Przejdź do głównej treści

Książka O (Nie)Czytaniu


Autor: Justyna Sobolewska

Doris

„Przychodzimy na świat z potrzebą znalezienia we wszystkim jakiejś narracji: w krajobrazie, na niebie, w twarzach innych ludzi, a ponad wszystko w obrazach i słowach, które stworzył nasz gatunek. Czytamy żywoty własne i cudze, odczytujemy historie społeczeństw, w których żyjemy, czytamy w obrazach i budynkach, wreszcie – czytamy to, co znajduje się między okładkami”.
Alberto Manguel

Justyna Sobolewska napisała lekką, choć nie błahą rzecz, mieszczącą w sobie większość dylematów, jakie nas, kompulsywnych, zwariowanych czytelników, ksiażkoholików unikających odwyku jak ognia, dręczą i niepokoją. Odnalazłam w tej uroczo roztrzepanej książce siebie, pełnię własnych, szarpiących mnie lęków, na czele z tym najważniejszym, że kiedyś przecież umrę, jednak książki nadal będą pisane i wydawane, jednak już bez moich oczekiwań, bez mojej niecierpliwej gotowości, beze mnie, poza mną, mimo mnie.

Imponuje oczytanie i erudycja autorki, które pozwalają jej przytaczać całe mnóstwo przykładów i anegdot wyjętych z licznych lektur i życiorysów autorów poezji i prozy. My zaś dziwimy się, jakie to nasze, nam bliskie, te stosy wstydu pod biurkiem i bezsensowne próby zaprowadzenia porządku na półkach z książkami, te bowiem żyją własnym życiem i zaraz potem zmieniają miejsce na bardziej ulubione, z szeregu pastelowych okładek przemykają chyłkiem w stronę czerni i czerwieni krwawych reportaży albo nazwisk na literę B.

To, co czytamy, nas określa, wiele zdradza też nasz stosunek do książki, łączność, jaką z nią odczuwamy, to, jak na wiele sposobów spaja nas ona z ludźmi, stając się łącznikiem i dziedzictwem, pamiątką i wspólną przygodą. Smakowite cytaty, rzucane nam na zachętę, wiodą nas w stronę kolejnych lektur, otwarcie na którejkolwiek ze stron Słownika miejsc wyobrażonych jest również wspaniałym drogowskazem. Trzeba nauczyć się czytać te mapy, podążać ścieżkami niezdeptanymi, pobocznymi, odkrywać na własną rękę skarby ukryte na bezdrożach.

Jak ważna jest praca tłumacza, który tworzy w jakimś sensie własną wersję książki, podążając za tropem autora posiłkuje się indywidualną wrażliwością i wyobraźnią, możemy w pełni docenić porównując różne wersje przekładu. Mamy do tego ostatnio sporo okazji, wznawiana jest klasyka w zupełnie świeżych, współczesnych tłumaczeniach. Wspomnę tutaj Światłość w sierpniu Faulknera, Wichrowe Wzgórza Emily Bronte, Dumę i uprzedzenie Jane Austen, Buddenbrooków Manna, Raj utracony Miltona, albo takie onieśmielające tomy jak Boska komedia czy Ulisses. Jak pianista bywa rozpoznawalny po charakterystycznych muzycznych frazach, po unikalnej interpretacji utworu, tak tłumacz pozostawia indywidualną pieczęć, własny exlibris, jak choćby Maciej Płaza czy Tomasz Pindel.

Justyna Sobolewska, przekornie umieszczając w nawiasie zaprzeczenie, tak naprawdę pisze o czytaniu właśnie, o wpływie literatury na nasze wybory życiowe, o czytelniczych marzeniach i rozczarowaniach, o wychowawczej roli książki, o znaczeniu słowa, jego niezaprzeczalnej wadze i konsekwencjach. O czytaniu jako używce, narkotyku, lekarstwie, o efekcie przesytu, niedosytu, o książce truciźnie w sensie przenośnym, ale i całkiem dosłownym. O magii pierwszego zdania, celności ostatniego i sensowności motta. O bibliotekach spalonych, zaginionych, nieistniejących, wymarzonych i tych, ich jest najwięcej, w których do książek trzeba ładnie mówić, by raczyły się odnaleźć pośród tylu innych.

Pisze o Schulzu, którego magiczna proza ożywa, wnika pod skórę i spod niej promieniuje, świat po Sklepach Cynamonowych postrzegamy już inaczej, jako żywy organizm, w jednej chwili z idyllicznego, przepełnionego zmysłowym dotykiem sierpnia zdolny przeistoczyć się w przestrzeń wypełnioną prześnionym koszmarem cieni.

Nawet jeśli tekst dotyczy pisania, jest w nim też czytanie, jest męka autora skreślającego wymyślone przed chwilą akapity, gdyż po przelaniu na papier myśli straciły siłę i wiarygodność, okazały się falsyfikatem. Literatura kusi nas, by sprawdzać, iść śladami autora albo bohatera, spróbować wejść w jego skórę, spojrzeć jego oczami, doświadczyć tych samych lub podobnych emocji, oczarowań. Wiadomo, że Sycylia Iwaszkiewicza jest inna niż ta Vittoriniego i zupełnie różna od tej współczesnej, hałaśliwej, rozdeptanej butami turystów, a Geet Mak, podróżując po 50 latach tropem Steinbecka w poszukiwaniu Ameryki, znalazł ją już odmienioną. Jednak zyskujemy nieocenioną możliwość porównania szczegółów i atmosfery, doznań i spostrzeżeń, a także impuls, by może samemu sprawdzić, szukać, zerkając z punktów widokowych na szeroką panoramę, sklejać przeszłość i teraźniejszość pozaznaczanymi wcześniej cytatami.

Literatura jest najlepszym probierzem zmian, jakie zachodzą w nas samych, zmian wywołanych doświadczeniami, upływem czasu, dojrzałością emocjonalną i intelektualną. Lektury się nie zmieniają, jednak gdy po nie sięgamy w różnych okolicznościach i po latach, za każdym razem pokazują nam, niczym Janus, inne swoje oblicze, odkrywają więcej albo okazują się rozczarowująco infantylne. Boję się wracać do ukochanych książek z dzieciństwa, może z wyjątkiem Muminków i Alicji w Krainie Czarów. Jednak dobrze pamiętam wszystkie ówczesne olśnienia i hołubię je w sercu. Karolcię z niebieskim koralikiem, popadających stale w tarapaty urwisów Bahdaja i Niziurskiego, gadatliwego Ferdynanda Wspaniałego i Nilsa oglądającego świat spod chmur w trakcie cudownej podróży na grzbiecie dzikiej gęsi. Wszyscy mamy takie szufladki w pamięci, gdzie spoczywają posortowane tomiki w smutnych PRL-owskich lub tych późniejszych, już kolorowych okładkach. Wraz z nimi zamknęliśmy przyjacielskie figle i łzawe wieczory, bitwy na poduszki z siostrą i głębokie spojrzenie czarnych oczu Marka z piątej C.
To wszystko wraca do nas podczas dialogu z Justyną Sobolewską o (nie) czytaniu, gdyż jest to rozmowa, w której dopowiadamy własne opinie, kłócimy się i śmiejemy. Rozmowa po prostu o życiu, o tym, jak wzbogacamy je wpuszczając doń magię Marqueza, dowcip Joanny Chmielewskiej, grozę Grabińskiego i Lovecrafta, absurd Becketta czy Mrożka albo oniryzm Schulza.

Nieważne, jakim jesteś czytelnikiem. Walserowskim, podążającym w poprzek poklasku, ceniącym niszę i własne odkrycia, metodycznym jak Sandor Marai, ekstremalnym niczym Susan Sonntag, żarliwym jak W.G.Sebald czy orgiastycznym na podobieństwo Canettiego, a może zupełnie jeszcze innym, na swój własny, niezdefiniowany sposób. Ta książka jest dla ciebie. Porwie cię pasja i radość, jakie z niej biją, zatracisz się w literackich korytarzach i bibliotecznych zaułkach. Przede wszystkim zaś odetchniesz z ulgą i ucieszysz się, że takich szaleńców, jak ty, jest więcej. Oni także nie pamiętają treści przeczytanych tomów i tomików, bo wolno nam nie pamiętać, by móc do książek powracać, wciąż i wciąż, mieć ten piękny i wiarygodny pretekst, i jest to normalne, powszechne, i to niepamiętanie, i uzależnienie, i rosnące piramidy wstydu pod ścianami. Nie wstydź się, mnóstwo ludzi ma na półkach książki odłożone na zaś, na „na emeryturze”, „na wakacje”, na „w chorobie”… Jesteśmy normalni. Ufff. Autorka mówi do nas: „Czytelniku, podaj mi rękę”. Podajemy z ufnością.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Informacje:

  • Autor:
    Justyna Sobolewska
  • Gatunek:
    Literatura Faktu, Publicystyka, Eseje, Literaturoznawstwo
  • Tytuł Oryginału:
    Książka O (Nie)Czytaniu
  • Język Oryginału:
    Polski
  • Przekład:
    Brak
  • Liczba Stron:
    304
  • Rok Wydania:
    2025
  • Wymiary:
    145 x 208 mm
  • ISBN:
    9788324412112
  • Wydawca:
    Iskry
  • Oprawa:
    Miękka
  • Miejsce Wydania:
    Warszawa
  • Ocena:
    6/6