Przejdź do głównej treści

Serafima I Bogdan


Autor: Vahur Afanasjev

Doris

„(…) żadne cierpienie spadające na człowieka nie jest skończone, i póki życie trwa, trzeba każdą bolesną chwilę przyjmować tak, jakby była pełna słodyczy – bo następna może być jeszcze bardziej gorzka”.

Pierwsze wrażenie, zanim jeszcze przeczytałam choćby akapit powieści, to – jakże ona jest pięknie wydana! Wprawdzie wiem, że to Pogranicze, więc po prostu nie mogło być inaczej, jednak nieodmiennie wzrusza mnie ta staranność, troska wydawnictwa, by efekt finalny, wizualny, dorównywał pięknem samej treści.

Estońsko-rosyjskie pogranicze, z dala od ośrodków miejskich, wsie staroobrzędowców położone wokół Pejpusa, jeziora, które bez względu na porę roku hojnie karmi mieszkańców, w którym tłustych, dorodnych ryb stale przybywa, jakby powtarzał się ewangeliczny cud. Końcówka wojny oznacza dla bohaterów zamianę jednej okupacji na inną. Teraz drżą przed sowieckimi politrukami i żołnierzami, przed kontrolami urzędników starają się ukrywać resztki dobytku. Nie zmieniają się tylko wiatry, które niczym zegarek regulują wioskowe życie, życie równie surowe, co otaczająca okolicę przyroda. Chociaż ludzie „wykonują proste prace i mówią proste rzeczy, łączy ich jakieś niedające się opisać podejście do życia, okrywające mocną powłoką ich pragnienia, obawy, nadzieje i codzienny znój. Możesz wbić pięść w wodę z jak wielką chcesz siłą, woda zawsze uwolni się z dłoni, zostawiwszy na palcach wilgoć, a na swej powierzchni nieczytelne, szybko znikające ślady”.

Jezioro Pajpus i pobliskie sioła to terytorium, na którym spotykają się Estończycy i staroobrzędowi „ruscy”, zaczyna też napływać ludność z głębi Rosji, sowiecka, z obcymi zwyczajami, według niej nieprzystającymi do tutejszego zacofania. Styk różnych kultur i religii z domieszką, coraz znaczniejszą, komunistycznej propagandy. „Planeta obraca się i krąży, stojący przy drzwiach dworskiego pokoju globus. Wieczorne słońce rzuca na jego lakierowaną powierzchnię ognisty promień, który odbija się i pada na łóżko. W błysku światła ludzie ziemi dotykają, by prędko zniknąć, nie pozostawiając po sobie śladu. Każdy ma swój czas, by zalśnić”. Obserwujemy więc naprzemienne lśnienia i mroczności ludzkich losów, cofamy się do czasów przedwojennych, by poprzez wojenne lata przejść powoli aż do lat współczesnych, Stalin, Chruszczow, Breżniew i tak aż do Gorbaczowa, kiedy to zdaje się, że wszystko pójdzie nowym, lepszym torem… Chłoniemy tę panoramiczną, rozbuchaną sagę, napisaną z idealnym wyczuciem dramaturgii, przeplataną rubasznym, dosadnym dowcipem i stoicyzmem doświadczenia, powleczoną głębszą refleksją nad istotą życia i Boga, by przekonać się na końcu, że natura ludzka jest niezmiennie okrutna i zawsze w końcu zostawia za sobą zniszczenie i chaos. To 800 stron doskonałej, epickiej opowieści, wielopokoleniowej sagi, krzywd ciągnących się poprzez lata i niezaspokojonej zemsty, przeznaczenia, które musi się wypełnić. Fragmenty Biblii, przytaczane na początku kolejnych rozdziałów, przypominają nam o tym, że istnieje coś więcej niż ciasna doczesność. „Ja tworzę światło i stwarzam ciemności, sprawiam pomyślność i stwarzam niedolę. Ja, Pan, czynię to wszystko”. Obecnie partia i postawione na niej koślawe państwo chełpią się, iż przejęły tę przypadającą od zawsze Bogu rolę. Jednak historia, los, czas, mogą nieoczekiwanie powiedzieć „sprawdzam”, wykazują przy tym nieskończoną cierpliwość, wszak przed nimi nieskończoność, a na sprawiedliwość warto poczekać.

