Monika
Tatiana ma trzydzieści dziewięć lat. No dobra, prawie czterdzieści — i właśnie to "prawie" mówi o niej chyba więcej niż cokolwiek innego. Jest kobietą, która wciąż coś sobie udowadnia, wciąż stara się nadążyć za własnym wyobrażeniem o tym, jak powinna wyglądać dobra matka, dobra żona, dobry człowiek. I wciąż — ku własnemu przerażeniu —nic nie wychodzi idealnie, choć stara się z całych sił, planując, listując, poprawiając się w biegu.
Gabriela Gargaś napisała książkę, przy której śmiałam się głośno, a potem przez chwilę siedziałam w ciszy, bo coś mnie tknęło, jakby autorka trafiła w moment, którego się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się, że lekka komedia obyczajowa potrafi jednocześnie tak celnie uderzyć w czułe miejsce, zostawiając czytelnika z myślą znacznie poważniejszą niż to, co obiecywała okładka. A jednak.
Historia Tatiany to historia kobiety absolutnie zwyczajnej, co oczywiście jest jej największą zaletą. Nie jest bohaterką, nie jest ofiarą, nie jest postacią napisaną po to, żeby nas czegoś nauczyć na siłę. Jest po prostu zmęczoną, niecierpliwą, zakochaną w swoim życiu — choć to życie potrafi ją doprowadzić do szału — kobietą, która pewnego dnia wpada na Iwona. Szkolna miłość, gadka szmatka, tony czułych słówek, które dawno nie padły w jej stronę. I Tatiana, która w teorii powinna być odporna na takie rzeczy, mając za sobą stabilne małżeństwo i dorosłe już życiowe wybory, nagle przestaje być taka pewna swoich odpowiedzi.
Gabriela Gargaś pisze z humorem, który nie razi i nie jest wykalkulowany pod publiczkę. Nie ma tu dowcipów na pokaz ani scen skrojonych pod tanie wzruszenie, wrzuconych tylko po to, żeby czytelnik uronił łezkę w odpowiednim miejscu. Jest za to celna obserwacja — rodziny przy stole, wieczornego zmęczenia, rozmowy z przyjaciółką, która słucha, nie radzi, tylko po prostu jest obecna. I właśnie ta przyjaciółka to jeden z moich ulubionych elementów tej powieści — cicha, nienarzucająca się, ale absolutnie niezbędna. Każda z nas powinna mieć taką jedną, kogoś, kto nie ocenia, tylko podaje kawę i słucha.
Fabuła nie jest skomplikowana i myślę, że autorka doskonale zdawała sobie z tego sprawę, świadomie rezygnując z niepotrzebnych zwrotów akcji na rzecz wiarygodności. To jest powieść, którą czyta się dla atmosfery — ciepłej, trochę chaotycznej, swojskiej, jakby ktoś opowiadał ci historię koleżanki przy kawie. I dla Tatiany, z którą przez chwilę chce się pobyć, bo w jej potknięciach rozpoznaje się własne, te same drobne kompromisy i wątpliwości.
Jedyne, co mogłabym autorce delikatnie zarzucić, to pewna przewidywalność w kilku momentach — chwilami czułam, że historia idzie dokładnie tam, gdzie powinna, bez żadnej niespodzianki po drodze, jakby fabuła podążała ścieżką wyznaczoną przez konwencję gatunku. Ale w przypadku tej konkretnej książki mi to nie przeszkadzało. Czasem chce się po prostu poczytać coś, co się nie skończy źle, co nie będzie udawało głębszego niż jest, co po prostu opowie historię i pozwoli odetchnąć od codziennych obowiązków.
"Matka roku" to właśnie taka książka. Nie zmieni twojego życia, nie będzie cytowana na literackich blogach jako dzieło objawione. Ale sprawi, że przez kilka wieczorów poczujesz się mniej sama ze swoją niedoskonałością — i to, moim zdaniem, jest bardzo dużo, więcej niż obiecuje niejedna ambitniejsza powieść.
Dodaj komentarz