Kira
„Mokre wilgotne” to debiut prozatorski pisarki Małgorzaty Kośli. Książka została sklasyfikowana jako literatura piękna.
Czytając opis fabuły na czwartej stronie okładki byłam pewna, że to jedna z tych powieści, którymi będę oczarowana. Tematyka, przekaz, język – wszystko mnie do tej lektury ciągnęło. A jednak ta książka nie do końca mnie usatysfakcjonowała.
Debiutancka powieść Małgorzaty Kośli z pewnością jest pewnym novum na polskim rynku literackim. Książkę tworzą krótkie rozdziały, które mogłyby być mini-opowiadaniami. Każdy taki rozdział ma tytuł, który może niektórych czytelników prowokować, a na pewno w jakiś sposób czytelnika „zaczepia”. Autorka eksperymentuje też z formą – pierwsze zdanie rozdziału (jak i tytuł) zaczyna się od małej litery, a ostatnie zdanie pozbawione jest kropki. To, ze względu na tematykę, literatura intymna – a powiedziałabym nawet więcej: cielesna, fizjologiczna. Autorka niejednokrotnie łamie tabu na temat dziewczęcego i kobiecego ciała, dojrzewania i seksu. Czyni to lekturę bezkompromisową, zmysłową i bardzo odważną.
Głowna bohaterka przez całą powieść się rozbiera. Nie tylko fizycznie – głównie symbolicznie. Z ograniczeń, ról, masek, które od narodzin na nią nakładano (podobnie jak na większość dziewczynek na świecie). Czytelnik, który towarzyszy bohaterce poprzez kolejne lata dorastania, obserwuje – z całkiem bliska – jak dziewczyna tworzy na ciele mapę swojej cielesności. Ciało staje się centrum jej jestestwa i świata w ogóle. Jest wyjątkowa, ale na tego typu wyjątkowość otoczenie zwykle nie jest gotowe i jemu przychylne. Bohaterka żyje w patriarchalnym środowisku. Surowym, zawstydzającym, wywierającym presję. Nic dziwnego, że pojawia się lęk przed stygmatyzacją i odrzuceniem przez społeczeństwo. Jej relacja z ojcem i matką jest emocjonalna i pokomplikowana. Rodzice są kochają, ale pokazują to na swój sposób – czasem zaborczo, czasem osaczająco. Autorka pisze w niezwykle sugestywny sposób. Fizjologia wręcz wycieka z każdej strony. Tak, jest wilgotno. Tak, jest mokro. Krew, pot, śluz opisywane są w bezpośredni, realistyczny sposób, co dla wrażliwych czytelników może być problematyczne. Brak tu miejsca na półsłówka, domysły czy pruderię.
Warstwa formalna była interesująca – pozbawiona tradycyjnej, linearnej osi fabularnej. Książkę można by czytać „z doskoku” – otwierając w przypadkowym miejscu, na przypadkowym rozdziale, a i tak nie czułoby się, że coś się pominęło. Narracja toczy się w kilku różnych planach czasowych, nie zawsze chronologicznie, przeskakując między latami dzieciństwa, a dorastaniem. Język jest bogaty, zawiły, rytmiczny. Autorka posługuje się krótkimi, treściwymi, bardzo dynamicznymi zdaniami. Umieszcza też w tekście fragmenty piosenek, które dodają kolorytu i sprawiają, że lekturze towarzyszą konkretne melodie.
„Mokre wilgotne” nie jest pozycją na jeden wieczór. To powieść o dojrzewaniu i cielesności napisana wymagającym skupienia językiem. Autorka porusza w niej tematy kobiecości, bliskości, bólu i wyrywania się społecznym ograniczeniom. Dla mnie lektura była głębokim doświadczeniem, nie zawsze komfortowym. Myślę, że przypadnie do gustu osobom, które szukają odważnej lektury, pełnej opisów intymnych doświadczeń. Do ostatniej strony czułam w sobie narastającą sprzeczność: zachwyt na przemian z odrazą. Osobiście lektura stanowiła dla mnie pewne wyzwanie i zmuszała do przełamania się. Czytając niejednokrotnie czułam dyskomfort, zwłaszcza emocjonalny, ale myślę, że jego wywołanie było zamysłem autorki. Ostatecznie nie zostałam miłośniczką tej książki i raczej do niej już nie wrócę. Polecam, doceniając jej nowatorskość i oryginalność.