W Piaskownicy Światów Epos Wrocławski

Autor: Stanisław Karolewski

Okładka wydania

W Piaskownicy Światów Epos Wrocławski

Dodatkowe informacje

  • Autor: Stanisław Karolewski
  • Tytuł Oryginału: W Piaskownicy Światów. Epos Wrocławski
  • Gatunek: Powieści i opowiadania
  • Język Oryginału: Polski
  • Liczba Stron: 200
  • Rok Wydania: 2009
  • Numer Wydania: I
  • Wymiary: 124 x 197 mm
  • ISBN: 9788392935209
  • Wydawca: Szarlatan
  • Oprawa: Miękka
  • Miejsce Wydania: Wrocław
  • Ocena:

    5/6

    5,5/6


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 1 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wybierz opinię:

Ola

Topografia sennego Wrocławia

 

Czy epoka bardów minęła bezpowrotnie? Czy ktoś potrafi dzisiaj opisać wierszem zdarzenie tak, by jeszcze przez chwilę nam „echo grało"? Zadumać się pięknie prozą nad historią i urodą miejsca, by czytelnik chciał od razu poznać i porównać wrażenia? Przekonać się, czy będzie mógł dotknąć pulsu i bijącego serca miasta, czy dostrzeże urodę kamienic i posłyszy tajemnicze szepty uliczek? Odnajdzie klucz do zrozumienia tej magii?

 

Odstawiam na półkę książeczkę „W piaskownicy światów. Epos wrocławski", która przeniosła mnie na chwilę do Wrocławia. Skorzystałam z niezwykłego zaproszenia. Autor poprowadził mnie ulicami i zaułkami miasta, a jednocześnie dopuścił do zakamarków swej duszy w taki sposób, że zaczynam się zastanawiać, czy Wrocław i autor to odrębne byty... Jestem pewna, że pisarz identyfikuje się nieomal ze swym miastem i nie byłby taki sam, gdyby przyszło mu żyć w innym miejscu. A Wrocław? Pewnie straciłby też nieco blasku bez swego barda...

 

Stanisław Karolewski, autor książki, to postać intrygująca i barwna. Historyk sztuki, fotograf, literat, bibliofil, potomek Królów Polskich i... Ryszarda Wagnera. Wrocławski antykwariusz, a właściwie główny „Szarlatan"*... Czyż jego utwory mogą być zwyczajne?

 

Bohater książki, a zarazem nasz „przewodnik", to połączenie Leopolda Blooma i chłopca ze „Sklepów Cynamonowych". Młody, oczytany i wykształcony, wrażliwy, ale też cyniczny mieszkaniec wrocławskiej kamienicy. Chylę czoła przed pomysłowością autora i jego specyficznym humorem, ponieważ kazał swej postaci wykonywać profesję „tłumacza" kultury, a jego zadanie polega na wyjaśnianiu japońskim biznesmenom znaczenia polskich filmów... Smakuję absurd sytuacji, niemal widzę „perskie oko" autora, gdy bohater podejmuje karkołomne wysiłki, by przełożyć realia „Misia" lub „Dnia świra" na język zrozumiały dla mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni... Ale to jeszcze nie koniec. Za dnia nasz bohater jest osobą do „towarzystwa", nocą – strażnikiem woskowych figur w muzeum, z zamiłowania – koneserem kobiet, a z przekonania... wyzwolicielem krasnali ogrodowych.

 

Nade wszystko nasz bohater jest jednak Wrocławianinem z krwi i kości. Czytelnik bezustannie towarzyszy mu podczas wędrówek, a samo czytanie przypomina zwiedzanie nieznanego miasta. Gdy wchodzi się w ciemną uliczkę, nigdy nie wiadomo, co można spotkać za rogiem – rzęsiście oświetlony lokal, prywatne podwórko czy podejrzany zaułek, z którego lepiej czym prędzej czmychnąć. Tak samo wygląda narracja. Czasem gubi swoją chronologię, a czasem logikę. Czasem pogrążamy się zupełnie w rzeczywistości snu...

