At The Edge Of Time

OST:

Opis:

Power Metal Warrior

Błądzić każdy może to prawda, nawet wśród muzyki heavy metalowej owe zjawisko jest znane. Zespoły podążają swoimi ścieżkami, poszukują swojego stylu, czy tez eksperymentują dla własnej ciekawości. Taki błąd dla wielu fanów muzyki power metalowej popełnił Blind Guardian w roku 2006 wydając „Twist In the Myth". Obrzucony błotem album często uważany przez fanów za najgorszy album Niemców. Był odejściem od starego stylu, na rzecz folkowe wydźwięku, a power metalu tam za wiele nie było. Na pewno odejście Thomena Staucha wpłynęło na muzykę zespołu, ale przecież nowy perkusista Frederik Ehmke, który też nie jest znów taki zły. Po prostu zespołowi zachciały się eksperymenty. Jako, że od roku 1998 zespół wydaje albumy co 4 lata, to trzeba było poczekać owe 4 alta, żeby zobaczyć co zespół postanowił zrobić z owym"błędem". Z biegiem czasu zaczęły na pływać pierwsze stanowiska zespołu w sprawie nowego albumu, a że będzie to najdłuższy materiał, bardziej kierowany dla starych fanów, że będzie bardziej epicki itp. Bajeczek było wiele, ale kiedy światło dzienne ujrzał utwór „Sacred Worlds" taki nieco okrojony do 3 minut, który był nagrany z myślą o grze „Sacred 2". Robiło to nadzieję na coś dobrego. Potem znów sporo czasu trzeba było czekać i pojawiły się kolejne próbki. Oczekiwania były co raz większe, bo owe próbki przypominały najlepszy album zespołu „Imaginations From The Other Side". Wraz z rokiem 2010 w końcu pojawił się długo oczekiwany nowy album Blind Guardian „At The edge of Time". No tytuł w stylu blindów, aczkolwiek okładka zrobiona przez Franco mało ma z klimatu strażnika. Ot co kolejna typowa okładka dla tego artysty. Sam album jak się prezentuje na tle innych wydawnictw? Jest to pierwszy album zagrany z takim rozmachem, z takim drobnym przepychem. A to sporo różnych dźwięków które to raz nasuwają nam power metal, to raz folk, to znowu heavy metal. Jest epickość, którą zapowiadał zespół, jest powrót do poziomu i stylu z „Imaginations From The Other Side". Zadziwia forma muzyków, zadziwia też pod każdym względem aranżacja. Po raz pierwszy mamy orkiestrę z prawdziwego zdarzenia – FILMharmonic Orchestra Prague. Ponadto mamy kilku gości, którzy są odpowiedzialni za te różne dźwięki wydobywające się z różnych instrumentów. Mamy Olivera Holzwartha, który zajął się basem. Matthias Ulmer – pianino, Elberd Hahn – flet, i jeszcze Marguardt, Ceseroglu od wiolonczeli. Produkcją zajął się wielki Charlie Bauerfriend. Natomiast utwory skomponowali jak zawsze Olbrich/Kursch. Jest przepych i to słychać, ale kompozycje same w sobie są ponadto co można było usłyszeć na ostatnich dokonaniach zespołu. Co więcej album tak został przyrządzony, że śmiało można go postawić obok tych najlepszych albumów ślepego strażnika. Powód? Patrząc pod względem muzyki heavy metalowej, jest to na co fani czekali jest mocno szybki i ostro. Choć i tak nie zabrakło tez wolniejszych i bardziej emocjonalnych kompozycji.

