

Jednak kobieta w dziekanacie także przykuwała wzrok, a tym, co najbardziej olśniewało, był jej uśmiech. Większość ludzi śmieje się tylko wargami. Nieliczni podczas okazywania radości, mrużąc oczy, jakby zostali oślepieni promieniami słońca. Kobieta z dziekanatu, w jakiś magiczny sposób, uśmiechała się całą twarzą. Pełne usta odsłaniały lśniące bielą zęby, pulchna twarz jaśniała słońcami oczu, głębią małych dołeczków na policzkach i setką brązowych piegów rozsianych, na zadartym małym nosku. Całości dopełniały ogniste włosy, opadające falującymi strąkami, niczym lawa po zboczach wulkanu.

 

Kamil wbijał oczy w soczewki lornetki i manipulując pokrętłem, próbował bezskutecznie uzyskać lepsze powiększenie. Stał tam, przez kwadrans, dziwiąc się, że jakaś kobieta poza Magdą, wywołuje u niego emocje.

 

W końcu uświadomił sobie, że nie może tkwić tak przez wieczność. Przeszedł tak długą drogę, wskazano mu nagrodę, pokazano, że potrafi być mężczyzną. Zdecydował się podjąć ryzyko i wygrać. Być może to nie jest Magda, ale dotarło do niego, że nie może przez resztę życia babrać się w przeszłości.

 

Wrócił do pokoju i rzucił się na wielkie łoże. Atłasowy baldachim przypominał purpurowe niebo, zajęte łuną pożogi. Kamil przez kilka minut leżał i obmyślał plan. Nie było to proste, bo do tej pory pomagała mu tajemnicza linia. Gdy w końcu wpadł na rozwiązanie, zerwał się na nogi, jakby odkrył prawo powszechnego ciążenia.

 

Najpierw musiał się najeść do syta. Ponownie zadzwonił po obsługę. Tym razem otrzymał swoje naleśniki.

 

Gdy wsiadał do windy w rektoracie i naciskał dziesiątkę, pomysł nie wydawał mu się już taki genialny. Ale przecież do tej pory wszystko się udawało? Rozległ się cichy gong i nie było już odwrotu. Wiedział, że nie wybaczyłby sobie, gdyby teraz stchórzył.

 

Jeśli dobrze wyliczył, powinien udać się do pokoju 1015. Co dziwne przestawał odczuwać strach, lecz tajemniczą wewnętrzną siłę, zmuszającą go do naciśnięcia klamki w dziekanacie Wydziału Administracji.

 

Kobieta o przepięknym uśmiechu siedziała za biurkiem i przepisywała na komputerze jakiś tekst z odręcznych notatek. Była sama.

 

- Słucham pana? - zapytała głosem niskim, chrypiącym i niesamowicie seksownym. Kamil zrobił głęboki wdech, a potem wypuścił powietrze przez usta jak gdyby zdmuchiwał świeczkę. Musiało to wyglądać nieco niepokojąco.
- Źle się pan czuje?
Zignorował jej pytanie. Podszedł kilka kroków i zatrzymał się tuż przy biurku.
- Jest pani tak śliczna, że aż zapiera dech – powiedział, starając się opanować drżenie głosu. - Przypadkowo mam w kieszeni dwa bilety do kina na świetny film. Czy zechciałaby pani pójść ze mną?

 

Nie było w jego życiu wielu kobiet. W zasadzie oprócz, Magdy i kioskarki od batoników, nie rozmawiał z żadną. Większość ludzi widziała w nim potwora, infantylny worek sadła. Niestety związek z Magdą zakończył się, nim się rozpoczął. Może, gdyby zdobył się na odwagę nieco wcześniej?

 

Ognistowłosa dziewczyna wstała i odgarnęła włosy, odsłaniając blade czoło. Była od niego niższa o głowę. Kamil wyobraził sobie, jak dziewczyna wtula się w jego tors, a on całuje jej czoło, oczy, policzki, nos, by na koniec zwieńczyć słodką wędrówkę na wargach, które lśniły wilgotną czerwienią, niczym wiśnie na trupio białym talerzu.
Rozchyliła je i mógłby przysiąc, że nie widział nigdy, bardziej białych zębów.

 

- Misiu, pojawiasz się w moim świecie znikąd. Zapewne serce wali ci jak młot. Aż tak bardzo ci się podobam? - Zrobiła małą pauzę. - Nie, nie odpowiadaj. Bo pryśnie nastrój tej chwili.

 

Nagle poczuł, że drżenie spoconych rąk ustało, uśmiechnął się i wytarł je o spodnie.

 

- O której i gdzie po ciebie przyjechać? Seans jest o - wyciągnął z kieszeni bilety - siedemnastej trzydzieści.
- Niech pomyślę... - oparła się o blat biurka i zatrzepotała rzęsami - Przyjedź po mnie... gdy schudniesz ze sto kilo. - Przestała się uśmiechać. - Posłuchaj, ty worku sadła, poukładaj sobie klepki w pustej głowie, bo ci się najwyraźniej poodrywały. Wolałabym się zabić, niż być widzianą u boku takiego brzuchatego maminsynka jak ty. Co ja bym z tobą robiła? Przewijała cię, a może dała ci pierś do possania, bo mi wyglądasz na takiego, co jeszcze nie został odstawiony? - Słodki wyraz jej twarzy niepostrzeżenie znikł, a zastąpiła go groteskowa maska. - Wracaj do swojej mamusi i pluszowego misia. A przede wszystkim popatrz do lustra i zastanów się, czy masz szansę choćby u krowy. Moim zdaniem tylko u starej i ślepej.

 

Bilety opadły swobodnie na wykładzinę. Węgorek rozchylił usta i z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się z przerażeniem, w twarz, którą przed momentem chciał pieścić.

 

- Bambi, tylko mi się tu nie rozpłacz! Idź do zoo, zaproś jakiegoś szympansa. - Zaczęła chichotać; coraz głośniej i głośniej.

 

Kamil podbiegł do niej jednym skokiem i chwycił obiema dłońmi za szyję, mocno zaciskając kciuki na gardle. Śmiech umilkł, zielone oczy zalśniły jak dwie monety. Dziewczyna machając rękami, usiłowała dosięgnąć jego twarzy, a gdy to się nie udało, to zaczęła drapać paznokciami jego dłonie. Lecz, z równym efektem, mogłaby próbować skaleczyć kamienny posąg. Wpatrywał się z uśmiechem w jej przestraszone oczy, usta rozwarte w poszukiwaniu powietrza. Czuł falę energii pulsującą, pompującą krew w każdy członek jego ciała. Do cichego skowytu dziewczyny, dołączył stukot butów, którymi kopała w biurko i tupała po posadzce. Trzepotała się w jego ramionach jak przepiórka, na której zacisnęły się ostre zęby drapieżnika.

 

W ostatnim geście rozpaczy chwyciła płaski monitor, pewnie chciała go nim uderzyć, lecz zabrakło jej sił. Spadł z głośnym brzękiem na ziemię...

 

Kamil nie zareagował, był zbyt pochłonięty ekstazą, by martwić się, że ktoś mógł usłyszeć cokolwiek. A po chwili doznał istnej eksplozji euforii, gdy jej oczy zaszkliły się i upadła bezwładnie na blat.

 

Nie rozluźniając uścisku, przekręcił dziewczynę na plecy. Jej ręce rozpierzchły się na boki, a włosy pokryły mahoniowe biurko, jak jesienny kobierzec. Jeszcze przez moment drżała i bulgotała, lecz po chwili ciszę dziekanatu burzył już tylko ciężki oddech mordercy.

 

Przymknął oczy, pochylił głowę, a następnie wciągnął przez nos wielki haust powietrza. Był zrelaksowany. Spojrzał na bladą twarz dziewczyny, zastygłą w grymasie cierpienia i strachu. Przypominała mu gumową seks lalkę, lecz nie miał na nią ochoty. Właściwie to czuł się tak, jakby już miał za sobą udany seks, a przynajmniej podejrzewał, bo nigdy nie kochał się z kobietą. Wypuścił z dłoni jej poczerwieniałą szyję i zamachał palcami jak pianista przed koncertem.

 

Nikt nie widział, kiedy tu wchodził. Nie było żadnego związku, pomiędzy ta ognistą diablicą, a nim. Odciski palców mogą sobie zbierać, nic im to nie da, bo nie figurują w żadnej kartotece. Pozostało mu tylko, równie niepostrzeżenie wyjść z budynku. Popełnił morderstwo doskonałe. Szybkie, schludne i jakże przyjemne.

 

Jeszcze tylko rzucił pożegnalne spojrzenie na dziewczynę. Szkoda, że nie mam aparatu fotograficznego – pomyślał, rozkoszując się dziełem. - Muszę kupić Polaroida, by uwieczniać takie chwile.

 

- Dzięki, kochanie byłaś świetna - powiedział i parsknął śmiechem na odchodne. Lecz, gdy ledwie dotknął zimnej klamki, za jego plecami rozległ się piskliwy, stanowczy głos:
- Jak mogłeś?! - Węgorek skamieniał. Dopiero po dwóch sekundach odważył się odwrócić.

 

Obok szafek stał niewysoki, wychudzony mężczyzna, o siwiejących włosach. Był ubrany w elegancki, lecz nieco dziwny garnitur z połyskującego metalicznie materiału, z kilkunastoma kieszeniami rozsianymi asymetrycznie na całej powierzchni, wliczając nogawki spodni.

 

- Jesteś chorym zwierzęciem! - kontynuował mężczyzna, niezrażony faktem, że Węgorek wpatruje się w niego jak żaba w kość, a obok na stole stygną zwłoki rudej ślicznotki.
- To nie ja (...) Jak przyszedłem już nie żyła – spróbował Węgorek.
- Sprawiło ci frajdę uduszenie tej słodkiej istot, prawda!?
- Nie takiej znów słodkiej! - W drzwiach, których Kamil nie zdążył otworzyć, pojawił się drugi mężczyzna. Ubrany w biały frak, przyozdobiony zgniłozielonymi lamparcimi cętkami. Jego smętny wzrok kontrastował z szerokim uśmiechem, który miał przyklejony do twarzy, jakby na stałe.

 

Zręcznie mijając Węgorka, wszedł do pokoju i stanął pomiędzy nim, mężczyzną w srebrnym garniturze.

 

- Znaliście jego lęki i potrzeby, i uderzaliście w nie jak w bęben. Nie miał szans, by się temu oprzeć – mówił do siwego mężczyzny, który nie mógł się zdecydować, w które kieszenie włożyć dłonie.
- Bzdura! - zapiszczał tamten, podchodząc do biurka z ciałem. - Mógł zawrócić w każdym momencie, ale wolał pójść swoją ulubioną ścieżką; jak zawsze zresztą.
- To jakby głodzić kogoś przez miesiąc, a potem pokazać mu wielką pizzę. - Mężczyzna w bieli nie rezygnował.
- Mógłby mi ktoś wyjaśnić, co tu... - zaczął Węgorek, ale mężczyzna w zieleni syknął:
- Bądź cicho, kretynie, próbuję ratować ci dupsko, a konkretnie ocalić, choć mały jego kawałek.

 

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał mężczyzna, który przed momentem udusił nieznajomą kobietę i starał się uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności. Od dobrych kilkunastu sekund, Kamil niepostrzeżenie, milimetr po milimetrze, mikro-kroczkami zbliżał się do szafki z korespondencją. Gdy nieznajomy mężczyzna wygłosił, tą wielce niezręczną kwestię o ratowaniu i oddawaniu jakichś kawałków, Kamil był już u celu.

 

W chwilę potem, powietrze przeszył dźwięk, podobny do odgłosu rozgniatanej tubki z pastą. Biały frak mikrusa zyskał nowy kolor; czerwień, spływającą zaciekami na zielone łaty, wprost z rozciętego gardła, które Kamil zręcznym ruchem, jakby to już robił wielokrotnie, rozpłatał od tyłu nożem do kopert.

 

- Ty głupi debi... - wycharczał, usiłując dłonią zatamować krwotok.

 

- I masz swojego łagodnego baranka - zapiszczał mężczyzna w połyskującym garniturze, nie przejmując się, że biegnie na niego wielki facet, dzierżąc w dłoni ociekające krwią ostrze.

 

Kamil ciął z iście chirurgiczną precyzją. I tym razem stal przebiegła przez szyję ofiary jak przez mgłę, lecz tym razem w dosłownym słowa tego znaczeniu. Nie popłynęła krew, nie pojawiła się rana, ani nawet zadrapanie. Kamil, szybkim ruchem ponowił cios. Znów bez efektu. Nie dał za wygraną i z całej siły pchnął nożem w klatkę piersiową mężczyzny.

 

Ostrze przeszło na wylot, a Kamil, by się nie przewrócić, musiał przebiec przez widmowego mężczyznę i zatrzymał się dopiero na ścianie, łamiąc nóż.

 

- Dosyć! - zahuczał basem trzeci mężczyzna, który pojawił się znikąd za biurkiem, na którym leżały zwłoki dziewczyny. - Nie po to tu się zebraliśmy, by oglądać kiepski film akcji.

 

Węgorek był zupełnie oszołomiony biegiem wydarzeń. Zastanawiał się, czy dalsze próby ataku mają sens. A może ten trzeci karzełek ma ciało, które można zranić? Pozostanie, wtedy tylko jeden świadek. Może da się z nim dogadać?

 

- Zachowujecie się jak dwaj smarkacze. Garnitury, pozy i ta cała szopka. Panie Kowalewski, dlaczego przybrał pan cielesną postać? Wygląda pan jak klaun oblany ketchupem - gromił mężczyzn, uderzając pięścią w ciało dziewczyny. - Usunąć mi to.

 

- Dobrze, może faktycznie nieco przesadziliśmy - odparł, już nie charcząc, pomimo że krew nadal ściekała z rany, człowiek w biało zielono czerwonym fraku.

 

W jednej chwili zwłoki znikły, pękając jak bańka mydlana, a potem pokój zadrżał i odpłynął w niebyt.

 

Znajdowali się w przestronnej sali. Węgorek leżał w dużej wannie przechylonej pod kątem około czterdziestu pięciu stopni. Wypełniały ją opary, szczypiącego w oczy, zielonego gazu. Na głowie miał biały hełm, z którego wykwitały dziesiątki kabli, diod i anten. Elektronika cicho świergotała, przypominając rozmowę ufoludków. Przeraźliwe, zimno obejmowało jego ciało.

 

Obok Kamila, za szklanym biurkiem, siedział znajomy mężczyzna z końską twarzą, właśnie zdejmował z głowy hełm z elektrodami, identyczny jak Kamila. Nie uśmiechał się i nie krwawił.

 

- Proszę wstać - oznajmił basem mężczyzna w todze i białej peruce, siedzący na podwyższeniu.

 

Zaszurały krzesła. Z kilkunastu osób zgromadzonych na sali, Węgorek rozpoznał jedynie siostrę, oraz jej męża. Potrząsała głową, łykając łzy. Wpatrując się to w Kamila, to na wielki zajmujący całą ścianę ekran, na którym widniała znajoma scena; ruda dziewczyna rozciągnięta w dramatycznej pozie na biurku.

 

- Widzieliśmy wszyscy, do czego zdolny jest Kamil Węgorek. To już dziesiąta próba resocjalizacji. Przez ostatnie dziesięć lat, wykorzystaliśmy cały dostępny arsenał środków: hipnozę, manipulacje genetyczne, symulacje cyberwirtualne, terapie lękowe i eudajmoniczne, a dziś jak wszyscy widzieliśmy, zawiodła próba terapii amnezyjnej i wszczepy sztucznej pamięci. Za każdym razem test wirtualny kończy się podobnie - zwłokami młodej kobiety, która zawiniła tylko tym, że powiedziała mu: nie. Muszę z bólem orzec, że nie jesteśmy już w stanie zrobić dla niego nic więcej. Potrzeba mordu tkwi w nim zbyt głęboko i jest za bardzo groźna dla otoczenia. Pozostaje mi tylko ogłosić ostateczny wyrok.- Zrobił pauzę, spojrzał na siwego oskarżyciela i na końską twarz obrońcy. Obaj pokiwali głowami.

 

- Kamilu Węgorku, dziesięć lat temu sąd uznał cię za winnego zabójstw: Magdy Mielnik, Moniki Kowalczyk, Katarzyny Sternik, Wioletty Dados, Anny Bogusławskiej, Agnieszki Dobosz, Teresy Sobczak, Marii Przybyłko, Kingi Radawan i Agnieszki Babczyk. Nie widzę, żadnej szansy na twój powrót do społeczeństwa, a ryzyko wpuszczenia twoich genów do obiegu jest zbyt wielkie. - Zawiesił głos i spojrzał w oczy Węgorka, który zaczynał dochodzić do siebie i cała wcale mu się nie podobała. - Dlatego też, na mocy prawa, skazuję cię na dezintegrację. Od wyroku nie przysługuje apelacja. Panie Shine i Panie Pit, proszę o wykonanie wyroku.

 

Oskarżyciel wstał i podszedł do wanny, w której leżał Węgorek. Przez chwilę wstukiwał ciąg znaków na dotykowym panelu. Obrońca, po chwili wahania, uczynił tak samo.

 

Mgła, otaczająca Kamila, zmieniła kolor na różowy. Zimno nagle ustąpiło, a może to osłupienie stłumiło wszelkie cielesne niewygody. Kamil zaczął nerwowo poruszać gałkami ocznymi. Siostra zachwiała się do tyłu i gdyby nie ramiona męża, upadła by zemdlona na podłogę. Rozległy się oklaski, błyski fleszów i radosne okrzyki. Węgorek chciał krzyczeć, że to pomyłka, bo przecież Magda wróciła do domu; lecz nie mógł otworzyć ust.

 

Nim pogrążył się na dobre w panice, rozległ się trzask i zaległa ciemność.

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!