 

 

„W swych snach przemierzałem miasto. Nocami podążałem przez śniące ulice. Spotykałem ludzi i kobiety. Skrzydlate demony i leniwe niedźwiedzie, łaszące się do mnie niczym wielkie kudłate psy. Siedziałem na ławkach rozstawionych na bulwarach, w parkach i skwerach. Strzelałem do aniołów, kryjących się wśród gałęzi i ścigałem się na torze dla tramwajów wyścigowych. (...)

Podążałem ulicami śniącego Wrocławia, spotykając własne marzenia i upiory, spotykając innych śpiących – zagubionych w mieście, które na tym poziomie rzeczywistości falowało pod wpływem naszych rojeń, niemniej jednak nie przestawało istnieć. Wrocław, choć o innej strukturze w tym wymiarze, wciąż trwał".

 

Zastanawiam się, czy „W piaskownicy światów. Epos wrocławski" to powieść nowatorska, czy tradycyjna? Tyle w niej odniesień i znajomych motywów literackich... Autor czerpie pełnymi garściami z kultury antycznej i europejskiej, bawi się motywami i sprawnie nimi żongluje. Wydobywa z wielkiego skarbca spuścizny literackiej to, czego najbardziej potrzebuje, używa do woli, wygładza, nadaje formę, wreszcie – naznacza swoją indywidualnością. Równie swobodnie nawiązuje do spraw bieżących i aktualnych (jakaż aluzja do pani Goździkowej – palce lizać!), nie można postawić zarzutu, że powieść nie jest współczesna. Do legend, opowieści i historii Wrocławia autor dołączył własne przeżycia i pokazał miasto przez pryzmat swoich marzeń i lęków. Jak przystoi „Szarlatanowi" – wziął szczyptę magii, realizmu, poezji, a nawet kropelkę ekstrawagancji – zmieszał w odpowiednich proporcjach i otrzymaliśmy książkę osobliwą, oniryczną, czasem surrealistyczną, ale pełną uroku. Swojską i nowatorską zarazem.

 

„Zaplanowałem sobie książkę totalną i wszechogarniającą. Powieść grającą z czytelnikiem i wciągającą go na niebezpieczne wody. Dzieło, które zetrze ulotne granice między kwadratem świata widzianego a niewidzialnym bezmiarem wód i oceanów wyobraźni". Czy autorowi się udało? Czytelnik musi ocenić to sam. Jeśli podda się nastrojowi, otworzy się na Wrocław w różnych wymiarach; jeżeli tylko spojrzy na kamienice oczami autora, uwierzy, że Most Warszawski znajduje się na zbiegu i styku odmiennych rzeczywistości, a „jego przekraczanie wiąże się z ryzykiem trafienia w zupełnie inne miejsce" – wtedy może nie tylko zatonąć w tej prozie, ale z pewnością zacznie śnić ten sam sen...

 

Czy wspomniałam może, że „W piaskownicy światów. Epos wrocławski" to... debiut?

 

*aluzja do antykwariatu „Szarlatan" prowadzonego przez autora

 

Palanee

Debiut jest bardzo niebezpieczny. Autor ma niewiele stron, by przekonać do siebie przyszłego wielbiciela jego prozy. Może zachwycić, zaciągnąć kredyt zaufania u czytelnika lub też wręcz przeciwnie, zniechęcić go do siebie i sprawić, by nigdy więcej nie sięgnął po jego książki. Oto ostatnie bardzo łatwo, gdyż dzisiaj, w zalewie ogromu literatury trudniej o pokochanie niż znienawidzenie. Czytelnik ostrożnie wącha, zapoznaje się stylem, ale i wyłapuje wszelkie nieścisłości. Wiele rzeczy, które ujdzie płazem u ukochanego pisarza, u debiutanta od razu razi, mierzi, doprowadza do frustracji. W potopie tworów literaturopodobnych, w zalewie słowa pisanego, trudno o prawdziwe perełki. Zresztą nikt nie oczekuje od debiutanta dzieła idealnego, które przekroczy granice, poruszy umysły, ciała i dusze, a na dodatek zachwyci walorami językowymi. Wystarczy pomysł, dobre wykonanie i równe trzymanie poziomu. I wiece co? „W piaskownicy światów" Stanisława Karolewskiego jest taką prawdziwą perełką wśród debiutantów. Dawno nie czytałam książki nieznanego autora, który dopiero wkracza na literacką scenę, a która podbiłaby moje serce. A za największy atut książki uważam to, że trzeba do niej powracać, gdyż za każdym razem może otworzyć zupełnie inne drzwi, a nasza podróż będzie przebiegała nowymi ulicami i ścieżkami.

