Doris
„Równiny” Geralda Murnane to rzecz nienowa, u nas jednak świeżutka, jak z samego rana wypieczona bułeczka, krąglutka, zgrabna i pełna rozmaitych ziaren, skrytych w smakowitym miąższu. „Równiny” zostały wyśmienicie przełożone przez Tomasza S. Gałązkę, czego nie sposób nie docenić, zważywszy na to, z jak trudną i językowo wysublimowaną prozą mamy do czynienia.
Dla kontrastu - fabuła bardzo prosta. Bohater nosi się z zamiarem nakręcenia filmu. Jedzie więc na równiny australijskiego interioru w poszukiwaniu… no właśnie… materiału… natchnienia… może też po trosze samego siebie… on sam nie wie tego do końca, więc i my możemy tylko snuć domysły.
Wszystko tutaj jest umowne i niedookreślone. Film, który stał się przyczynkiem do podróży, a sam w końcu rozpływa się we mgle niezdecydowania. Podróż, która odbywa się głównie traktem hotelowych korytarzy, z pokoju do baru lub na taras. Same równiny, „tak ogromne, że żadnego z tutejszych mieszkańców nie zaskoczyłaby wiadomość o jakimś ich regionie, o którym dotąd nie słyszał”. Rozległa przestrzeń tylko pozornie jest rozmytym niczym, nudną płaszczyzną, monotonią ogromu. Nie każdemu jest dane zgłębić jej tajemnice. Jedynie tym, którzy patrzą uważniej, w głąb, poza i przez, widzą zatem więcej, również to, co skrywa światłocień, niewiadome coś, płożące się u stóp, kryjące za kamieniem, piszące na piasku ogonem jaszczurki. Tacy widzą równiny poprzez siebie, wypuszczają na nie własną duszę.
Równiny rzucają światło na całość postrzegania świata, ustawiają człowieka wobec rzeczywistości na pozycji uważnego obserwatora i intuicyjnego mędrca, który nie tylko widzi, ale też antycypuje wszystkie obszary wiedzy, życia, kultury i sztuki poprzez „kolejną z niekończącego się ciągu równin”.
Odłamy, frakcje, kluby i strony konfliktów ubarwiające przeszłość i teraźniejszość kolorami, po czasie mieszają się, tworząc nową odmianę, uśrednioną barwę, tak też to co było wnika w tu i teraz, a równina zasysa, pochłania każde wzniesienie, wybrzuszenie i wadi, oswajając je, przyswajając, włączając w znajomy, zastany, płaski system, by zrobić miejsce kolejnym niepokornym, ponad normę wzniesionym treściom.
Równiny, jak też szereg innych pojęć, są tutaj parabolą życia, jego ciągłości, tajemniczości, metafizyki tego najważniejszego procesu, o niezgłębionych pokładach zaskoczeń, wielowymiarowości znaczeń. Tkamy z podobnej substancji własne, pojedyncze mity, dla innych nie do końca czytelne, albo zgoła wcale, nawet dla nas nie zawsze łatwe do zweryfikowania.
Tekst „Równin” tonie w symbolach, z każdego niemal zdania można wywieść mnogość interpretacji o różnym stopniu skomplikowania. Cóż bowiem takiego naprawdę bada młody człowiek, porównując kunsztowność i bogactwo umeblowania wnętrz rezydencji najważniejszych równinnych rodów z przepychem i obfitością, czy też ich brakiem, tego, co wokoło? Czym są owe porozwieszane gęsto w korytarzach obrazy i tapiserie, co zaś kryje się pod pozorną zwykłością bibelotów i kolekcji przeróżnego autoramentu, przykurzonych i zapomnianych w głębi szaf i kredensów?
Czytamy wolno, z mozołem brniemy w dół kolejnych stron, wracając niekiedy na przebyty już i poznaczony śladami naszych stóp szlak, by spojrzeć raz jeszcze, nie przegapić najmniejszej wskazówki. Mozół to jednak cudowny, owocny jak rzadko który, bogaty w westchnienia bezradności równie częste, co okrzyk: eureka! Coraz lepiej rozumiemy, czemu ta opowieść, czy może jednak esej, albo poetycki drobiazg, pozostaje ciągle świeża niczym przed chwilą wyciśnięty sok z pomarańczy, i równie orzeźwiająca. To uniwersalny traktat o przynależności, o łączności i rozdzielności, o prawie do różnic, ich dyskredytowaniu i tendencjach do unifikacji. Co jeszcze zawiera się w pojęciu „nasze”, co zaś jako obce, zewnętrzne, potraktować należy nieufnie i trzymać na dystans? Czemu to, co blisko rozmywa się w naszych oczach, jako mało znaczące, nas zaś ciągnie za horyzont, by gonić ledwie widoczną z oddali smużkę dymu znad niewiadomego ogniska?
Dywagujemy nad endemicznością równinnej natury i nad tym, kto ma szansę przeżyć, ocalić swój gatunek, tożsamość, podczas gdy inny (zjawisko, cecha) skazany jest na wyginięcie. Mimikra czy może dyferencjacja, autentyczność czy maska, zachowawczość, bierność czy raczej energiczne poszukiwanie, eksplorowanie świata? Co daje nam większe szanse, jednak szanse na co… czego tak naprawdę chcemy? Co wybrać? Taka pusta równina, a generuje tyle pytań, tyle wątpliwości każe rozstrzygać! Dla jednych wyjście z cienia i rozpostarcie skrzydeł to szansa na zaistnienie i nadzieja na jutro, dla wielu jednak bezwstydne szarganie świętości i zagrożenie stabilnego spokoju, do jakiego przywykli. Te właśnie mechanizmy ścierają się stale na rozległych równinach naszej historii, przyozdabiając się różnego koloru wstążeczkami, symbolami przynależności, kto swój, a kto wróg, co nowe, a co już zapoznane.
Gerald Murnane potrafi w rebusy, oj, pięknie potrafi. Niejeden raz zapędzi w kozi róg, rozzłości, każe gumką wymazać odgadnięte z trudem hasło i główkować od początku. Kto lubi nieoczywistość i umysłowe łamigłówki, tego „Równiny” najpierw srodze przeczołgają, by na koniec zachwycić, złapać i już nie wypuścić. Gdyż ta gęsta, nasycona znaczeniami proza wciąga w swoje oryginalne uniwersum, w jego sensy i nonsensy, wciąż narzucając nam nowe koncepcje ich odczytania, odsłaniając zarośnięte słowopianem ścieżki, by wpuścić nas ledwie na dwa kroki i znów zewrzeć pnącza w gęstwę żywopłotu, wysunąć kolce, zadrapnąć.
Ani przez chwilę nie dziwi, że autor jest jednym z pretendentów do literackiego Nobla. Uniwersalność jego prozy, jej przekładalność na każdy znany, a także ten już zapomniany, albo nawet jeszcze nieodkryty język, zapewnia jej wiecznotrwanie. Jakąkolwiek rzeczywistość podłożymy pod każdy ze składników, otrzymamy interesujący, niepowtarzalny i czytelny wynik.
„Każdy człowiek jest w głębi serca wędrowcem w bezkresnym terenie”, błądzi, szuka drogowskazów, choćby drobnych znaków orientacyjnych, czasem, w porywie olśnienia, sam takie sygnały za sobą zostawia, by ci, którzy zechcą pójść jego śladem nie pogubili drogi, a może i on sam, jeśli zechce zawrócić, z tych znaczników skorzysta. Spotkać wędrowców mogą wszak i burze piaskowe, i mgły, i ulewy, a nawet zwodnicze fatamorgany.
Nasz bohater przekonuje się, że film o równinach nie ma szans na powstanie. Jakże bowiem zamknąć w błysku flesza, czy w oku kamery, nieuchwytną i wciąż zmienną materię, to rozciągającą się po nieboskłon, to znów kurczącą się do maleńkiego punktu na ciągłej czasu, materię będącą ciągiem epifanii, o których w swojej pysze sądzimy, że zdarzają się tylko nam, a także ciągiem rozczarowań, o których wiemy, iż przydarzają się wszystkim. Ilu dyskutantów nie zgromadziłoby się przy szynkwasie, ilu butelek piwa by nie wychylili, kłócąc się o krajobraz wielkiej równiny za okienną szybą, każdy z nich będzie miał ledwie cząstkę racji i zarazem żaden nie będzie jej miał do końca.
Narrator uświadamia sobie, że jego podróż na równiny jest niepowtarzalnym, jednostkowym doświadczeniem, które zakończy się wraz z ostatnim oddechem. Dla innych zaś równina pozostanie równaniem, które muszą wypełnić własnymi danymi, krzyżówką, do której każdy z nich ma osobny klucz.
Jest to więc tekst o Australii i zarazem nie jest. Australia z interiorem i tym, co do niego nie przynależy, choć granice do końca nie zostały nigdy jasno określone, stanowi symbol. Ludzie zgromadzeni przy barze, przypinający sobie znaki przynależności, mówiący różnymi dialektami, zawiązujący stronnictwa i partie, zwykle przepływając z jednych do drugich, noszą na twarzach maski, nie mówią wszystkiego, kamuflaż pozwala im wśliznąć się w krąg rozmówców niepostrzeżenie i równie niezauważenie go opuścić.
Właściwie nie ma tutaj akcji, niewiele się dzieje, za to mnóstwo treści przemycanych jest między wersami. Te zaś wybrzmiewają w pewnym określonym rytmie, wyczuwalnym, powtarzalnym, jak sekwencje życia, jego etapy, kolejne przejścia. Czai się tu tajemnica i mrok, przed którym ogarnia nas lęk, ale też jakiś rodzaj niecierpliwej ekscytacji. Wiemy już, że i my jesteśmy w podróży, nawet jeśli tylko spoglądamy przez okno na równinną nieskończoność. Ile ludzi, tyle okien na równinę, a każda z nich inna, choć na pozór ta sama.