 

Zaczyna się dość nietypowo. Nie ma ostrego wejścia, nie ma mocnego uderzenia. Jest nastrojowe wejście, gdzie główną rolę gra...orkiestra. Tak zaczyna się „Sacred Worlds, jeden z najdłuższych kawałków na płycie. Utwór, który został rozwinięty, z tego co został stworzony do gry. Utwór ma power i charakter starszych Blindów. Jest mocny, porywczy riff, który trzeba przyznać, że buja. Jednakże utwór bardzo urozmaicony, bardzo rozbudowany i wiele ciekawych motywów się przeplata przez tą kompozycją. Choć dominuje tutaj podniosłość, epickość i przepych zwłaszcza w postaci orkiestry, to jednak utwór raczej zamiast pędzić szybko do przodu to jest utrzymany w średnim i wolnym tempie. Trzeba przyznać, że ma to swój urok. Refren ten element tutaj nie zawodzi i przypomina stare dobre Blind Guardian. Wokal o ile na poprzedniku irytował, o tyle tutaj stanowi podstawę tej muzyki. Znów Kursch pokazał, że jest klasy światowej gardłowym. Zespół mocno zaczął album. Nie puszcza w następnej kompozycji „Tanelorn". Tematycznie przypomina nam jeden ze starych utworów tego zespołu, co też jest na plus. Zaś muzycznie to czyste „Imaginations From The Other Side". Czyli wypisz i wymaluj czyste Blind Guardian. Szybkie i dynamiczne partie gitarowe, melodyjny i drapieżny riff, oraz zwolnienie i podniosłość podczas refrenu. Znów słychać zmiany temp, motywów, melodii a to też sprawdzony patent tego zespołu. Znów muszę pochwalić wokal Hansiego, bo znów jego głos brzmi drapieżnie, jak przystało na wokalistę heavy metalowego. W pamięć zapadają również bardzo energiczne solówki. Zespół zawsze słynął z szybkiego i ostrego grania to fakt. Tutaj mamy aż 4 typowo wolniejsze utwory, które nastawione są na epickość i bardziej heavy metalowy wydźwięk nieco wymieszany z melancholijnością ballady. Pierwszym takim utworem jest „Road Of No Release". Nie będę ukrywał, że dla mnie jest to piękny utwór, w którym nastawiono na klimat, na emocje i epickość. Bardzo fajnie wypada podział tekstu na różne kwestie wyrażane przez różne postacie. Szkoda, bo można to było wykorzystać i zaprosić jakiś wokalistów do odśpiewania owych kwestii. Sporo tutaj dźwięków i zmian temp. Od wolnego, takiego balladowego, do średniego, takiego bardziej heavy metalowego, aż do nieco szybszego pod koniec, gdzie nasuwa się już power metal. Wyróżnię tutaj też bardzo klimatyczny i znakomicie zaśpiewany przez Hansiego refren. Typową petardą w stylu strażnika jest „Ride Into Obsesion". Znów kłania się „Imaginations From The Other Side". Choć motyw z „All these dying men...." kojarzy mi się z ich ostatnim albumem. Co mnie urzekło w tym utworze to prostota, odstąpiono od tego całego przepychu jaki towarzyszy albumowi i postawili na gitary i prostotę. No i jest to kolejny dowód, że Emke to godny następca Thomena. Hmm fani, pewnie tak jak ja oczekiwali w całości takiej płyty, aczkolwiek trzeba przyznać, że te wolniejsze utwory też coś mają w sobie. Choćby taki „Curse my name" taki folkowy i z przepiękną aranżacją,gdzie słychać różnego rodzaju instrumenty. Jest też epickość, zwłaszcza jakże bujającym refrenie. Dla mnie mimo wolnego i łagodnego wydźwięku jest to jedna z najlepszych kompozycji, obok tych 4 wcześniej opisanych kompozycji. Gitary zostały tutaj usunięty w cień i pewnie dlatego ten kawałek jest taki magiczny. Słabiej wypada „Valkyries", który mimo to trzyma poziom. Rzucił mnie na kolana wstęp i zakończenie, szkoda że zespół nie pokusił się o pociągnięcie tego łagodnego, ale chwytliwego motywu. Jednak co mnie się nie podoba w tym utworze, to nie zdecydowanie, gdzie z jednej strony miało być ostro i epicko, a z drugiej łagodne i podniosłe. Za dużo pomysłów i tu jest przyczyna nie powodzenia tego utworu. Najlepiej z tych mocniejszych motywów wypada motyw „Follow the light....". Refren też nie najgorszy, ale były na tym albumie lepsze. Również słabszy jest też taki mocniejszy „Control the Divine". Niby i brzmi jak Blind Guardian i w riffie i w refrenie. Ale jakoś mało to chwytliwe, mało porywające. Potem jest i szybciej i jest bardziej melodyjnie. Aczkolwiek jakieś to nieco wymuszone. Najbardziej wnerwia mnie motyw przed refrenem, jakiś taki nijaki. Ów najgorsze i słabsze momenty za nami. Ballada w przypadku BG to też ważna rzecz. Z tym, że dawno żadnej takowej kompozycji nie nagrali. Aż do teraz. „War Of Thrones" nie wiem czemu, ale uważam że to za ich najlepsza balladę. Wzniosła, pobudzająca emocje kompozycja, która ma bardzo skromna aranżację, ale i tak porwała mnie. Też sporo różnych dźwięków można tutaj się dosłuchać, ale sama melodia i refren to istne arcydzieło. Zresztą mimo że to ballada to i tak jest bardzo koncertowa. Numer 9 to singlowy „Voice in The dark" , który promował ten album. Muszę przyznać strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o promocję. Poziom i styl nasuwa nic innego jak „Imagination from The Other side". Jak dla mnie jest to jedna z ich najszybszych i najbardziej dynamicznych kompozycji ever. Miło słyszeć, jak jeden z ulubionych zespołów wraca do formy i wraca na szczyty. Mamy tutaj wszystko energiczny riff, chwytliwy refren. Tutaj cały czas pędzi w bardzo szybkim tempie. Całość zamyka bez wątpienia kolejna jedna z najlepszych kompozycji na albumie. Mowa o 9 minutowym „Wheel Of Time". Ciekawy zabieg z tym otwarciem i zamknięciem albumu, gdzie w obu przypadkach jest to kolos. O ile ta z otwarcia była utrzymana w średnim tempie, o tyle ta jest utrzymana w szybszym tempie. Co więcej ma w sobie jakby więcej energii, więcej drapieżności. Choć i tutaj mamy też różnego rodzaju zmiany temp, motywów, melodii. Najbardziej podobają mi się te arabskie melodie. Refren też bardzo chwytliwy. Ileż to lat trzeba było czekać na takie kompozycje.