 

Stanisław Karolewski postawił sobie bardzo wysoko poprzeczkę. Bo gdy powieść kryminalną, obyczajową, romans, sensację, przy dobrym warsztacie i pomyśle, łatwo wykreować, tak w przypadku sennych majaków, rozszarpanej fabuły, strzępków myśli wymaga to jeszcze talentu i (a może przede wszystkim) powściągliwości. By nie zagalopować się w nieznane tereny lub nie poruszyć zbyt wielu tematów. Autorowi udało się stworzyć powieść, która odkrywa przed sobą kolejne tajemnice, a przy tym nie ma typowej fabuły. Lub może ma, lecz ukrytą pod kolejnymi skrawkami myśli głównego bohatera. Jedno jest pewne, żadna akcja lub spektakularne wydarzenia, które mogłyby wpłynąć na pojawiające się postaci, nie będzie. Czytelnik natomiast musi składać kolejne fragmenty wspomnień i poalkoholowych majaków, by móc ujrzeć historię Michała. Jednak do samego końca nie ma pewności, że to co właśnie ułożył z dostępnych mu puzzli rzeczywiście jest obrazem pożądanym przez autora, a i ostatecznie przez samego czytelnika.

 

Główny bohater Michał, to z jednej strony człowiek inteligenty, zakochany w literaturze i niecodzienności, a z drugiej osoba, która nie zajmuje się w swoim życiu niczym ambitnym. Ot, para się tłumaczeniem kultury przybywającym do Polski Japończykom. Ogląda z nimi filmy, po czym objaśnia zawarte tam treści. Wydawałoby się, że jest to praca marzenie, lecz tak naprawdę nie wymaga od Michała ani zbyt dużego nakładu pracy, ani wysiłku intelektualnego. Mieszka z bratnią duszą, Czeszką o imieniu Juliette, którą pokochał całym sercem. Jednak pewnego dnia w jego życiu pojawia się dawna szaleńcza miłość – Alicja. Burzy ona spokój Michała, a tym samym zmusza go do wyruszenia w wędrówkę po mieście, wspomnieniach, snach. Przez cały czas nie wiemy, czy mężczyzna mówi do nas z przeszłości, teraźniejszości, a może z zakładu psychiatrycznego. Nie mamy pewności, czy są to wspomnienia czy obecne chwile, choć sama końcówka rozjaśnia obraz i nadaje kształtów mglistej poświacie. Nim to jednak nastąpi przyglądamy się życiu Michała, spacerujemy (nie)znanymi ulicami Wrocławia, wąchamy unoszący się dym papierosowy i rozpływamy się w alkoholowych oparach. Podążamy jego ścieżkami, lecz równie często jak życie, tak i jego myśli wędrują w coraz to bardziej odległe rejony.

 

I to największy atut powieści. Z pozoru składa się ze zlepku scen, jednak każda z nich niesie ze sobą falę emocji i przede wszystkim... treści. Liczne rozważania przepełnione są odwołaniami ze świata filmu, literatury, sztuki, ale i polityki. Dlatego też spacery z Michałem są tak niezwykłe! Nigdy nie wiesz, co spotka Cię za rogiem, więc uważnie śledzisz każdy akapit, wers, słowo. Zastanawiasz się, głowisz, próbujesz nadążyć za szybkim tempem jaki narzuca bohater. Autor zwodzi, naprowadza, zwodzi. Przetyka, odtyka i daje czas na zapełnienie.

 

Mogłabym pisać i pisać, lecz uwierzcie mi, że Stanisław Karolewski dał prawdziwy popis. I stworzył perełkę. Językową, pomysłową – taką, której się nie zapomina, i do której się wraca. Bo trzeba. By jeszcze raz przyjrzeć się historii Michała. By zobaczyć, jakimi drogami chadzał. I przede wszystkim odkryć czy to sen czy jawa. A i tak ostateczny werdykt należy do Ciebie, czytelniku.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: