Ola1977
Trwająca wojna mocno zmieniła spojrzenie świata na Rosję. Wielu ludzi musiało (i musi) mierzyć się z wątpliwościami, czy w tych okolicznościach wypada czytać rosyjską literaturę, podziwiać rosyjską sztukę, wzruszać się na rosyjskim balecie. Decyzje bywają różne. Raczej „pozwalamy” sobie na obcowanie ze sztuką dawną, przy tej współczesnej wątpliwości nadal pozostają. Wiem, że niektóre wydawnictwa rezygnują z wydawania rosyjskich pisarzy, to nie jest dla nich dobry czas, nawet niekoniecznie ważne są ich przekonania polityczne. Do jednego worka wrzucani są zwolennicy i przeciwnicy Putina. Czy to dobrze? Wiadomo, że nie.
Inaczej wygląda sytuacja z autorem książki „My. Kronika upadku”. Dmitry Glukhovsky, napiętnowany przez reżim Putina, emigrant polityczny z konieczności, głośno krytykuje współczesną Rosję. Wcześniej znany przede wszystkim z serii „Metro”, jak sam stwierdza – pisał o apokalipsie, a ta wojna jednak go zaskoczyła. Jako Rosjanin, dla którego ojczyzna jest ważna, próbuje zrozumieć, co sprawiło, że potęga na wielu płaszczyznach, odgrywa teraz rolę światowego czarnego charakteru. Dostajemy zbiór felietonów pisanych przez autora od 2012 roku do wybuchu wojny z Ukrainą. Każdy opatrzony jest kontekstem historyczno-polityczno-obyczajowym i – co szczególnie cenne – komentarzem napisanym przez autora w 2024 roku. Jego refleksje otrzymują więc wielopłaszczyznową perspektywę, która jest wyjątkowo cenna dla czytelnika.
Kronika upadku. To sformułowanie jasno sugeruje, jakie zdanie na temat obecnej kondycji Rosji ma Dmitry Glukhovsky. Pozwala nam śledzić przyczyny tego upadku, trochę jak w powieści psychologicznej – znamy smutny koniec bohatera, więc możemy skoncentrować się na pytaniu: jak do tego doszło? Zaimek „my” widniejący w tytule jest odważny i budzi mój szacunek. Autor nie jest przecież jak inni zaślepieni Rosjanie, widzi zło, które toczy naród i państwo, ale nie odcina się, czuje, że jest stamtąd, a to też już wpisuje się w jakąś kategorię winy…
Felietony są ułożone chronologicznie, ale ten pierwszy chyba najmocniej daje czytelnikowi po głowie. Czasy, gdy rządził Stalin, stają się przeciwwagą dla Rosji Putina. „To przecież nie 1937 rok”- powtarzane jak zaklęcie ma uspokoić, a przecież tylko mydli oczy. Z każdym kolejnym felietonem zbliżamy się do teraźniejszości, każdy kolejny pokazuje, jak świetnym obserwatorem jest Dmitry Glukhovsky. Przecież na każdym kroku były sygnały, jak to możliwe, że świat tak długo był obojętny na to, co dzieje się w Rosji, na to, co szykuje Putin? Autor balansuje między obiektywizmem a subiektywną refleksją, nawiązuje do swojego życia. Wspomina, że jego poparcie dla Aleksieja Nawalnego nadało mu „etykietkę niepewnego”, jego status zmienił się diametralnie, anulowano projekty ekranizacji jego książek, a on sam znalazł się na cenzurowanym.
Felieton z 23 lutego 2022 roku, „Teraz już wiemy”, zawiera gorzkie zdanie: „A teraz nam, mojemu pokoleniu, na żywo przydarzają się rzeczy, które, jak się wydawało, już nigdy nie mogą się wydarzyć”. Teraz autor stwierdza, że nie spodziewał się, że aż tylu Rosjan opowie się za atakiem na Ukrainę. Wierzył, że przez kraj przetoczą się antywojenne protesty, że siła obywateli zatrzyma chaos. Mylił się. W dodatku wystosowano przeciwko niemu akt oskarżenia, bo napisał, że to, co się dzieje, to wojna, a nie żadna akcja, że na tej wojnie giną ludzie i że to Putin zaczął. Za prawdę się karze, propaganda jest w cenie. Ostatnie felietony przenika ogromne niezrozumienie okrucieństwa, które ma miejsce codziennie z powodu głupich, bezrozumnych działań szalonych ludzi.
Nie wiem, co w tym tomie jest najlepsze: konteksty, felietony czy komentarze. Wiem jednak, że tę pozycję trzeba przeczytać koniecznie!
Dodaj komentarz