Mroczni

Piotr Sender

Mroczni

 

Siedzę w kuchni i patrzę na twarz mojej matki. Jest zimna jak ceramiczny blat stołu, na którym sieka pomidory. Jej smutne oczy spoglądają beznamiętnie na ostrze noża. Jeszcze miesiąc temu była młoda i pełna wigoru, teraz trudno doliczyć się zmarszczek na jej twarzy. Skóra wygląda na zbyt luźną, jakby należała do kogoś znacznie większego. Dłonie drżą delikatnie, coraz mocniej ściskając rączkę ostrego noża. Matka jest smutna, a może trafniej byłoby powiedzieć – martwa.

 

Czekam i myślę jak jej pomóc. Wielu już próbowało – zaczynając od rozmów i listów, kończąc na krzykach i nieudanych rękoczynach. Ja po prostu siedzę i szepczę do ucha, że niedługo umrze. Nachylam się i mówię powoli, co z nią będzie, kiedy i dlaczego. Czasami zatrzymuję opowieść, aby przełknąć kamień smutku zalegający w gardle. Ocieram słone łzy, które kapią i przyprawiają gotującą się zupę. Mama od tygodni robi pomidorówkę. Wie, że była moim ulubionym daniem.

 

Marzę o tym, żeby ją przytulić i zapewnić, że wszystko jest dobrze, ale nie mogę jej dotknąć. Przestałem już próbować – wcześniej bywały dni, kiedy podchodziłem do niej, rzucałem się i uderzałem, a ona w kółko mnie odpychała, jakbyśmy byli jednoimiennymi magnesami.

 

Od kiedy zniknąłem, w domu zapanował smutek. Ojciec nie rozmawia z matką, siostra wyrzuca moje rzeczy, a brat zbiera je z powrotem, wypluwając z siebie potok przekleństw.

 

– On wróci! Przestań! – powtarza niczym mantrę.

 

Życie potrafi płatać figle. Mnie uczyniło coś więcej: marny żart w stylu tych, które powoli zamieniają się w tragedię, a gdy tylko to zauważysz – jest już za późno. Śmierć to coś nieuniknionego – z nią nie da się walczyć, lecz widzieć ją to lekka przesada. Patrzę na moją rodzicielkę, a wyobraźnia pokazuje mi obrazy, jak kuchenny nóż przecina jej żyły, gdy zamiast w pomidora trafia w nadgarstek. Krew barwi podłogę i stół, a kilka kropel wpada do zupy. W domu nie ma nikogo, a ona się boi – mdleje i umiera w ciszy. Najgorsze, że wiem, jaki to dzień, a nawet – która godzina. W takich chwilach myślę, że oglądam film biograficzny jakiejś znanej aktorki, lecz gdy rzeczywistość zderza się ze mną jak zimna fala morza z wybrzeżem, zaczynam płakać.

 

Z resztą rodziny również nie jest dobrze, jednak siedzę i czekam z matką – ona umrze najszybciej.

 

Opowiedziałbym komuś swoją historię, ale sądzę, że nie powinienem się stąd ruszać. Zresztą ci, do których chciałbym, aby ona trafiła, mnie nie słyszą, a ci, którzy słyszą, nie są zainteresowani. Siedzę pogrążony w mgielnych odmętach z cienia i odliczam godziny do dnia, w którym pomidorówka będzie bardziej czerwona niż zwykle. Wolę być w kuchni i szeptać, próbować – dopóki jest nadzieja. Tutaj zapiszę więc tę historię – historię niewidzialnym piórem.

 

***

 

Uwielbiałem Olsztyn. Spokojne miasto, w którym korki na ulicach nie trwają dłużej niż czterdzieści minut, a samochody nie jeżdżą szybciej niż sześćdziesiąt kilometrów na godzinę – dziury na drogach skutecznie im to utrudniają. To nie Warszawa, gdzie wszyscy się śpieszą. Tu nawet przewidywane na miesiąc roboty drogowe rozciągają się do roku i nikomu to nie przeszkadza. Do małych wsi, gdzie życie stoi w miejscu, też mu daleko. W Olsztynie zawsze coś się dzieje: koncerty jazzowe, występy mniejszych gwiazd w amfiteatrze czy imprezy w klubach. Czasami myślę, że miasto tysiąca jezior zawisło gdzieś pomiędzy śmiertelnym bezruchem wsi a życiowym pędem aglomeracyjnych molochów.

