Przejdź do głównej treści

Sierpień


Autor: Paweł Sołtys

Doris

„To było już tak dawno, że musiałem sztukować pamięć kawałkami dzisiejszego krajobrazu, by domy nie kończyły się nagle w połowie piętra, drzewa na samych koronach, a autobusy czarną, poszarpaną nagle gumą przegubu”.

I tak Paweł Sołtys poczuł nieodparty impuls, aby ruszyć w Warszawę już blaknącą w pamięci trajektorią dzieciństwa, młodości, zrazu swojej, później rozszerzając ją na tę usłyszaną, przeczytaną, a nawet prześnioną czy wyobrażoną. Nagła pewność, że pora wyrwać się z ciasnej teraźniejszości, zbyt natrętnej i zaborczej kazała mu wstać od kawiarnianego stolika, gdzie dotychczas „próbował wejść do wczoraj przez bramę z rozłożonych kartek” i ruszyć przed siebie przez rynek, Barbakan, na Freta i Nowe miasto, i dalej, głównie pieszo, trochę tramwajem, za intuicją i nieco bezładnym ciągiem powidoków. Wędrując po swoich dawnych śladach, ze wzrokiem zawieszonym w rozedrganych plamach rzucanych na mury przez sierpniowe słońce, oswaja przeczucie, iż w każdej chwili może zderzyć się z dawnym sobą – małym chłopcem wybiegającym zza najbliższego rogu. Jest to tak sugestywne, że i my zaczynamy czekać na to niemożliwe zapętlenie czasu.

Młodzieńcze literackie zachwyty, zauroczeniom podobne, wszystkim nam znajome, choć dla każdego inne – jego własne, to jedna z rzeczy, którymi autor chce się z nami podzielić. Łączą się one z osobami uosabiającymi jego przeszłość, czas beztroski, chłonięcia obrazów i opowieści. Prababka Regina z nieodłączną laską, nie rozstająca się z „zadziwiająco pięknym zegarem. Jakby przywoziła ze sobą swój czas. Lato bieżeństwa 1915 roku, pińskie wiosny międzywojnia, zimowe przekraczanie granicy w 1942 roku chyba, gdy czołgając się za przewodnikiem, poroniła, i jesień repatriacji, kiedy granica przesunęła się na zachód, ciągnąc za sobą ludzi mieszkających od niezliczonych pokoleń na terenach, gdzie białoruski, polski, jidysz i rosyjski mieszały się na ulicy jak bakalie w kutii”. Ojciec, spacerujący z ręką małego Pawła w swojej silnej dłoni. Pradziadkowie Albina i Witold. Teraz odwiedza groby, mnóstwo grobów skrytych w cienistych alejach cmentarzy.

Charakterystycznym, zauważalnym, gdyż co i rusz przefruwającym przez nostalgiczne karty motywem, są ptaki. Pojedyncze, lecące w kluczu, a nawet zbite w olbrzymie, przesłaniające niebo stada. Gołębie smutne w swojej szarości prześwietlonej słonecznymi mignięciami sierpnia, drobne wróble – płochliwi łowcy okruchów, wrony, zagłuszające nabożeństwo w wolskiej cerkwi i mrowie szpaków niczym szarańcza. To posłańcy z nieba na ziemię, bez przeszkód przemieszczający się między sferami, podobni myślom w ulotności, wolni jak wyobraźnia, rozśpiewani w pośpiechu jak samo życie. Symbolizują nieśmiertelną duszę, nadzieję, odrodzenie, miłość, ale też śmierć, czyli to, co najważniejsze, o czym myślimy, o czym marzymy lub przed czym umykamy z lękiem. Także wolność, swobodę podążania w dowolnym kierunku, budowania podwalin nowego życia na trwałych fundamentach starego. Jesteśmy świadkami pewnego rodzaju strumienia świadomości, jedne myśli natychmiast generują kolejne, prowokują je, by się narzucały, by stawiały przed oczami następne obrazy. Ten niekończący się taniec, karuzela wspomnień, skojarzeń, przywodzi na myśl rozbudowany serial o wielu sezonach, a wiadomo, że będą powstawały dalsze, by nie zgubić ciągłości wydarzeń musimy więc co jakiś czas odświeżać te dawniejsze. To właśnie nasze życie, jeszcze bez napisów końcowych.

„Sierpień” jest opowieścią wędrowca, nieśpieszną, gdyż chce on nacieszyć się przemierzana drogą, zapamiętać jak najwięcej szczegółów, zapisać w sobie pejzaże, by móc bez końca odtwarzać później każde wrażenie z osobna lub też wszystkie złączone w jedno widowisko. To wycieczka w przeszłość, nie tylko swoją, czy rodzinną, ale też w światy bohaterów czytanych niegdyś książek, których życie rozgrywało się gdzieś tutaj, na warszawskich ulicach. Jakże dziwnie dzielić obrazy na rzeczywiste i wymyślone, będące tłem powieści, grą wyobraźni ich autorów, podczas gdy Pawłowi Sołtysowi zlewają się one w jedną, warszawską historię. To także podróż w głąb siebie, tego dzisiejszego, i tego z minionego czasu. Musi więc być uważna i czuła, tęskna i radosna, fragmentaryczna i przydymiona zapomnieniem.

Zdumiewa, że po tej samej ziemi stąpali, w to samo niebo patrzyli, w tej właśnie nawie klękali ludzie setki lat wcześniej. Zachwyca i uspokaja niezmierzona ciągłość, owa linia prosta zmierzająca ku nieskończoności – w przyszłość. Myśli Pawła Sołtysa umykają ku wieczności, zupełnie niezależnie przy tym od wyznawanej wiary. Modlić można się przecież w każdym języku, w każdym obrządku, po swojemu, byle żarliwie i mocno, zwracając oczy ku temu samemu niebu.

Autor nazywa swoje kartkowanie stron kompulsywnym. Podobne wrażenie sprawia niepowstrzymane powracanie myślami w zaprzeszły czas, codzienne przemierzanie spacerowym krokiem ulic i podwórek z częstymi przystankami wymuszonymi impulsem, imaginacją. Natręctwo to wynika ze świadomości przemijania, kruchości bytu, ulotności zdarzeń. Chciałoby się je zatrzymać, móc jeszcze raz odtworzyć, tymczasem umykają, nieposłuszne naszym pragnieniom. Wsłuchując się w wieczorną „ciszę” miasta, gdy sierpniowy żar wreszcie przygasa, czy też w echo odbijające się w kościelnych murach, mimowolnie zwracamy się ku absolutowi i ku refleksji, że ludzkie gesty, słowa czy dzieła rąk człowieka pozostawiają ślad, a ten trwa, gdy samego człowieka już dawno nie ma. Gdy ktoś potrafi tak pięknie ubrać te myśli w słowa, dać im życie, siłę wyrazu i głębię, by coś w nas poruszyły, może zostały na dłużej, jest to najlepszy sposób na zatrzymanie przeszłości by owocowała.

Jakże więc mogłaby nam ta autorska kompulsywność przeszkadzać, skoro nie jest ani trochę irracjonalna, a wprost przeciwnie, świadomie i konsekwentnie poszukuje sensu trwania w ciągłości, kotwicy nie pozwalającej dryfować przez życie bez celu, kompasu wyznaczającego kierunek. Temu służą wszystkie napotkane po drodze „punkty orientacyjne”: pomniki, kamienice, cerkwie, parki i kawiarnie, przywołujące skojarzenia, odkurzające wspomnienia, by te, znów błyszczące kolorami, wyraźne, mogły stać się mocnym stelażem dla wszystkiego, co nadejdzie. Byśmy znów poczuli się bezpiecznie, osadzeni w historii, w kulturze, w wierze, w rodzinie i w swoim mieście.

 

 

 


Informacje:

  • Autor:
    Paweł Sołtys
  • Gatunek:
    Literatura Piękna, Powieść, Autobiograficzna
  • Tytuł Oryginału:
    Sierpień
  • Język Oryginału:
    Polski
  • Przekład:
    Brak
  • Liczba Stron:
    120
  • Rok Wydania:
    2024
  • Wymiary:
    130 x 200 mm
  • ISBN:
    9788381919753
  • Wydawca:
    Czarne
  • Oprawa:
    Twarda
  • Miejsce Wydania:
    Wołowiec
  • Ocena:
    6/6