Opowieść jest mocno osadzona w realiach epoki, przygniecione ciężkim butem historii jednostkowe dramaty wynikają bezpośrednio z jej układania się z ludźmi, z prób wydarcia przez nich dla siebie jak największego kawałka tortu, jakim jest władza, majątek, zemsta, ofiarowywane im przez polityczne i społeczne przetasowania. Wielkie przełomy rozpędzając się, nie zważają na drobne, pojedyncze życia, przygniatają je i miażdżą, jeśli tylko staną im na drodze, nadają im przypadkowy kierunek, któremu my, a także bohaterowie tej opowieści, możemy się jedynie przyglądać. Na myśl przychodzi od razu znane nam z greckich tragedii fatum, tutaj też Mojry przędą nici ludzkiego życia tak długo jak chcą i plączą je nieubłaganie, zapętlając coraz ciaśniej. Przeznaczenie od początku rozpostarło swoje czarne skrzydła nad rodziną Serafimy i Bogdana, a także nad całą niewielką, zaspaną wioską u brzegu Pejpusa.

Od momentu zaślubin Serafiny z Raimondem, przybyłym tu dla zaprowadzenia sowieckich porządków, nie opuszcza nas przeczucie nieuchronności zła, które w miarę czasu tylko się umacnia. Mieszkańcy wioski giną, są mordowani albo wywożeni w nieznane, szerzy się strach, mnożą donosy, trudno zasnąć, gdy w nocy mogą wyważyć drzwi i dać 5 minut na spakowanie rzeczy. Terror nie jednoczy ludzi, lecz ich dzieli, uruchamia w nich to, co najgorsze, gdyż za szlachetność i odwagę teraz się ginie, nagradzana sowicie jest zaś niegodziwość. Wszystko, co niewinne i czyste, zostaje zbrukane, męstwo złamane, starość samotnie zdąża w stronę śmierci. To małe, wioskowe bytowanie jest ledwie odbiciem szerszego obrazu, zarazy rozprzestrzeniającej się po całym kraju. Zgodnie z naszym poczuciem sprawiedliwości oczekujemy zadośćuczynienia, kary i pokuty, widzimy jednak tylko zasłonę, ponury kismet, spowijający świat nad Pejpusem, ten za to płynie sobie jak zawsze, obojętny na przejściowe dramaty. Był tu wcześniej, będzie płynął też bez względu na zakończenie tej historii, w tę samą stronę.

Wieś żyje z dnia na dzień, to najlepsze, co może uczynić. Ludzie po ciężkiej pracy wygrzewają ciała w bani, chłoszcząc je brzozowymi witkami, a potem zapijają smutki pędzonym przez siebie samogonem, by z bólem głowy obudzić się wczesnym rankiem. Kobiety dobrze wiedzą, że znów trzeba będzie leczyć siniaki i opatrywać rany zadane przez pijanych mężów. Taki ich los.

Biologia, fizjologia, instynkty łączą się w pełnej zrozumienia symbiozie z pierwotną, dziedziczoną z dziada pradziada duchowością. Człowiek jest równie niepozorny wobec natury, co wobec Boga, niezdolny im się sprzeciwić. Ta sącząca się z kart powieści determinanta, nadrzędna myśl, nadaje jej rys monumentalnej przypowieści.

Nagromadzona tutaj galeria bohaterów to bogactwo osobowości, reprezentujących skrajnie różnorodne postawy wobec życia. Od lizusowskich karierowiczów, przez cały szereg zwykłych ludzi, usiłujących jakoś przeżyć w realiach coraz bardziej opresyjnego państwa, a także tych, zwłaszcza młodych, którzy naprawdę uwierzyli w komunistyczne wartości i są im szczerze oddani, po wioskowego głupka, pod maską szaleństwa skrywającego złośliwą przebiegłość. W końcu też naprzeciw siebie możemy postawić psychopatycznego, lubiącego przemoc i umiejętnie, na zimno planującego wiele kroków naprzód swoje podłości Raimonda oraz Bogdana, charyzmatycznego samotnika, niemal proroka, który dzięki medytacji i praktyce jogińskiej opanował trudną umiejętność sterowania swoim ciałem i umysłem. W postaci Serafimy rozpoznamy bez trudu ślady wielkich mścicielek greckich dramatów, Medei, Elektry. Niepogodzona z nieszczęściem żyje dla odpłacenia za zbrodnie, jej tragedia jest na miarę wielkiej sceny, doskonale przez autora dramaturgicznie poprowadzona, od przyczajenia, wyczekiwania, do wielkiego wybuchu. Lecz czy przynosi on komukolwiek oczyszczające katharsis?

Powieść Afanasjeva przywodzi na myśl wielką klasyczną literaturę, jest bliska greckim dramatom, duchowi Szekspira, prozie Tołstoja i Reymonta oraz psychologicznie wysmakowanej prozie skandynawskiej: Jana Gillou, Herbjorg Wassmo, Roya Jacobsena. Łączy fresk historyczny z ogólnymi, filozoficznymi przemyśleniami, los jednostki z przemianami społeczno-politycznymi zachodzącymi w jej otoczeniu, śledzi wzajemne powiązania i wpływanie na siebie wielkiej polityki oraz pojedynczych planów, marzeń, oczekiwań. Jest w tym Bóg, siła wyższa, sprawczość bliżej niepojęta, jest podła przebiegłość człowieka i jego chęć dominowania, jest również niewinna młodzieńczość, wpatrzona w idee, nimi zauroczona.

Świat beztrosko idzie naprzód, nie ogląda się za siebie, spragniony nowych zwycięstw i doświadczeń. Człowiek staje na Księżycu, w domach pojawia się elektryczność, szumią telewizory, mruczą lodówki, samochody rozjeżdżają drogi, niegdyś deptane końskimi kopytami, a ludzie się bogacą, wyciągają ręce po więcej, liczą i gromadzą, zapominając o tym, co najważniejsze. „Nowe życie buduje się na fałszu i ruinach, jak w wiejskim kinie, gdy film wyświetla się na wytartym, połatanym prześcieradle”. Zanika stary obyczaj, to, co trzymało sąsiadów razem, scalało małą społeczność we wspólnotę wiary i zwyczajowych gestów. Żyją jeszcze starzy, widzą to odchodzenie od tradycji, a także postępujące za nim oddalanie się ludzi od siebie, lecz bezradni wobec panoszących się wokół zmian, mogą już tylko wzdychać i odliczać dni w kalendarzu. Nawet pustka po tych, co zaginęli bez wieści zdaje się kurczyć, by wkrótce całkiem zniknąć. Nie będzie już komu ich opłakiwać, ani o nich pamiętać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Informacje:

  • Autor:
    Vahur Afanasjev
  • Gatunek:
    Literatura Piękna, Powieść, Obyczajowa, Historyczna
  • Tytuł Oryginału:
    Serafima ja Bogdan
  • Język Oryginału:
    Estoński
  • Przekład:
    Anna Michalczuk-Podlecki
  • Liczba Stron:
    814
  • Rok Wydania:
    2025
  • Wymiary:
    132 x 203 mm
  • ISBN:
    9788368114218
  • Wydawca:
    Pogranicze
  • Oprawa:
    Twarda
  • Miejsce Wydania:
    Sejny
  • Ocena:
    6/6