 

W dniu, w którym wszystko się zaczęło, pogoda dopisywała zbyt mocno. Na niebie nie było żadnych chmur, a promienie słońca bezlitośnie paliły przedziałki na głowach. Nocna burza pozostawiła po sobie świeże powietrze i wilgoć, dzięki którym nie było tak gorąco.

 

Mieszkałem w kamienicy niedaleko Starówki. Budynek sypał się w oczach, a gruz spadał na chodnik i ulicę. Dom istniał odkąd pamięcią sięgam ja, mój dziadek i najstarsi, ponadwiekowi mieszkańcy. Mogłoby się wydawać, że stoi tutaj tak długo, jak sam Olsztyn, więc jego marny stan nikogo nie dziwi.

 

– Zamierzam iść do pracy – oznajmiłem, pochylając się bardziej nad talerzem zupy.
Był gorący lipiec, duchota panowała w domu, a mama Dorota bezmyślnie ugotowała ciepłą zupę – moją ulubioną. Siedzieliśmy wszyscy przy stole w kuchni, jedząc obiad.
– Szczytny cel. Szczególnie, że masz wakacje, a my nie będziemy ci wszystkiego finansować – odpowiedział ojciec, siorbiąc głośno.
– Wiesz, Marku, że nie zarabiamy milionów i nie możemy płacić za twoje zachcianki – dodała matka.
– Mam zamiar iść do pracy na stałe i zrezygnować ze studiowania – nie spojrzałem w ich stronę, bo doskonale wiedziałem, jak zareagują – śniłem o tym po nocach.
– Co?! – powiedzieli jednocześnie.

 

No i zaczęło się. Kłótnia trwała przez kilka dni, aby w końcu przejść w działanie: wydzielanie miejsca w lodówce, dorabianie kluczy i zamków oraz ogólną antypatię. Ja siedziałem dumny – pierwszy członek rodziny, który skończył na wykształceniu średnim.

 

Pracować zacząłem tydzień później w zakładach Michelin – firmie zajmującej się produkcją opon samochodowych. Poszukiwali taniej i młodej siły roboczej, najlepiej osób pełnoletnich na wakacjach, tuż przed studiami. Zakres obowiązków przygotowywali zależnie od tężyzny fizycznej pracownika. Jako że nie należałem do szczególnie postawnych i silnych ludzi (powiedziałbym raczej, że byłem mizernym chłoptasiem, który, będąc w szkole, lekcji wychowania fizycznego unikał jak ognia, a jeśli już na nich był to w grupie dziewcząt, gdzie nie trzeba było się tak męczyć), wylądowałem na sekcji maszyn. Żadnego noszenia ciężkich, gumowych opon.

 

Droga do pracy zajmowała mi godzinę. Wychodziłem przeważnie około dwudziestej pierwszej i wolnym krokiem przemierzałem Stare Miasto. Byłem w wielu podobnych miejscach, lecz olsztyńska Starówka jest najpiękniejsza. Zgrabne kamienice, zdobione fikuśnymi wzorami roślin, wytyczają ulice zrobione z „kocich łbów". Łyna, mała rzeka, płynie beztrosko na granicy miasta w mieście, oddzielając je od młodszych dzielnic. Z drugiej strony wejścia broni Wysoka Brama. Zadbane place i mosty, na których roi się od pomników zasłużonych osób, są ostoją dla gołębi i punktem spotkań ludzi. Stary, warowny zamek i zapierające dech w piersiach kościoły mogą być idealnymi ikonami na staromiejską pocztówkę.

 

O tej porze zawsze jest tłum. Straganiarze zamykają swoje budy, kwiaciarze, rozstawieni na całej długości głównej alei, chowają niesprzedane rośliny (czasami na koniec szczodrym gestem obdarowują różą przechodzącą obok kobietę, która bierze kwiat tylko po to, by wzbudzić zazdrość u swego mężczyzny, w myślach powtarzając; „ostatki to sobie wsadź w tyłek"), młodzież pędzi z pubów do domów, a starsi mężczyźni w garniturach i ich kobiety w eleganckich sukienkach wracają z wykwintnych restauracji. O tej porze Olsztyn przygotowuje się do snu. Po dwunastej na ulicach nie widać prawie nikogo.

 

Dopiero teraz wiem dlaczego. Niektórzy wiedzieli, inni byli ostrzegani instynktem, lecz wszyscy o zdrowych zmysłach trzymali się z dala od ulic pogrążonych w północnym mroku.

 

W dniu, w którym wszystko się zaczęło, zaspałem do pracy. Łatwo przywykłem do nocnego trybu. Nie miałem bliskich znajomych, toteż nie było mi szkoda życia towarzyskiego. Wypłata dzięki temu była większa, a drogi moje i rodziny rozeszły się naturalnie. Kiedy ja wstawałem, oni chodzili spać – i na odwrót. Jednak czasami były takie dni, jak ten, w którym zostałem dłużej w pracy, a niezadowolony kierownik całą zmianę patrzył na mnie z pogardą. Z kamienicy wybiegłem szybko, wraz z końcem dwunastego gongu Katedry, która głuchym echem obwieściła północ. Dopiero docierając na most św. Jana, będący przedsionkiem Starówki, spostrzegłem, że coś jest nie w porządku. Ziejąca pustka uderzyła we mnie otrzeźwiająco, jak dłoń matki w zapijaczoną twarz syna.

 

Na ulicach Olsztyna nie było żywej duszy.

 

Przyzwyczajony do tłumów i omijania ludzi zwolniłem, aby w końcu zatrzymać się. Nasłuchiwałem uważnie i spoglądałem wokół, myśląc, że gdzieś jest wielka impreza, która ściągnęła wszystkich w jedno miejsce. Stwierdziłem, że jest już na tyle późno, iż nikomu nie chce się wychodzić z domu – chociaż sam w to podświadomie nie wierzyłem. Nic nie usłyszałem oprócz cichych, zbliżających się kroków, gdzieś zza rogu pobliskiego budynku. Ktoś szedł w moją stronę, a ja uznałem, że ani on, ani ja nie chcemy się spotkać. Podobno do tragedii dochodzi, gdy sami stwarzamy ku temu okazję lub gdy niechcący dojdzie do spotkania osób, którym nie było to pisane. W takich chwilach człowiek robi coś, o czym nigdy by nie pomyślał. Ruszyłem więc pewnie przed siebie, nie chcąc do tego dopuścić.

 

Echo moich szybkich kroków odbijało się od wielkich kamienic. W świetle księżyca wyglądały inaczej niż za dnia. Przypominały stary cmentarz, który opuściły nawet duchy. Nocą fasady zamieniają się w średniowieczne miasto, które pamięta brud ulic, gwałty w zaułkach i śmierć na chodnikach. W mroku dwunastej godziny czuć, jak Starówka nienawidzi ludzi. Strach zmusił mnie do biegu.

 

Zanim usłyszałem, że nie tylko ja pędzę, potykając się o nierównie wyłożone kamienie, odbite echo stworzyło istną kakofonię dźwięków. Dobiegłem do Targu Rybnego – placu, wokół którego było najwięcej pubów, gdy usłyszałem kroki za sobą, przed sobą i po bokach. Wszystko stukało, jakbym znalazł się w centrum niewidzialnej symfonii grającej tylko na kołatkach. Jedyne, co widziałem to mrok i skaczące cienie.

 

Dobiegłem do najbliższego przystanku, do którego akurat podjechał nocny autobus. Wyglądał jak statek-widmo, który mozolnie płynął przez bezkresny, martwy ocean. Długie, puste ulice nikły w cieniu. Nawet słabe światło latarni nie wystarczało, aby przebić się przez czerń nocy. Wbiegłem przez drzwi, które ledwo zdążyły się otworzyć. Autobus był pusty i wydawał się jechać sam – zakryty, cichy kierowca istniał tylko w teorii. Bałem się podejść i sprawdzić, czy rzeczywiście ktoś prowadzi ten pojazd. Nawet nie kupiłem biletu. W błogiej nieświadomości, zadowolony, że pozostawiłem tupiący zgiełk za sobą, pojechałem do pracy.

 

Fabryki Michelin to kolejne miasto w mieście. Ogromny teren należący do zakładu znajduje się na obrzeżach Olsztyna. Dojechałem tam w czterdzieści minut, lecz droga przez samą wytwórnię opon zajęła mi pozostałe dwadzieścia. Fabryka posiada nawet własną asfaltową drogę, połączoną z główną ulicą miasta sygnalizacją świetlną zakupioną przez Michelin. Autobus przystanął na czerwonym świetle, a drzwi otworzyły się, chociaż przystanek był dopiero za skrzyżowaniem. Wysiadłem szybko, mając nadzieję, że niewidzialny kierowca nie zacznie na mnie krzyczeć, bo chciał tylko przewietrzyć samochód.

 

Szereg budynków z maszynami i placów zapełnionych skrzyniami i gumowymi odpadkami wyglądał jak labirynt. Musiałem dojść do legowiska Minotaura – znajdującego się w centrum gabinetu kierownika, lecz przede mną do pokonania była jeszcze długa alejka. Teoretycznie nie śpieszyłem się, gdyż znałem podejście mojego szefa – spóźniłeś się pięć minut, możesz spóźnić się dwie godziny: opierdol i tak dostaniesz. Praktycznie jednak moje kroki były jak susy w siedmiomilowych butach. Nie byłem pewien, czy nikt za mną nie idzie i z trudem zmusiłem się, aby spojrzeć za siebie. Autobus z otwartymi drzwiami nadal stał na ulicy, chociaż już dawno miał zielone światło. W blasku jego lamp zauważyłem człowieka. Stał na środku, dokładnie przed maską i wyglądał jak posąg ulepiony z cienia. Nie mogłem dostrzec dokładnie jego twarzy i w co był ubrany, lecz doskonale widziałem czarne kontury. Miałem wrażenie, że patrzy w moją stronę. „Kierowca?", pomyślałem, gdy postać przekrzywiła z zaciekawieniem głowę. Nagle ruszyła biegiem w moją stronę, znikając w cieniu, tuż za światłem lamp. Autobus ruszył z otwartymi drzwiami, a ja pobiegłem, jakby goniło mnie stado diabłów.

 

Przechodziłem przez kolejne pomieszczenia fabryki, zamykając za sobą każde drzwi. W końcu stanąłem przed pokojem kierownika. Musiałem się zatrzymać i uspokoić – pozwolić, aby irracjonalny niepokój uleciał z ciała. Po kilku głębokich wdechach, wszedłem do środka.

 

Człowiek siedzący za biurkiem miał wielkie, podkrążone oczy. Wyglądał jak bezdomny. Był zaniedbany i przeraźliwie chudy. Wszędzie poruszał się na elektrycznym wózku, chociaż był zdrowy. Zmizerniały kierownik przeglądał jakieś papierzyska, układając grafik kolejnych dyżurów. Stanąłem przed biurkiem, oczekując solidnego opieprzu – pomimo wątłego wyglądu przełożony miał mocny głos. Długi czas nic się nie działo. Kierownik nadal przeglądał papiery, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi. Mijały minuty, a ja stałem, bojąc się odezwać. W końcu odchrząknąłem głośno.

 

– Jezusmaryja! – krzyknął kierownik, podskakując ze strachu na wózku. – Nie strasz, człowieku! Nie wiesz, że się puka albo mówi „dobry wieczór" przed wejściem?
– No tak, po prostu drzwi były otwarte i pomyślałem, że szef nie będzie miał nic przeciwko – odpowiedziałem zdziwiony.
– Spóźniłeś się – ułożył kilka kartek papieru na kupce i spojrzał na mnie.

 

Chciał przybrać srogi wyraz twarzy i zapewne wygłosić mowę o braku wolnych miejsc w pracy i wielu chętnych czekających na posadę, lecz jego czoło ściągnęło się, a oczy rozszerzyły.

 

– Źle wyglądasz, Marek – jakbyś zobaczył ducha. Nic ci nie jest? – zapytał z nieukrywaną troską.
– No, chyba nie – zdziwiłem się. Takie pytanie z ust szefa lekko zbiło mnie z tropu. – Miałem po prostu ciężką drogę do pracy, nie warto o tym wspominać.
– Na pewno chcesz dziś pracować? Blady jesteś jak ściana, a wory pod oczami wyglądają jak rozmazany makijaż prostytutki.
– Chcę. Potrzebuję pieniędzy i nic mi nie jest.
– Dobra, spadaj do maszyn.
– Tajest! – odpowiedziałem i wybiegłem z gabinetu.

 

Zadowolony, że nie dostałem solidnego opieprzu, udałem się do przebieralni, ponieważ musiałem zmienić strój na uniform do pracy. Pomieszczenie, gdzie znajdowały się przydzielone każdemu szafki, było przestronne i słabo oświetlone. Kilka mizernych lamp rzucało światło na wyjście i prysznice na przeciwległej ścianie – albo oszczędzali na prądzie, albo zwiększali komfort przebierania się w grupie. To drugie od razu można wykluczyć przez lampy nad odsłoniętymi natryskami. Kąpiel w fabryce wyglądała jak taniec na oświetlonej przez reflektory estradzie. Na środku, gdzie mieściła się główna część przebieralni, panował półmrok. Dwumetrowe szafki ustawione były w równe rzędy.

 

Ruszyłem w stronę swojego schowka, zdejmując w biegu ubrania. Przed właściwą szafką stałem już w samych slipach. Z kieszeni zdjętych spodni wyciągnąłem klucz, który miał otworzyć zamek, lecz ten wypadł mi z dłoni – robiłem wszystko jak w ukropie kąpany. Schylałem się, aby podnieść leżący przedmiot, gdy na ziemi zobaczyłem cień człowieka, który stał za moimi plecami. Serce zabiło mi mocniej, lecz dokończyłem czynność ze stoickim spokojem. Złapałem klucz i nagle odwróciłem się, wyciągając go przed siebie w obronnym geście.

 

Za moimi plecami nie było nikogo.
– Kto tu jest?! – krzyknąłem i rozejrzałem się uważnie.

 

Nikt nie odpowiedział. Bałem się, jak tylko może bać się człowiek. Drżącymi dłońmi otworzyłem szafkę i wyjąłem uniform. Nagle gdzieś z boku zamajaczył cień, jakby ktoś na chwilę zakrył lampę. Nie zamykając szafki, w samych slipach, wybiegłem w stronę głównej hali z maszynami.

 

W fabryce było cicho. Gdzieś z tyłu dudniło jedynie głuche echo pracujących machin. Nigdzie nie widziałem ludzi, którzy powinni się krzątać w specjalnych uniformach. „Wszyscy pracują przy maszynach, dlatego ich tu nie ma" – powtarzałem w myślach. Musiałem wziąć się w garść, zrzucić wszystko na zmęczenie i iść zarabiać pieniądze. Ubrałem się w biegu.

 

Przeszedłem przez główną halę, w której było pełno dziwnych machin i taśmociągów do produkcji opon. Dopiero tutaj zrobiło się głośno. Wszędzie tkwiły przyciski bezpieczeństwa, przypominające czerwone, metrowe grzyby. W fabryce często dochodziło do wypadków, również tych śmiertelnych. W końcu zobaczyłem pracowników – smutnych, zaspanych mężczyzn, którym entuzjazm został skradziony w drodze do pracy. Zbliżałem się do stanowiska, gdzie pracuję wraz z Danielem. Mogłem mówić o nim „dobry kolega", a może nawet „przyjaciel". Był jedyną osobą, z którą nawiązałem bliższą znajomość. Obaj pracowaliśmy w Michelin od niedawna.

 

Za następną maszyną zobaczyłem Daniela. Leżał przy taśmociągu, a wokół niego było pełno krwi. Stalowe koła mechanizmu zgruchotały jego prawą rękę, której strzępy leżały na podłodze. Ból musiał być nie do zniesienia, gdyż co chwila tracił i odzyskiwał przytomność. Krzyczał i jęczał na wpół świadom tego, co się z nim dzieje. Hałas włączonych maszyn zagłuszał Daniela. Taśmociąg powoli wciągał go na przesuwającą się w stronę niszczarki platformę. „Zaraz zginie!", pomyślałem i nie potrafiłem się ruszyć. Wiedziałem, że powinienem nacisnąć czerwonego grzyba, aby zatrzymać wszystkie działające maszyny w fabryce, lecz stałem, jakbym zobaczył grecką Meduzę. Płakałem niezdolny do żadnego ruchu. Widziałem, jak maszyna wciąga go na pierwszy etap niszczenia, gdzie wielkie żelazne płyty zamykają się niczym zęby potwora i z reguły miażdżą zużyte opony.

 

Zobaczyłem, jak reguły zostały złamane, a krew, nie guma, wypłynęła spod zaciśniętych szczęk.

 

Mimowolnie spojrzałem na cyfrowy zegarek. Ręka z wyświetlaczem sama uniosła się do góry. Nie chciałem tego. Jedyne, czego pragnąłem, to usiąść i płakać, aż do skończenia świata. „Dwudziesta trzecia trzydzieści, dziesiąty sierpnia" – odczytałem, kiedy już łzy mi na to pozwoliły. Wtedy pomyślałem, że zegarek się zepsuł. Upadłem na kolano, gdy tylko oddano mi władzę nad ciałem.

 

Daniel stał przy taśmociągu, wrzucając na niego kolejne, zużyte opony. Żył, a ja nadal płakałem po jego stracie. Nagła ulga, którą odczułem, zwaliła mnie na drugie kolano. Wyglądałem jakbym się modlił. I było to prawdą – w duchu dziękowałem Bogu. „Jezu, coś jest ze mną nie tak", pomyślałem, gdy tylko doszło do mnie, co przed chwilą zobaczyłem. Otarłem wilgotne oczy i wstałem z podłogi.

 

Daniel nawet na mnie nie spojrzał. Pracował jak zahipnotyzowany. W końcu podniósł wzrok w moją stronę, a ja uśmiechnąłem się i podniosłem dłoń, aby pomachać. Nie odwzajemnił żadnego z gestów, zniżył tylko głowę i wrócił do bezużytecznych opon. Jego twarz była smutna i zmęczona – pracował, lecz nie chciał, jak każdy zresztą. Zastanawiałem się, czy się na mnie nie obraził, lecz nie znalazłem powodu, dla którego mógłby. Podszedłem i złapałem go za ramię.

 

– Ej, co jest? – zapytałem wprost.
– Kurwa! – krzyknął i wypuścił z dłoni oponę. – Chcesz przyprawić mnie o zawał, koleś? Nie widziałem, że się zbliżasz – powiedział spokojniej.
– Jak to nie? Spojrzałeś na mnie. Nawet pomachałem, lecz nic sobie z tego nie zrobiłeś. Obraziłeś się czy co?
– No co ty? Nie wkręcaj. Zastanawiałem się właśnie, gdzie jesteś i czemu się spóźniasz. Niemożliwe, że cię nie zauważyłem.
– A jednak.
– Taa – zbagatelizował sprawę. – Jezu, jaki ty brzydki dzisiaj jesteś. Co się stało? – dodał z przekąsem, zmieniając temat.
– Sam już nie wiem. Miałem ciężką podróż do pracy, ktoś cały czas za mną chodzi, a do tego przed chwilą pomyślałem, że nie żyjesz.
– Co? O czym ty gadasz?
– No właśnie. Sam nie wiem, o czym. To nieracjonalnie, ale wszystko zaczęło się od kroków na Starówce... – opowiedziałem mu wszystko dokładnie, nie zapominając o rozmowie z szefem i cieniach w przebieralni, lecz on w ogóle mnie nie słuchał. Jego oczy były nieobecne, myśli daleko, a dłonie bez entuzjazmu przerzucały opony. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! – krzyknąłem.
– Matko Święta! Co ty tu, do cholery, robisz? Myślałem, że poszedłeś pracować – odpowiedział i wrócił do utylizacji gumy.
Jego oczy znów spojrzały w niematerialny punkt za moimi plecami, a ja już wiedziałem, że zapomniał o mnie, tak jak ryba, która zapomina po trzech sekundach, że ma ogon.
– Co tu się dzieje? – szepnąłem i wolnym krokiem odszedłem od Daniela.

 

Pracowałem na wysokiej maszynie, rodzaju stałego dźwigu, która za pomocą szczypiec podnosiła wielkie skrzynie zapełnione oponami i przenosiła je na ciężarówki. Załadowane samochody wyjeżdżały z rana w trasę po krajach Europy, rozwożąc zamówienia. Ze swojego miejsca widziałem większość maszyn i obsługujących je pracowników. W dniu, w którym wszystko się skończyło, nie widziałem prawie nic.

 

Siedziałem w kabinie maszyny i przenosiłem kolejne skrzynie. Próbowałem o niczym nie myśleć, mając nadzieję, że jak zejdę na dół, to wszystko wróci do normy. Pod koniec zmiany, jak zawsze, wspiąłem się na sam czubek dźwigu, aby spojrzeć dookoła i zachłysnąć się ogromem fabryki. Serce zabiło mi mocniej, gdy jedyne, co zobaczyłem to kilka najbliższych maszyn. Wydawało mi się, że dalej kończy się świat – ciemna pustka rozciągała się dookoła, jakby ktoś zrobił głupi kawał i nałożył ogromną, gumową kopułę z opon na kawałek fabryki. Dopiero, kiedy przeszedłem parę kroków przed siebie, dostrzegłem, wyłaniające się kolejne maszyny. Pojawiały się powoli jak zza mgły stworzonej z cienia. Coś stało się z moim wzrokiem, percepcja uległa zmniejszeniu. Czułem się jak muzyk na oświetlonej estradzie – halogeny oślepiały oczy, pozwalając dostrzec jedynie najbliższe otoczenie, ukrywając w mroku tłum widowni. Zszedłem z dźwigu, o mało z niego nie spadając, i pobiegłem do przebieralni.

 

– Dom, dom, dom, w domu wszystko będzie dobrze – powtarzałem szeptem jak zaklęcie; tak bardzo chciałem w nie uwierzyć.

 

Pędziłem, a wokół mnie majaczyły cienie. Nie były już mgłą, lecz wyglądały, jakby oderwały się od ludzi. Widziałem je wszędzie – szły koło pracowników, siedziały na fabrycznych ławkach, biegały i skakały między maszynami. Nagle rzuciły się na mnie. Z początku poczułem tylko zimno przechodzące falami przez ciało, ale z każdym następnym uderzeniem cieni pojawiał się lekki ból. Czułem, że ich niematerialne dłonie łapią mnie za nadgarstki i próbują zatrzymać. Walczyłem, wyrywając się z uścisków. Widziałem, jak niektóre z nich stoją gdzieś z boku i tylko spoglądają w moją stronę. Kilkoro niemych świadków złożyło ręce w modlitewnym geście. Mogli o coś prosić – mnie lub pozostałych cieni – jednak wolałem tego nie wiedzieć. Wyzwoliłem się i pobiegłem do domu, omijając przebieralnię i zostawiając w tyle fabrykę pełną cieni.

 

Lipcowe poranki w Olsztynie są jak łza. Kiedy tylko wschodzi słońce i pojawia się mgła, wypełzając wężowatymi smugami znad jezior, wszystko robi się wilgotne. Z każdą minutą promienie słońca coraz mocniej łaskoczą i osuszają ziemię. Mgła rzednieje i ukazuje suchą twarz miasta, które już nie pamięta, że płakało.

 

Dla mnie, w dniu, w którym wszystko się skończyło, mgła w Olsztynie miała pozostać już na zawsze. Biegłem, dopóki w płucach nie przebudził się smok. Zionął potwornym ogniem, powodując palący ból i nie zamierzając przestać. Czasami coś zakłuło, jakby właśnie wbił się pazurami, przecinając delikatne tkanki. Mimowolnie zwolniłem tempo, wycierając pot z czoła. Zatrzymałem się przed przejściem dla pieszych niedaleko Wysokiej Bramy. Przede mną migało czerwone światło.

 

O tej porze miasto budzi się, a ludzie wychodząc na ulice, zmierzają do pracy. Wyglądają jak lunatycy wędrujący na jawie, lecz pogrążeni w krainie snu. Ich twarze są beznamiętne, usta ciche, a kroki niepewne. Zawsze spoglądałem na nich zadowolony, że dopiero zaczynają pracę, a ja już ją skończyłem. Tym razem głównie widziałem cienie, a ludzi dopiero, gdy na nich wpadłem.

 

Ciemny klosz nade mną zmniejszał się, a wokół mnie zaległa szara mgła. Czułem się jak w klatce. Cienie z fabryki pojawiły się również tutaj, lecz wyglądały inaczej. Nabrały kształtów i wyrazistości, przypominając duchy z czarno-białego filmu. Siedziały na ławkach, snuły się po ulicach i chodziły za ludźmi, nie odstępując ich na krok. Niektóre płakały, wyciągając dłonie w stronę idących przed nimi osób. Próbowały ich dotknąć, lecz cofały ręce, jakby napotykały ścianę ognia.

 

Trząsłem się ze strachu i wysiłku, lecz pobiegłem dalej. Tym razem to łzy, nie pot, kapały na ziemię, znacząc drogę. Trasę rozpoznawałem po krawężnikach, ponieważ prawie nic nie widziałem. Była noc, choć przed chwilą wstał dzień.

 

Stanąłem przed rozsypującą się kamienicą, z której właśnie ktoś wychodził. Słyszałem echo kroków i skrzypienie drewnianych schodów. Czekałem na zewnątrz, uspokajając smoka w płucach, drżenie kolan i cieknące łzy.

 

– Tato, przyjedziesz po mnie do szkoły? – usłyszałem głos mojej siostry, która jako pierwsza wyszła z budynku.

 

Za nią pojawiła się reszta rodziny, a wraz z nimi wizje. Zobaczyłem, jak siostra ginie w wypadku samochodowym, gdy pijany kierowca wyprzedza ciężarówkę i zderza się z nią czołowo. Na tylnych siedzeniach jej auta siedziała dwójka malutkich dzieci – jej dzieci. Nie przeżyły wypadku. Widziałem, jak brat umiera, wciągając ostatnią w życiu ścieżkę kokainy. Miał tylko dwadzieścia pięć lat. Matka odchodzi najwcześniej, a ojciec starzeje się powoli; bez rodziny, za to z wódką i w smutku. Umiera w swoim łóżku. Jego ciało znajduje dopiero komornik z policją, który przychodzi po zapłatę za zaległe rachunki.

 

– No nie wiem, nie wiem. A co za to dostanę? – zapytał ojciec.
– Tato! – oburzyła się.
– Dobra, dobra. O której kończysz?
– O piętnastej, tak jak zawsze.
– Nie gadajcie już, tylko szybko do samochodu! Spóźnię się przez was! – wtrąciła matka.

 

Stałem na ich drodze, lecz nawet na mnie nie spojrzeli. Chwilę przed tym zanim się zderzyliśmy, jakaś siła odciągnęła mnie do tyłu. Walnąłem plecami o ścianę kamienicy i upadłem na ziemię. Rodzina przeszła obok, nie zwracając uwagi na odpadający od uderzenia tynk i nie słysząc mojego wołania.

 

Tego dnia, w którym zaginąłem, przestałem istnieć dla świata.

 

***

 

Siedzę w kuchni i patrzę na śmierć mojej matki. W domu nie ma nikogo, więc nikt jej nie uratuje. Przyzwyczaiłem się już do tego, że umrze, przecinając żyły kuchennym nożem. Zawsze miałem nadzieję, że nie poczuje bólu, a wszystko zakończy się szybko. Mam zamiar poczekać, aż w końcu jej serce przestanie bić, a podłogę pokryje krew. Zastanawiam się, czy wychodząc, pozostawię chociaż ślady na rozlanej purpurze. Może ktoś zauważy?

 

Pogodziłem się już z losem i przestałem zadawać sobie pytanie „dlaczego ja?". Wiem, że Olsztyn skrywa w sobie tajemnice niedostępne dla ludzi. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że to miasto żyje. Słyszę jego szepty, a nawet czuję zmiany nastroju. Od dnia, w którym zaginąłem, stałem się jego częścią. Jestem mrokiem, jaki wypełza po zmierzchu, cieniem chodzącym za ludźmi i ciemnością zalegającą w piwnicach. To ja pilnuję nocą śpiących i daję schronienie uciekającym. Miasto bez cienia jest jak ciało bez duszy.

 

Beze mnie Olsztyn jest martwy.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!