Pielgrzymka

EWA BAUER

PIELGRZYMKA *

 

Jeśli Bóg da to w tym roku nareszcie będzie mi dane pójść na pieszą pielgrzymkę do Łagiewnik. Od kiedy zostałem wikariuszem w parafii Bożego Miłosierdzia, na pielgrzymkę poszedłem tylko raz. W zeszłym roku, na dzień przed podróżą poślizgnąłem się na posadzce przed kościołem i złamałem nogę, dwa lata wcześniej wezwano mnie do umierającego ojca, oczywistym było, że pojechałem do niego. Zbiórka tegorocznych pielgrzymów odbywa się w kościele św. Józefa na Kole z samego rana, to tam do Częstochowy zjeżdżają ludzie z całej okolicy. Najpierw jest msza święta, a potem wymarsz w kierunku malowniczego Olsztyna. Nie będę uczestniczył w mszy, bo w tym czasie odprawiam nabożeństwo we własnej parafii. Planuję dotrzeć na godzinę wymarszu i dalej modlić się już wspólnie z pielgrzymami.

 

– Jak to już wyszli? Kiedy? – Nie mogłem uwierzyć w swojego pecha. Pielgrzymka wyruszyła pół godziny wcześniej, albo to ja się spóźniłem. Zapomniałem zegarka, nawet nie mogłem sprawdzić która jest godzina.

– No właśnie, my też się spóźniliśmy. Mieliśmy objazd na drodze z Warszawy, choć wyjechaliśmy jeszcze z zapasem – kiedy rozmawiałem z zakonnicą sprzątającą kościół podszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku. W pewnej odległości stała czarnowłosa kobieta, pilnując dwóch turystycznych plecaków. Kiedy tak rozmawialiśmy o nieszczęściu jakie nas spotkało, nadeszło kilka innych osób:

– Proszę księdza, przepraszamy za spóźnienie. Jesteśmy gotowi do drogi – około dwudziestoletnia dziewczyna wskazała na siebie i swoją koleżankę. – A co nas tak mało? Myślałam, że to będzie kilkudziesięcioosobowa pielgrzymka.

– Proszę państwa, obawiam się, że wszyscy spóźniliśmy się. Niestety pielgrzymi już wyruszyli, wracajcie do domów.

– Jak to wracajcie? Jesteśmy gotowi, ksiądz też, jeśli teraz wyruszymy to na pewno ich dogonimy. To co idziemy? – młoda dziewczyna była pełna zapału.

– Ilu nas jest?

 

Nim się obejrzałem, wokół mnie zebrała się mała grupka. Zastanowiłem się chwilę, ale widząc wyczekujące spojrzenia ludzi, postanowiłem, że zrealizuję ich życzenie. W końcu dogonimy grupę. Trasę mniej więcej znałem.

 

– Nazywam się Adam, jestem wikariuszem w parafii Bożego Miłosierdzia, miałem być uczestnikiem pielgrzymki ale, podobnie jak państwo, spóźniłem się. Myślę, że możemy wyruszyć w drogę razem i dogonić grupę. Wieczorem powinniśmy dotrzeć do Żarków, tam mają nocleg. Proponuję, żebyśmy się przedstawili skoro mamy być współtowarzyszami podróży. Za chwilę ruszymy, pomodlimy się wspólnie i porozmawiamy ze sobą – wczułem się w rolę przewodnika. Pierwsza głos zabrała czarnowłosa kobieta:

– Ja się nazywam Klara, a to jest mój mąż Wiesław. Jesteśmy z Warszawy.

– Zenon z Nowej Wsi – odpowiedział mężczyzna, który nie wiadomo kiedy podszedł do grupy.

– Jadzia i Kasia, jesteśmy siostrami, – ten fakt nie ulegał wątpliwości, były podobne jak dwie krople wody, a mimo to dziewczyna dodała – bliźniaczkami. Z Częstochowy.

– A czy my nie będziemy przeszkadzać? Planowaliśmy udać się w pielgrzymkę w intencji mojego zmarłego męża, ale Piotrusiowi zachciało się do toalety. Jak wyszliśmy, grupy już nie było. A... ja mam na imię Zosia, a to są moje dzieci: Piotruś i Izunia.

 

Zastanowiłem się, czy na oko ośmio i dziesięcioletnie dzieci nie będą nas opóźniać w wędrówce, zwłaszcza że mamy sporo czasu do nadrobienia, jednak ich matka zapewniła mnie, że to już trzecia pielgrzymka w ich życiu i że doskonale sobie poradzą. Zgodziłem się.

 

Pozostała jeszcze dwójka młodych ludzi, byli nieśmiali, siedzieli z boku, na murku i przysłuchiwali się naszym rozmowom.

 

– Państwo idą z nami?- zapytała Klara.

– Taak... jeśli można. Jestem Ania, a to mój narzeczony Waldek. A to bezpiecznie iść w tak małej grupie? – zapytała nie bez wahania.

– Bóg będzie nam towarzyszył. Nie przedłużajmy, ruszajmy. – I tak stałem się przewodnikiem dziesięcioosobowej grupy. Szkoda, że nie było z nami żadnej zakonnicy, obawiałem się, że mój głos nie zachęci ludzi do śpiewania pieśni. A przecież piesza pielgrzymka to modlitwa i pieśni. Nie takie wyzwania jednak stawiał przede mną Bóg, po krótkiej medytacji w kościele, ruszyliśmy wreszcie w drogę.

 

Mieliśmy już około dwóch godzin opóźnienia, szanse że dotrzemy do Żarków przed nocą były niewielkie, trzeba będzie zorganizować sobie inny nocleg. Przez kilka godzin szliśmy modląc się i śpiewając. Jeśli chodzi o pieśni to prym wiodły bliźniaczki, które okazały się wieloletnimi uczestniczkami oazy, nie tylko znały cały repertuar, ale jakże miło było słuchać ich delikatnych i czystych głosów. Widać było wysiłek na twarzach wszystkich, byli nierozgrzani, nie nawykli do wielogodzinnych wędrówek. Tym bardziej że upał był niemiłosierny i pot lał się z nas strumieniami. Schowałem sutannę do plecaka, zwykła koszula z krótkim rękawem wystarczająco mnie grzała.

 

Najmłodsza z dziewczynek zaczęła płakać, że obtarł ją bucik, jednak brat wciąż pofukiwał na nią, że jest beksa i musi wziąć się w garść. W końcu, Zenon zaproponował, że weźmie dziecko na barana, na co matka, po chwili wahania wyraziła zgodę. Widziałem jej determinację, bardzo chciała odbyć tę pielgrzymkę, czułem, że jej motywacja jest silniejsza niż reszty towarzystwa. Zrobiliśmy przerwę obiadową. Zjedliśmy kanapki, pomimo upału wypiliśmy herbatę. Dziś nie było czasu na gorący posiłek, każdy z nas miał zapasy jedzenia, odpoczynek z konieczności był krótki. Dochodziła godzina dwudziesta, grupa milcząco powłóczyła nogami, do celu mieliśmy jeszcze około pięciu kilometrów.

 

– Nie dam już rady – Kasia usiadła na poboczu drogi, a zaraz za nią jej siostra. – Proszę księdza, a nie można by zrobić noclegu gdzieś bliżej? Wchodzimy do jakiejś wsi, może moglibyśmy się tu zatrzymać?

 

Co było robić. Nie dogoniliśmy dziś grupy, jeszcze możemy zrobić to jutro. Poszedłem do kościoła w pobliskiej wsi i poprosiłem o nocleg dla mojej małej trzódki. Udostępniono nam stodołę i kilka koców. Noc była ciepła, jeszcze możliwość skorzystania ze studni i byliśmy zadowoleni. Zmówiliśmy wspólnie wieczorny pacierz, a potem, nie wiadomo kiedy, wszyscy padliśmy jak muchy.

 

Nazajutrz, wyruszyliśmy z samego rana, znów przyświecał nam cel dogonienia pielgrzymki. Tym razem jednak towarzystwo było dziwnie milczące, próbowałem intonować pieśni i modlić się, jednak każdy tylko mruczał pod nosem. Około południa humory trochę się poprawiły, wędrowcy zaczęli nawiązywać ze sobą bliższy kontakt. Podeszła do mnie Zosia i zagadnęła:

 

– Mam nadzieję, że nie gniewa się ksiądz na mnie, że idziemy razem. Widzi ksiądz, dzieci już się mają lepiej, wczorajszy kryzys został zażegnany. Zależało mi bo... od trzech lat, kiedy zginął mój mąż, chodzimy na piesze pielgrzymki, ale tę trasę robimy po raz pierwszy. Zawsze modlimy się w intencji Tadeusza, bardzo nam go brakuje.

– A jak zginął pani mąż, jeśli wolno zapytać?

– Tadeusz... popełnił samobójstwo. Któregoś dnia przyszedł z pracy i powiesił się w łazience na sznurze. Nie zostawił listu, nigdy nie dowiedziałam się dlaczego to zrobił. Ale to był dobry człowiek i modlę się za jego duszę. Modlę się też za dzieci, żeby miały siłę żyć, żeby nigdy nie wybrały tej drogi co ich tata.

– Musiała to pani bardzo przeżyć. Pewnie ciężko samej wychowywać dwójkę dzieci?

– Dzieci są wspaniałe, to żaden kłopot. Ale brakuje mi Tadeusza, bardzo go kochałam, byliśmy zgodnym małżeństwem, nie mieliśmy żadnych problemów.

– Wieczorem odprawimy Mszę Świętą gdzieś na polu, zbierzemy intencje od wszystkich i zawierzymy je Bogu. Będziemy modlić się również za Tadeusza.

– Dziękuję – Zosia odeszła, by chwycić za ręce swoje dzieci i wraz z nimi zaintonować pieśń. Zastanawiałem się, co też może motywować pozostałych współtowarzyszy podróży i ogłosiłem krótki postój.

– Moi drodzy! Prawdopodobnie znów nie dogonimy pielgrzymów z Częstochowy, będziemy szli swoim tempem, żeby dotrzeć do Sanktuarium w Łagiewnikach, na czas czy nie, to bez znaczenia, ważne byśmy nie zrezygnowali gdzieś po drodze. Wieczorem, w miejscu naszego noclegu, odprawimy Mszę Świętą. Chciałbym żeby każdy z was zastanowił się nad intencją. Tymczasem odpocznijmy chwilę i zajdźmy do gospody na ciepły posiłek.

 

Zadowoleni, odpoczęci i najedzeni ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Słońce jeszcze było wysoko. Według mapy, do najbliższej miejscowości gdzie moglibyśmy szukać noclegu było siedem kilometrów. Teren mocno zalesiony, ale droga wyglądała na uczęszczaną, dlatego podjęliśmy decyzję, by nią pójść. Trasa ta różniła się od trasy pielgrzymkowej, bo poprzedniego dnia, dla skrócenia drogi wybraliśmy inną, w efekcie całkowicie zmienił się nasz szlak. Las wzdłuż którego szliśmy był przyjemny, sosnowy z miękkim poszyciem z mchu i igliwia. Słońce przebijało się przez drzewa, dając przyjemne ciepło, jednak nie na tyle by było ono uciążliwe.

 

– Księże Adamie, a długo ksiądz jest wikariuszem?

– Od sześciu lat, Zenonie. A ty? Masz rodzinę?

– Nie. Jestem kawalerem, już starym – mężczyzna zaśmiał się. – Tak się złożyło, że nie znalazłem żony. Długo mieszkałem z rodzicami, opiekowałem się chorą matką, nie miałem czasu na kobiety. Skoro Bóg tak chciał, zostałem sam. Rodzice już nie żyją. Miałem jedną narzeczoną, ale zostawiła mnie, bo nie miałem dla niej czasu.

– To przykre, ale widać nie była kobietą dla pana.

– Pewnie tak, tylko widzi ksiądz, ja od zawsze chciałem mieć dzieci. Córeczki.

– Widziałem jak troskliwie opiekował się pan Izunią, byłby z pana dobry ojciec – moja uwaga sprawiła mu radość, ale za chwilę na jego twarzy pojawił się smutek.

– Izunia jest wspaniała, śliczna i taka mądra. Słyszał ksiądz jak opowiadała o miejscach świętych? Ma dużą wiedzę i widać, że to dziecko chowane jest w dobrej katolickiej rodzinie. Piotruś też jest bardzo grzeczny. Tak, takie dzieci chciałbym mieć.

– Może jeszcze będzie panu dane. Trzeba się modlić. Jeszcze może pan spotkać kobietę, która urodzi panu dzieci.
Szliśmy dalej w milczeniu, obserwowaliśmy dzieci Zofii, które goniły latające przy drodze motyle. Biła z nich taka dziecięca łagodność i szczerość. Podziwiałem Zosię, że potrafiła ich tak mądrze wychować, pomimo nieszczęścia jakie ich spotkało.

– Musimy zrobić postój – podbiegł do nas Waldek. – Ania źle się czuje.
Dziewczyna pochyliła się nad zaroślami i zwymiotowała. Pewnie zaszkodziło jej coś na obiedzie. Może mięso było nieświeże. Ja na szczęście jadłem tylko żurek i pierogi ruskie. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aż Ania poczuje się lepiej. Napiła się wody i po chwili odpoczynku, postanowiła, że dalej będzie podróżować.

– Jesteśmy w środku lasu, musimy dotrzeć do wsi przed zmrokiem. – wstała z trawy i na chwiejnych nogach ruszyła naprzód.

– To prawda, że jeszcze kawał drogi przed nami, ale jeśli się źle czujesz to może wezwiemy pomoc – Waldek sięgnął po komórkę. – O kurczę, nie mam zasięgu. Czy ktoś ma telefon?

 

Odruchowo pomacałem się po kieszeniach, czyżbym i tego zapomniał? Od dziecka byłem zapominalski, ale wybierając się w pieszą wędrówkę, a tym bardziej biorąc odpowiedzialność za grupę powinienem mieć telefon przy sobie.

 

Kilka osób, które dysponowało komórkami również nie miało zasięgu.

 

– Tym bardziej musimy iść na przód – skwitowała blada jak ściana Ania i ruszyliśmy przed siebie. Słońce chowało się za drzewami, szliśmy bardzo wolno, Ania słabła, dlatego próbowałem odwrócić trochę jej uwagę od stanu zdrowia.

– Długo jesteście narzeczeństwem? Kiedy planujecie ślub?

– Znamy się od pięciu lat, ale Waldek oświadczył mi się miesiąc temu. Wcześniej byliśmy tylko kumplami. Ślub chcemy wziąć na Boże Narodzenie.

– Mieszkacie razem? – zadałem podchwytliwe pytanie, by dowiedzieć się z jakimi ludźmi mam do czynienia.

– No co ksiądz sobie wyobraża. Zamieszkamy razem dopiero po ślubie. Dla nas to ważne, żeby zachować czystość. – Ania znów zbladła i odbiegła w kierunku pobliskich krzaków.

 

Mieliśmy problem. Dzieci marudziły, Ania była bardzo słaba, a pozostali pielgrzymi sprawiali wrażenie naburmuszonych. Zaczynało zmierzchać, a my nie dotarliśmy jeszcze do żadnej wsi, chciałem przecież odprawić jeszcze Mszę. Nie mogliśmy zostać w lesie, nie znaliśmy terenu, mogło być niebezpiecznie, zimno, leśna zwierzyna, brak wody. Trzeba było iść przed siebie, bez względu na wszystko. I znów silny Zenon okazał się pomocny. Wziął Anię na ręce i niósł, oddając swój plecak Waldkowi, który, widać było, załamał się stanem zdrowia narzeczonej.

 

– Chyba widzę coś! Tam! – Jadzia wskazała ręką kierunek. – Widzicie, jakby wieża jakaś... Może to kościół?

 

Pomimo ogromnego zmęczenia przyśpieszyliśmy kroku. Tak, to chyba była wieża kościoła. Raz pojawiała się, raz znikała za drzewami. Zaraz będzie całkiem ciemno, jeśli stracimy ją z oczu, możemy zabłądzić. Wieża wskazywała kierunek prostopadły do drogi, należało całkiem odbić w las. Postanowiliśmy to zrobić.

 

– Tylko trzymajcie się w kupie, bo jak ktoś się oddali i zostanie, nie będzie łatwo go odnaleźć – ostrzegłem.

– Mamusiu, boję się – Izunia przytuliła się do matki, z drugiej strony trzymał ją też Piotruś.

– Ktoś idzie z naprzeciwka, wiedzę cień – przez chwilę nie rozpoznałem czyj to był głos, ale za chwile dotarło do mnie, że to Klara. Wytężyłem wzrok. Nie widziałem nic. Co gorsze, nie widziałem też wieży i nie byłem pewien czy idziemy w dobrym kierunku. Z oddali dało się słyszeć wycie jakiegoś zwierzęcia. Dzieci zaczęły płakać.

– Aniele Boży, Stróżu mój ... - zaintonowałem na głos, by dodać im otuchy. Wszyscy, jak jeden mąż powtarzali za mną słowa modlitwy.

– Ten ktoś tu idzie, ale nie przybliża się. Mam wrażenie, jakbyśmy to my się cofali. Wciąż mijam te same pnie, co przed chwilą – głos Klary wyrażał panikę. Nadal nic nie widziałem, co gorsze przestawałem widzieć towarzyszy.

– Jest strasznie ciemno, nie widzę was. Odzywajcie się po kolei, żebym wiedział, że jesteśmy wszyscy.

- Klara, Wiesław, Zosia, Iza, Piotrek, Ania, Zenek, Jadzia, Kasia – słychać było z różnych stron imiona. Uspokoiłem się, byli wszyscy. Las stawał się coraz gęstszy.

– Widzę światełko – krzyknęła Jadzia – jesteśmy blisko.

 

Ja nadal nic nie widziałem, przetarłem oczy, żadnej poprawy. Brnąłem przed siebie wyczuwając drzewa rękoma, czułem się tak, jakby ktoś przewiązał mi oczy chustą. Wycie wilków nie ustawało.

 

– Jest droga – ktoś zawołał – i znak: Witajcie w Strzyżewie. Hurra! Nie zjedzą nas wilki...
Poczułem twardy grunt pod nogami, a nie jak dotychczas mech i igliwie.

– Gdzie jesteście? Noc jest tak czarna, że nic nie widzę. Gdzie ten znak?

– Księżulku, co się stało? Przecież księżyc świeci, tu widać całkiem dobrze.

– Widzicie siebie? I mnie? I drogę?

– Oczywiście, jest noc, ale po wyjściu z lasu, całkiem wszystko widać. Jesteśmy wszyscy. Zaraz... a gdzie ten młody chłopak? – do moich uszu dobiegł głos Zenona.

– Waldek? – Ania zawołała słabym głosem – Gdzie jest Waldek?

– Kiedy go ostatni raz widzieliśmy?

– Był z nami w lesie. Trzeba go szukać. O rany! – pielgrzymi zaczęli panikować.

– Ja tam do lasu już nie wejdę, idę prosto do wsi, dzieci są przerażone – stanowczo oznajmiła Zosia.

– Musimy się rozdzielić, ktoś tu zostaje, ktoś idzie do wsi po pomoc. Telefony dalej nie działają.

 

Bliźniaczki oznajmiły, że się boją i nie odejdą ode mnie. Nadal nic nie widziałem, jakaś czarna chmura przysłoniła mój wzrok. Pewnie to ze zmęczenia. Tylko co teraz miałem robić. Czułem się odpowiedzialny za Waldka, nie mogłem zostawić go samego w lesie, ale bez wzroku nie mogłem też go szukać.
Podjęliśmy decyzję, że ja z kobietami i dziećmi pójdę do wsi, a Zenon i Wiesław wrócą do lasu szukać Waldka. Niestety nikt z nas nie wziął ze sobą latarki, jedynie wyświetlacz telefonu dawał jakiś blask.

 

– Tylko nie rozdzielajcie się, bo i wy się pogubicie. Za godzinę wróćcie do wsi, my spróbujemy zorganizować jakąś pomoc – powiedziałem do mężczyzn, a następnie poprosiłem Klarę, żeby chwyciła mnie pod rękę, bo nadal byłem ślepy jak kret. – Opowiadaj, co widzisz po drodze.

 

Z tego co relacjonowała mi kobieta, szliśmy piaszczystą drogą na skraju lasu, po drugiej jej stronie rozpościerała się polana. Księżyc świecił dość mocno, widoczność była dobra. Przynajmniej dla nich. Na horyzoncie widniały kontury zabudowań, znów pojawiła się wieża kościoła. Uważałem to za dobry znak, skoro we wsi jest kościół, z pewnością znajdziemy schronienie. Nagle usłyszeliśmy dźwięk bezwładnie upadającego ciała i wrzask przestraszonych dzieci. Okazało się, że to Ania straciła przytomność. Bliźniaczki usiłowały ją cucić, dzieci płakały a ja modliłem się, bo tylko taką pomoc mogłem zaoferować. Wtem tuż za plecami usłyszałem szorstki głos:

 

– Kim jesteście?

 

Odwróciłem się, by spojrzeć na przybysza, ale szybko zrozumiałem, że wciąż nie mogę tego zrobić. Kobiety milczały, musiałem przejąć inicjatywę. Komplikacji dodawał fakt, że nie wiedziałem ani gdzie znajduje się owa osoba, ani jakiej jest płci.

 

– Szczęść Boże. Jesteśmy pielgrzymami, zbłądziliśmy w lesie. Szukamy noclegu i pomocy. Część z nas źle się czuje, jeden towarzysz zaginął w lesie.

– Skoro tu jesteście to znaczy, że to miejsce dla was. Dostaniecie nocleg. Za mną – kiedy postać odezwała się, poczułem przenikliwy chłód na ciele. Głos pochodził chyba od kobiety, ale nie byłem tego pewien, brzmiał nienaturalnie i przerażająco. Klara, która wciąż trzymała mnie pod rękę drżała, palce zacisnęła na moim łokciu.

– Boję się – szepnęła mi do ucha. Pomimo tragicznej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy poczułem, że i ja zadrżałem. Nie z zimna czy strachu. Z podniecenia. Wiedziałem, że stoi przy mnie Klara, ale jej szept i dotyk sprawił, że wyobraziłem sobie Zuzannę. Zuzannę, o której usilnie starałem się zapomnieć.

 

Szliśmy jeszcze przez chwilę drogą, Klara opowiadała szeptem, że prowadzi nas stara kobieta w łachmanach, słyszałem jej ciężki posuwisty krok i dyszenie. Stanęliśmy przed budynkiem, jak się okazało, gospodą. Nieznajoma wskazała drzwi i powiedziała, że tu możemy zanocować. Nie wiedzieć czemu, kiedy odzywała się czułem niewyobrażalny chłód, za chwilę natomiast dotyk Klary palił moją rękę jak ogień. Nie rozumiałem co się ze mną dzieje.

 

– Ulokujmy się tu, dzieci i Anna położą się spać, a my spotkamy się na modlitwie. Jest nam teraz bardzo potrzebna. Wszystkim – głos mi drżał kiedy to mówiłem, miałem wrażenie, że one wiedzą co dzieje się w moim umyśle.

 

Weszliśmy do gospody, w progu przywitał nas ktoś inny:

 

– Witam państwa. Ile pokoi przygotować? Czy posilą się państwo najpierw? – usłyszałem kobiecy głos, który sprawił, że znów zrobiło mi się słabo. Miałem omamy, to nie możliwe żeby Zuzanna była w tej wsi.

– Witamy pana – to Zosia zabrała głos – chcielibyśmy położyć dzieci, są bardzo zmęczone. I prosimy o pomoc. Zaginął jeden z pielgrzymów, pozostali dwaj szukają go w lesie. Proszę nam pomóc – błagała.

 

Już miałem włączyć się do rozmowy, gdy uświadomiłem sobie, że Zosia powiedziała Witamy pana. Ja może jestem ślepy, ale tak pięknego kobiecego głosu nie można było pomylić z męskim.

 

– Oczywiście, zaraz się tym zajmiemy. Proszę z dziećmi na górę, pewnie chcą panie skorzystać z łazienki. A ksiądz może zostanie i napije się ze mną herbaty? – ten głos był jak pieśń dla mych uszu.

– Skąd pan wie, że to ksiądz? – zapytał nagle Piotruś – przecież nie ma sutanny.
Czy oni powariowali? Znowu pan?

– Jesteśmy sami. Nareszcie. Adasiu, tęskniłam za tobą...

 

Stałem jak oniemiały. To musiała być Zuzanna, ale co ona robiła w tej wsi? A co gorsze, dlaczego tak do mnie mówiła? Nigdy nie powiedziałem jej jak na mnie działa. Czyżby i ona czuła to samo? Nagle poczułem dotyk w okolicy ucha, coś miękkiego, trochę wilgotnego gładziło mój policzek. Czułem narastające podniecenie. Czyżby to był język? Jej język? Nie to nie dzieje się naprawdę. Pragnąłem jej całym sobą, a nade wszystko chciałem na nią patrzeć. Nie, teraz chciałem jej dotykać, patrzyłem na nią przez rok, kiedy stała na chórze i dumnie wypinała pierś. Do dnia, gdy wyjechała. Tęskniłem za jej widokiem, spojrzeniem, nieśmiałym uśmiechem. Zuzanna była moją muzą, ucieleśnieniem piękna i dobroci. Nie sądziłem, by zdawała sobie sprawę jak wiele dla mnie znaczy, a tu spotkała mnie taka niespodzianka. Dlaczego straciłem wzrok, teraz kiedy miałem ją przy sobie i chciałem patrzeć, mieć, dotykać i czuć. Jej oddech był coraz szybszy, delikatne dłonie oplatały mój kark, moje ręce na oślep szukały jej jędrnego ciała...

 

– Proszę księdza, nigdzie go nie ma – wtem otworzyły się drzwi gospody i wpadli zziajani Zenon i Wiesław – znaleźliśmy tylko plecak Zenona, w miejscu w którym wziął Anię na ręce. O... dobry wieczór panu, czy coś grozi Waldkowi w tych lasach? Noc ciepła, stanie mu się coś gdyby do rana został w lesie? – Zenon wdał się w rozmowę z moją Zuzanną, a ja słuchałem jej melodyjnego głosu i wciąż czułem na sobie jej dotyk. Dlaczego Zenek rozmawiał z nią jak z mężczyzną, nie rozumiałem. Cała sytuacja wydała mi się nieprawdziwa, ale czułem się zbyt dobrze, by jej zaprzeczyć.

 

Mężczyźni gdzieś wyszli a ja... znów poczułem narastającą falę podniecenia.

 

***

 

– Proszę księdza, proszę się ocknąć. Proszę księdza... - ktoś szarpał mnie za ramię. Chciałem, żeby zostawili mnie w spokoju, jednak najwidoczniej byłem im do czegoś potrzebny. – Mieliśmy się pomodlić, już późno.

 

Otworzyłem oczy. Przede mną klęczała Zosia, a za nią stały wystraszone dzieci. Uświadomiłem sobie dwa fakty. Po pierwsze widziałem, a po drugie był dzień. Znajdowałem się w obcym łóżku, całkiem nagi, na szczęście przykryty kołdrą, a w pokoju znajdowała się obca kobieta. Od pięciu lat w swojej sypialni nie widziałem nikogo odmiennej płci, nie mówiąc już o dzieciach. Powoli wracała mi pamięć. Szliśmy przez las, dotarliśmy do wsi, do gospody, spotkałem Zuzannę... o Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu... co się potem działo? Jak znalazłem się w tym pokoju? Miałem więcej pytań niż odpowiedzi.

 

– Dobrze, że ksiądz już się obudził, bo zaczynaliśmy się martwić. Gospodarz zrobił jajecznicę, wszyscy już są w jadalni.
Obiecałem, że zaraz tam przyjdę, ogarnę się tylko i zmówię poranny pacierz. Kiedy zszedłem po schodach, ujrzałem w sali jadalnej moich towarzyszy, radosnych jakby nic się nie stało.

– Szczęść Boże pielgrzymom, czy Waldek do nas powrócił? – zapytałem.

– Jaki Waldek? – zdziwił się Wiesław.

– Jak to jaki? Narzeczony Ani – popatrzyłem na dziewczynę, ale ta tylko zmierzyła mnie wzrokiem.

– Mój narzeczony? Skąd ksiądz wie, że on ma na imię Waldek? A może mówiłam... Ale przecież nie było go z nami, został w Częstochowie, odprowadził mnie pod kościół i poszedł.

 

Reszta kiwała potwierdzająco głowami. Usiadłem przy stole. Wcale nie miałem ochoty jeść. Działo się coś dziwnego. Czyżbym popadał w obłęd? Postanowiłem zadać jeszcze parę pytań.

 

– A ty Aniu jak się czujesz? – Dziewczyna tryskała energią, widać, że po wczorajszym omdleniu całkiem doszła do siebie.

– Ja świetnie, jak zwykle.

– Co robiliście wczoraj wieczorem? – pytanie skierowałem do wszystkich.

– Jak ksiądz uciął sobie rozmowę z gospodarzem, to ja z dziećmi położyłam się spać. Jadzia, Kasia i Ania poszły na spacer, a Klara i Wiesław chyba pozostali w gospodzie.

– Tak, rozmawialiśmy z przemiłym panem. Tedem. Powiedział, że jest pisarzem i mieszka tu w gospodzie.

– O! Mówił coś o tym miejscu? Może dowiedzieliście się czegoś o wsi?

– Trochę opowiadał. To dziwne ale podobno bardzo sympatyczne miejsce... O właśnie schodzi na śniadanie. Poznacie go sami – Klara wskazała ręką w kierunku schodów. Głowy wszystkich podążyły za jej wzrokiem.

– Och! – z piersi Zosi wydobyło się jedynie krótkie westchnienie i osunęła się bezwładnie na podłogę. Dzieci zaczęły krzyczeć, Wiesław poderwał się, by podnieść kobietę, która najwyraźniej straciła przytomność. Tymczasem, mężczyzna nazwany przez Klarę Tedem ukłonił się nam nisko, podziękował za śniadanie i opuścił gospodę. Chwilę później świadomość wróciła do Zofii.

– Co się stało? – dopytywali się wszyscy. – Zemdlałaś. Już ci lepiej?

– To... to był... gdzie on jest?

– Pytasz pewnie o pisarza? Śpieszył się gdzieś, niestety nie udało nam się z nim porozmawiać.

 

Zosia podbiegła do okna, wyjrzała a następnie jakby z przerażeniem odsunęła się, patrząc po siedzących w jadalni osobach błędnym wzrokiem.

 

– Proszę księdza, czy mógłby ksiądz się ze mną pomodlić? Teraz? Na górze.

 

Zgodziłem się, choć trochę obawiałem się tej kobiety, zachowywała się co najmniej dziwnie. Jeżeli jednak ktoś prosi mnie o modlitwę, nigdy nie odmawiam. Udaliśmy się do jej pokoju, zamknęła na klucz drzwi i podeszła do mnie:

 

– Proszę księdza, może ksiądz to potraktować jak spowiedź, albo jak wyznania wariatki, ale ja muszę coś księdzu powiedzieć. Tylko niech to zostanie między nami. Ten pisarz... ten mężczyzna wyglądał... jak mój mąż.

– Tadeusz? Ale przecież on...

– No właśnie. Nie żyje. Popełnił samobójstwo. Ale on był identyczny jak dwie krople wody. Nie przewidziało mi się. Kiedy wyjrzałam przez okno, stał nieopodal gospody, jakby czekał na to, że na niego spojrzę. Uśmiechnął się i wykonał taki gest, jakby podrzynał gardło. Jestem przerażona. Widziałam go jak dyndał na sznurze w łazience, potem zabrali go do kostnicy. Był pogrzeb. To niemożliwe żeby on żył, ale wiem co widziałam. Czy ksiądz mi wierzy?

– No cóż... - co mogłem jej powiedzieć. Mało prawdopodobne wydawało mi się, by to mąż Zofii mieszkał w gospodzie. Musiała pomylić go z kimś bardzo podobnym. Albo miała nierówno pod sufitem. – Zosiu, nie sądzę, by to był twój mąż. Nie wiem dlaczego ten człowiek wykonał taki gest, ale nie martw się, dziś wyruszamy w dalszą wędrówkę. Pamiętaj, jesteśmy na pielgrzymce. Musisz opiekować się dziećmi, być silna i zrównoważona. Pomódlmy się teraz o spokój duszy Tadeusza i Twoją siłę.

– Ale... Ja muszę coś wyznać. Jeszcze nigdy nikomu tego nie powiedziałam. Dzień przed śmiercią Tadeusza pokłóciliśmy się, nie pamiętam już nawet o co, ale byłam na niego bardzo zła. Krzyczałam, żeby dał mi spokój na zawsze, odszedł od nas, że go nie kocham i inne okropne rzeczy. Gdy nazajutrz wróciłam z pracy, znalazłam go w łazience, sznur zwisał z kołka mocującego suszarkę na bieliznę, ciało wisiało bezwładnie, nie miało oparcia, gdyż taboret na który wszedł przewrócił się. Stałam tak przez chwilę i patrzyłam na niego. Nie bałam się, nie przerażał mnie ten widok. Myślałam, że wreszcie mnie posłuchał i zostawił nas w spokoju. Nagle zobaczyłam, że podnosi rękę i próbuje sięgnąć w kierunku szyi, ale jest zbyt słaby, ręka szybko opadła, oczy otworzyły się i spojrzał na mnie tak jakby wiedział, że nic nie zrobię. Nic nie zrobiłam. Poczekałam jeszcze pół godziny i wezwałam karetkę. Potem dotarło do mnie co się stało. Rozpaczałam, do tej pory nie mogę sobie darować, że nic nie zrobiłam. Mógł żyć, gdybym tylko spróbowała mu pomóc. Był dobrym człowiekiem. To ja jestem zła.

 

Zamyśliłem się. Zosia właśnie wyznała mi, że przyczyniła się do śmierci męża. Nie udzieliła mu pomocy, kiedy tego potrzebował, a więc zabiła go. Powinienem to zgłosić. Łączyła nas jednak tajemnica spowiedzi. Nad tym problemem zamierzałem zastanowić się później, teraz bardziej niepokoiło mnie co innego. Kobieta zdawała się być na skraju załamania nerwowego, miała omamy, potrzebowała lekarza, a my wciąż tkwiliśmy w tej wsi odciętej od świata. Sam nie czułem się najlepiej, wczorajsze przeżycia z Zuzanną... no właśnie, czyżbym i ja uległ halucynacji? Czy Zuzanna tu była, czy tylko ją wymyśliłem? A co z Waldkiem? Dałbym sobie rękę uciąć, że szedł z nami od Częstochowy, a dziś cała grupa twierdzi, że nikogo takiego z nami nie było.

 

Uklęknąłem. Modliłem się za nas wszystkich. Po chwili znów zeszliśmy na dół, jednak zastaliśmy tam jedynie Jadzię.

 

– A gdzie reszta? – zapytałem. Przecież powinniśmy się przygotowywać do drogi.

– Dzieci bawią się na podwórku, a moja siostra poszła z Anią do sklepu. Podobno dalej we wsi jest jakaś buda.

 

Wyszedłem przed gospodę. Izunia i Piotruś gonili się na około studni. Nagle dziewczynka stanęła, pisnęła, po czym uciekła w moją stronę, wołając po drodze brata. Gdy zobaczyłem przyczynę jej nagłego zwrotu, uśmiechnąłem się do dzieci i spokojnym głosem powiedziałem:

 

– Nie bójcie się, to tylko piesek. Choć psiaku... – wyciągnąłem rękę w kierunku średniej wielkości kundelka, który gonił Izę. Pies podszedł i obwąchał mnie, machnął ogonem na znak, że ma do mnie zaufanie. Jednak kiedy odwrócił łeb w kierunku dzieci, chowających się za moimi plecami, obnażył kły.

– Hej, piesku. To tylko dzieci. Daj spokój. A wy nie okazujcie mu strachu, to nic wam nie zrobi. – Całe dzieciństwo byłem chowany z psami, wiedziałem jak z nimi postępować. Ten jednak zachowywał się dosyć dziwnie, co paradoksalnie specjalnie mnie już nie dziwiło. Od wczoraj wydarzyło się tyle zaskakujących sytuacji, że jeden warczący pies nie robił różnicy. Zauważyłem, że ma opuchnięte jedno oko i kuleje na prawą łapę. Podszedłem do psiaka i poczochrałem jego sierść. Była brudna, polepiona jakąś mazią, która pobrudziła mi rękę. To była krew. Ktoś chyba potraktował to zwierzę bardzo źle. Być może jakieś dzieci, skoro tak reagował na Izę i Piotrka.

 

Chciałem zwrócić uwagę gospodarza na biednego psa, a przy okazji zaprowadzić dzieci do matki, wszedłem więc do gospody i zawołałem właściciela. Chwilę później, z kuchni wyszedł gospodarz, starszy mężczyzna, którego nie wiedzieć czemu wczoraj brałem za kobietę mych marzeń. Pokazałem mu psa, a sam dosiadłem się do Zosi, która z rozpaczą w głosie tłumaczyła coś dzieciom.

 

– Musiał być podobny, na pewno to nie ten sam. Nie bójcie się, nie zrobi wam krzywdy. – A potem skierowała do mnie wyjaśnienie: – dwa lata temu dzieci zrobiły coś karygodnego, wrzuciły bezpańskiego psa do nieczynnego kanału, a potem rzucały w niego kamieniami. Nie wiem kto wymyślił tę idiotyczną zabawę, ale kiedy dowiedziałam się o tym, dostały srogą karę. Tamten piesek zdechł od obrażeń. Iza twierdzi, że ten pies na podwórku jest identyczny i że wrócił po nich zemścić się. Tłumaczę.... – Zosia zaczęła płakać, położyłem jej rękę na ramieniu.

– Zbierzmy wszystkich i ruszajmy jak najszybciej w drogę. Tak będzie najlepiej. Gdzie jest Zenon? Nie widziałem go na śniadaniu.

– Jak to? Przecież siedział koło księdza cały czas. Między księdzem a Wieśkiem.

 

Próbowałem w myślach odtworzyć poranny posiłek. Po prawej stronie siedziała Ania, po lewej było puste miejsce, a dalej siedział Wiesław i Klara. Ani przez chwilę nie pojawił się Zenon, na stole nie było też dodatkowego talerza. Wzrok znów miałem dobry, jak mógłbym nie zauważyć dorosłego mężczyzny obok?

 

– Pakujemy się. Wyruszamy za godzinę. Mam nadzieję, że do tego czasu reszta wróci.

 

Byliśmy w Strzyżewie od piętnastu godzin, w tym czasie spotkałem tylko trzech mieszkańców wsi i psa, każda z tych postaci zdawała się być kimś innym niż była, część z nas miała halucynacje, widzieliśmy to czego nie chcieliśmy widzieć, odkrywaliśmy swoje najskrytsze tajemnice, błędy i pokusy. Nie rozumiałem tego co się tu dzieje, wiedziałem natomiast jedno: musimy jak najszybciej opuścić tę wieś.

 

Spakowałem szybko plecak, poprosiłem gospodarza o herbatę do termosu i kanapki dla wszystkich na drogę, a że nikt z pozostałych towarzyszy jeszcze nie wrócił, postanowiłem odwiedzić tutejszy kościół. Dowiedziałem się przy okazji od gospodarza, że od kilkunastu miesięcy nie ma we wsi księdza, kościół praktycznie jest nie używany, jego stan techniczny pozostawia wiele do życzenia, jednak jest otwarty i mogę go odwiedzić. Najpierw obszedłem niewielką budowlę z zewnątrz, był to drewniany, prosty budynek z wąską wieżą, w której najprawdopodobniej była dzwonnica. Ostrożnie rozwarłem wrota kościoła, nie był zamknięty, co szczególnie mnie nie zdziwiło. Nikt o niego nie dbał, zdziwiłbym się gdyby w środku pozostało coś cennego. Nie pomyliłem się, mym oczom ukazały się najpierw poprzewracane ławki, a potem ołtarz, a właściwie to co po nim pozostało. W nawie głównej stał drewniany stół, niczym nie przykryty, tuż za nim ogromny krzyż, na którym widać było ślady po znajdującej się wcześniej figurce Chrystusa. Ktoś musiał Go odkręcić, tylko po co, nie mogłem sobie wyobrazić. Poza tym w pomieszczeniu nie było nic, co wskazywałoby że to kościół. Rzeczywiście mieszkańcy wsi nie troszczyli się o ten przybytek boży. Wspiąłem się na schody prowadzące na wieżę, trochę zbutwiałe jednak spróbowałem dotrzeć do dzwonnicy. I rzeczywiście ujrzałem piękny mosiężny dzwon, a wzdłuż niego sznur. Przypomniałem sobie piękne czasy gdy w rodzinnej wsi wuj, który był kościelnym, pozwalał mi patrzeć jak pociągając za sznur uderza w dzwon. Zawsze chciałem to zrobić, niestety teraz w mojej parafii automat zastąpił człowieka. Nikt nie wychodzi już na dzwonnicę, chyba tylko serwisant. Poczułem nieodpartą chęć by pociągnąć za sznur. A niech to, zrobię to! Ten kościół powinien żyć, to miejsce święte i tak powinni je traktować. Pociągnąłem z razu delikatnie, potem mocniej i mocniej i po chwili dzwon wybijał niebiańską melodię, która niosła się dużo dalej niż po wsi. Nareszcie spełniłem marzenie z dzieciństwa, byłem z siebie bardzo zadowolony. Po chwili jednak zawstydziłem się szaleństwa i pokornie zacząłem schodzić w dół. Wtem usłyszałem jakieś dźwięki dochodzące od strony ołtarza. Oniemiałem spojrzawszy w tamtą stronę. Przy stole liturgicznym stała Klara, trzymała w rękach zawiniątko. Czyżby to było dziecko? – przeleciało mi przez myśl. Kobieta była jak w transie, bujała się do przodu i do tyłu. Naprzeciw niej stał Wiesław z nożem w ręce. Chciałem krzyknąć, jednak żaden głos nie wydobył się z mojej krtani. Ruszyłem w ich kierunku, nie mogłem dopuścić do nieszczęścia, które niewątpliwie miało się dokonać. Za plecami poczułem ruch, kątem oka dostrzegłem, że zbliża się do mnie grupa ludzi. Najpierw poczułem chłód, a potem usłyszałem skrzekliwy, znany mi już głos:

 

– Nic ksiądz tu nie pomoże. To dziecko już jest martwe.

 

Stała obok mnie starsza kobieta, choć widziałem ją po raz pierwszy, wiedziałem, że to ona spotkała nas poprzedniego dnia na skraju lasu. Trzymała za rękę około dziesięcioletnią dziewczynkę w białej koronkowej sukience. Mała była brudna, rozczochrana, a w jej włosach znajdowały się kawałki liści.

 

– Idź dziecko, twoja kolej – staruszka popchnęła dziewczynkę w stronę ołtarza. W tej chwili Klara upuściła na ziemię zawiniątko, a Wiesław wytarł nóż z krwi o obrus liturgiczny. Chciałem coś zrobić, ale nogi nie mogły oderwać się od ziemi. Byłem widzem, który nie ma wpływu na okropieństwa, których sprawcami są moi podopieczni.

 

Tymczasem dziewczynka podeszła do ołtarza, położyła się na ziemi, a nad nią nachylił się Zenon. Wiedziałem co za chwilę się stanie, nie mogłem patrzeć na gwałt odbywający się w tym świętym miejscu. Krzyczałem ile sił w płucach, choć z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Oszalałem – pomyślałem jeszcze i zapadłem w czeluść.

 

– Proszę księdza, wszystko w porządku? – głos dochodził z daleka. – Mam nadzieję, że nic sobie ksiądz nie połamał. Upadek był z dosyć dużej wysokości. Boli coś?

 

Poruszałem wszystkimi kończynami. Potem głową. Próbowałem wstać. Nic mi nie było. Ale co się stało? Pamięć wracała powoli. Jadzia i Ania próbowały mnie podnieść.

 

– Wracałyśmy ze sklepu i usłyszałyśmy dzwony kościoła. Postanowiłyśmy zajrzeć. Myślałam, że może ksiądz woła na mszę. Wchodzimy, a tu ksiądz leży bez życia u podnóża schodów. Widzę, że jeden ze stopni nie wytrzymał ciężaru, pewnie stracił ksiądz równowagę.

– Widziałyście co się stało na ołtarzu? – zapytałem niepewnym głosem.

– Tak, to okropne. Po co komu figurka Chrystusa. Jakby nie można było krzyża zostawić w spokoju.

– Nie, pytam o to co działo się przy stole liturgicznym.

– Nie wygląda, żeby działo się tam cokolwiek.

 

Spojrzałem w tamtym kierunku, choć bardzo nie chciałem przeżywać tego widoku jeszcze raz. Ku memu zdziwieniu, wszystko wyglądało tak jak wtedy, gdy spojrzałem po raz pierwszy. Stary opuszczony kościół.

 

– Gdzie jest Klara, Wiesław i Zenon?

– Czekają przed gospodą, niecierpliwią się, bo ksiądz podobno zarządził natychmiastowe wyjście w trasę. Ale teraz to nie wiem, czy ksiądz da radę. Wstajemy na trzy-cztery i idziemy do gospody, tak? Trzy... cztery. – Wstałem. Poszedłem. Jednak nie nadawałem się do wędrówki. Popadałem w obłęd, nie mogłem prowadzić ze sobą ludzi. Poprosiłem gospodarza, by naciągnął mi wiadro wody ze studni. Wylałem je sobie na głowę. Musiałem zebrać myśli i zmyć te halucynacje, które zdarzały mi się ostatnio coraz częściej.

– Aż tak gorąco to chyba nie jest? – Zenon śmiał się ze mnie. – Wygląda ksiądz jak zmokła kura. To co ruszamy?

– Tak, pójdę po swoje rzeczy do gospody i w drogę.

 

Chwilę potem ruszyliśmy. Choć zbliżała się już pora obiadowa, nie chciałem dłużej zostawać w tej przeklętej wsi. Nawet jeśli to co widziałem było jedynie wytworem mojej wyobraźni, to ta wieś pobudziła mój umysł do takich szaleństw. Wolałem być głodny, byle z dala od tego miejsca. Weszliśmy w las, choć był dzień, posłyszeliśmy wycie wilków. To nie mogły być psy, zresztą w Skrzyżewie widzieliśmy tylko jednego małego kundelka, poza tym żadnego zwierzęcia.

 

– Trochę to przerażające, te odgłosy... - Klara przysunęła się bliżej mnie - Ksiądz jest bliżej Boga, to ja przy księdzu czuję się bezpieczniej.

– Oj, Klaro droga, żebyś ty wiedziała jakie miałem przywidzenie tam w kościele... Sam nie wiem czy i gdzie ja czuję się bezpiecznie.

 

Kobieta wyraziła wielkie zainteresowanie moją wizją. Uznałem, że majaki były wynikiem upadku na głowę, dlatego opowiedziałem towarzyszom to wspomnienie. By w ogóle słowa przeszły przez moje usta, przyjąłem ton lekko kpiący, tłumacząc przywidzenie, ukrytym problemom psychicznym ich księdza przewodnika. Upewniłem się tylko, że Zosia z dziećmi jest w znacznej odległości, by nie słyszeć treści dla nich nie wskazanych. Kiedy doszedłem do momentu, w którym Wiesław zabija dziecko trzymane przez Klarę, kobieta zacisnęła palce na moim nadgarstku.

 

– Co się stało? Przecież to głupoty. Wystąpiliście w tych halucynacjach, bo jesteście mi teraz bliscy i mój umysł uczynił was bohaterami tych chorych wizji. A potem – kontynuowałem opowieść - pojawił się Zenon i kopulował z tą małą dziewczynką... No, dobra. Nie powinienem był wam tego opowiadać.

 

Klara, Wiesław i Zenon wybałuszyli oczy, a następnie jeden po drugim uklękli przede mną.

 

– Hej, co wy robicie? Wstawajcie, pomodlimy się maszerując – zarówno ja jak i pozostałe kobiety byliśmy zaskoczeni zachowaniem tej trójki.

– Ja muszę wam coś wyznać – powoli powiedział Zenon. – Wiele lat temu, miałem narzeczoną. Miała małą siostrzyczkę, Julcię. Poprosiła mnie kiedyś żebym zabrał dziecko na wycieczkę po lesie, bo sama musiała zawieźć ojca do lekarza. Poszedłem z Julią do lasu, była piękna pogoda, a ona jak mały elf w koronkowej sukience skakała przez gałązki. Nagle upadła, rozbiła kolanko. Pochyliłem się nad nią, podciągnąłem sukienkę i... wtedy wstąpiło we mnie coś złego. Zgwałciłem to dziecko. Przyznałem się do winy, siedziałem kilka lat w więzieniu, zanim nie zwolnili mnie za dobre sprawowanie. Tam poznałem Boga, wyspowiadałem się. Do końca moich dni będę żałował tego czynu. Jestem innym człowiekiem, ale to fakt popełniłem ten grzech. A teraz... ksiądz to wszystko zobaczył.

– Hmm... - Wiesław chrząknął jakby chciał coś powiedzieć – ja... to znaczy my... zabiliśmy nasze dziecko. Klara była w ciąży, studiowaliśmy, chcieliśmy podróżować. Dziecko skomplikowałoby sprawę. Poszliśmy razem do kliniki, usunęliśmy ciążę. Bóg nas ukarał, bo nigdy więcej Klara nie będzie mogła mieć dzieci. Ja też nie, rok później zachorowałem na raka jąder i usunięto mi je. Nie mogę sobie wybaczyć, że zachowaliśmy się tak egoistycznie.

 

Po tych wyznaniach milczeliśmy. Czy zwariowałem czy otrzymałem dar widzenia? Dlaczego to ja zobaczyłem grzechy innych, grzechy, o których sami chcieli zapomnieć? Co stało się tam, we wsi, której nazwy nie było na mapie, że każdy z nas stanął oko w oko z własnymi występkami? Przeszłość ścigała nas, nie pozwalała o sobie zapomnieć, bez względu na to jak żyliśmy teraz.

 

***

 

Wyszliśmy z lasu. Zofia z dziećmi, Zenon, Klara i Wiesław, Ania, Jadzia i ja. Z pierwszej miejscowości rozjechaliśmy się do domów. W milczeniu, przeżywając swoje własne tragedie. Jechałem autobusem z dziewczynami. Przez działający już telefon, Ania dowiedziała się, że dzień wcześniej jej chłopak Waldek zginął w wypadku samochodowym, Jadzia natomiast opowiedziała mi, że jej siostra bliźniaczka utopiła się w jeziorze, jako maleńkie dziecko. Nie chciałem nawet zastanawiać się dlaczego Zuzanna opuściła naszą parafię...

 

 

* Tekst ukazał się pierwotnie w antologii opowiadań "31.10 Wioska Przeklętych" będącej kontynuacją zbioru Halloween po polsku.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!