Przejdź do głównej treści

Srebroń I Ja


Autor: Juan Ramón Jiméne

Doris

„Wychodzę do ogrodu i nucę Bogu podziękowanie za błękitny dzień”.

„Zdaje się, że znajdujemy się wewnątrz wielkiego, świetlistego plastra miodu, który jest środkiem ogromnej, gorącej, czerwonej róży”.

„Srebroń i ja” Juana Ramona Jimeneza, proza hiszpańska sprzed z górą stu lat, jednak ponadczasowa i ani trochę tak naiwna, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Łańcuszek impresji, pastelowych akwarelek, chwytających dostrzeżoną scenkę, moment, błysk, i utrwalających ją na zawsze w kilku zdaniach. Zostało zauważone, więc jest ważne, coś z sobą niesie. Wspomnienie, nostalgię, uśmiech albo łzę… warte tego machnięcia pędzlem zanurzonym w żółtej barwie jaskrów, czerwonej maków czy może zieleni sosnowej, jak żywej, jeszcze pachnącej igliwiem.

Srebroń, osiołek mięciutki, choć ze stali. „Ze stali, a także ze srebra księżyca”. Największy przyjaciel i najlepszy towarzysz podróży poety, bystrego obserwatora, wrażliwego na urok świata, świadomego jednak przy tym wszystkich jego niesprawiedliwości. Dlatego też zachwytom i radości życia towarzyszy na każdym kroku współczucie i melancholia bezradnej dobroci. To opowieść kojąca i ciepła, pełna poczciwego optymizmu, o jaki dzisiaj już trudno. Przypomina nieco literaturę sowizdrzalską, która pod warstwą żartu i konwencją przygody kryje krytyczną ocenę i głębszą refleksję. „Srebroń i ja” pozbawiony jest wszakże tak charakterystycznego dla pikarejczyków żądełka ironii. To sama zacność i łagodność obdarowana umiejętnością kreślenia poetyckiej wizji rzeczywistości, niosącej budujące przesłanie.

Poeta dostrzega w swoim otoczeniu każdy drobiażdżek: załamania promieni słonecznych w jednej chwili odmieniające krajobraz, wicherek niosący ledwie wyczuwalny zapach letniej bryzy, pył pokrywający bose stopy dziecka. Zjawiskom i rzeczom nadaje pozór człowieczeństwa, budzi je do życia, obdarza świadomością niosącą ze sobą sprawczość. Czyni to w sposób subtelny, a zarazem niezwykle sensualny.

„Wiośnie w tym roku zachciało się wstać rychlej, ale musiała, drżąca, osłonic swoją delikatną nagość w pochmurnym łożu marca. Serce ściska widok zwarzonych w pączku dziewiczych róż sadu pomarańczowego”.

Czyż to nie zaczarowany malarz snów i wizji? Tylko komuś z duszą romantyka, dziecinnie niewinną i zdolną do podobnych, zawsze pierwszych olśnień, przedwczesna, zziębnięta wiosenka mogła objawić się w takiej właśnie intymnej postaci.

Poeta spaceruje z osiołkiem o srebrzystym spojrzeniu uliczkami niewielkiego, andaluzyjskiego miasteczka Moguer, zapewne uśmiechając się miło do siedzącego w progu domu niedorozwiniętego chłopca, będącego „wszystkim dla matki, a niczym dla innych” i rzucając dobre słowo Ramonie, sprzedawczyni kasztanów, wznosząc spokojną, wyczekującą twarz do słońca, by ją ogrzało i wypełniło ciepłem także jego serce, zmuszone uznać, że świat nie zawsze jest idealny, choćbyś nawet bardzo chciał. Chwytaj więc tyle dobra, ciesz się nim ile się da, rozdając je wokoło.

Jakże magicznie ta sama, widziana codziennie panorama, wygląda z wysokości dachu, niby daleka, a jakby pełniejsza i silniej obejmująca, „jakbyśmy stali na skraju nieba”. Wyczucie najdrobniejszych subtelności barw i światłocienia, nadających pejzażowi odmienne, wielorakie znaczenie, udziela się również nam.

„Zapadał kwietniowy wieczór. Cały zachód, który był złotym kryształem, stał się z kolei kryształem srebrnym, gładką i świetlistą alegorią z kryształowych lilii. Potem niebo przypominało przeźroczysty szafir, mieniący się szmaragdowo. Wracałem smutny…”

Widoki wywołują określone emocje, których poeta nie zamierza ukrywać, wręcz przeciwnie, mierzy się z nimi i poszukuje w nich głębszej prawdy. Niewiele mu umyka, nie daje się nabrać na pozory, widzi zarówno piękno odbicia słońca w stojącej po deszczu wodzie, jak i szpetotę niecierpliwej złości pod księżą sutanną. Czy to uważność na każdy szczegół otoczenia wzbudza w nim prawdziwą radość życia, czy może odwrotnie, owa energia płynąca z serca budzi go co rano i każe dokładnie przyglądać się światu, każdej ulotnej chwili, konturowi i plamie światła, by wysnuwać z nich wnioski i zapisywać je w pamięci?

Radość jest tutaj zaraźliwa, roznosi się w powietrzu, rozpyla, rozśpiewuje i rozświetla, od głosu kanarka poczynając, przez dziecięcy, beztroski śmiech, prowokuje zawadiackie, rozdokazywane psie szczekanie, a temu towarzyszy rżenie osła, który „w pianie srebrnego ciała, podskakiwał jak koźlątko, kręcił się w niezgrabnym walcu na zadnich nogach i, stając na przednich, wierzgał w powietrze czyste i ciepłe…”. Spontaniczność jest tutaj autentyczna, niepodrabialna, chciałoby się uszczknąć choć odrobinę tego szaleństwa zabawy.

Może trzeba nam na nowo uczyć się od poety radości drobnych rzeczy: zapachu astrów, szumu strumyka i świeżości po kąpieli, chlebnego aromatu i zieloności winnic, a także chwil wypoczynku pod olbrzymią sosną, teraz już niestety obaloną przez piorun, o czym przekonał się tłumacz oryginalnego tekstu, Florian Śmieja. Być może dlatego też polski przekład tak nas ciepło otula, przekazując sugestywnie koloryt i aromat słonecznej, winoroślnej, hiszpańskiej prowincji, że Florian Śmieja, wędrując śladem Jimeneza, przesiąkł jej niepowtarzalnym klimatem i oddał go w treści historyjek. Potraktujmy więc tę lekturę jak nasz pierwszy elementarz, który zamiast pokazywać nam wzory literek, każe tworzyć szlaczki z uśmiechów, nanizywać je na łańcuszek wspominek każdego dnia, zauważać i chwytać w lot, by później powracać do nich niczym do kojącego plastra na otarcia, syropu na kaszel, które jeśli nawet nie od razu uśmierzą bolączki, to z pewnością przyniosą ulgę.

My, w naszej gorączkowej pogoni, raczej kompulsywnej niż koniecznej, mamy przy Srebroniu pretekst, by zwolnić, nie wypada przecież popędzać tak dobrotliwego, słabowitego osiołka. Gdy już złapiemy oddech, wyrównamy krok i rozejrzymy się wokoło, uprzytomnimy sobie, ile nam umyka spraw i rzeczy, sytuacji i zjawisk uroczych i budujących, niosących łagodne uspokojenie i czystą, żywą radość. Jimenez sprowadza nas do korzeni, prapoczątku, gdy był jeszcze tylko człowiek i natura, blisko siebie, w jedni, przyroda, powietrze i światło, które, wchłaniane wszystkimi wyostrzonymi zmysłami, dawały siłę i optymizm. Symbioza ta jest coraz słabsza, zrywamy ją sami, niknie gdzieś między szkłem, a betonem, w kłótliwym szumie procesorów, zakłócana niebieskim blaskiem smartfonowych ekranów i głośną muzyką w słuchawkach.

Spróbujmy czasem być jak te ptaki, które „Podróżują bez pieniędzy i walizek; zmieniają dom, kiedy mają ochotę; odgadują strumyk; przeczuwają zagajnik i wystarczy im rozpostrzeć skrzydła, by złowić szczęście; nie wiedzą nic o poniedziałkach ani sobotach; kąpią się wszędzie i o każdej porze; kochają miłość bez imienia, ukochaną powszechną”. Uwolnijmy wyobraźnię, oswobodźmy umysł z rutyny i zgorzknienia – rozejrzyjmy się uważnie wokoło, zauważmy, jak nasza dusza „czuje się prawdziwą królową tego, co posiada dzięki swojemu czuciu, wielkiego i zdrowego ciała natury, która, gdy szanowana, rozpościera przed wybrańcami uległe widowisko swej promieniującej, wiecznej piękności”.

„Glob kręci się spotniały i łagodny”, a poeta obserwuje świat z cierpliwością mędrca, wiedzącego, że nie jest władny przejąć nad wszystkim kontroli, że nieodłącznym towarzyszem radości jest smutek, że śmierć jest tak naturalna, jak narodziny i nie da się z tymi prawami dyskutować. Co zatem pozostaje? Celebrowanie każdej chwili i wiara, że nic nie kończy się tutaj, że chmury są jedynie zasłonami w oknie nieba, z którego Srebroń dalej spogląda na „dzieci uganiające się wśród różyczek skalnych, których gałązki obsiadło ich kwiecie, lotny rój nietrwałych, białych motyli pokropionych karminem”.

 

 

 


Informacje:

  • Autor:
    Juan Ramón Jiméne
  • Gatunek:
    Literatura Piękna, Poemat Prozą
  • Tytuł Oryginału:
    Platero y yo
  • Język Oryginału:
    Hiszpański
  • Przekład:
    Florian Śmieja
  • Liczba Stron:
    240
  • Rok Wydania:
    2025
  • Wymiary:
    130 x 217 mm
  • ISBN:
    9788381968126
  • Wydawca:
    Państwowy Instytut Wydawniczy
  • Oprawa:
    Twarda z obwolutą
  • Miejsce Wydania:
    Warszawa
  • Ocena:
    6/6