 

At the Edge of Time" dla jednych nic nie znaczący album, dla innych znów za bardzo komercyjny. A to kaprysy znowu, że za mało ognia, a to że za dużo tych różnych ubarwień. Pieprzyć to, liczy się muzyka, a tutaj jest ona podniosła, jest momentami uczuciowa i piękna, a nie raz potrafi dokopać słuchaczowi. Blind Guardian wrócił w końcu z jakimś konkretnym album, z dziełem, który pozostawia po sobie ślad na bardzo długu. Jak dla mnie jest to ich najlepszy album od czasów dość często wspominanego w owym wywodzie - „Imaginations From The Other Side" i zespół naprawił swój błąd który popełnił wydając poprzednie albumy. Teraz trzeba się uzbroić w cierpliwość i czekać kolejne 4 lata na następcę.
Ocena: 5/6

Podziel się!

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

At The Edge Of Time

Dodatkowe informacje:

  • Tytuł Oryginalny: At The Edge Of Time
  • Gatunek: Rock
  • Czas Trwania: 61:18
  • Rok Wydania: 2010
  • Muzyka: Blind Guardian
  • Wykonawca: Nuclear Blast Records
  • Track Listing: Track Listing
  • 1: Sacred Worlds [9:17]
  • 2: Tanelorn (Into the Void) [5:58]
  • 3: Road of No Release [6:30]
  • 4: Ride into Obsession [4:46]
  • 5: Curse My Name [5:52]
  • 6: Valkyries [6:38]
  • 7: Control the Divine [5:26]
  • 8: War of the Thrones [4:55]
  • 9: A Voice in the Dark [5:41]
  • 10: Wheel of Time [8:55]

Współpracujemy z: